avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


15 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
BaronG
grzegorz bronakowski
teksty
utwory wierszem
dodano:
20 grudnia 2010, 20:24:18


Pogrzeb w głowie

Obrzeża tego miasta wprawiały go w stan, który należy umiejscowić na pograniczu euforii i paranoicznego lęku spotkania kogokolwiek. Małe domki z dużymi mieszkańcami, tak musiał wyglądać czyściec. Stado kawek krążyło nad jego głową, jakiś odór przypominający o starości obrócił jego głową gwałtownie w lewo i zobaczył cel swojej wyprawy; dom zaskakująco duży, jakby naprawdę ktoś mógł, a nawet mógł chcieć tu mieszkać. Czarne drzwi nieomal dotykały chodnika, a tabliczka na nich oznajmiała, że doktor Nikenam przyjmuje codziennie i przez całą dobę. Nacisnął dzwonek i… cisza. Może jest zepsuty, przecież wszystko się psuje, na przykład w szpitalach jest pełno łóżek z popsutymi ludźmi.

- Otwarte. – oznajmił głos stanowczy choć zmęczony, właściciela takiego głosu nie pyta się o godzinę, bo byłoby to niestosowne, adekwatnie do kupienia nart inwalidzie.

Wszedł do korytarza wyłożonego rybią łuską. Po prawej było okienko recepcji z którego wydobył się stłumiony głos kobiety.

- Pan doktor czeka na pana, proszę to wypełnić zanim pan wejdzie do doktora. – z okienka wypełzła ohydnie różowa karteczka w czarne szlaczki.

Rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu miejsca gdzie mógłby spełnić jej prośbę. W kącie stał stolik łudząco podobny do czerwonego grilla w którym kratkę zastąpiono deseczką, tuż obok stała pufa o kształcie cylindra i była fioletowa. Ulokował się nie wygodnie na zdecydowanie nie tolerujących jego obecności meblach i zaczął czytać ten nieznośnie różowy arkusz zadający mu pytania. Test wbrew pozorom nie był łatwy ponieważ nie wymagał dobrej odpowiedzi na pytania lecz szczerej odpowiedzi – to jakaś farsa – pomyślał, był odrobinę przejęty tym wymaganiem, ponieważ już dawno nikt nie wymagał szczerości, co zresztą było słuszne w jego mniemaniu, ponieważ odżegnywało konflikty. Przemógł się i zakreślił odpowiedzi na kilka pierwszych pytań o płeć i pochodzenie, pozostały dwa ostatnie które zerkały na niego szyderczo. Tak, Nie, Tak, Nie wiem; odpowiedzi proste i świadomość podpowiadająca mu, że oto Ten moment… Ten moment, stres nawiedził go wątpliwościami. Tak, Nie, Tak, Nie wiem. Pierwsze pytanie, „Czy jesteś chory?” wszyscy mu mówią, że Tak, więc Tak, jest chory i ręka wędruje do tej odpowiedzi jako tej prawidłowej. Pufa zapada się powoli w harmonijkę pod nim, czuł, że gdy sięgnie tyłkiem podłogi to będzie znak, że przegrał, to będzie koniec. Szybkim ruchem w ostatniej chwili zakreślił Nie wiem. Poczuł się źle, jakby właśnie zawiódł tych wszystkich ludzi, którzy tak bardzo wierzyli w niego i w jego chorobę. Pytanie drugie; Tak – Nie – Nie – Nie wiem, „Czy zawahałeś się przy wcześniejszym pytaniu?” odpowiedź oczywista, ale zawstydził się jej, zawstydził się słabości, niezdecydowania. Strach, Tak. Zadrżał lekko, długopis lekko wysunął mu się z palców, ale chwycił go w ostatniej chwili. Tak trudno było mu unikać poprawnych odpowiedzi mijających się z prawdą.

Zwrócił formularz do okienka. Chwilę panowała puszysta cisza, dająca wrażenie zaklejenia uszu.

- Pan doktor czeka. – podszedł do drzwi w kolorze sinym i przystanął, nie był gotów na cokolwiek co miało go spotkać wewnątrz. Znów słabość, to go otrzeźwiło i nadało impet jego wejściu do pomieszczenia. Było ono ciemne, oświetlone fioletowym światłem lamp, po jednej na środku każdej z trzech ścian, a pod czwartą stało biurko tonące w prawie mroku, za nim widoczna była sylwetka na fotelu bokiem do niego. Usiadł na sofie tuż przy drzwiach, które same zamknęły się za nim. Meble pomieszczenia były nad wyraz proste, nie prostackie lecz proste, co mogło dziwić biorąc pod uwagę stylową (według najnowszych trendów) ekstrawagancją poczekalni.

- Jest pan, czekałem – pauza, był to dziwny głos, nijaki i pozbawiony akcentowania – pan zapewne czeka teraz na moją diagnozę, na terapię, na cokolwiek pan czeka już jest pan rozczarowany, bo jak wyleczyć zdrowego człowieka. Nie jest pan gotów, żeby zaszczepić w nim szczepy choroby ludzkości, mimo, że ma pan objawy wynikające z wychowania to okazał się pan osobnikiem nad wyraz odpornym, mimo to chcę panu pomóc lecz ostrzegam, że jest to przedsięwzięcie ryzykowne. Jest pan gotów stracić wszystko nie zyskując nic poza stratą? Proszę się dobrze zastanowić.

- Tak. – wolał nie myśleć nad tym, miał dość myślenia, którego wynikiem były jedynie wątpliwości jak się o tym przekonał nie raz.

- Taaaak – głos doktora trzeszczał lekko, ze ściany nad nim wysunęła się dioda pulsująca czerwonym światłem. Głowę doktora ogarnął płomień, doktor Nikenam topił się, roztopiony doktor dostawał się do jeszcze nie stopionego gardła z którego wydobywał się bulgoczący śmiech. On sam czuł, że się zatapia, wtapia się powoli w maź wywołującą sny…





+++





Galaktyka drobnych zdarzeń, małych cierpień, szczątków złości, strzępków marzeń i zalążków szczęścia, okruszyn śmiechu, ziaren niespełnienia. Bez czucia palce przebierają w tym ścierając coraz bardziej i bardziej aż proch i pył są tym co jest cokolwiek warte w kosmosie. Wydobywam się, najpierw jako myśl, wspomnienie samego siebie. Wypływam na powierzchnię świadomego postrzegania własnego istnienia. Staję się ciałem powoli i opornie, boleśnie. Nie uleczony, nic się nie leczy poza ciałem, poza po obudzeniu ta sama co przed snem. Oprowadzam się po sobie, tu krew, a jeśli tu zatkam to znika, tu sens. Podstępnie otwieram powieki, przestrzeń, nierówności i chropowatości, o nie potyka się spojrzenie. Chwila bez kontrastu i koloru, wdech i wzrok zanika by powrócić z siłą daną wonią powietrza, delektuję się nią. Szelest przemieszcza zmysły w kąt i ogłuszający strzał pręcika żarówki co pękł i ciemno.



(zapada ciemność, gasnął wszystkie światła, z lewej na prawo wychodzi, po odgłosie szpilek sądząc kobieta, wnosi tablicę z fluorescencyjnym napisem:





zaawansowane stadium



(napis znika)





Jest noc. Kilka minut temu zaczął się Wielki Czwartek roku 2009. Nie jestem w stanie zasnąć, moje myśli błądzą od tego jaki człowiek jest mały w dzisiejszym świecie do pełni księżyca której się boję. Będzie ona impulsem dla czegoś potężnego, boję się jej a zarazem fascynuje mnie swą potęgą. Odczuwam jej kroki jak chory nocą w szpitalu słyszący bieg lekarza po korytarzu. Nie będę opowiadał o końcu bo to nie tak, wszyscy już dawno koniec mają w głębokim poważaniu i ci wierzący i nie, ci wierzący ze względu na to że dla nich końca nie ma a reszta… koniec i już, co ja będę się przejmował co nie? Gówno prawda, wiem, ale wracając do zbliżającej się pełni to nie tak że to będzie kataklizm (choć może i będzie, choć może nie ogólnoświatowy, a mój osobisty lub kogoś mi bliskiego) ale raczej to będzie impuls, taki kamyczek co robi lawinę. W sumie to mało istotne, tak jak ja i tak jak wy i tak jak wszystko ze względu na to że się skończy. Zbyt uogólniam i chyba odrobinę zanudzam. Przepraszam, to z powodu wybuchowej mieszaniny egoizmu ze szczyptą hedonizmu połączonej z lekkim aromatem narcyzmu w polewie z naturą autodestrukcyjną, tak w skrócie mogę przedstawić swoją skromną (kocham absurd) osobę. Podobno to czasem ważne kim jest autor, ja jestem wieszczem co o zgrozo jest wymarłą profesją i nie potrzebną chyba w dzisiejszym świecie. W tym miejscu zgłaszam swój protest, a nawet żarliwie protestuję przeciw nie braniu na poważnie poety wieszcza. Pragnę zauważyć że jest to profesja o bogatej tradycji… ale ja nie jestem Mickiewiczem i nie widzę w sobie misji tworzenia epopei narodowej czy uświadamiania narodu bo na to już trochę za późno, tym bardziej że dotrze do was prawda zawarta w moich słowach dopiero po czasie i będzie wam już zbędna jak palto w lato. Moim jedynym acz nadrzędnym celem jest analiza i wołanie o pomoc ze strony mojego pokolenia i tym które są po mnie. Co się dzieje? Ależ wszyscy to wiemy. Zagubienie! Brak tożsamości, problemy jakże nie do rozwiązania biorąc pod uwagę że wielu nie zdaje sobie z tego sprawy lub siedzi zamknięta w swoim świecie izolując się od możliwości tak zgubienia się w masie ludzkiej jak i wypłynięcia z niej. Złoty środek to też nie jest a niektórzy nazywają to (płytko) depresją. To straszne, przynajmniej dla mnie. Ja. Nazwałbym się dekadentem, ilu jest podobnych do mnie, zagubionych w dzisiejszym świecie, szukających sensu, emocji, uczuć. Znajdujemy namiastki, piękno w reklamach i śmieci w sztuce, to Aż bolesne jest. Chodzę po świecie i widzę dzieci których rodzice są biedni a one będą za pewne jeszcze biedniejsze, ale to widzi każdy, niemalże rzygamy tym widokiem i dlatego wolimy tego nie widzieć. Okrutna jest prawda, ale najokrutniejsze jest to że prawdy dawno dla nas nie ma, są namiastki i ułudy, pozostaje wiara, a co jeśli jej nie mam… wiem że jest Bóg ale to wcale nie znaczy że jestem wierzący, żyję, ale czy na pewno to znaczy cokolwiek? Mogę zrobić tylko tyle na ile mi pozwala świat więc nie jestem wolny, to znaczy że jestem zniewolony życiem czy jestem zniewolony śmiercią skoro życie jest nią zniewolone. Myśli myśli, zabierzcie je ode mnie, szczęśliwi potrafiący łapać chwilę, ale to też tylko namiastka przecież, co mi z tej chwili. Świadomość końca zgniata mnie od wewnątrz i nie pozwala żyć czymkolwiek życie się objawia. Gdyby nie to że jestem świadomy obłędu to chyba bym zobłędział do szczętu.

Idzie pełnia, nie skrada się a idzie pewnym i równym krokiem depcząc mój spokój, który jest niczym innym jak biernym sobiebyciem. Nie, nie narzekam, w końcu coś się dzieje, jestem przeczulony na punkcie księżyca, a ten jest dziwny, choć to złe słowo, jest potężny i nie rozumiem skąd ta potęga i do czego prowadzi a jeśli nie rozumiem to się boję, coś jak rasizm lub homofobia po trosze.





(pauza)



(dalszy ciąg sceniczny zależy od reżysera. Można pozostawić ciemność zupełną i prowadzić to monologiem – opcja zalecana, bądź wystawić jawnie to o czym mowa)



Siedział w karczmie zastanawiając się co dalej, wczoraj wyszedł z domu by stworzyć wielką historię swojego życia a tu nic się nie dzieje, tylko jacyś wieśniacy pijący do nieprzytomności. Wyszedł na chwilę i zobaczył widok piękny i groźny zarazem. Na wzgórzu stała w tej chwili czarna fortyfikacja z wierzą nad którą wznosił się księżyc prawie w pełni, wokół niego gromadziły się strzępy chmur ale żadna nie umiała go przysłonić, z każdej szczeliny wśród czerni świeciła gwiazda jakby rozpychając się swym blaskiem. Mimo że było już około tygodnia od chwili gdy w ziemię wsiąkł ostatni śnieg to było chłodno, wręcz zimno jakby poświata księżyca mroziła nerwy wbijając pod skórę sopelki lodu. Znienacka zakrakała wrona tuż nad jego głową, wzdrygnął się i wrócił do środka. Usiadł na swoje miejsce obok pijanego w trupa rycerza jak wywnioskował z ubrania i miecza. Czuł się oszukany i rozczarowany życiem tułacza i poszukiwacza wrażeń. Świat nie może być aż tak monotonny i nudny pomyślał kiedy drzwi powoli zaczęły się otwierać. Z każdym centymetrem skrzypnięcia zawiasów gasła kolejna lampa. Zarżały konie na zewnątrz a inne były galopem zbliżającym się coraz bardziej i szybciej, nienaturalnie szybko. Żebrak drzemiący przy drzwiach zachrapał i zacharczał obleśnie budząc się. Konie ustały i ktoś zeskoczył z jednego, musiał być okuty w zbroje sądząc z chrzęstu metalu przy każdym kroku. Drzwi były otwarte już niemal na oścież a w pomieszczeniu panował pół mrok, całkowitym ciemnościom zapobiegał księżyc górujący nad wzgórzem i zaglądający drzwiami. Rozejrzał się zdezorientowany, karczmarz zniknął gdzieś niezauważenie, rycerz obok stał już z jedną ręką na mieczu a drugą na stole. Kroki zbliżały się, w drzwiach pojawiła się postać. Wielki mężczyzna w zbroi. Zaczął się lękać, spojrzał na rycerza obok i szybko zrozumiał gest jego głowy. Wstał. Pijaczek przy wejściu wyciągnął rękę bełkocząc o jałmużnę. Chrzęst i lekkie rzężenie. Nie od razu zrozumiał co się stało, sytuację rozjaśnił mu fakt głowy toczącej się po klepisku powoli wsiąkającym krew. Postać w drzwiach zrobiła krok przez próg i zawahała się.

-Szukam spokoju .- oznajmił szept który nie wydobywał się z postaci a wtargnął od razu w nich..

-Tu go nie znajdziesz, panie. – powiedział rycerz

- Chodź ze mną – palec wskazywał na niego, poświata lekko oświetlała nagie kości dłoni.

Nie mógł się ruszyć, ale zaczął iść wbrew swej woli. Powoli wyszedł zza ławy i z oporem całej woli jaka drzemie w żywym człowieku świadomym że umrze za chwilę zmierzał w stronę postaci. Przerażenie. Mocz cieknący po udzie, pot łaskoczący nos i brodę, jelita skręcone w węzeł gordyjski.

- Stój – powiedział rycerz, ale to nic nie pomogło – W imię Chrystusa stój.

- Szukam spokoju. – oznajmił szept, a on z coraz mniejszym oporem zmierzał ku przerażającej postaci. Jeszcze dwa kroki, krok i stoi niemal dotykając wyciągniętego w jego stronę palca.

- Odejdź stąd kreaturo – wykrzyknął rycerz coraz mniej pewnym głosem który przy o brzmiał jak kastraci w katedralnym chórze.

Ciemno. Chmury zasłoniły księżyc, chrzęst metalu i odgłos gazów uwolnionych po rozcięciu brzucha. Po chwili ciało upadło obok głowy pijaczka. Cisza. Świat umarł na chwilę wraz z człowiekiem. Uderzenia kopyt oddalały się a kiedy ucichły upadł na kolana cały roztrzęsiony, poniżony własnym strachem, ale żywy zwymiotował i padł nieprzytomny.









(pauza)









Czy warto szukać skoro można tyle znaleźć. Ja wiem że świat to nie tylko zło, ale dla tych dobrych często jest ciężko. Jestem dobry i jestem przez ten fakt wykorzystywany i poniżany. Przez fakt że jestem człowiekiem muszę odnaleźć ujście dla emocji i pofolgować pierwiastkowi zła który pozwala mi istnieć. Więc nie jestem dobry. Szukam spokoju, niszcząc innych wokół. Brak mi poczucia rzeczywistości, jestem jak dziecko które dopiero poznaje świat, mimo że znam już wszystko to nie potrafię przyjąć do wiadomości faktu. Brak przystosowania, jakież to artystyczne, jak dusza pełna zamętu, a tak naprawdę to o co chodzi w tym życiu. Nie chce mi się a na domiar złego nie umiem żyć. Szukam spokoju bojąc się że nie odnajdę go umierając. Bojąc się panicznie.









(pauza)





Obudził go śpiew dziewczyny:



Na rozstaju dróg stała karczma biała

Jako przeciwwaga zamku gdzie mieszkała mara

Nekromanta Katz ludzkości zakała

Oddał się on złu szukając wieczności w ciałach

Znalazł ją lecz ból tylko mu dawała…



Poruszył się, a dziewczyna przestraszona przerwała śpiew i uciekła kilka kroków. Zauważywszy jednak że on blady jak ta karczma z jej piosenki uspokoiła się tym bardziej że poza tym jednym ruchem ręką nie miał więcej sił. Podeszła do niego ostrożnie. Zatrzymała się, podniosła kamień i rzuciła. Zajęczał. Na co ona pobiegła gdzieś, a on leżał zastanawiając się nad sensem całej sceny. Podstawowa sprawa. Gdzie jest. Otworzył oczy, słońce świeciło, on leżał na jakiejś łące ukryty w wysokiej trawie. Odnalazł w sobie siły by się unieść na rękach i rozejrzeć. Wszędzie łąka tylko w oddali kilka wierzb znieruchomiało. Gdzie dziewczyna, co się stało, jak tu się znalazł. Brak odpowiedzi niepokoił go, ale mniej niż postać w drzwiach karczmy, o wiele mniej, a na pewno nie na tyle by nie pozwolić jego zmęczonemu ciału zapaść z powrotem w stan głęboko kojącego snu.





(pauza)



Przebudził się, nadal ta łąka tylko pora dnia zmieniła jej odcień na bardziej czerwony. Mimo że słońce jeszcze nie zaszło to księżyc już wznosił się nad światem. Usłyszał szelest zbliżających się kroków, szła tamta dziewczyna z jakąś starszą kobietą. Podeszły na odległość kilku kroków i w milczeniu zaczęły okadzać go jakimiś śmierdzącymi ziołami, efekt był niemal natychmiastowy bo złapał go odruch wymiotny i z jego ust popłynęła żółć z żyłkami krwi. Kobiety zaintonowały pieśń, która miała strasznie połamaną melodię a zamiast słów były monosylaby i przeciągłe jęki. Podniecił się, zmieszany odrobinę tym faktem spróbował wstać. Zamęt w głowie obalił go na ziemię a członek znalazł się w stanie o jaki mężczyzna nawet go nie podejrzewał. Leżał na plecach czekając na rozwój wydarzeń, nic innego mu nie pozostało. Kobiety zbliżały się wciąż śpiewając i okadzając go, ich pieśń przyspieszała z każdym metrem mniej jaki ich oddzielał. W końcu podeszły, staruszka usiadła na nim wprowadzając go równocześnie w siebie i zastygła bez ruchu. Młodsza zawodziła okropnie stojąc w pobliżu jego głowy, w pewnym momencie ucichła na chwilę by krzyknąć, wykrzykiwała a przy każdym wykrzyknięciu jego członek sam aplikował nasienie. Poczuł się jak idiota, jak idiota gwałcony przez dwie kobiety z czego był w tej która niesamowicie go obrzydzała. Słońce zgasło całkowicie, świat zalał się srebrem i wszystko się skończyło. Staruszka wstała i napluła mu w twarz, młodsza kobieta kopnęła go w krocze co zaowocowało tym, że znów się poruszył, ale nie cieszył się tym długo, bo nim zwinął się w kłębek otrzymał cios kamieniem w skroń i stracił przytomność.



(pauza)





Bez celu i bez motywacji by cel odnaleźć, bez motywacji wystarczającej by smakować życie. Podróże w głąb siebie przy wspomaganiu używkami prowadzące do coraz większego zagubienia i rozstroju wewnętrznego. Chęć poznania odpowiedzi na choć część pytań, zdobycie pewności czegokolwiek. Poddawanie się paranoi, pozwalanie by zagarniała kolejne aspekty świata. Poszukiwacz końca, tragiczny do szczętu, bo może go odnaleźć tylko raz i to bez satysfakcji. Agonia stała się życiem, a perspektywa śmierci daje tylko paraliżujący strach. Jesteśmy odpowiedziami bez pytań i pytaniami ze zbyt wielką ilością możliwości odpowiedzi. Kropkami tworzącymi kreskę, okruchami zgarnianymi ze stołu na ziemię. Jestem jałowy, wytworzyłem w sobie przyzwolenie na to niemal równe wierze. Stawiam sobie pytania dla samego faktu postawienia ich, nie łudzę się, już nawet nie szukam, po prostu siłą przyzwyczajenia i ogólnie przyjętego że to mądre myśleć. Nie zdobywam wiedzy bo wiedza jest mi zbędna. Zatracam się, ale stracić nie chcę.



(pauza)



Pozbawcie mnie wolności, jest ona głównym składnikiem mojej klęski.



(pauza)





Obudził się w karczmie, w cudzej krwi, z nozdrzami pełnymi odoru śmierci. Jawa sen może sen w śnie lub jawa bez snów, życie. Przybył tu ponieważ jego życie było nudne, a teraz żałował tego że je stracił. Budząc się w tej scenerii po drastycznym śnie o łące i przerażającej jawie, która chciała go zgładzić. Szukam spokoju, przypomniał sobie słowa mary. Nigdy dotąd tak go nie cenił, może to i dobry cel do osiągnięcie, całkiem realny jeszcze kilka dni temu, teraz natomiast wydający się częścią odległego poematu którego największym pięknem jest nieosiągalność. Idź dalej, ta myśl otrzeźwiała jego ciało, zostać tu znaczyło tłumaczyć innym co się wydarzyło, a przecież to wydarzyć się nie mogło. Musi wybrać drogę a każda jest nieznana i prowadząca gdzieś. Stanął w progu by obejrzeć się jeszcze raz i natrafił na wzrok dziecka, wielkie przerażone oczy dziecka patrzące z gładkiej powierzchni odbijającej jego twarz, to nie był on mimo że nie mógł to być nikt inny. Szarpnięcie za bark wyciągnęło go w inny świat. Pusto, przestajesz ufać zmysłom, wszystko co było traci na znaczeniu, bo czy było. Boisz się siebie, przerażasz sam siebie kiedy uświadamiasz sobie, że to wszystko wypływa z ciebie, choćby przez fakt tego że kogoś spotkałeś i to spotkanie rezonuje. Pusty pokój, delikatnie podgniłe powietrze, źródłem światła jest otwór w suficie, a zarazem jest to jedyne wyjście z tej przestrzeni. Uświadomienie sobie tego że to jest, jest tak samo ważne jak świadomość tego że tego nie ma. Moment w którym się dziwisz czemukolwiek jest momentem straconym, mimo że dziwić się nie byłoby czymś dziwnym w sytuacji kiedy świat zaczyna grać nie fair i przestaje mieć podstawy logiczne. Cudze dłonie na ramionach, czyje? Odwrócić się, dobry pomysł ale dłonie trzymają mocno.

- Nie walcz – kobiecy, miły głos – przecież wiesz że walka nie pomoże a jedynie osłabi twoją wolę, stracisz resztki siebie walcząc.

- Nie pytam – po prostu mówił, nie myślał, myślenie zbyt często prowadzi do straty – nie chcę znać odpowiedzi na pytania. Nie walczę, żeby walczyć trzeba mieć możliwości, a przynajmniej znać sposób walki. Jestem, nie ważne gdzie i po co, nie ważne jak i dlaczego, nie ważne czy żyję czy śnię czy jestem w czyśćcu czy w piekle, jestem.

- Zabawny człowieku, żałosny człowieku, a może już tylko istoto pozbawiona woli i to przez się – bez emocjonalny głos – czy nie chcesz stąd odejść?

- A czy to zmieni cokolwiek jeśli zmienię miejsce, wiesz że nie. Nie ucieknę tak jak i ty.

Zaśmiała się, a ucisk na ramionach zaczął niknąć, w końcu zabrała ręce, a on się nie obejrzał. Nie wierzył w świat, bierność też jest walką, niewiara jest wiarą, a zasnąć czasem znaczy obudzić się. Zapadł w lekki letarg prowadzący go przez myśli do początku, który był równie nieosiągalny jak koniec lecz miał jeden ważny atut dla poszukiwacza, był przeszłością, a to co już było spotkać o wiele łatwiej niż przyszłość za wczasu.









(pauza)



Na początku jest „Epilog”, taka jest chronologia absurdu i nie pragnąłem jej zmieniać, co uczyniłem mimo wszystko, ale cóż z tego, koniec tak jak początek może istnieć w każdym punkcie, bo to co jest przed początkiem jest również przed końcem a to co po końcu jest po początku, wyjaśnienie jak każde inne które istnieje nie by wyjaśnić a by być, tak jak ja.



(pauza)





Przeżyj to, a przetrwaj, w za dużych wdechach powietrza wydobywa się przestrzeń stań, nie przestawaj śnić tego w dobie po rozdrożu, tak sobie ty z mów ułóż rozmowy, z umów porządek nowy dla głowy. Próżny trud, jestem z paranoi, gdy jej brak to też powód gotowy do nowej, pozostał zły znak na podniebieniu. Smakuję świat, doświadczam śmiać i innych a nie mam, to nie problem. Domieszanie odrobiny zieleni w czerń niewiele zmieni, jestem takim jak chcę, ale podświadomie więc z istnieje błąd w porozumieniu, czy mi się to podoba, czy bym to jednak zmienił, a najważniejsze czy mi tutaj to oceniać, mógłbym później żal wytoczyć sobie. Jeśli z może nas sen o tej porze, to czy dzień znów dotrze do powiek, czy już miałem ostatnie wydobycie w świat ten. Pozostało zostać w spokoju, pokój bez domu i aroganckiej złości kwiat. Monologiem dotrzymuję towarzystwa dwojgu warg, usługując zgrai zbędnych braw, zadawanych przez dłonie moje. – oddech mu się rwał, przebierał oczami wpatrzony w punkt na ścianie, jej twarz wrzucona w cień pod ścianą, wraz z ciałem i cieknącą krwią.- Po co przypominam sobie cudze teksty jak ten że z za żartu wyłuskasz prawdę śmiertelnie poważną, a teraz najdroższa zażartuj z tego żartu. - zrozumiałem i uśmiechnąłem się. – Nie widzę możliwości wyjścia, pozostaje dojść do wniosków nie owocnych jak się tu dostałem…- nagle zrobiło się ciemno, upuścił oczy na ziemię i usiadł patrząc z rezygnacją w czerń.



(pauza)





Podniesienie ręki jest bez znaczenia, podniósł rękę, a ta została ucięta wraz ze stwierdzeniem że podniesienie ręki jest bez znaczenia. Próbuję pojąć co kryje się pod, zawsze jest jakieś pod nawet gdy jest nad, abstrakcje wyrażają myśli o wiele lepiej, są pełniejszym wyrażeniem siebie. Przepraszam.



(pauza)





Na lewo nieużytki, na prawo światło, jego więzienie zmieniło się wraz z wysysaną czernią, wessała ją dziurka od klucza szafki o której wiedział tyle że nie można jej otworzyć, bo oczywiście próbował to uczynić. On szafka pokój bez wyjścia o ścianach w kolorze korozji. Wolał czerń, była bardziej oczywista. Ucięte paznokcie, szczęka nie reagująca kiedy próbował wgryźć się w siebie, ściana amortyzująca uderzenia głowy i szafka której nie mógł ani otworzyć ani ruszyć. Nie moc. Ze ściany wydobyła się postać ojca, która pozostawała ścianą. Nie mówi nie patrzy nie wpływa. Ojciec zniknął. Nagi w pustym świecie z ciałem bez emocji i nie odbierającym bodźców. Był masą, wszystkie otwory zalepiało ciało, powieki wyrzeźbione w nim nie mrugały. Przeformowywał się, bez wpływu umysłu popadał w pozycję embrionalną by w końcu wydobyć się z niej i przez rozerwaną ścianę w miejscu gdzie pojawił się ojciec wypłynąć jako… proceder nie trwał długo, później dotykały go jakieś ręce, by w końcu wylądował w kontenerze z innymi odpadkami.



(pauza)



Przeznaczam czas na myślenie, myślenie zaś przeznaczam… zapominam i myślę od początku przeznaczając czas. Zbędne myśli wypływające z nas i tonące jak wytwory Oceanu solaris.



(pauza)



Odkrywam zaistnienie wniosków o plotkach pogłoskach ech ożywionych z różnej strony i dla różnych celów. Taki mam zawód a raczej hobby osobiście zaprzyjaźnione ze mną z tej strony. Niedokształcona choć wykształcona wyobraźnia



(malo istotne, stoi na środku sceny, widać go bo odpalił znicz, siada na scenie obok niego, nogi zwisają i mówi)





Jesteś uderzeniem serca.



Tak trudno poskramiać ludzkie rządze. Przecież w każdej chwili, w każdym momencie cyklu mimo względnie udanego wygaszenia ich potrafią się odrodzić z taką samą lub większą siłą niż miały w pierwszym stadium, a energię już zużyliśmy na wcześniejsze zabiegi.



Jesteś uderzeniem serca.



Męczący brak snu, on przyjdzie nad ranem, wiedza o tym sprawia, że czekam i czekaniem czas się wydłuża. Dochodzi pierwsza, jest cicho czyli ujadanie psa jest aspektem ciszy, dygresją w martwicy nocy. Sekundniki dobijają się o zrozumienie, o wysłuchanie ich do końca do którego nigdy nie dotrwam. Ludzie wokół śpią, ale może absurdalnie, nie zazdroszczę im, sen potrafi być tak męczący i odciskać się na długie godziny po przebudzeniu.



Jesteś uderzeniem serca.



Okrucieństwem jest zabicie kogoś w momencie w którym poczuł, że żyje, czy może oddajemy mu przysługę o ile robimy to niezauważalnie i cicho, tak żeby nie zauważył śmierci, czy tak można osiągnąć życie wieczne?



Jesteś uderzeniem serca.



Te momenty, te w których czujemy eskalację zła i smutku w sobie, kiedy są one drapieżne i wygryzają się z nas. Wygryza się ze mnie po to by stanąć koło mnie i gładzić po głowie, aż najlżejszy dotyk staje się nie do zniesienia, kiedy najlżejszy dotyk jest udręką.



Jesteś uderzeniem serca.



Te długie noce kiedy się czeka na sen, te długie dni kiedy się czeka na sens.



Jesteś uderzeniem serca, bądź, bez ciebie zginę.



Mam to przeczucie, mam to złe przeczucie. Powtarzam sobie, że wszystko będzie dobrze, że to tylko paranoja i mdłości wynikające z niej. Tak się czasami objawia strach, mdli.



Jesteś?



Nic. Następnie. Więcej nie będzie.





(pauza)







Tylko szczegóły bez dbania o ogół i tylko ogół jako podtekst szczegółu. Porządek przytłacza, przerasta uporządkowanie całości. Poukładany jest wycinek, jednak gdy zmieniam punkt zainteresowania burzy się tamtejsza stabilizacja na rzecz innego wycinka. Zalegają rzeczy przydatne choć nie wiem do czego mogą być te kawałki całości której nie ma póki nie rezygnuję z tych fragmentów, wyrzucam komponenty i nie ma nic.



Bierne, bez znaczenia rozkładanie rąk, nie rozsuwanie zasłon i otwieranie okien pomaga w nie zwracaniu uwagi. Trzeba wyjść, chleb, fajki lub ktoś. Trzeba wyjść, przekręcić klucz w zamku, tuż przed nie zawsze przemyśleć swój wygląd. Potrzeba czuć się komfortowo, a ludzie patrzą, mówią, a czasem nawet nie zwracają uwagi. I te telefony, będziemy w kontakcie, i te samochody kiedy już do ciebie jadę usłyszałem przez telefon.



(głos mężczyzny, dojrzały, mówi: )

miastu które pokochałem najczystszą nienawiścią jaką mam.



malo istotne :



Kostka, płyty, asfalt, miasto jako kompozyt ciał, minerałów i niedopałków

drzew. Neony reklamy kup mnie, zjedz mnie, najtaniej, najlepiej, niepowtarzalnie, na każdą kieszeń, kochamy twoje wnętrze

portfela . Pracuj na nas, doceniamy to, odkładaj pieniądze, zadłuż się. Jestem chętną blondynką lat osiemnaście, mam na imię wolny rynek, a to moja bliźniaczka; demokracja, brutalnie gwałcone siostrzyczki przez zaradnych szczęśliwych i jak zawsze, wszędzie przez posiadających znajomości, układy, śluby z przypadku

pieniędzy, agencje wynajmu mieszkań, psów , żon i ile mi zapłacisz za moje życie.

Nic, to z przyzwyczajenia płacenia za czyjąś śmierć. Odzież zachodnia, bulwary, skwer, plac. Chcesz? Kilkaset metrów od centrum są jabłonie i rozpadający się kram domów, architektoniczny rozkład. Niewykończona budowla przytłacza betonem, opera, przerażająco podobna w tym stadium skojarzeniom pokrewnym słowu holocaust. Strach, awanturnicy zabijają, nożem czasem, czasem innym narzędziem lub ręcznie.

(pauza)



Życie sprowadzono do symbolu, bezkształtne spłonęło na stosie masowości, bez przypraw, bez smaku odgryzam zwęglone kawałki mięsa od kości. W obrębie mojej generacji, mojego pokolenia ilu ma podobne odczucia jak ja, ilu myśli tak jak ja, ilu ja.

(pauza)



Przeprowadzona poranna autopsja z lustra, przekręca się lekko nie ostra twarz. Przegląd poglądów, ideałów, myślenia toków i prądów, rozsądek mąci, a wiara traci smak; bywa. Wydobywanie się, z zakamarków pokoju powyjmowane zakurzone kończyny. Pokaleczone trwanie, tworzenie życia, aplikowanie go dożylnie, opłucnie, czopków unikam jak mogę i mogę. Wychodzę na chwilę - Empek, tłok godzin szczytu. Zapach środków czystości i potu, potu i środków czystości wydobywający się. Natrętny, irytujący, mdli, piękna dama nęci, ociera się pośladkami na zakrętach. Bezdomny przy drzwiach, zapach proszku do szorowania zlewu,

intensywny. Starcy roztaczają wokół odór stęchłego oczekiwania śmierci. Wysiadam.

- i wracam, nie odnalazłem nic, roztrącam się z powrotem, na ogół obumieram by podładować baterię energią nie używania. Energetyzacja biernością, statyzm odnajdywania napędu w próżni, ładowanie się wypychaniem wszystkiego z obrębu trwania.

(pauza)



Nacja przetrwawcza objawia się odruchami i ruchami dążącymi do odkrywania, tworzenia i materializowania marzeń i myśli.

(pauza)



Bezproduktywne znajomości, potrącanie przechodniów, przetrącanie znajomościom karków, zaprawianie się aromatem znaczeń, zmianą dziś w to co było Już. Dusza nadwątlona, chroniona skorupą z blizn.

(pauza)



Zastanawiam się, myślę, uświadamiam sobie przeżycia przeplatając doświadczeniami i urojeniem, plotę

linę dzięki której wydostanę się z celi, z klatki na wierzy domysłów, z klatki mięśni i płynów krążących kanałami tuż pod skórą rozprowadzając życie. Wdech za wdechem.

Przekomarzanie się z granicami, opuszkami ciała przekraczanie siebie, wydobywanie się z nędznej poczwarki jako kolejne stadium nie zapowiadające ostatecznego wyniku wszystkich transformacji, dzięki którym w końcu przeistoczę się w postać godną by być kochankiem

śmierci. Z motyla wprost do suchych skrzydeł kruszejących nie powoli, a zbyt szybko pod naporem podmuchów wietrzyka z nad wody.

(pauza)



Przełamać siebie, wyjść na deszcz i moknąć wraz z zawartością kieszeni. Nakreślam dłonią kontur drugiej dłoni. Zdawanie sobie sprawę z możliwości, czas przelewa się tuż obok. Uniknione spotkanie, nie chcę się doprowadzić. Chwycić wyzwanie za rogi obalając na ziemię, rozerwać podbrzusze i wróżyć z wnętrzności

los.

(pauza)



Stoję, a inni prą do wnętrza zgniatając się wzajemnie, wyciskają pot, zagęszczają ślinę wysiłkiem, tworzą odór ciał oznaczający posiadanie. Stoję, nie pasuję, szukam wzrokiem podobnych mi. Są, niektórych właśnie wessało mimo woli, reszta rozsiana z rzadka na pograniczu kłębowiska tak podobnego obrazom sądu ostatecznego na obrazach starych mistrzów. Pogranicza usiane grudami trawy, spokój i nędza, dziwni kochankowie. Być czy mieć, posiadać bycie czy być posiadanym. Przechyla się szala wagi własnych wskazań, to w jedną to też w drugą stronę, czekam na stabilizację dającą odpowiedź.

Oczekiwanie i rozrywki wymyślane by zabić czas oczekiwania, choć trwa tyle ile ma trwać i tak. Śpiewane piosenki, obgryzane paznokcie, sms-y rozsyłane gdzie bądź, ślady rozterek w fusach po kawie, odcienie nadziei w odgrywanych rolach, w obrazach malowanych w wyobraźni, rola chwili za chwilę. Czasopisma rozwleczone, chodnik zapluty lub załupiony, popielniczki pełne petów, z wysokości tworzy to całość, mozaikę oczekiwania.





(pauza)



Rozróżniam ludzi na formy znane, nie znane, znajome i pośrednie. Kojarzę ze zdarzeniami, czynami, słowami, zachowaniami, nic bezpodstawnie. Wyobraźnia, a wiedza, znam, a kreuję łamiąc zasady i ustalenia. Ustalanie końców granic, po prostu są.

(pauza)



Wciąż na nowo oswajam się z tym, że nie dla każdego jestem.

(pauza)



Przedstawianie znaczeń, pryzmat myślenia, mówię krzesło, piszę krzesło, myślisz krzesło, wyobrażasz krzesło. Klasyczne, futurystyczne, metalowe, drewniane, z obiciem i bez.

Uogólniamy, bez konkretów, nie przyjmując możliwości różnego pojmowania przestajemy rozmawiać, wciąż negujemy i przypuszczamy negację w cudzych słowach, chcemy walczyć, walka o rację, ze ścianą ludzkich skojarzeń. Denerwujące niedopasowanie, inne tory, inne pasy jednej jezdni w końcu rozjeżdżają się.

(pauza)



Ludzie są tacy różni, każdy człowiek, a różny. I psy są tacy różni, każdy pies, a różny. Rasa, wygląd, pomiary, wykazy kolorów, nawyków, długości ogona, sierści. Sposoby zapinania guzików, sznurowania butów, odbierania świata. Różni sposób wylizywania łap, gonienia kota, szybkość gojenia się ran; różni. Co cieszy, co nie, co rozprasza, co się na nim roznosi, co rozprowadza, w jakim stopniu mogę powiedzieć ja, a w jakim kopia i jak skomlę gdy uderzą w nos. Co rozumiem, za czym aportuję, co bodźcem by usłuchać „siad”, ”uśmiechnij się”, ”popraw włosy” czy „przestań, tak nie wypada”. Inspiracje, nienawiść do policji, polityki, listonosza, księdza, czy zwykłych łydek bez względu na profesję. Kolor podniebienia, zarost, płeć, właściciel, wiara, problemy i całe mnóstwo wyliczania.

(pauza)





Tu powinien znaleźć się „Epilog” o którym już wspomniałem wcześniej, powinien być na początku z powodu czasu powstania, ale jeszcze nie czas. teraz mam niemal przyjemność przedstawić Nickogo i Barona, obaj są mną choć żaden nim nie jest w pełni, to raczej pofragmentowany byt w głowie.



(malo istotne wychodzi zabierając znicz, kurtyna, po chwili wychodzi pani ubrana jak te co pokazują, która runda w walce bokserskiej, zamiast numeru rundy widnieje napis: )











Rozmowy z Nickim

(staje na środku i recytuje)

przed rozmowami


kroki wybijają szczeliny pustych korytarzy
ruszają obrazy, wibrują na oknach
kroki bez twarzy pełne marzeń i jutra
dopadają nikogo bo celebruje je nickt

wśród sennych miraży, wrażenia że można
dotknąć wszystkiego, nie posiadając nic
tak.
senne odbicia z pustych kałamarzy
żywych pamięcią spadających łez







(wchodzi malo istotne i mówi)



akt1


zaklej mi usta
zaklej mi uszy
zabierz mi wolność
ale nie wymagaj
bym przestał myśleć

(schodzą ze sceny, kurtyna w górę)

SCENA1

( pokój, z lewej szafa, na środku stół, na stole krzesło, na krześle siedzi Nickt )

Nickt: ( zakłada prawą nogę na lewą, prawą ręką łapie lewy bark )

zdawałoby się proste pojęcie- czas- tylko jedna samogłoska, krótki często omijany świadomością wyraz. takie nic, a od zawsze trwa, niszczy -tworzy-trwoży
zachwyca i skłania do poszukiwania sposobów na wydłużenie go

Baron: ( wychodzi zza szafy, podchodzi do stołu, patrzy na Nickogo
okrąża stół i wchodzi do szafy )

czas czasem od czasu do czasu tym czasem zawczasu
krótkosłowie oznaczające wieczne przed -po-teraz
drażniące swą nieosiągalnością
znam takich zabijających czas-syzyfowy wysiłek
nim umrze rodzi się znowu

Nickt: ( schodzi ze stołu i zamyka Barona w szafie, zdejmuje krzesło i siada na nim okrakiem )

znałem wiele czasów. dobrych, złych i nie pamiętanych
był dzień którego nie było
jest kilka które jeszcze będą
myślę

( odsuwa się od szafy i szeptem )

że ten tam Baron jest inny niż dozwala tolerancja inności
ale cóż!
czas go nie dyskwalifikuje, daje mu siebie i pozwala się trwonić
rozmyślania dotykają rozpływających się lodów waniliowych
rozpaćkane przez ciepło i czas stają się obiektem mniej pożądanym

( wstaje z krzesła i opiera rękę o szafę )

podobnie bywa z ludźmi; izolowani od przydatności popadają w paćkowatość mózgu

Baron: ( z szafy )

czas na stanie, czas przez stanie, czas stanie
czas stał minutę temu przez godzinę i nikt nie zauważył różnicy
czas staje między głoskami wypowiadanymi twymi plugawymi ustami, a ty nawet nie wiesz że jesteś...

Nickt: ( uderza pięścią w szafę )

milcz! głupcze! błaźnie!

( wychodzi za szafę zdenerwowany )

Baron: ( wychodzi z szafy )

tak
błaznem jestem ale to i tak więcej
niż być nikim
( stawia krzesło na stół i wychodzi za szafę )

(kurtyna)










SCENA2


(kurtyna)


( z lewej szafa, na środku krzesło, z prawej stół, na stole po turecku siedzi Nickt
pod stołem na brzuchu leży Baron )

Nickt:

czasami zastanawia mnie
czemu

Baron:

bardzo ciekawe, wręcz nudystyczne rozmyślania
wywlekają wiele zagadnień, przykładowo czemu to krzesło stoi

Nickt:

a czemu miałoby nie stać? to trochę tak jak ze wszystkim.
czemu jest bardzo dobrym początkiem

Baron:

tak
czemu
czemu się nad tym zastanawiasz

Nickt:

czemu
czemu nie?
to wręcz smutne ile rzeczy ludzie biorą za oczywistość. kto wymyślił czemu?
bo czemu wymyślił to oczywiste

Baron:

tak
po prostu chciał zapytać czemu

Nickt: ( zeskakuje ze stołu i wyciąga Barona za nogi spod niego )

prawdę mówiąc, chciałem cię o coś zapytać

Baron: ( wstaje i staje za Nickim )

wiem
wiedziałem o tym już zanim o tym wiedziałem. to chyba podświadome

Nickt:

tak. to tak jak z tym, że szafa jest, a gdyby szafy nie było, to wiedzielibyśmy, że szafa być powinna

Baron:

tak
to oczywiste

domyślam się że chciałeś mnie o coś zapytać, ale boisz się poznać odpowiedzi
czemu

Nickt:

bo nie zawsze odpowiedź jest lepsza od niewiedzy
czemu

Baron:

bo odpowiedź nie zawsze jest tą, która nas satysfakcjonuje
czemu

Nickt:

bo pytając znamy jakąś odpowiedź. ale nie wiemy czy jest ona właściwa
czemu

Baron:

bo odpowiedzi są bardzo różne. wszystko jest względne a względność najbardziej
czemu

Nickt:

tego nie wie nikt, choć każdy rozumie, że każdy ma swoją odpowiedź
czemu

Baron:

bo każdy jest różnie różnie i inny inaczej od innych
podobieństwo jest tylko podobieństwem, zazwyczaj jego brakiem wykluczamy te nudne wady
jakimi są idealność i brak indywidualności
czemu

Nickt:

bo to co jest takie samo jak coś innego jest nudne jak oglądanie w kółko jednej czystej kartki
czemu

Baron:

bo jedna czysta kartka jest całym zeszytem czystych kartek, a cały zeszyt czystych kartek jest nudny
czemu

Nickt:

bo nie zaskakuje, jest nijaki

Baron:

tak, a twoje pytanie

( siada na krześle )


Nickt: ( staje za Baronem odwrócony do niego plecami )

moje pytanie jest proste, a odpowiedź już nie

Baron:

zazwyczaj tak jest z pytaniami, a czemu to oczywiste

Nickt: ( podchodzi do szafy i opiera się o nią plecami )

tak. więc chciałem zapytać

Baron:

czemu nasz świat składa się z niesamowitej przestrzeni pełnej luster które zwiększają jeszcze bardziej tą niesamowitą przestrzeń

Nickt:

tak. chciałem się zapytać

Baron:

czemu w tym świecie jest miejsce tylko dla jednego Ja mimo wielu jego odbić

Nickt:

tak. i gdzie jest to właściwe Ja i jak je rozpoznać wśród tak wielu idealnych odbić

Baron: ( wstaje, otwiera szafę i wpycha Nickogo do środka
zamyka szafę i po chwili otwiera ją )

Nickt:


(wybiega z szafy i siada na krześle)

Baron:

co widziałeś

Nickt:

nic, było ciemno

Baron:

co słyszałeś


Nickt:

nic, było cicho

Baron:

a co czułeś

Nickt:

samotność, byłem sam

Baron:

czemu

Nickt:

bo zamknąłeś mnie w szafie samego

Baron:

tak

(wychodzi za szafę)

Nickt:

(wstaje z krzesła)

tak

(wychodzi za szafę)



(kurtyna)


SCENA3



(kurtyna)


( pokój, z lewej szafa, na środku stół do góry nogami w stole po turecku siedzi Nickt )

Nickt:


płynę rzeką sekund zespolonych przemijaniem
mijam wieczne góry i jednodniowe kwiaty
jednoczę się z nimi świadomością końca

Prawda jest pojęciem odczasowionym
nie mówię tu o prawdach małych -moich-twoich
Prawda jest jedna, a przez swe niepoznanie jest trwała i niezmienna
jedna trwała i niezmienna odmiennie niż czas

Baron: ( wychodzi zza szafy niosąc na plecach krzesło
stawia krzesło przy szafie, sam staje przy krześle )


Prawda-zaklęcie braku argumentów
Prawda-tak kłamstwo jest Prawdą bo mieści się w niej jako fundament
Prawda-nie do udowodnienia bo nie potrzebuje go
Prawda-niewinna czysta a skarlała

Nickt: ( nie odwracając się )


Prawda skarlała? nie!
mówisz o jej odbiciu w zwierciadle niedowierzania
pokarz mi twarz prawdziwego człowieka-nie ma
skoro jeden prawdziwy to reszta jego cieniem?
nie, więc każdy jest prawdziwy mimo, że Prawdą jest, że nie każdy na to zasłużył
to jest Prawda? Prawda jest kłamstwem!? nie wiem, a ty tym bardziej

Baron: ( otwiera szafę i wstawia do niej krzesło )


Prawdy nie znam, nie wiem co jest uniwersalnym tym w co wierzyć mamy

Nickt: ( wstaje i zamyka krzesło w szafie, chwyta Barona za głowę )

tu jest Prawda!


Baron:

tak
tu jest kłamstwo grzech i świętość, zwierze i pierwiastek boga
Prawda
Tak
Jedna
poza nią nie ma nic

Nickt:

kłamstwo jest Prawdą przez jej zaprzeczenie

( biorą stół i wychodzą z nim za szafę )


(kurtyna)




SCENA4


(kurtyna)


( z lewej szafa, na środku stół
Baron stoi na stole )

Baron:

płaczmy za dziećmi zatracanymi co dzień w świecie dorosłych

( zeskakuje ze stołu )

módlmy się o świat
jest on na wskroś dziurawy, a przez jego wnętrze przelewa się szaleństwo

( przestawia stół na prawo )

spójrzmy na samych siebie

( wchodzi na stół )

spójrzmy na innych

( schodzi ze stołu i przenosi go na lewo )

płaczmy za własną znieczulicą

( wchodzi na stół )

która pozwala nam obserwować znieczulicę innych

( wynosi stół za szafę i staje na środku )

szaleństwem jest myślenie
zastanawia mnie czasem to że każdy jest inny
zadziwia mnie że różnie ludzie reagują

( podskakuje dwa razy )

jestem
to wcale nie oznacza że jestem lepszy czy gorszy
jestem
tak jak jest drzewo kamień czy chmura
zmienność jest normalna
inność jest normalna
świat jest normalny

( staje na jednej nodze )

szaleństwo jest jedynie wymysłem szaleńców

( staje na baczność )

proca w rękach dziecka to zabawka
proca w rękach zabójcy to broń
proca w rękach to narzędzie
proca leżąca w kącie to przedmiot

( odwraca się plecami )

dziwne

( kładzie się na plecach )

dziwią mnie ludzie dziwiący się
zadziwi mnie to że świat może znieść się sam
choć może...kto wie czy może

( wstaje )

zatrważa mnie brak odczucia strachu
szalony ja
wiem że umrę i boję się wiem że jeszcze żyję i boję się
w każdej sekundzie mogę uczynić niewiarygodne w skutkach zło
ale w czasie tej samej sekundy mogę uczynić tyle samo dobra

( wychodzi za szafę )

Nickt: ( wychodzi z szafy i staje na środku )


co będzie gdy umrę
czy istnieje raj?
byłoby cudownie gdyby był
czy istnieje piekło?
mało kto tego pragnie

( rozkłada ręce i przeciąga się )

wszystko jest upojone szaleństwem trwania. tak bardzo chcemy żyć, że umieramy
tak bardzo chcemy żyć… to chyba normalne. jeśli ktoś nie chce żyć to się umiera
ja bym się bał, boję się jak cholera, życie jest pełne śmierci
pijani kierowcy-łamiące się drzewa –pioruny -rak-skórki od banana

( spluwa )

szalony ja, bo żyję, a życie jest szaleństwem. tyle poświęcamy by trwało
nie mamy czasu na szczęście i uczucia, bo musimy walczyć o życie i to z samym życiem

( spluwa )

czy warto?

( spluwa )

zasmuca mnie fakt własnej śmierci. mieć pewność co po

( wchodzi do szafy )

Baron: ( wychodzi zza szafy i zamyka ją )

chyba każdy pamięta kiedy zaczął mieć te myśli
kiedy zaczęły zaklejać czas przeznaczony na myślenie
o miłych i radosnych sprawach beztroski
ha!
dzieciństwo jest wspaniałe, a jego koniec szokiem z którego nie każdy wychodzi

podświadomie nienawidzi dzieci wiele osób, jeszcze więcej czyni to świadomie
podchodzą do łóżeczka i stroją miny, a potem te same dzieci podchodzą do łóżeczka i stroją miny

(staje lewym profilem do szafy)

smuci ten brak odpowiedzialności

(staje prawym profilem do szafy)

czasami śmierć jest końcem, czasami życie jest końcem, ale nie ma tak by końca nie było

(chowa twarz w dłoniach)

nie umiem nie rozumiem nie umarłem ale nie wiem jak żyć ze świadomością śmierci
to trudne pogodzić się z faktem, że umrę. to trudne

Nickt: (wychodzi z szafy)

chyba szkoda życia na ciągłe rozmyślania o śmierci

(obejmuje ramieniem Barona)

płaczę za ludźmi ale niech ludzie nie płaczą za mną

Baron:

tak
kochajmy kochajmy ludzi życie, miłość jest esencją
nie myślmy o tych którym pozwolimy się kochać
nie myślmy o tym co będą czuli gdy nas zabraknie

Nickt:

masz rację myślmy co czują gdy żyjemy i pozwalamy się kochać
serca z kamienia nie biją nigdy

(wychodzą za szafę)



(kurtyna)


SCENA5



(kurtyna)


(z lewej szafa na środku stół. na stole Nickt i Baron siedzą odwróceni do siebie plecami
ręce trzymają z tyłu skrzyżowane w nadgarstkach)

Baron i Nickt: (razem)

życie życie życie

Nickt:

wolność niewola

Baron:

trumna deska tartak sosna las

Nickt:

wycięty las na trumny. biedny ekosystem skazany na zagładę

Baron i Nickt: (razem)

życie śmierć śmierć

Baron:

życie życie. płaski horyzont - płaskie perspektywy - płaskość stołu z zabitych drzew
pokora wyśmiana a konieczne dla sukcesu jest byśmy byli

Nickt:

a




Baron:

agresywni asertywni

Nickt:

s

Baron:

silni szybcy

Nickt:

c

Baron:

całodobowi czołowi

Nickt:

e

Baron:

ekskluzywni ekonomiczni




Nickt:

z

Baron:

zawistni zwycięzcy

Nickt:

a

Baron:

aroganccy antyczuciowi

Nickt:

bycie człowiekiem rozmija się z człowieczeństwem


Baron:

humanitaryzm to blef, prostota jest kamuflażem

Nickt:

socjaliści komuniści demokraci republikanie kapitaliści biurokraci

Baron:

masa tłum brud

Nickt:

lud slumsy lody na patyku

Baron:

pałace wieżowce kolacja

(schodzą ze stołu i siadają na ziemi
ręce nie zmieniają pozycji)

Nickt:


toczy się koło w koło się toczy


Baron:

kłamstw utopia utopiony kłam

Nickt:

odpowiedzialność za brak odpowiedzialności
przerasta nas machina machina przerasta nas

Baron:

płacz nic nie da danie główne zwrócone wraz z milionem innych dań

Nickt:

biedni bogatym boga w tym nie ma jest mamona

Baron:

mamona mantra ma

(wstają i odwracają się twarzą do szafy)

Nickt:

chwila

Baron:

chwila

Nickt:

poczekam do jutra

Baron:

jutro tak powiem

Nickt:

ale co mogę

Baron:

sam nic i nigdy




Nickt:

padają miliony

Baron:

niewinnych drzew

(wychodzą za szafę)

(kurtyna)


SCENA6

(kurtyna)


( z lewej szafa, na środku krzesło, z prawej stół )

Baron: ( wychodzi zza szafy i siada na krześle )

jeżeli celem życia jest poszukiwanie prawdy często jest ono puste
bez dotarcia do celu nie osiąga się szczęścia

(przeciąga się)


jeżeli celem życia jest trwanie w prawdzie często jest ono puste
prawda nie przekazywana wyjaławia się i traci znaczenie

Nickt: ( wychodzi zza szafy i siada na stole )

ale jeżeli poznaliśmy prawdę i głosimy ją nasze życie jest pełne prawdy żywej
przelewanej w puste konwie dusz

Baron:

niestety, nie każdy ma prawdę i nie każdy ma ją komu przekazać

Nickt:

pozostaje wiara

Baron: ( strzepuje paproch z koszuli )

wiara w co? wiara jest abstrakcją, wiara jest darem
trudno wyobrazić sobie wierzącemu niewiarę

Nickt: ( wstaje, jedna ręka w kieszeni, drugą wskazuje szafę )

prawda i wiara - światło i źródło

Baron:

tak ciężko pojąć… ja-ty- szafa-stół -krzesło-ja
wszystko opiera się na wierze w to że jest
czy krzesło przestanie istnieć gdy nie będzie miał kto w nie wierzyć
nie możliwe, krzesło ma twórcę
twórca przy tworzeniu wierzył że materia jest krzesłem

Nickt: ( staje za Baronem i kładzie mu dłonie na barki )

nie taka prosta sprawa, przestać wierzyć
oszukać się jedynie można. z niewiarą trzeba się urodzić
o przeklęci przeklęci brakiem sensu jutra. dziś-ja -potem-teraz
światło cudowne światło dotyka nas
człowiek żyjący w mroku wchodząc w czyjś cień
mruży oczy

Baron: ( zsuwa się z krzesła i siada na piętach )

światło jest cudowne. widzisz? widzisz!?
czasem boję się spojrzeć wprost naprawdę, boję się ślepoty i ślepnę brakiem odwagi

(chyli twarz ku ziemi i chowa ją w dłoniach)

Nickt:

w poszukiwaniu szczęścia tak usilnym, że wszystko inne pozostawiamy na potem jest sens

Baron: ( wstaje wyraźnie rozbawiony i daje pstryczka w nos Nickomu )

szczęścia się oczekuje, szukanie go to tak jakbyś uciekał od niego

Nickt:

więc mam tu usiąść i zgnić

Baron:

trzeba żyć bracie, trzeba żyć

( wychodzi za szafę )

Nickt: ( podchodzi do szafy )

prawda

( wchodzi do szafy )

prawda!?

( zamyka drzwi )

(kurtyna)


SCENA7

(kurtyna)


( na środku szafa )

( Nickt wychodzi z szafy i idzie za szafę
Baron wychodzi zza szafy i wychodzi za szafę
Nickt wychodzi zza szafy i wchodzi do szafy, zamyka drzwi
Baron wychodzi zza szafy podchodzi do szafy i otwiera ją
ze środka wybiega Nickt )

Nickt:

jest sens myśleć o jutro? przyszłość kończy się na nie poznanej chwili śmierci
dziś-jutro -za rok-ale nie nigdy

Baron:

zabij się

Nickt: ( odwraca się gwałtownie,
jak gdyby dopiero zdał sobie sprawę z obecności Barona )

i co potem. odpowiedzi nie oczekuję, chcę pewności
ha
świat jest wart zapomnienia ale ja?
płaczę czystym spojrzeniem, bo widziałem przeszłość

Baron:

każdy jakąś widział a przyszłość, plany

Nickt: ( prawą ręką ciągnie głowę w dół )

przyszłość jest nieosiągalna, plany muszą się kończyć na zaraz, a i tak nas rozczarowują

Baron: ( serdeczny śmiech )

nie planuj sekund minut dni, nie oczekuj że możesz spełnić choć promil tego o czym marzysz
kim jesteś, gdzie byłeś

Nickt:

jestem nickim, rozumiesz? podwładnym jednej z setek instytucji rozdających życie
gdy zabrakło bułeczek na śniadanie

Baron:

a... człowiek

( gładzi się po policzku )

Nickt: ( wbiega do szafy )

nic nie rozumiesz! oszukali NAS

Baron:

pragniesz śmierci ale brak ci wiary że przyniesie ona ukojenie. smutne

( zamyka szafę )

płacić czasem za czas. Prawdą za Prawdę

( ogląda paznokcie )

wszyscy to umiemy, nieliczni mają o tym wiedzę. życie to nie wszystko, trzeba umieć żyć
mieć dla kogo-z kim-po co-kiedy. najważniejszy z darów i najbardziej przeklinany
żal śmierdzi zmęczonym ciałem głupców goniących życie
nie potrafiących pojąć że już je mają

( otwiera szafę, w środku siedzi Nickt obejmując kolana )

jeszcze nie czas. może on nie nadejdzie-ten jedyny właściwy

( wchodzi do szafy )

kiedyś będziemy gotowi by wyjść
kiedyś będziemy gotowi by zostać

( podaje rękę Nickomu i wyprowadza go za szafę )

( zza szafy )

pozostaje mieć nadzieję
dopiero potem być

( szafa pozostaje otwarta )























Na scenę wychodzi kobieta, tak jak pomiędzy rundami walk bokserskich ubrana. Nad głową niesie tabliczkę. Światło na nią.:



+++



„Epilog”





Ja jako anioł

cenię boga za

mus tworzenia

On tworzy nas

bez energii i

bez emocji On

jest i będzie

Ja jak bóg on

jako ja Ongiś

jedność Ego i

alterego Liść

i drzewo Krew

i duch Jestem



malo istotne: (ubrany w spodnie dżinsowe, spod których wystają czerwone bokserki z wzorkiem w duże białe róże wychodzi zza szafy, skulony troszkę jak od zimna, zamyka szafę i mówi głośno.):



ale trema mnie zżarła, ale musiałem tak wyjść, bo jak to tak zmieniać głównego aktora w czasie sztuki. Niestety spece od reklamy mają dziwne podejście do tematu. A więc „Epilog” dostępny tuż przed końcem sztuki do jej zakończenia przy wejściu.



(otwiera szafę i wyjmuje z niej koszulę, czarną, zakłada ją i zaczyna opowiadać)







Zabił się człowiek, tamtej pełni, która mnie tak przerażała powiesił się na piecu kaflowym w swoim pokoju. Dziś jest już sierpień, a ja znowu odczuwam zbliżanie się wciąż tej samej nawałnicy, tym razem jednak jest to już tylko bezsilnie uległe oczekiwanie. Odczuwam odległe fale przerażenia, ale powstają tak daleko i mają na swojej drodze tyle myślowych falochronów, że jedynie łaskoczą mnie w górę stóp i powoli zasypują palce piaskiem. Czy to ważne, że się kończę? Nie, bo jeśli przeżyję to będzie to jedynie utyskiwanie młodego i nie mądrego, a jeśli nie przeżyję to ktoś może to przeczyta i pomyśli sobie coś o mnie i co z tego. Zalegający we mnie marazm pogłębia się, a ja stojąc na dnie tej rozpadliny wiem, że w końcu cały ten szajs się na mnie osunie zgniatając. Nie myślcie, że nie próbowałem się wdrapywać, ale za późno jest, nikt nie zauważa że mrówka ginie w niecce z piasku, tak i mi nikt nie pomoże, tym bardziej, że dawno straciłem głos i nie krzyczę, a jedynie chrypię tak, że głos wydobywa się nie ustami, a szyją drżąc na domiar. Wcześniej krzyczałem i kilka osób się pochylało, tak, zawiniłem zapamiętaniem w głupotę, oto działa dobór naturalny, najgłupszy ginie, analogicznie jak w nagrodach Darwina. Jest początek sierpnia, osobiście myślałem o samouśmierceniu w tym miesiącu, ale to były tylko depresyjne omamy potęgowane echem zaszłości psylocybicznych jak je nazywam. Mam niecały miesiąc by dokończyć kilka spraw i chciałbym zdążyć, choć wolałbym by pośpiech okazał się zbędny.



(pauza)



Ze śmietnika wyciągnęła mnie Ona. Wyrwała mnie z ryz realności i wchłonęła do świata, który tak mnie fascynował, tak strasznie chciałem być częścią tego świata, ale było już za późno. Wypaczenia spowodowane wegetacją płodową wśród zgnilizny i odpadków, które dowiadują się o swoim przeznaczeniu właśnie wtedy, kiedy chcą je zmienić. To staje się walką z samym sobą, bo ponowne narodziny oznaczają śmierć. Dlatego nie pamiętamy porodu, to pierwsza i oby dla każdego człowieka najstraszniejsza trauma jaką przeżył. Kiedy było już właściwie po, kiedy wpadłem w ten syf głębiej niż sięgały jej ręce śmiała się czasami do mnie, że powinienem opisać naszą historię, ale takich banałów i tandety, w dodatku na tle miłosnym nie znoszę, a zarazem lubię je, a ten w dodatku nie ma dobrego zakończenia więc jest w sam raz, ale to pozostawię na kiedyś, w nadziei, że kiedyś będzie.



(pauza)



Drżą mu dłonie, jest kurewsko zimno, nie ma lepszego słowa by to określić. Idzie po kolana w śniegu ubrany w jesienną kurtkę, dżinsy i trampki. Dłonie, które za wszelką cenę próbuje ogrzać wciskając pod pachy drżą. Wkłada je do kieszeni spodni i chwyta palcami uda, nic. Położyć się i zamarznąć lub iść jeszcze i u celu zacząć odmarzać, kto miał kiedykolwiek odmrożenie wie, że odmarzanie to bardzo nie przyjemne uczucie, tak jakby ktoś cię łaskotał tak intensywnie że aż boli i nie masz szans ucieczki, bo łaskocze od środka, jednak jest to uczucie lepsze od zamarzania, bo wiemy, że się skończy, a tu palce u stóp skostniałe, jak gdyby kruche, kryształowe i tak odczuwają każdy krok jakby odłamywał się kawałek. Po policzku stacza się łza, iść, już nie myśleć tylko iść, już nic tylko iść, zapomina się o tym, że się istnieje, jest się bólem, czarą pełną bólu, która jest bólem, iść, jeszcze las, już nie wieje, najgorsze w tyle, iść.

Wyłączoną świadomość budzi światło, ciepłe światło w ciepłym domu.

- Mamo? – zapytał tuż po wejściu, ale nikogo nie było, wszedł do łazienki i do miski w kolorze betonu zaczął nalewać zimnej wody, włożył w nią dłonie, po chwili zaczęły go parzyć, ale trzymał nadal, aż do momentu, kiedy wypełzła z niego kropla moczu, co było odczuciem porównywalnym z wytryskiem, wtedy postanowił zdjąć ubranie, ale było całe zlodowaciałe i sztywne, zrezygnował, postawił miskę na ziemi, usiadł na zakrytej muszli klozetowej i wsadził do wody stopy.





(pauza)



Urywki świadomości, kiepski film o życiu, tym słabszy, że nie koniecznie ma sens lub morał. Sen i jawa na tej samej szali wymieszane, a na drugiej szali jedynie człowiek odkrywający, że supeł jest tym trudniejszy do rozsupłania im dłużej nie wprawne dłonie ciągnęły za nieodpowiednie miejsca, zaciskając go jeszcze mocniej.

To nie ja, a to on we mnie, nas nie ma, bo jesteśmy oddzielnie. Niemożliwość.



(pauza)



Ciemna chata, na legowisku w kącie leży na plecach kobieta i rodzi. Tak cicho, jedynie zaciskające się coraz mocniej dłonie i zęby, które zaczynają kruszeć od naporu innych zębów wyrażają co przeżywa. Na dziecko czeka staruszka, z jakąś szmatą i miską wody. Jest. Po izbie rozległ się krzyk niemowlęcia, staruszka myje je starannie i opatula szmatą, następnie wlewa wodę do kociołka, który znajduje się nad paleniskiem na środku izby, nic nie może się zmarnować. Wszedł mężczyzna, wysoki, barczysty i brudny, pociągnął nosem i spojrzał w kąt. Kobieta cała spocona i zmęczona powoli wydala z siebie łożysko, kiedy kończy zapada w sen. Mężczyzna podchodzi do niej, patrzy chwilę między jej rozwarte nogi, patrzy chciwie, ciąża pozbawiła go przyjemności, a ona mu się należy za to że przynosi jedzenie, taki był układ, dlatego opuszcza spodnie do kolan i gwałci kobietę, a ona śpi. W międzyczasie staruszka wrzuca łożysko do kociołka, ten bulgoce łagodnie, z jego wnętrza wydobywa się zapach ziół.



(pauza)



Nie poznałem go, nie wiem skąd się wziął, przypuszczam, że to on biegł koło mnie lasem, kiedy wracałem do domu w bezchmurną noc z uczuciem pustki, tak strasznej samotności jaką odczułem tylko trzy razy w życiu i każdy z tych razów odbija się echem do teraz. To dlatego nam nie wyszło, jestem wybrakowany wewnątrz, część mojej duszy wybrała wolność, kiedy zobaczyła ten niesamowity psyloświat. Szkoda, że nie spotkałem jej przed tym, żałuję. A jego długi czas nie zauważyłem, nie jest nachalny, to nie w jego stylu, stoi na uboczu tak jak ja i chyba tym go do siebie przekonałem. Sądził, że jesteśmy podobni i może miał rację.



(pauza)



Nie mówić lub nie odzywać się czyli mówić nie wyrażając siebie. Pustkę wypełnił powoli, boleśnie zabrał się za wypychanie mnie, walczyłem, już nie chcę. To nie przegrana, mam świadomość, że jeżeli przetrwa moja powłoka z nim wewnątrz to nadal tak jakbym był trochę ja. Kłamstwo?



(pauza)



Znowu pełnia, mam lęk przestrzeni, kiedy jestem w pomieszczeniu to chcę wyjść, a kiedy wychodzę to nie wiem po co to zrobiłem, bo zaczynam odczuwać niemoc jeszcze mocniej. Rozumiem to co kiedyś powiedział mój kolega, żeby go zamknąć w pudełku, ja się zastanawiam czy nie pójść do lekarza.



(pauza)



Staruszka umarła rok po urodzenia się chłopca, matka szybko zrozumiała, że rytuał który odprawiły na tamtym mężczyźnie przyniósł ze sobą konsekwencje, którym nie potrafiła sprostać, dziecko było niesamowicie silne i nie panowało nad sobą, w dodatku nie żywiło względem niej żadnych uczuć, ona chociaż się go bała i brzydziła. Mężczyzna został stracony za kradzież świni. W piątym roku życia chłopiec zabił matkę wsadzając jej nagrzany szpikulec do oka, nie mając co jeść zjadł ją, zajęło mu to miesiąc i nie zważał na to, że ciało się rozkładało.



(pauza)



Wiem, że nie rozumiecie mnie, wiem. Wiem, że nie zrozumiecie mnie, wiem, ale chcę zostawić ten kawałek siebie, to ostatnie tchnienie i to zrozumie każdy jak sądzę.









(pauza)



Ławka w parku Branickich, jedna z tych schowanych za krzakami na końcu alei zakochanych. Siedzę sam i myślę, idę nad fontannę, jest jesień i nie kolorowana woda charakterystycznie uderza o liście pływające na wodzie. Już jestem sam mimo tych ludzi, na których mogę liczyć, świadomie jestem, świadomie nienawidzę być i świadomie nie jestem czego nienawidzę jeszcze bardziej. Nawet nie pamiętam kiedy się skończyłem ani dlaczego.



(pauza)



Pamiętam tyle mało istotnych rzeczy jak budowanie szałasów, pamiętam tyle księżyców, chmur i gwiazd, a nie pamiętam jak to się stało że…





(wychodzi, za szafę. Kurtyna, przed nią wychodzi ta pani od tabliczek niosąc kolejną:





Rozmowy z Nickim Akt 2



Scena 1



(kurtyna)



(Noc, przystanek autobusowy, światło zza sceny z obu stron - pomarańczowe. Na ławce przystanku kuca Nickt ubrany na czarno, łokcie na kolanach, palce we włosach..

Cieszę przerywają słowa idę się wyrzygać i z lewej strony sceny wchodzi Baron ubrany w bluzę w kapturze nałożonym na głowę. Siada obok Nikogo, łokcie na kolanach, dłonie wyciągnięte przed siebie i splecione, głowa spuszczona.)



Baron:



Boją się nas, na ulice co wieczór wypełza szatan, a… a boją się nas.



Nickt:



I mają rację, póki się boją póty my nie musimy bać się Ich. Czasami mam ochotę pobić młodzików co przechodzą koło mnie w parku, zniwelować ich ładne twarzyczki do krwawej papki.







Baron:



To czuje chyba każdy czasami, mnie martwią kobiety, jedne się za nami oglądają kiedy my się za nimi oglądamy, inne przyśpieszają kroku mocniej ściskając torebkę, niektóre bezczelnie nie zwracają uwagi, a reszta to piękne policjantki do których uwielbiam się uśmiechać.



Nickt (zeskakuje z ławki, robi okrężny ruch głową rozprostowując kark):



Co ja tu robię, kurwa, zawiesina mojego życia zaczyna śmierdzieć, przegniłem statyzmem, może rzeczywiście powinienem komuś zajebać, ale co jeśli ten ktoś mi odda i nie będę umiał się obronić. Może powinienem pójść do pracy, ale mi się nie chce i tyle, zabiłbym się , ale jestem na to zbyt martwy,



Baron (podnosi głowę i patrzy przed siebie):



Nie pierdol ziomek, masz ognia?



Nickt: (wyjmuje paczkę po papierosach z majtek, wyjmuje z niej zapalniczkę i podaje dla Barona, ten przypala papierosa i chowa zapalniczkę do kieszeni, Nickt chowa paczkę do majtek mówiąc):



Pojara



Baron (pali papierosa do połowy i podaje resztę dla Nikogo, patrzy jak ten się zaciąga łapczywie i głęboko, a później wypuszcza dym po kawałku, tzn wypuszcza trochę i uzupełnia powietrzem i tak aż nie wydobędzie się nawet trochę dymu wtedy bierze głęboki wdech a Baron mówi) :



Twoje problemy są tendencyjne czy jakoś tak, wiesz, mało oryginalne, nie unikatowe, smutne ale bez pretendowania do tego by ktoś ciebie żałował, twój autożal jest wystarczająco żenujący. Nic mnie to nie obchodzi że ci się nie chce, nic mnie nie obchodzisz ty pierdolony egoisto. Całe życie robisz nic i ze zdziwieniem stwierdzasz że tyle masz z życia.



(Nickt uśmiecha się ironicznie i starannie rozcierając peta w podłoże czubkiem buta mówi)



Nickt:



Moim atutem jest wybór, świadomy wybór drogi, użalam się nad sobą co wywołuje we mnie gniew, później biorę nóź i idę do lasu z muzyką na uszach wycinam maliny kalecząc dłonie o nie i czuję satysfakcję. Spełniam się w tym, nie szukam sensu w życiu , bo odnalazłem bezsens i się zakochałem, a później ona stwierdziła że jej nie kocham, bo nie chciałem być tym kogo ona kochała i teraz jestem tutaj. Później nie wiem a teraz (z lewej na prawo przechodzi chłopiec) co tu robisz?



Młodzik nie zatrzymując się:



Pierdol się! (zaczyna uciekać ,a Nickt biegnie za nim)







Baron powoli idąc za nimi:



Czasami mam wrażenie, a czasami niemal pewność że nasz świat powinno się wykastrować, mam takie wrażenie a czasami nawet pewność gdy patrzę na takie martwe płody jak Nickt.



(światła gasną z lewej wraz z brzękiem tłuczonej latarni i śpiewem pijanej grupki)







(kurtyna)



Scena 2



(kurtyna)



(Ten sam przystanek. Nickt i Baron wchodzą z prawej. Nickt ma zakrwawione czoło, Baron ma zdjęty kaptur, jest łysy. Siadają na ziemi przy przystanku, Nickt z lewej, Baron z prawej.)



(Baron przeciera twarz jakby pozbywając się senności, Nickt wstaje i zaczyna się przechadzać wzdłuż sceny wściekły.)



Nickt:



Nie pomogłeś mi.



Baron (wstaje i kładzie się na ławce, zakłada ręce):



Miałem ochotę pomóc im w kopaniu ciebie. (Nickt odwraca się w jego stronę gwałtownie)

Nie skacze się dzieciom po głowie, to głupie i żałosne, mogłeś go zabić.



Nickt (wznosząc dłonie ku niebu):




komentarze
avatar zakaramwa
2010-12-20, 20:25:39:
grzegorz bronakowski
[komentarz edytowany przez autora wpisu]
to sie nie zmiscilo:



Faktycznie, może mnie poniosło, ale ta władza, to że Mogłem, jak anioł śmierci pędzący…

Baron (przerywa mu mówiąc siada):

Jak debil pędzący za swą chucią, radzę ci żebyś wyluzował.

Nickt (staje nad Baronem, bierze jego głowę w dłonie i krzyczy):

Sam wyluzuj, o co ci kurwa chodzi. Myślisz że jesteś lepszy ode mnie bo opanowujesz siebie jak matematyk tabliczkę? Odpierdol się ode mnie!

(puszcza Barona i znów zaczyna spacerować, Baron patrzy chwilę na niego wstaje i zaczyna iść w lewą stronę gdzie nie ma światła)

Gdzie idziesz?

(Baron znika a Nickt biegnie za nim)



(kurtyna)





Scena 3

(kurtyna)

(Scena pusta, czarne tło, światło odrobinę oślepia widzów. Na scenę wchodzi Nickt, dochodzi na środek, światło kieruje się na niego)

Nickt:

Moje życie ma na imię frustracja, ktoś kiedyś we mnie wrzucił kamień a kręgi fal frustracji życia spowodowanej życiem poruszają mnie nieznacznie w górę i w dół.

(na scenę wchodzi młoda kobieta, ubrana jak uczennica idąca na egzamin, ma włosy ciemny blond i niepozorną figurę, siada w kącie sceny po turecku)

Moje życie ma na imię frustracja,

Anna:

Nie mam na burgunda i fajki! Zabiję się! (opada bezwładnie, wyraźnie pijana)

Nickt: (wyjmuje nóż ze skarpety i podchodzi do niej gaśnie światło)

Chamem być umieć trza, nie zabijesz się kotku, bo nie zdążysz haha.

Baron: (wchodzi ze świeczką w ręku z lewej strony sceny i idzie na środek)

Mógłbyś czasem być poważny.

Nickt: (podchodzi do Barona już bez noża)

Dobry pomysł, ale mi się nie podoba (wyciera nos rękawem) pięknie sikała.

(pojawia się światło na środku a Baron gasi świeczkę palcami)

Baron:

Przeprosisz Młodzika, zaraz tu będzie.

Młodzik: (z obandażowaną głową przedziera się między widownią, w końcu wdrapuje się na scenę i chowa się za Baronem w obawie przed Nickim)

Nickt:

Przepraszam cię chłopcze. Poniosło mnie troszkę. Przyjmij to cacko jako gest dobrej woli i dowód że dajesz wybaczenie i plask go. (przy ostatnich słowach próbował pacnąć Młodzika w czoło, ale mu się nie udało, Młodzika zasłonił Baron)

Młodzik:

Jakie cacko?

Nickt: (wyjął ze skarpety nóż, ukląkł na jedno kolano i położył go na ziemi)

Młodzik: (chwycił nóż)

Wow, ale super! (spojrzał podejrzliwie na Nikogo i uciekł w prawą stronę, przebiegając niebezpiecznie blisko wystawionej nogi Nikogo)

Baron: (kręcąc głową)

Dowody do wody, a ty w ręce gówniarza. Zaraz…(zgasło światło na moment i zapaliło się oświetlając całą scenę. Zwłoki Anny leżą w nieładzie w prawym kącie sceny, nad nimi Młodzik z nożem, zaszokowany tym co ma przed sobą, Młodzik uciekł)

Dalej, istniejemy. Istnie my jako przekleństwo czy zguba.

Nickt:

Jako wybawienie klęską czy klęska wybawienia.

Baron:

Szafa stół krzesło i my. Cały wszechświat. Cały.

(znów gaśnie światło, z prawej pada strzał, wraca światło)

Zguba się znajduje, trup rad nie rad nie powie co miał, co mógł, co kogo zabije, kto za kim i za kogo kto umrze świadomie i nie. Umarłem

Nickt:

Zguba to tylko pretekst, poszukiwania wieczne tego kim jest a kim będę. Upadłem a klęknę to będę o formę wzwyż. Jutro już nie ma, jutro… (padł martwy, Baron po chwili obok niego. Znów gaśnie światło)


(kurtyna)




Scena 4

Na środku sceny stoi zamknięta szafa. Widzowie znudzeni widokiem szafy wychodzą.
"Niewolnicy zawsze i wszędzie niewolnikami będą,

to równolegle nagrane, marna jakość :m http://www.megaupload.com/?d=EW5FUZG0
--
"Każdy kto doprowadza się do stanu bestii, zrzuca z siebie ciężar bycia człowiekiem"

O utworze:

wyświetleń:5230
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

BaronG
  poprzedni   lista utworów          

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.