avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
BaronG
notatnik
poezja
opowiadania
felietony
grafika

Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
na marginesie
regulamin
FAQ
archwium forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj


zaawansowane...

Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


9 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
BaronG
grzegorz bronakowski


od poczęcia do
Jest noc. Kilka minut temu zaczął się Wielki Czwartek roku 2009. Nie jestem w stanie zasnąć, moje myśli błądzą od tego jaki człowiek jest mały w dzisiejszym świecie do pełni księżyca której się boję. Będzie ona impulsem dla czegoś potężnego, boję się jej a zarazem fascynuje mnie swą potęgą. Odczuwam jej kroki jak chory nocą w szpitalu słyszący bieg lekarza po korytarzu. Nie będę opowiadał o końcu bo to nie tak, wszyscy już dawno koniec mają w głębokim poważaniu i ci wierzący i nie, ci wierzący ze względu na to że dla nich końca nie ma a reszta… koniec i już, co ja będę się przejmował co nie? Gprawda, wiem, ale wracając do zbliżającej się pełni to nie tak że to będzie kataklizm (choć może i będzie, choć może nie ogólnoświatowy, a mój osobisty lub kogoś mi bliskiego) ale raczej to będzie impuls, taki kamyczek co robi lawinę. W sumie to mało istotne, tak jak ja i tak jak wy i tak jak wszystko ze względu na to że się skończy. Zbyt uogólniam i chyba odrobinę zanudzam. Przepraszam, to z powodu wybuchowej mieszaniny egoizmu ze szczyptą hedonizmu połączonej z lekkim aromatem narcyzmu w polewie z naturą autodestrukcyjną, tak w skrócie mogę przedstawić swoją skromną (kocham absurd) osobę. Podobno to czasem ważne kim jest autor, ja jestem wieszczem co o zgrozo jest wymarłą profesją i nie potrzebną chyba w dzisiejszym świecie. W tym miejscu zgłaszam swój protest, a nawet żarliwie protestuję przeciw nie braniu na poważnie poety wieszcza. Pragnę zauważyć że jest to profesja o bogatej tradycji… ale ja nie jestem Mickiewiczem i nie widzę w sobie misji tworzenia epopei narodowej czy uświadamiania narodu bo na to już trochę za późno, tym bardziej że dotrze do was prawda zawarta w moich słowach dopiero po czasie i będzie wam już zbędna jak palto w lato. Moim jedynym acz nadrzędnym celem jest analiza i wołanie o pomoc ze strony mojego pokolenia i tym które są po mnie. Co się dzieje? Ależ wszyscy to wiemy. Zagubienie! Brak tożsamości, problemy jakże nie do rozwiązania biorąc pod uwagę że wielu nie zdaje sobie z tego sprawy lub siedzi zamknięta w swoim świecie izolując się od możliwości tak zgubienia się w masie ludzkiej jak i wypłynięcia z niej. Złoty środek to też nie jest a niektórzy nazywają to (płytko) depresją. To straszne, przynajmniej dla mnie. Ja. , ilu jest podobnych do mnie, zagubionych w dzisiejszym świecie, szukających sensu, emocji, uczuć. Znajdujemy namiastki, piękno w reklamach i śmieci w sztuce, to Aż bolesne jest. Chodzę po świecie i widzę dzieci których rodzice są biedni a one będą za pewne jeszcze biedniejsze, ale to widzi każdy, niemalże rzygamy tym widokiem i dlatego wolimy tego nie widzieć. Okrutna jest prawda, ale najokrutniejsze jest to że prawdy dawno dla nas nie ma, są namiastki i ułudy, pozostaje wiara, a co jeśli jej nie mam… wiem że jest Bóg ale to wcale nie znaczy że jestem wierzący, żyję, ale czy na pewno to znaczy cokolwiek? Mogę zrobić tylko tyle na ile mi pozwala świat więc nie jestem wolny, to znaczy że jestem zniewolony życiem czy jestem zniewolony śmiercią skoro życie jest nią zniewolone. Myśli myśli, zabierzcie je ode mnie, szczęśliwi potrafiący łapać chwilę, ale to też tylko namiastka przecież, co mi z tej chwili. Świadomość końca zgniata mnie od wewnątrz i nie pozwala żyć czymkolwiek życie się objawia. Gdyby nie to że jestem świadomy obłędu to chyba bym zobłędział do szczętu.
Idzie pełnia, nie skrada się a idzie pewnym i równym krokiem depcząc mój spokój, który jest niczym innym jak biernym sobiebyciem. Nie, nie narzekam, w końcu coś się dzieje, jestem przeczulony na punkcie księżyca, a ten jest dziwny, choć to złe słowo, jest potężny i nie rozumiem skąd ta potęga i do czego prowadzi a jeśli nie rozumiem to się boję, coś jak rasizm lub homofobia po trosze.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++

Siedział w karczmie zastanawiając się co dalej, wczoraj wyszedł z domu by stworzyć wielką historię swojego życia a tu nic się nie dzieje, tylko jacyś wieśniacy pijący do nieprzytomności. Wyszedł na chwilę i zobaczył widok piękny i groźny zarazem. Na wzgórzu stała w tej chwili czarna fortyfikacja z wierzą nad którą wznosił się księżyc prawie w pełni, wokół niego gromadziły się strzępy chmur ale żadna nie umiała go przysłonić, z każdej szczeliny wśród czerni świeciła gwiazda jakby rozpychając się swym blaskiem. Mimo że było już około tygodnia od chwili gdy w ziemię wsiąkł ostatni śnieg to było chłodno, wręcz zimno jakby poświata księżyca mroziła nerwy wbijając pod skórę sopelki lodu. Znienacka zakrakała wrona tuż nad jego głową, wzdrygnął się i wrócił do środka. Usiadł na swoje miejsce obok pijanego w trupa rycerza jak wywnioskował z ubrania i miecza. Czuł się oszukany i rozczarowany życiem tułacza i poszukiwacza wrażeń. Świat nie może być aż tak monotonny i nudny pomyślał kiedy drzwi powoli zaczęły się otwierać. Z każdym centymetrem skrzypnięcia zawiasów gasła kolejna lampa. Zarżały konie na zewnątrz a inne były galopem zbliżającym się coraz bardziej i szybciej, nienaturalnie szybko. Żebrak drzemiący przy drzwiach zachrapał i zacharczał obleśnie budząc się. Konie ustały i ktoś zeskoczył z jednego, musiał być okuty w zbroje sądząc z chrzęstu metalu przy każdym kroku. Drzwi były otwarte już niemal na oścież a w pomieszczeniu panował pół mrok, całkowitym ciemnościom zapobiegał księżyc górujący nad wzgórzem i zaglądający drzwiami. Rozejrzał się zdezorientowany, karczmarz zniknął gdzieś niezauważenie, rycerz obok stał już z jedną ręką na mieczu a drugą na stole. Kroki zbliżały się, w drzwiach pojawiła się postać. Wielki mężczyzna w zbroi. Zaczął się lękać, spojrzał na rycerza obok i szybko zrozumiał gest jego głowy. Wstał. Pijaczek przy wejściu wyciągnął rękę bełkocząc o jałmużnę. Chrzęst i lekkie rzężenie. Nie od razu zrozumiał co się stało, sytuację rozjaśnił mu fakt głowy toczącej się po klepisku powoli wsiąkającym krew. Postać w drzwiach zrobiła krok przez próg i zawahała się.
-Szukam spokoju .- oznajmił szept który nie wydobywał się z postaci a wtargnął od razu w nich..
-Tu go nie znajdziesz, panie. – powiedział rycerz
- Chodź ze mną – palec wskazywał na niego, poświata lekko oświetlała nagie kości dłoni.
Nie mógł się ruszyć, ale zaczął iść wbrew swej woli. Powoli wyszedł zza ławy i z oporem całej woli jaka drzemie w żywym człowieku świadomym że umrze za chwilę zmierzał w stronę postaci. Przerażenie. Mocz cieknący po udzie, pot łaskoczący nos i brodę, jelita skręcone w węzeł gordyjski.
- Stój – powiedział rycerz, ale to nic nie pomogło – W imię Chrystusa stój.
- Szukam spokoju. – oznajmił szept, a on z coraz mniejszym oporem zmierzał ku przerażającej postaci. Jeszcze dwa kroki, krok i stoi niemal dotykając wyciągniętego w jego stronę palca.
- Odejdź stąd kreaturo – wykrzyknął rycerz coraz mniej pewnym głosem który przy o brzmiał jak kastraci w katedralnym chórze.
Ciemno. Chmury zasłoniły księżyc, chrzęst metalu i odgłos gazów uwolnionych po rozcięciu brzucha. Po chwili ciało upadło obok głowy pijaczka. Cisza. Świat umarł na chwilę wraz z człowiekiem. Uderzenia kopyt oddalały się a kiedy ucichły upadł na kolana cały roztrzęsiony, poniżony własnym strachem, ale żywy zwymiotował i padł nieprzytomny.








Czy warto szukać skoro można tyle znaleźć. Ja wiem że świat to nie tylko zło, ale dla tych dobrych często jest ciężko. Jestem dobry i jestem przez ten fakt wykorzystywany i poniżany. Przez fakt że jestem człowiekiem muszę odnaleźć ujście dla emocji i pofolgować pierwiastkowi zła który pozwala mi istnieć. Więc nie jestem dobry. Szukam spokoju, niszcząc innych wokół. Brak mi poczucia rzeczywistości, jestem jak dziecko które dopiero poznaje świat, mimo że znam już wszystko to nie potrafię przyjąć do wiadomości faktu. Brak przystosowania, jakież to artystyczne, jak dusza pełna zamętu, a tak naprawdę to o co chodzi w tym życiu. Nie chce mi się a na domiar złego nie umiem żyć. Szukam spokoju bojąc się że nie odnajdę go umierając. Bojąc się panicznie.



Obudził go śpiew dziewczyny:

Na rozstaju dróg stała karczma biała
Jako przeciwwaga zamku gdzie mieszkała mara
Nekromanta Katz ludzkości zakała
Oddał się on złu szukając wieczności w ciałach
Znalazł ją lecz ból tylko mu dawała…

Poruszył się, a dziewczyna przestraszona przerwała śpiew i uciekła kilka kroków. Zauważywszy jednak że on blady jak ta karczma z jej piosenki uspokoiła się tym bardziej że poza tym jednym ruchem ręką nie miał więcej sił. Podeszła do niego ostrożnie. Zatrzymała się, podniosła kamień i rzuciła. Zajęczał. Na co ona pobiegła gdzieś, a on leżał zastanawiając się nad sensem całej sceny. Podstawowa sprawa. Gdzie jest. Otworzył oczy, słońce świeciło, on leżał na jakiejś łące ukryty w wysokiej trawie. Odnalazł w sobie siły by się unieść na rękach i rozejrzeć. Wszędzie łąka tylko w oddali kilka wierzb znieruchomiało. Gdzie dziewczyna, co się stało, jak tu się znalazł. Brak odpowiedzi niepokoił go, ale mniej niż postać w drzwiach karczmy, o wiele mniej, a na pewno nie na tyle by nie pozwolić jego zmęczonemu ciału zapaść z powrotem w stan głęboko kojącego snu.


Przebudził się, nadal ta łąka tylko pora dnia zmieniła jej odcień na bardziej czerwony. Mimo że słońce jeszcze nie zaszło to księżyc już wznosił się nad światem. Usłyszał szelest zbliżających się kroków, szła tamta dziewczyna z jakąś starszą kobietą. Podeszły na odległość kilku kroków i w milczeniu zaczęły okadzać go jakimiś śmierdzącymi ziołami, efekt był niemal natychmiastowy bo złapał go odruch wymiotny i z jego ust popłynęła żółć z żyłkami krwi. Kobiety zaintonowały pieśń, która miała strasznie połamaną melodię a zamiast słów były monosylaby i przeciągłe jęki. Podniecił się, zmieszany odrobinę tym faktem spróbował wstać. Zamęt w głowie obalił go na ziemię a członek znalazł się w stanie o jaki mężczyzna nawet go nie podejrzewał. Leżał na plecach czekając na rozwój wydarzeń, nic innego mu nie pozostało. Kobiety zbliżały się wciąż śpiewając i okadzając go, ich pieśń przyspieszała z każdym metrem mniej jaki ich oddzielał. W końcu podeszły, staruszka usiadła na nim wprowadzając go równocześnie w siebie i zastygła bez ruchu. Młodsza zawodziła okropnie stojąc w pobliżu jego głowy, w pewnym momencie ucichła na chwilę by krzyknąć, wykrzykiwała a przy każdym wykrzyknięciu jego członek sam aplikował nasienie. Poczuł się jak idiota, jak idiota gwałcony przez dwie kobiety z czego był w tej która niesamowicie go obrzydzała. Słońce zgasło całkowicie, świat zalał się srebrem i wszystko się skończyło. Staruszka wstała i napluła mu w twarz, młodsza kobieta kopnęła go w krocze co zaowocowało tym, że znów się poruszył, ale nie cieszył się tym długo, bo nim zwinął się w kłębek otrzymał cios kamieniem w skroń i stracił przytomność.



Bez celu i bez motywacji by cel odnaleźć, bez motywacji wystarczającej by smakować życie. Podróże w głąb siebie przy wspomaganiu używkami prowadzące do coraz większego zagubienia i rozstroju wewnętrznego. Chęć poznania odpowiedzi na choć część pytań, zdobycie pewności czegokolwiek. Poddawanie się paranoi, pozwalanie by zagarniała kolejne aspekty świata. Poszukiwacz końca, tragiczny do szczętu, bo może go odnaleźć tylko raz i to bez satysfakcji. Agonia stała się życiem, a perspektywa śmierci daje tylko paraliżujący strach. Jesteśmy odpowiedziami bez pytań i pytaniami ze zbyt wielką ilością możliwości odpowiedzi. Kropkami tworzącymi kreskę, okruchami zgarnianymi ze stołu na ziemię.


Pozbawcie mnie wolności, jest ona głównym składnikiem mojej klęski.



Obudził się w karczmie, w cudzej krwi, z nozdrzami pełnymi odoru śmierci. Jawa sen może sen w śnie lub jawa bez snów, życie. Przybył tu ponieważ jego życie było nudne, a teraz żałował tego że je stracił. Budząc się w tej scenerii po drastycznym śnie o łące i przerażającej jawie, która chciała go zgładzić. Szukam spokoju, przypomniał sobie słowa mary. Nigdy dotąd tak go nie cenił, może to i dobry cel do osiągnięcie, całkiem realny jeszcze kilka dni temu, teraz natomiast wydający się częścią odległego poematu którego największym pięknem jest nieosiągalność. Idź dalej, ta myśl otrzeźwiała jego ciało, zostać tu znaczyło tłumaczyć innym co się wydarzyło, a przecież to wydarzyć się nie mogło. Musi wybrać drogę a każda jest nieznana i prowadząca gdzieś. Stanął w progu by obejrzeć się jeszcze raz i natrafił na wzrok dziecka, wielkie przerażone oczy dziecka patrzące z gładkiej powierzchni odbijającej jego twarz, to nie był on mimo że nie mógł to być nikt inny. Szarpnięcie za bark wyciągnęło go w inny świat. Pusto, przestajesz ufać zmysłom, wszystko co było traci na znaczeniu, bo czy było. Boisz się siebie, przerażasz sam siebie kiedy uświadamiasz sobie, że to wszystko wypływa z ciebie, choćby przez fakt tego że kogoś spotkałeś i to spotkanie rezonuje. Pusty pokój, delikatnie podgniłe powietrze, źródłem światła jest otwór w suficie, a zarazem jest to jedyne wyjście z tej przestrzeni. Uświadomienie sobie tego że to jest, jest tak samo ważne jak świadomość tego że tego nie ma. Moment w którym się dziwisz czemukolwiek jest momentem straconym, mimo że dziwić się nie byłoby czymś dziwnym w sytuacji kiedy świat zaczyna grać nie fair i przestaje mieć podstawy logiczne. Cudze dłonie na ramionach, czyje? Odwrócić się, dobry pomysł ale dłonie trzymają mocno.
- Nie walcz – kobiecy, miły głos – przecież wiesz że walka nie pomoże a jedynie osłabi twoją wolę, stracisz resztki siebie walcząc.
- Nie pytam – po prostu mówił, nie myślał, myślenie zbyt często prowadzi do straty – nie chcę znać odpowiedzi na pytania. Nie walczę, żeby walczyć trzeba mieć możliwości, a przynajmniej znać sposób walki. Jestem, nie ważne gdzie i po co, nie ważne jak i dlaczego, nie ważne czy żyję czy śnię czy jestem w czyśćcu czy w piekle, jestem.
- Zabawny człowieku, żałosny człowieku, a może już tylko istoto pozbawiona woli i to przez się – bez emocjonalny głos – czy nie chcesz stąd odejść?
- A czy to zmieni cokolwiek jeśli zmienię miejsce, wiesz że nie. Nie ucieknę tak jak i ty.
Zaśmiała się, a ucisk na ramionach zaczął niknąć, w końcu zabrała ręce, a on się nie obejrzał. Nie wierzył w świat, bierność też jest walką, niewiara jest wiarą, a zasnąć czasem znaczy obudzić się. Zapadł w lekki letarg prowadzący go przez myśli do początku, który był równie nieosiągalny jak koniec lecz miał jeden ważny atut dla poszukiwacza, był przeszłością, a to co już było spotkać o wiele łatwiej niż przyszłość zawczasu.


Na początku jest „Epilog”, taka jest chronologia absurdu i nie pragnąłem jej zmieniać, co uczyniłem mimo wszystko, ale cóż z tego, koniec tak jak początek może istnieć w każdym punkcie, bo to co jest przed początkiem jest również przed końcem a to co po końcu jest po początku, wyjaśnienie jak każde inne które istnieje nie by wyjaśnić a by być, tak jak ja.



Przeżyj to a przetrwaj, w za dużych wdechach powietrza wydobywa się przestrzeń stań, nie przestawaj śnić tego w dobie po rozdrożu, tak sobie ty z mów ułóż rozmowy, z umów porządek nowy dla głowy. Próżny trud, jestem z paranoi, gdy jej brak to też powód gotowy do nowej, pozostał zły znak na podniebieniu. Smakuję świat, doświadczam śmiać i innych a nie mam, to nie problem. Domieszanie odrobiny zieleni w czerń niewiele zmieni, jestem takim jak chcę, ale podświadomie więc z istnieje błąd w porozumieniu, czy mi się to podoba, czy bym to jednak zmienił, a najważniejsze czy mi tutaj to oceniać, mógłbym później żal wytoczyć sobie. Jeśli z może nas sen o tej porze, to czy dzień znów dotrze do powiek, czy już miałem ostatnie wydobycie w świat ten. Pozostało zostać w spokoju, pokój bez domu i aroganckiej złości kwiat. Monologiem dotrzymuję towarzystwa dwojgu warg, usługując zgrai zbędnych braw, zadawanych przez dłonie moje. – oddech mu się rwał, przebierał oczami wpatrzony w punkt na ścianie, jej twarz wrzucona w cień pod ścianą, wraz z ciałem i cieknącą krwią.- Po co przypominam sobie cudze teksty jak ten że z za żartu wyłuskasz prawdę śmiertelnie poważną, a teraz najdroższa zażartuj z tego żartu. - zrozumiałem i uśmiechnąłem się. – Nie widzę możliwości wyjścia, pozostaje dojść do wniosków nie owocnych jak się tu dostałem…- nagle zrobiło się ciemno, upuścił oczy na ziemię i usiadł patrząc z rezygnacją w czerń.


Podniesienie ręki jest bez znaczenia, podniósł rękę a ta została ucięta wraz ze stwierdzeniem że podniesienie ręki jest bez znaczenia. Próbuję pojąć co kryje się pod, zawsze jest jakieś pod nawet gdy jest nad, abstrakcje wyrażają myśli o wiele lepiej, są pełniejszym wyrażeniem siebie. Przepraszam.



Na lewo nieużytki, na prawo światło, jego więzienie zmieniło się wraz z wysysaną czernią, wessała ją dziurka od klucza szafki o której wiedział tyle że nie można jej otworzyć, bo oczywiście próbował to uczynić. On szafka pokój bez wyjścia o ścianach w kolorze korozji. Wolał czerń, była bardziej oczywista. Ucięte paznokcie, szczęka nie reagująca kiedy próbował wgryźć się w siebie, ściana amortyzująca uderzenia głowy i szafka której nie mógł ani otworzyć ani ruszyć. Nie moc. Ze ściany wydobyła się postać ojca, która pozostawała ścianą. Nie mówi nie patrzy nie wpływa. Ojciec zniknął. Nagi w pustym świecie z ciałem bez emocji i nie odbierającym bodźców. Był masą, wszystkie otwory zalepiało ciało, powieki wyrzeźbione w nim nie mrugały. Przeformowywał się, bez wpływu umysłu popadał w pozycję embrionalną by w końcu wydobyć się z niej i przez rozerwaną ścianę w miejscu gdzie pojawił się ojciec wypłynąć jako… proceder nie trwał długo, później dotykały go jakieś ręce, by w końcu wylądował w kontenerze z innymi odpadkami.

Przeznaczam czas na myślenie, myślenie zaś przeznaczam… zapominam i myślę od początku przeznaczając czas. Zbędne myśli wypływające z nas i tonące jak wytwory Oceanu solaris.

Odkrywam zaistnienie wniosków o plotkach pogłoskach ech ożywionych z różnej strony i dla różnych celów. Taki mam zawód a raczej hobby osobiście zaprzyjaźnione ze mną z tej strony. Niedokształcona choć wykształcona wyobraźniaworzyłem w sobie przyzwolenie na to niemal równe wierze. Stawiam sobie pytania dla samego faktu postawienia ich, nie łudzę się, już nawet nie szukam, po prostu siłą przyzwyczajenia i ogólnie przyjętego że to mądre myśleć. Nie zdobywam wiedzy bo wiedza jest mi zbęd









utwory


informacje

szukam prawdy żeby wiedzieć kiedy kłamię

dołączył(a): 2006-04-23
grupa:
liryczni
imię:
imię:
miejscowość:
miejscowość:
urodziny:
1987-08-22
123 wierszy
5 opowiadań
5 tekstów (publicystyka)
0 tłumaczeń
0 utworów w PW
781 komentarzy udzielonych
280 komentarzy otrzymanych
580 postów na forum

ulubieni

moi ulubieni autorzy:

Svarg, ala, Veles, Don Trippio, w&j, małGocha, Frances F., landrynkową piękną śmierć, mihaly, medeam, nionpa, hasiok, worek kości

jestem w ulubionych u:

allon, magda-lena, bermika, sho, clio, fiqero, izidor, jacek sojan, Frances F., koryfeusz, Bryłcia , MUFKA, Ja, motyl, Murzyni, ale myślą, nionpa, ---------