avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


18 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
11witold
debiutant
teksty
felieton, esej
dodano:
29 sierpnia 2011, 17:17:03


Esej metafilozoficzny

Metafizyka, obecnie zwana ontologią, jak wiadomo jest centralną dziedziną filozofii, która zajmuje się ogólnymi zasadami istnienia jako całości. Jest to ustosunkowanie się za pomocą pojęć do dwoistości bytu czasoprzestrzennego. Pokrótce upraszczając, można powiedzieć, że z jednego punktu widzenia mamy cielesny podmiot, czyli własne przeżywanie życia, inaczej mówiąc świadomość, osobowość, duszę, immanentność, a z drugiej strony transcendentny, czyli zewnętrzny świat, przedmiot przeżywania i poznania, składający się z istot żywych oraz przedmiotów martwych. Mówiąc inaczej, rzeczywistość jedności osobowości z jednej strony przejawia się w jednokierunkowym kontinuum czasu, a z drugiej ma swoją trójwymiarową przestrzeń oraz to, że byt jest ograniczony w swoich przejawach jednostkowych, a nieskończony jako całość. Ta dwoistość, ten dualizm istnienia powoduje między innymi rozbieżność i pozorną nieprzystawalność poglądów poszczególnych myślicieli. Jest to związane z tym, na którą stronę rzeczywistości położył nacisk dany filozof, aby zbudować system myśli jednolitych. Może dlatego Platon stworzył meta-literackie porównanie, że świat jest na podobieństwo jaskini, na której ścianach odbijają się cienie rzeczywistości niezmienno-prawdziwej, idealnej; a nie tylko uwielbienie dla pojęć najogólniejszych nim kierowało? Czy możemy być skrajnie subiektywni, jak adwajtawedanta Siankary i myśl Berkeleya, który poza nieprzestrzenną, niecielesną świadomością nie uznawał nic poza Bogiem? Tomasz z Akwinu natomiast, oparł się wiarą na dualizmie Arystotelesa, duszę i ciało-materię, Boga i uniwersum jednak sobie przeciwstawiając. Z drugiej strony, pogląd materialistyczny - wywodzący się od Demokryta, będący źródłem nauk przyrodniczych, czy to atomistyczno-mechanistyczny, czy dialektyczny, aż do neopozytywistycznego - zapomina jednak nieraz, że rzeczywistość zewnętrzna poznawana jest przez konkretną świadomość, jaźń, której nie da się sprowadzić bez reszty do cząsteczek materialnych, zaopatrzonych w masę i energię, czy wyrazić liczbowo-matematyczą formułą, jak w złudnych marzeniach pitagorejskich.
Mam wrażenie, że filozofia drugiej połowy XX wieku, stała się nieco wtórna, lub na siłę oryginalna, przeceniająca psychologię podświadomości i staczająca się czasem w absurd usiłujący podważyć podstawowe arystotelesowskie prawo logiki, zasadę wyłączonego środka, jak widać to w nurtach postmodernizmu i neodialektycznym reprezentowanym przez Adorna. Wcześniej niektóre teksty filozoficzne zaczęły przypominać filologiczne analizy języka, jednak na szczęście w konfrontacji do opisywanej rzeczywistości, jak to miało miejsce u Wttgensteina. Wiara w prawdę absolutną stała się niemodna, kwestionowana przez agnostycyzm, a przecież nauka o jakościach, czyli elementarnych, zmysłowych składnikach świadomości wywodząca się między innymi z empiryczno-analitycznej tradycji angielskiej, intelektualnych zdobyczy empiriokrytyków i fenomenologów, wykorzystywana jest nawet przez neopozytywistów. Wiara w rzeczywistą prawdę została również zachwiana przez amerykański, do dzisiaj rozwijany nurt pragmatyzmu, który utylitaryzm poglądów doprowadził do pluralistycznej karykatury prawdy. Bowiem prawda jest jedna - jak absolutną jest przestrzeń trójwymiarowa i czas jednowymiarowy składające się na formę istnienia, bez której nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie bytu. Czasoprzestrzenna forma bytu jest sprowadzalna subiektywnie do następstw jakości zmysłowych w percepcji przestrzennej jaźni i intersubiektywnie, czyli obiektywnie obserwowana w ruchu ciał niebieskich. Te osiągnięcia zaliczane do prawdy absolutnej, choć cząstkowej, atakował tak zaciekle w polemicznej rozprawie „Materializm a empiriokrytycyzm”, z pianą ogłupiającej wścieklizny na piórze – Lenin - ten piewca i praktyk zbrodniczej doktryny. A przecież pogląd psychologistyczny w swej analizie nie neguje rzeczywistego materializmu istnienia, choć nie jest on tak skrajnie rewolucyjny jak marksizm. Błądzenie Sartre’a, epigonicznie nakręcone ztotalizowanym Heideggerem, i powroty do maniakalno-nieprecyzyjnej aforystyki Nietschego dopełniają obraz umysłowego upadku. Kto nie godzi się z tym twierdzeniem, niech sięgnie po rozprawkę Schopenhauera „O wolności ludzkiej woli”, popartą autorytetem Akademii Królewskiej i w 1839 r. nagrodzoną pierwszym miejscem w konkursie. Nagrody XIX-wieczne mają oczywiście i bezdyskusyjnie większy prestiż. Tu jednak tak wybitny umysł źle dobrał jeden z przykładów swej deterministycznej tezy, jakby nie wiedział, że pragnienie jest silniejszą przesłanką działania od głodu. Dlatego zawsze istnieje jakiś decydujący czynnik lub wypadkowa kilku, który determinuje dane zdarzenie lub zjawisko, albo nie wywołuje widocznych następstw poza psychicznymi, co utwierdza w poglądzie deterministycznym na różnych poziomach rzeczywistości, od fizyczności po psychizm. Frankfurcki myśliciel, który genialnie uprościł Kanta zaglądając od środka do rzeczy samej w sobie, którą w rzeczywistości jesteśmy my, jako samoświadoma cielesność, między innymi utorował drogę psychologistycznym osiągnięciom empiriokrytyków i fenomenologom. Na szczęście nawiązali oni do empirycznych zdobyczy myślicieli angielskich, a nie do modnego w Niemczech nacjonalistyczno-państwowego heglizmu. Schopenhauer wyparłby się, jak przypuszczam, takiego następcy i odstępcy zarazem jak Nietsche, którego błyskotliwy umysł, strawiony syfilisem, zostawił swoje bezwolne ciało chrześcijańskiej opiece matki i siostry. Zresztą osobowość jego siostry chyba nie miał wiele wspólnego z chrześcijaństwem, sądząc po jej charakterze i polityce wydawniczej w stosunku do spuścizny brata. Ale co się nie robi dla pieniędzy?
Z percepcyjnych, najprostszych składników przeżywania – jakości, to znaczy odczuć wewnętrznych, dotyków, smaków, dźwięków, zapachów i barw składają się wszystkie, nawet najbardziej skomplikowane treści fizyczne i psychiczne. Te przeżycia psychofizyczne są nie tylko wewnętrznym światem jednostki, ale przede wszystkim działaniem jego aktów woli w świecie zewnętrznym w celu przeżycia i okazania swej obecności. Są one przypisane konkretnej jednostce – monadzie. Nie istnieją one poza konkretną cielesną świadomością, składając się na psychofizyczną jedność. Odczucie tej jedności jest podstawą wszelkiej ludzkiej twórczości i najgłębszym sposobem przeżywania kultury, źródłem katharsis. Na tej podstawie wyrasta dopiero intelektualne zrozumienie wraz z uczuciowym przeżyciem, więc nie można pominąć tego, co jest najgłębszym podłożem naszej świadomości, czyli bezpośredniego poczucia jedności naszej osobowości. I w tym eseju, jak w każdym mającym pretensje do ścisłości, istotna jest precyzja znaczeniowa znaków. Na przykład gdy wprowadzam pojęcie monady (jednostki psychofizycznej), to nie w znaczeniu Leibniza, ale Giordana Bruna i Stanisława Ignacego Witkiewicza. Myślę, że uzyskuję to przez odpowiedni dobór słów, które wchodząc we wzajemne relacje, określają się dokładniej. Czyli wszystkie rozważania są możliwe jedynie dzięki użyciu pojęć, które są również materiałem konstrukcyjnym każdego tekstu. Pojęcie, to znak o znaczeniu, bez względu na to czy ten znak będzie w formie graficznej, dźwiękowej albo innej, jak manualnej. Znaczenie natomiast, to kompleks znaczeniowy, który jest sumą jakości pozostałych nam w pamięci, w związku z przyswajaniem pojęcia przez umysł w trakcie uczenia. Kompleks znaczeniowy prywatny przechowywany w pamięci, sprowadzalny do jakości zmysłowych byłych, może określać nawet znaczenia pojęć najbardziej wyabstrahowanych, a nie tylko istności o odpowiednikach istniejących w rzeczywistości. Podaję tu w skrótowym przybliżeniu teorię pojęć S.I. Witkiewicza, nieco podobną do ujęcia semiotycznego, a którą nazwał nominalistyczną, co wydaje się nieścisłe, gdyż jego nominalizm jest bardzo umiarkowany i ocierający się o stanowisko Arystotelesa w tym względzie, to jest o umiarkowany realizm pojęciowy oraz konwencjonalizm pojęciowy z drugiej strony. Zastosowałbym do tej teorii nowy termin: realistyczny nominalizm. Pomimo tego drobnego błędu terminologicznego jest to według mnie dogłębnie opracowana teoria pojęć. Pojęcia, ze względu na ich zakres, możemy podzielić na: percepcyjne – odpowiadające jakościom; empiryczne – oznaczające związki prawidłowe jakości, czyli: istoty żywe, przedmioty, czynności i zjawiska; oraz na pojęcia wyabstrahowane, czyli „oderwane”, których odpowiedniki istnieją w rzeczywistości w formie definicji, wzorów matematycznych lub omówienia, sprowadzalne ostatecznie w świadomości do najprostszych elementów psychicznych – jakości.
W hierarchii monad, homo sapiens jako gatunek jawi się nam jako najbardziej złożony i obdarzony najpełniejszą świadomością. Biologiczna teoria ewolucji formułowana nie tylko przez Darwina (jego dziadek był ewolucjonistą i teistą), potwierdzana badaniami genetycznymi, stawia człowieka na szczycie korony drzewa rozwoju organizmów. Filozofia, która sobie stawia za cel maksymalne zbliżenie, a nawet osiągnięcie prawdy absolutnej, musi za punkt wyjścia przyjąć psychofizyczną monadę, a nawet konkretnie człowieka jako twórcę posługującego się najbardziej rozwiniętym systemem znaków, czyli pojęciowością. Fizyka nie upoważnia nas do czynienia z cząstek elementarnych, czy innych właściwości materii, przestrzeni i czasu, podstawowych kategorii ontologicznych. Te ostatnie można ująć jako zmienność jakości. Natomiast monada jest taką fundamentalną, niepodzielną, jednostką atomową metafizyki. Jest ona faktem całkowicie realnym i poddającym się skalpelowi analizy, ale nie skalpelowi podziału, który mógłby ją unicestwić, albo przynajmniej okaleczyć. Natomiast cząstki elementarne fizyki są realne tylko teoretycznie i wynikają z proporcjonalnych wyliczeń chemicznych oraz statystycznych doświadczeń fizyki eksperymentalnej, a przez to, że z góry - a priori przyjęte jako martwe, więc są nieskończenie podzielne. Przy tym skłonności do filozofowania matematycznie podbudowanych fizyków-teoretyków są ogromnie rozwinięte, i z ewolucyjnie zmiennych i cząstkowych teorii opisujących tzw. materię martwą w mikroskali, wymodelowaną na kształt kosmosu, tworzą kosmologię w makroskali, twierdząc że opisują rzeczywistość istnienia. Cząstkowy jest również zasięg ich penetracji, gdyż jak sami przyznają, materia badana jest przez nich, i chwała im za to, w niewielkim procencie jej masy. Równocześnie wydaje im się, jak pitagorejczykom, że podstawową własnością świata jest matematyczność. W swych próbach uogólniających, strunowych teorii, mnożą wymiary, licząc na cud odtajemniczenia bytu. Zapominają również, że istnieją inne dziedziny wiedzy empirycznej nie mniej ważne, jak chociażby biologia i psychologia, których nie można ująć w terminach matematyczno-fizycznych. Albowiem przecież podstawą realności jest rozciągła przestrzennie monada – jednostka bytu. Jedną z właściwości obserwowanych monad, tak jak innych przedmiotów jednostkowych, jest wprawdzie ograniczoność przestrzenna i czasowa, ale monada jest przede wszystkim bytem realnym od środka, obok swojej realności przedmiotowo-cielesnej, a przedmioty poza swoją rozciągłością przestrzenną są właściwie treścią świadomości monad. To proste i celne rozumowanie poświadcza, że monada jest faktem ontologicznie pierwotnym. Teraz można bez obaw, konsekwentnie zaryzykować twierdzenie, które mówi, że tak zwane przedmioty martwe, czyli materia, są złożone ze skupisk powiązanych ze sobą pierwotnych monad – istnień poszczególnych o bardzo małej cielesnej wielkości i bardzo prostej, rudymentarnej świadomości. Taki pogląd pozwala nam łatwiej zrozumieć naturalny sposób-mechanizm powstania życia i świadomości na ziemi, a ewolucyjność ich rozwoju nabiera nowej, głębszej perspektywy. Ta perspektywa otwiera nam wizję wszechświata o strukturze monadycznej, złożonej z psychofizycznych istnień poszczególnych o różnej złożoności i wielkości, podrzędności i nadrzędności w stosunku do innych monad. W całym tym wywodzie inspiruję się do pewnego stopnia myślą Stanisława Ignacego Witkiewicza, którego monadyzm jest moim zdaniem najciekawszym w XX wieku ujęciem istnienia w system pojęć, zawierającym trafne i wnikliwe introspekcje, poza wrażeniem pewnej statyczności sformułowania. On z kolei opierał się na psychologistycznym systemie empiriokrytycyzmu Hansa Corneliusa. Niestety hipoteza monadystyczna, wywodząca się z animizmu, od Bruna i Leibniza, jest chyba doświadczalnie nieudowadnialna. Jednak niektóre obserwacje i doświadczenia naukowców sugerują, że materia martwa zachowuje się analogicznie jak ożywiona i może składać się z organizmów cielesno-psychicznych. Natomiast recenzja Tadeusza Kotarbińskiego z książki S. I. Witkiewicza „Twierdzenia i pojęcia implikowane przez pojęcie istnienia” (Kasa im. Mianowskiego 1935 r.; PWN 1977 r.) wykazuje raczej na polu ontologii klęskę reizmu, co pośrednio przyznaje w konkluzji sam jego autor. Z kolei uwagi w posłowiu Bohdana Michalskiego pt. „Filozofia ontologicznego pluralizmu S.I. Witkiewicza” do wydania „Zagadnienia psychofizycznego” (PWN 1978 r.), że pojęcie jedności, użyte do określenia całości istnienia, nie jest uzasadnione – wydają mi się w pewnym sensie słuszne gdyż w tej książce nie wywiedzione genetycznie. Dlatego należałoby pojęcie jedności, w tym wypadku sugerujące wkroczenie na teren teologii, zastąpić pojęciem związku, określającym realistycznie relacje różnorodności i wielości istnienia, a pozostawić je do określenia metafizycznego od(u)czucia zdrowej jaźni, to jest świadomości istnienia poszczególnego, czyli indywiduum - albo co bardziej racjonalne, wprowadzić wątek genetyczny i dzięki ogólnemu pojęciu jedności, sformułować materialistyczną teologię. W swoich esejach rozwijam system filozoficzny Stanisława Ignacego Witkiewicza zwany monadyzmem biologicznym. Pogląd ten jest ukształtowany przez niego bardzo swoiście dedukcyjnie i wydaje mi się, że autor niesłusznie nie uznaje teorii poznania jako dziedziny filozoficznej.
Dotknąłem teraz drugiego podstawowego działu filozofii, zwanego teorią poznania lub epistemologią, czyli dziedziną wiedzy o możliwościach poznawczych człowieka. Możemy te możliwości prześledzić na przykładzie rozwoju dziecka, które odbiera świat swoimi zmysłami. Rzeczywistość przejawia się mu w strumieniu świadomości wypełnionej jakościami - elementami percepcyjnymi - w kolejności poczynając od odczuć wewnętrznych w granicach ciała, dotykami, następnie smakami, dźwiękami, woniami i na końcu barwami. Najpierwotniejszy jest zmysł dotyku dwoisty na granicy ciała, z którego rozwinęły się inne, i informujący o materii istnienia, zewnętrznej jak i wewnętrznej. Poprzez praktykę doświadczenia i pracę pamięci kształtuje się świadomość własnego ciała, ciał zewnętrznych, przestrzeni i tak dalej. Refleksja przychodzi z wiekiem, w miarę bogacenia doświadczeń, nauki i dojrzewania w społeczeństwie. Najistotniejsze jest tu uczenie się pojęć czyli mowy, którego efektem jest, że gdy słyszymy dźwiękowy znak pojęcia, w tle psychicznym przypomina nam się treść znaczenia, którą nabyliśmy w trakcie nauki. Przemawiałoby to za teorią, że empiryzm jest pierwotną formą poznania a racjonalizm wtórną, natomiast dopiero za nimi plasowałoby się irracjonalne natchnienie czy iluminacja, albo intuicja wynikająca z podświadomości, w tym anamneza. Te ostatnie jednak w praktyce życia jawią się nam jako wtórne i jako takie nie stanowiące bezpośrednio władzy poznawczej. Eksperymenty stanowią domenę nauk szczegółowych, od fizyki po psychologię, których teoretyczne wyniki musi rozsądnie rozważyć każdy filozof. Od tego, który ze sposobów poznania uznamy za nadrzędny, tak ukształtuje się nasz całościowy pogląd na świat. Starożytni szukali złotego środka, współcześni ludzie szukają równowagi w skrajnościach. Przeciwstawne poglądy nie muszą się wykluczać, lecz odpowiednio zinterpretowane i uzgodnione mogą się uzupełniać, odsłaniać różne strony rzeczywistości, oraz ujawniać tajemnicę istnienia, którą ostatecznie wyeliminować nie sposób, wprowadzając nawet pojęcie Boga – co wydaje się ze względów genetycznych i kulturowych uprawnione, spekulując ponad doświadczeniem. Oczywiście na „wydawanie się”, nawet antymetafizyczne wysiłki Kanta są nieskuteczne. Nie tylko moim zdaniem, wszelkie poznanie musi wychodzić z doświadczenia ujętego w karby racjonalizmu wykorzystującego indukcję jak i dedukcję, wsparte zdrowym rozsądkiem, oraz poprawnie rozumianą tradycją. Z tej tradycji przechowanej pismem, oczywiście nie możemy brać dosłownie wszelkich zdarzeń cudownych i przypowieści.
Gdy dość statyczną ontologię, pierwotnie sformułowaną przez Witkacego w „Twierdzeniach i pojęciach implikowanych przez pojęcie istnienia” wzbogacimy o perspektywę dynamizmu rozwojowego genetyczno-ewolucyjnego i weźmiemy pod uwagę wyjątkowość wytworów ludzkiej twórczości cywilizacyjno-kulturowej wynikającej z uświadomionego odczucia metafizycznej jedności osoby ludzkiej, możemy śmiało wyprowadzić perspektywę teleologiczną i teologiczną. Bezpośrednie poczucie jedności, naszej psychofizycznej osobowości jest właśnie podstawą uczuciowo intelektualnego przeżywania, w terminologii Kanta nazwane kategorią transcendentalną, oraz zbieżne z pojęciem duszy u św. Tomasza z Akwinu i także nawet z arystotelesowską formą. Odczucie metafizyczne u człowieka, czyli uświadomione intensywne uczucie psychofizycznej jedności - dusza, może być nam dana jedynie od osobowości wyższej – Boga, i oprócz właściwości intelektualnych i uczuciowych kształtowanych społecznie, jest warunkiem wszelkiej ludzkiej twórczości i gromadzenia wiedzy. Twórczość ta, szczególnie w sferze sztuki, religii, filozofii, nauki i literatury, odróżnia nas od bytowania zwierzęcego, gdyż jest najbardziej oddalona od praktycznej działalności, służącej biologicznemu przetrwaniu. Nie jesteśmy w stanie wyprowadzić jej ze świata zwierzęcego, w którym nie występuje, lecz musimy przyjąć jako jej źródło, osobowość nadrzędną – boską. Metafizyczne odczucie jedności zwane duszą, gdy jest podbudowane uczuciowością, nazwane uczuciem metafizycznym, jest u człowieka intelektualnie poznawalne w refleksji i przez ten decydujący element samoświadomości podlegające ocenom etycznym. Ponieważ materiał poznawczy skłania nas niezbicie do dopełniającej światopogląd spekulacji, dlatego pozwolę sobie tu podać nowy dowód metafizyczny. Nazywam go dowodem genetycznym, przeprowadzonym na zasadzie porównania kontrastowego. Nie jest to dowód ściśle formalno-logiczny, nie znaczy to, że nonsensowny, dlatego nie dający się obalić przez neokantystów, neopozytywistycznych i analitycznych logików, których formalizm czasem zastanawia bezużytecznym zawikłaniem lub ontologicznym uproszczeniem (falsyfikacja Poppera i definicja prawdy Tarskiego próbują ratować tę sytuację). Wystarczy zestawić porównawczo materię cząsteczkową nieożywioną, będącą wraz z energią w teorii fizyczno-chemicznej budulcem przedmiotów martwych i organizmów żywych, ze świadomością homo sapiens. Nawet najbardziej zawiłe, skomplikowane i „dialektyczne” scalenia tych cząsteczek nie zbudują nam w efekcie samoświadomej jaźni, zdolnej do tworzenia urządzeń technicznych i teorii naukowych. Jaźń, świadomość jest niesprowadzalna bez reszty do elementów martwych, nieożywionych. Odwrotnie natomiast, możemy opisać materię w terminach psychologicznych, zmysłowych, jak również wszystkie pojęcia fizyki tradycyjnej jak i najnowszej, takie jak wszystkie cząstki elementarne, będące w mikrowymiarach pochodnymi od przedmiotów martwych poglądu życiowego, umieszczonych i poruszających się w codziennej przestrzeni. Pojęcie energii w fizyce natomiast wywodzi się od naszego psychologicznego odczuwania ciała. Konstrukcje matematyczne muszą tworzyć konieczne, statystyczne rusztowanie teorii przyrodniczych, a zastosowanie geometrii nieeuklidesowych, ma stanowić remedium na trudności poznawcze oraz konstrukcyjno-teoretyczne. To nie przestrzeń zakrzywia się, tylko materia układa się w zróżnicowane warstwy zagęszczenia, a czas jest wymiarem subiektywnym, nawet społecznie, a nie całkiem względnym. Jednak jaźni, opisywanej naturalnie w terminach psychologicznych, nie możemy sprowadzić do pojęć fizyko-chemicznych bez zubożenia i uproszczenia. Percepcyjne, najprostsze elementy przeżywania naszego ducha – jakości, to znaczy barwy, dźwięki, smaki, zapachy, dotyki i czucia wewnętrzne, możemy tylko wskazać. Jakości nie obrazują: rozszczepione promienie świetlne, drgania cząsteczek i impulsy elektryczne oraz połączenia synapsów w mózgu, tylko częściowo wyjaśniają ich mechanizm fizjologiczny, a tym bardziej nie obrazują skomplikowanych zjawisk uczuciowych i intelektualnych zbudowanych z tych elementarnych składników. Jedność osobowości z wielością percepcji i przeżyć wewnętrznych, jest nam dana jedynie w bezpośrednim przeżywaniu. Możemy tu przyjąć hipotezę na pierwszy rzut oka bardzo fantastyczną, lecz spekulatywnie jedną z najbardziej dla mnie uzasadnionych, że materia martwa składa się z istot żywych, monad psychiczno-cielesnych jak sugeruje monadyzm. Tu jedyną, niepodzielną jednostką atomową rzeczywistości jest psychofizyczna monada (istnienie poszczególne), to znaczy tożsama ze sobą cielesna świadomość, wypełniona jakościami, czyli podstawowymi elementami percepcyjnymi, obecnymi i byłymi, z których składają się wszystkie treści psychiczne. Stanisław Lem w książce wydanej przez WL 2000 r. „Okamgnienie” pisze: „W moich oczach życie jest wprawdzie zakorzenione w materii molekularno-atomowej i nawet - kto wie - zawdzięcza swoje powstanie i swoje przemiany, jedynie przez niektórych wybitnych fachowców podejrzewanemu o istnienie, światu subkwantowemu. Tylko nawiasem dodam, że ów domyślny świat subkwantowy to dziedzina tworów strunowych, kłębkowo spętlonych, których wieleset mogłoby się pomieścić w jednym protonie”. Moim zdaniem istnienie jest nieograniczone, oraz nieskończone, a wielostopniowe zawieranie się w sobie przestrzennych, niepunktalnych monad musi być jednak bardziej złożone i jest trudne do poznania dla ludzkiego doświadczenia ograniczonego swą cielesną, zmysłową praktycznością.
Dziedzina ludzkiej kultury nie da się bezpośrednio, bez reszty wyprowadzić z natury i bytu zwierzęcego stymulowanego ewolucją społeczną. Świat zwierzęco-roślinny jak i monady dla naszej percepcji zbyt drobne - podobnie jak fizyczne cząstki elementarne teorii, i przez zasadę statystyki wielkich liczb niezauważalne - w zestawieniu porównawczym z tworami ludzkiego ducha takimi jak: religia, sztuka, nauka i filozofia, obrazują przepaść nie do zasypania. To znaczy, te ludzkie osiągnięcia twórcze wydają się tak wyjątkowe w milczącym wszechświecie, że zmusza nas to do przyjęcia sprawczego Boskiego Ducha. W pojęciu tym mieści się emanacja Plotyna, wola Schopenhauera, darwinowski ewolucjonizm elan vital Bergsona, oraz między innymi, częściowo ewolucja świadomości Teilharda de Chardin i Aurobindo. Tu mieści się witalistyczna dynamika siły mana, tajemnica bezosobowego Brahmana z ksiąg wedyjskich, magia Tao (drogi) i wszechobecność Ducha Świętego. Tu można budować monadyczną teologię Boskiej Duszy, której ciało - uniwersum (wszechświat) nie można traktować jak złudzenie – maję, lecz jako jedność psychofizyczną, duchowo-materialną monady nieskończonej – Boga. Pogląd ten, wywodzący się z odwrócenia twórczej zasady obrazu i podobieństwa, jest zarazem osobowo-teistyczny jak i bezosobowo-panteistyczny, godząc dualistyczne przeciwieństwa. W ten sposób łącząc witalizm z teleologizmem, woluntaryzm z determinizmem, życie ze śmiercią, dobro ze złem. Człowiek będąc jakby we wnętrzu boskiego ciała odbiera świat jako wielość. Dla Boga, twórcy wszechświata, z ludźmi jako cielesne jaźnie na wzór i podobieństwo Boże, uniwersum może objawiać się jako bezpośrednio dana jedność swej boskiej Jaźni - umysłu – Duszy i Ducha, jednocześnie przenikających jak i zewnętrznych do swego ciała – wszechświata. Pomimo wewnętrznego w świecie determinizmu życia i śmierci, a może z tego powodu, i ze współistnienia na poziomie ludzkim, samoświadomościowym dobra i zła, determinowanego ograniczonością monad, istnieje odpowiedzialność personalno-etyczna. Determinizm nie oznacza jeszcze w świecie panowania mechanizmu, a złożoność rzeczywistości osiąga komplikację duchowo-materialną psychofizyczności humanistycznej na poziomie umysłowości ludzkiej. Czy można by tu również mówić o wzajemnym oddziaływaniu aspektów boskości i humanizmu? Zostawiam miejsce na odpowiedź czytelnikowi. Nie kieruję się żadnymi koncepcjami organizacji wyznaniowych, narodów wybranych, sekt i kościołów, lecz konfrontuję zróżnicowane systemy teologiczne, stosując dopuszczalną spekulację, aby uzyskać uniwersalny pogląd na transcendencję, pogląd eklektyczno-syntetyczny. Jest to myśl prawie tak stara jak świat ludzki, jak animizm. Jak wiadomo chrześcijaństwo operuje starogreckim pojęciem Ciała Chrystusa na określenie Kościoła powszechnego. Pojęcie ciała jedynie rozszerzyłem znaczeniowo na materialną całość wszechświata. Nie staram się wyważać otwartych drzwi, lecz wchodzę w szeroko rozwarte wrota eklezji, zastając tam boską monadologię owianą tajemnicą, odczytywaną z pism świętych. Oczywiście, odkrycie cywilizacji pozaziemskich, w co nieco wątpię, nie deprecjonuje moich wywodów. Zresztą „objawienia” UFO świetnie zanalizował psychologicznie Carl Gustav Jung w "Nowoczesnym micie - O rzeczach widywanych na niebie". Powyższe zdania przekonują, albo nie. Innych dowodów metafizycznych, logicznie nie do obalenia, nie ma i nie będzie.
Kompletny ateizm jest trudny do utrzymania w świetle olbrzymiej skarbnicy kultury jaką była w stanie stworzyć ludzkość, a Natura doprowadzić, nie bez skomplikowanych peregrynacji, do powstania społeczności człowieka myślącego. Obecna rzeczywistość istnienia musiała mieć jakiś wzór do stwórczego naśladowania. Ale również udowodnienie wszystkich atrybutów Istoty Najwyższej - przymiotów Boga, jakie podają nam do wierzenia religie, wydaje się nieosiągalne, albo przynamniej bardzo trudne i można je zaliczyć do akcydensów, w ramach dialektyki. Jednak nie w takiej skrajnej formie, jaką nadał jej Hegel a marksiści skopiowali, która stawiała pod znakiem zapytania zasadę tożsamości i inne podstawowe prawa logiki. Natomiast jesteśmy w stanie pojęciowo określić fundamentalne cechy Boga powołując się na słowa Biblii o stworzeniu człowieka na obraz i podobieństwo swoje, oraz mając na uwadze najbardziej prawdopodobną strukturę wszechświata - budowę monadystyczną, którą w tym oryginalnym światopoglądzie te słowa antycypują. Oryginalnym również przede wszystkim w znaczeniu swojej pierwotności, ponieważ przypomina on wierzenia animistyczne. A zatem musimy przyjąć cielesność Boga, czyli że nie jest jedynie istotą duchową, ale również materialną. Czy nie jest to jeden z argumentów na rzecz działalności proekologicznej? Boska cielesność Istoty Najwyższej nie może być ograniczona, ani przestrzennie, ani czasowo, więc musi obejmować cały Wszechświat w znaczeniu wszystkich możliwych wszechświatów. Na tej materialnej podstawie osadzony jest Boski Umysł składający się, tak jak świadomość człowieka, z Ducha, czyli treści psychofizycznych aktywnej monady i Duszy, czyli odczucia metafizycznej jedności. Te trzy istotne aspekty – atrybuty Boga tworzą nierozerwalną trójcę, na której budują swoją teologię największe religie. Boska nieograniczoność materialno-przestrzenna i nieskończona czasowo osobowość, jako następne, fundamentalne atrybuty, skłania nas do poglądu monoteistycznego, a nie do politeizmu, ani do opisania Jego jako bezosobowej energii fizycznej, czy siły sprawczej logosu w rodzaju Brachmana, choć jego utożsamienie z Atmanem – duszą, wiedzie myśl ku koncepcji osobościowej. Sama siła typu mana, jak pęd życiowy z witalizmu Bergsona, nie implikuje powstania rzeczywistości społeczno-ludzkiej złożonej z konkretnych jednostek. Możemy również powiedzieć, trawestując myśl św. Augustyna, że mikrokosmos monady jest naznaczony brakiem nieograniczonej pełni, która może być przejawem dobra najwyższego – boskiego; „reszta jest milczeniem”. Dlatego Boga możemy określić jako Monadę Nieskończoną, czyli jako psychofizyczną postać jednostkową, nieograniczoną, zarówno duchową, jak i materialną. Oczywiście musimy równocześnie odrzucić pogląd mówiący o kreacji z niczego, który jest absurdalny, gdyż zakłada istnienie nicości. Nasze zmysły są ukształtowane przez funkcję przeżycia. A przecież nawet wyliczenia fizyki teoretycznej sugerują, że znamy i tym bardziej poznaliśmy zmysłami tyko niewielki, a może nawet znikomy procent materii. Z tego by wynikało, oczywiście, że próżni nie ma. Każdy z boskich atrybutów zatem jest pierwotny, wieczny oraz komplementarny, czyli materia i duch, egzystencja i esencja, wielość i jedność. Czyli z filozoficznego punktu widzenia nie ma początku ani nie będzie końca, gdyż nie możemy przyjąć pojęcia nicości, jako zbyt poetyckiego, a jedynie pojęcie braku. Najnowszy zderzacz hadronów wybudowany pod Genewą i inne urządzenia badawcze mogą badać początki naszego świata, nie są jednak wstanie udowodnić jego stworzenia z niczego.
Mimo tego, że właśnie nieskończoność jest niewyobrażalna dla jednostki ludzkiej, tak jak niedocieczone są zagadnienia ostatecznej eschatologii, można sobie wyobrazić jakieś połączenie Sądu Ostatecznego z reinkarnacją, aby nie rozdzielać duszy od materialności cielesnej, nawet gdyby powędrowałaby ona w nagrodę, w swoistej nirwanie-mokszy, wprost w boską Jednię Istnienia materialnego. Tak to można przyjąć jako najbardziej naturalne, gdy Boski Umysł decyduje o losach pośmiertnych, przejmując je za pośrednictwem swego Ducha, przenikającego materię jako boskie zmysły z wolą i umiejscawiając w Boskiej Duszy-niebie, albo w ciele rozwijającego się istnienia poszczególnego. Przecież bytowanie ziemskie może okazać się okrutnym piekłem, lub przynajmniej bywa uciążliwym czyśćcem. Jednak tu zaznaczyłbym przemyślenia co do reinkarnacji, która wydaje się koncepcją mającą w przeszłości między innymi za cel utrzymanie spokoju społecznego i systemu kastowego, co właściwie udało się w Indiach do dzisiaj, przy równoczesnym w hinduskiej historii niszczeniu pism materialistycznych i ewolucjonistycznych. Gdy przeanalizujemy matematycznie wzrost populacji w świecie, idea wędrówki dusz jest nie do utrzymania bez równoczesnego założenia idei wiecznego powrotu, albo też przyjęcia idei panpsychicznej w szczególności monadycznej. Ale czy nie jest to, w tym połączeniu, myśl za bardzo synkretyczna? Nie uważam żeby należało się obawiać rozsądnego synkretyzmu, mimo że pewne jest naocznie jedynie: rozmnażanie, łączenie się organizmów celem jak najdłuższego przeżycia, czasem nazywane miłością, i obumieranie, a etyka i prawo wypływa najczęściej z zasady przetrwania społeczności. Nie można jednak zaakceptować, zabarwionej mentalnością kapitalistycznego egoizmu, teorii predestynacji, albo majątkowej, zamkniętej kastowości, co nie wyklucza przyczynowego determinizmu ze współdziałaniem wolnej woli w sferze etycznej. Józef Tischner śladem Leibniza, słusznie rozróżnia zło naturalne wynikające z ograniczoności materialnej natury świata, od zła etycznego powodowanego ograniczonością człowieka. Człowiek wybiera między dobrem a złem, co niejednokrotnie przeradzało się w dramat, który zagrażał egzystencji indywidualnej lub grupowej. Nie zawsze wspierało jednostkę albo grupy społeczne i etniczne – prawo, będąc wyrazem egoistycznego przetrwania danych klas społecznych, albo narodów i państw. Tutaj chciałbym wspomnieć o często nadużywanym pojęciu wolności, które jest bardzo mgliste, gdy nie jest określone konkretnie, od czego nas uwalnia. Natomiast pojęcia związku i zależności najlepiej charakteryzują nasz realny byt. Cały ten światopogląd, który usiłuję skompletować w swoim eseju tworząc w miarę najszerszą ontologię, upraszczając niepotrzebne zawiłości filozoficzne, staram się przedstawić bez zafałszowania rzeczywistości. Na zasadzie brzytwy Ockhama, nie mnożąc niepotrzebnych bytów, nie rozdzielam sfery duchowej od materialnej, gdyż uważam, że jedna bez drugiej nie mogłaby istnieć. Boskości również nie możemy rozumieć statycznie w myśl platońskich niezmiennych idei, gdyż kłóci się to z podstawowymi realiami istnienia. Niezmienność równa jest nicości, która jest pojęciem absurdalnym. Czyli w Boskim Umyśle, Duch, inaczej strumień zmysłowej świadomości i woli, musi być zmienny, gdyż ugruntowany jest w dialektycznej materii. Dialektyczne przeciwieństwa nie muszą być w walce, lecz stanowić harmonijną drogę jak w taoistycznym współdziałaniu pierwiastków jang i jin. Pewną względnie stałą, a raczej modyfikowalną, może być projekt-idea stworzenia, rozwijająca się jakby na zasadzie prób i błędów, z których wyciągnięto najgenialniejsze konsekwencje. Natomiast jedynie jedność Boskiego Umysłu, czyli Duszę, możemy uważać za ponadczasową – wieczną. Jest Ona jednak związana z wielopostaciową materią, w której tworzy jak rękodzieło światy otwartych, cielesnych monad – istnień poszczególnych. Potwierdzeniem Umysłowej przenikalności materii są najnowsze teorie fizykalne o równoczesności informacji w każdej cząstce materialnej w dowolnych nawet bardzo oddalonych strefach przestrzennych. Monady energetyzowane wolą Ducha, dążą do przedłużenia i rozszerzenia swej egzystencji, tak czasowo jak również przestrzennie, pochłaniają się wzajemnie, rozmnażają się, łączą w organiczne kompleksy, takie jak rośliny lub zwierzęta, aby ewoluować do formy ludzkiej, która wykazuje najbardziej boską witalność twórczą i samoświadomość. Mowa tu jest o woli, jak u Schopenhauera, ale przedstawienie czy wyobrażenie, zależnie od tłumaczenia, nie jest złudzeniem jak w tradycji hinduskiej, lecz faktem. Europejski trzeźwy materializm dał nam w ostatnich wiekach przewagę nad innymi cywilizacjami. Nie mogę się również zgodzić z dualizmami typu gnostyckiego i wynikającym z nich pokrewnego pojęcia bezczasowej wieczności, gdyż jest ono wydumaną, abstrakcyjną fikcją, która nie liczy się z faktami ewoluującego bytu. Żadne doświadczenie zewnętrzne i wewnętrzne nie wykrywa ponadczasowych, niezmiennych powszechników. Cała rzeczywistość podlega zmianom i ewolucji. Bez zmiany, chociażby najprostszej wymianie jakości zmysłowych, nie można sobie wyobrazić istnienia. Dlatego pojęcie wieczności możemy interpretować tylko jako nieskończoność. Umysł może być określany przymiotnikiem przestrzeń. Bowiem każdy umysł jest jednocześnie przestrzenno-materialny, czyli zmysłowo-fizyczny, a nie jest punktualnym, nie związanym z miejscem materialno-rozciągłym, strumieniem przeżyć, gdyż przecież ten tok przeżyć indywidualnych, zmiennych, podążających jednokierunkowo z przeszłości w przyszłość, jest zanurzony, oraz ugruntowany w zmysłowo-przestrzennej cielesności i nawet najbardziej oderwane pojęcia mowy oraz pisma mają w niej naturalne źródło. Dlatego platońską anamnezę musimy uznać za koncepcję empirycznie błędną. Chociaż natywistyczno-aprioryczna predyspozycja człowieka do pojmowania abstrakcyjnego zastanawia swoją boskością. Ale przede wszystkim mogła się ona wytworzyć w toku ewolucji kulturalnej społeczeństw i może niewykluczone, że mogły wzmocnić ten proces reinkarnacyjne powroty dusz.
Te rozważania mogą niektóre gremia denerwować, ponieważ przez wieki nagromadziło się wiele fałszywych interpretacji rzeczywistości. Przyzwyczajenie myślowe, czyli rutyna, wspierane jest bytowo-materialnie przez różne organizacje naukowe, polityczne oraz religijne. Również, rozumienie Boga jako osobę nie tylko duchową, ale także równorzędnie materialną, cielesną, wkracza śmiało w określaną przez konserwatywnych ortodoksów - fundamentalistów, w tym tradycyjną filozofię żydowską - sferę herezji. Jest to jednak koncepcja odmienna niż u Spinozy. Konserwatywna filozofia Boga neguje bowiem w efekcie jakiekolwiek podobieństwo człowieka do Istoty Najwyższej. Wszechmoc, bezcielesna duchowość i tym podobne, są cechami dla człowieka zupełnie obcymi, i logicznie nie mogą być atrybutami Boga, który nie może działać wbrew swej cielesno-materialnej naturze. Nie czyni nic wbrew podstawowym prawom logicznym i wynikającej z nich klasycznej matematyce, które wywodzą się z praktyki doświadczania życia. Unikamy wtedy problemu tłumaczenia w teodycei zła naturalnego, fizycznego, w tym kataklizmów, które to wynikają z niedoskonałości ograniczonych składowych istnienia. Tak jak my w pełni nie możemy panować nad własnym organizmem, który podlega prawom materii, tak Bóg jest determinowany swą materialną cielesnością. Tak jak my nie w pełni kontrolujemy własnego ciała, tak też Boga nie możemy oskarżać za zło fizyczne będące konsekwencją niejednej, niezbędnej zmiany w świecie materialnym. Myślę, że nie tylko dla mnie liczy się przede wszystkim dążenie do prawdy, a nie względy błędnie rozumianej tradycji. A właśnie prawda, pojęcie tak wyświechtane fałszywym nadużyciem, może jedynie, pomimo jej ciemnych stron, łączyć się z dobrem i pełnią piękna. I dlatego człowiek ma obowiązek kontynuować projekt-idee stworzenia, chociaż jest ona właściwie improwizacją, sprawiającą wrażenie przypadku. Z badań naukowych stworzenie świata, a raczej tworzenie, jawi nam się jako złożony, rozciągnięty nieskończenie w czasie proces pełny eksperymentalnych zwrotów, żmudnych starań o rozrzutnej wielostronności ślepych dróg, oraz prób bez większych konsekwencji, który przypomina naukowo-artystyczny eksperyment, dający jednak w finalnym rozrachunku, mimo wszystko - genialne dzieło.
Na szczęście niezależny twórca może jednak dzisiaj względnie swobodnie, oraz bez utraty życia, dociekać prawdy, narażając się jedynie na przemilczenie i ograniczenie rozpowszechniania. Po sformułowaniu tej materialistycznej monadologii, która wydawała mi się całkowicie oryginalna, doznałem jednak częściowego zawodu gdy odkryłem, że jest ona zbieżna z poglądami profesora Jamesa Warda z Cambridge. Pełna oryginalność obecnie jest niemożliwa. Jednak to wzmocniło moje przekonanie, że udało mi się ująć rzeczywistość bez sprzeczności. Na zarzut, że zmierzam do unifikacji poglądów, mam odpowiedź, że właśnie taka jest globalna tendencja. A może w tym należy widzieć optymizm na bezkonfliktową ewolucję społeczeństw. Ale niedobrze jest, gdy większość gremiów bojaźliwie wpasowuje się w towarzystwo wzajemnej adoracji, a przede wszystkim materialnych interesów, co wyklucza obiektywizm i dążenie do prawdy, często zaściankowo albo globalistycznie, bezkrytycznie przyjmując z zagranicy wszystko jako objawienia. Historia na dłuższych dystansach jednak wykazuje jak taka polityka ma w konsekwencji negatywny wydźwięk i skutki, kompromitując w efekcie gremia przejściowo trzymające władzę, globalnie czy lokalnie. Ale o tym próbuje się zapominać i tuszować niesławne praktyki powołaniem do misji, na przykład etycznej, albo społecznej, stosując nawet niemoralną zasadę: cel uświęca środki. Do panowania nad społeczeństwem, oprócz nagromadzonego kapitału, są wykorzystywane pojęcia: demokracji, sprawiedliwości społecznej, dobra, miłości, wreszcie objawienia, wybrania i namaszczenia. Które słowa - konkretnie które teksty z kulturowego dorobku ludzkości, są bardziej natchnione prawdą - objawione, może rozstrzygnąć jedynie: Bóg. Jest On jednak największą tajemnicą.



Andrzej Witold Wieczerzak


komentarze
O utworze:

wyświetleń:5213
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

11witold
          lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.