avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
orbitowanie bez cukru
opowiadania
felietony

Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
na marginesie
regulamin
FAQ
archwium forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj


zaawansowane...

Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


27 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
orbitowanie bez cukru
mechanik liryczny


Chapter 1: dom dla nieobecnych
-Nie wiem czy to co mnie otacza jest rzeczywistością czy fantazją.
- Jaka jest fantazja?
- Nierzeczywista.
- A rzeczywistość?
- Nierzeczywista.
- Jak więc odróżniasz jedno od drugiego?


Nauczony samotności nie zdobyłem przyjaciół. Oddaję się życiu przeglądając oferty czerwonych sukienek. Kiedy zakładam betonowe buty, wydarzenia nabierają nowych znaczeń i barw.
Miałem trzy lata kiedy ojciec założył nową rodzinę a matka zdecydowała wychować mnie samotnie. Po podziale majątku, przeprowadziliśmy się do kamienicy, w której nocami szczury biegały po klatce w poszukiwaniu odpadków, piece uwalniały czad, a ciepło otulało ciało okryte pledem. Pozostawiony samotnie w ogromnym mieszkaniu, całymi dniami wsłuchiwałem się w szmery kamienicy, które wraz z nastawaniem wieczoru przeradzały się
w złowrogie dźwięki. Ze strachu chowałem się w łóżku i zwinięty w kłębek pod kocem liczyłem uderzające o dno zlewozmywaka krople. Z minuty na minutę mowa kamienicy stopniowo cichła a pot wsiąkał w pidżamkę. Tak zasypiałem. Poznałem tajemnicę domu
i zacząłem dostosowywać się do woli bycia przeźroczystym. Ażurowy unosiłem się stopę nad ziemią. Nie istniałem dla duchów i zmor czyhających w ciemnych zakamarkach pokoi, zawieszony pod sufitem snułem się po ścieżkach wyobraźni.
Któregoś wieczoru do kuchni wpadł wielki szczur, matka chwyciła łopatkę do węgla i odcięła mu łeb. Ciało zwierzęcia ruszało łapami i ogonem poczym zamarło a głowa wtoczyła się pod kredens zostawiając krwiste plamy. Z przerażenia zsikałem się w majtki a mocz spiła drewniana podłoga. Kiedy przebierałem się w łazience ściągając majtki uderzyłem skronią
o kant wanny. Skóra zaczęła szczypać i swędzieć, dotknąłem czoła poczym zobaczyłem na dłoniach krew, napięcie, które w sobie miałem wypłynęło czerwienią i spłynęło do ścieków.
Od tamtej pory ból materializuje mnie w personę zrodzoną z mięsa, kości i krwi, skuwa ciało i stawia twardo na ziemi.
Kiedy jest mi źle dzwonię po dziwkę. Zanim przyjdzie sprawdzam odporność naskórka na ścieranie pumeksem i proszkiem cif, serią uderzeń o kant szafki badam twardość kości ciemieniowej. Oczyszczony oddaję się przyjemnościom.
W każdy parzysty piątek miesiąca wyrywam pincetką włosy zza ucha, po jednym co pięć minut. Kępę wkładam do koperty, zaklejam i adresuję. W ubiegłym tygodniu listonosz zostawił w drzwiach trzechsetne awizo. Oprócz pizzerii, banków i agencji towarzyskich pisze do mnie chudy blondyn w okularach, ja sam.
Pracuję, bo cóż mógłbym robić, jestem cenionym pedagogiem. W zeszłym roku z okazji Dnia Nauczyciela otrzymałem nagrodę z rąk prezydenta miasta, za wysokojakościową pracę na rzecz dzieci z rodzin patologicznych, robię biedakom zęby za darmo, stać mnie. Dyrektor przed zgłoszeniem mojej kandydatury do urzędu, poklepał po ramieniu i ukazał wachlarz śnieżnobiałych trzonowców, wszystkie nówka, dzięki takim nieborakom jak ja kadencja na następne pięć lat zapewniona.
Do tej pory nie wiem jak to się stało, że jestem tym kim jestem. Lekarzem dentystą, według nowego nazewnictwa, a w wolnych chwilach nauczycielem anatomii narządu żucia
i praktycznej nauki zwodu dla ślicznych, aczkolwiek niezbyt rozgarniętych higienistek stomatologicznych.
W chwilach euforii lubię zagłębiać się w ubytki, szczególnie siekaczy, patrzeć w wybałuszone z napięcia oczy klienta. W chwili gdy pierwszy raz wchodzę wiertłem w dziurę u większości pacjentów na skroniach wyskakują żyły, widać puls i występujące z porów krople potu. Pacjenci jęcząc z bólu zwykle zagryzają mi dłoń, przebijają rękawiczkę i wbijają się w skórę. Spłoszonych zostawiam na fotelu, szybko biegnę nad zlew gdzie przemywam ranę spirytusem. Alkohol jak stado mrówek zmierza w stronę serca, wbija się w mięsień
i ciało staje się wiotkie. Odwracam się zapewniając, że nic się nie stało i proponuję zastrzyk, po czym dokańczam robotę. Pamiętam podczas którejś konferencji jeden z profesorów psychiatrii wręczył mi wizytówkę i zaproponował terapię zaburzeń jedzenia, od tego momentu zacząłem skrywać moją słabość przed wzrokiem kolegów.
utwory


informacje


dołączył(a): 2006-06-06
grupa:
liryczni
imię:
anna
miejscowość:

urodziny:
0000-00-00
0 wierszy
16 opowiadań
1 tekstów (publicystyka)
0 tłumaczeń
0 utworów w PW
61 komentarzy udzielonych
0 komentarzy otrzymanych
2 postów na forum

ulubieni

moi ulubieni autorzy:

, caroll, Frances F., MUFKA, playing.angel

jestem w ulubionych u:

lia, jacek sojan, Judzia, Naamah Di., amk, i, playing.angel, Jacek Krajl, motyl