avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


18 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
bobbydunay
debiutant
teksty
utwory wierszem
dodano:
12 stycznia 2011, 08:57:35


Tomnus smok i stara szafa

należy czytać z przymrużeniem oka;) miłej lektury



Wieczór. Pan Tomnus stanąwszy w progach
Małej, w wąwozie skrytej jaskini,
Zaklął siarczyście: Motyla noga!
Upuścił piwo, krok w tył uczynił,
Pech, kruca! Wrzasnął i ścisnął w dłoni
Amulet z szyi gwałtownie zdarty.
Z nadzieją, że ten pecha odgoni,
Odkopnął puszkę. A, że otwarty
Trunek się zdążył rozlać w kałużę,
To puszka, ważąc mniej niż niewiele,
Wzbiła się lekko, tańczyła w górze
Aż za skórzanym spadła fotelem,
Pod którym leżał zielony dywan-
Dziś podniszczony, choć niegdyś świetny…

Tymczasem Tomnus spojrzeniem przywarł
(Nietrzeźwym, mętnym i niekonkretnym)
Do starej szafy wciśniętej w ścianę
Na nieodległym końcu pieczary,
Bowiem jej lico czarne, drewniane
Promieniowało przez wąskie szpary
Niezwykłym blaskiem. Białym i czystym.
I to przez ów twór tak niecodzienny
Tomnus upuścił napój złocisty,
Rodzony z wody, słodów jęczmiennych
Drożdży i chmielu, w małej browarni
Gdzieś na rubieżach zachodniej Marnii
W asyście Karłów… O składzie tyle-
By nam bohater z oczu nie zniknął,
Bo za niedługą zakrzyknie chwilę:
A niech mnie dunder! O właśnie krzyknął.

Schował amulet, pokiwał głową
(Po której niegdyś pięły się włosy)
I dalej patrzył w szafę dwudrzwiową
A potem wolno, po papierosy,
Sięgnął do jednej z kieszeni płaszcza
(Płaszcz zaś miał szary, pomięty, długi).
Uwielbiał palić a kochał zwłaszcza
Bez filtra ręcznie kręcone szlugi-
Najdoskonalsze na całej ziemi.
Od lat tworzone zręcznymi łapy
Przez Bobra Pana z Wielkich Żeremi,
W centralnej części marnijskiej mapy…

Lecz dość o Bobrach, bo oto ścisnął,
Tomnus, papieros swymi zębami.
Znalazł zapałkę. Potarł. Rozbłysnął
(Tak jak to zwykle jest z zapałkami)
Niewielkim ogniem łepek zielony,
Zbliżył go Tomnus do bladej twarzy,
Osłonił dłońmi i pochylony
Przytrzymał chwilę. Gdy się rozżarzył
Brązowy tytoń do czerwoności,
Wtedy Pan Tomnus puścił zapałkę,
Ta zaś, zgnębiona siłą ciężkości,
Spadła na ziemię, gdzie zgasła całkiem.

Życie zapałek bywa parszywe.
Mruknął Pan Tomnus ochrypłym głosem.
Wiedział, co mówi- był detektywem
I znał się na tym. Stał z papierosem,
Skryty za białą zasłoną dymu
I czuł jak w środku gdzieś się w nim spiętrza
Pewien złośliwy, wewnętrzny przymus.
Głos, który szeptał: „Zajrzyj do wnętrza…
Nie bój się… Zajrzyj…Zajrzyj Tomnusie…”
Tak go zachęcał, tak kusił czule,
Że aż Pan Tomnus, poddawszy mu się,
Odrzucił szluga i w podkoszulek
Wytarł spód dłoni. Następnie splunął,
Całkiem zwyczajnie, pod krótkie nogi,
Podszedł do szafy, ręce wysunął
Do klamek srebrnych, zimnych, złowrogich…

Zacisnął na nich palce a w chwili,
W której skrzypiące drzwi chciał uchylić,
Blask w nie uderzył jak opętany.
Mnożył się, wdzierał w przestrzeń mieszkania,
Spychał Tomnusa w kierunku ściany.

Tomnus rękami oczy przysłaniał,
Chwiał się i miotał czas jakiś w tyle,
Lecz, gdy odzyskał punkt równowagi,
Krzyknął naprzeciw świetlistej sile,
Na przekór mocy nieznanej magii:
Choćbyś i szafo oślizgów chmarę
Wypluła z siebie…choćby uderzył
Łańcuch piorunów w moją pieczarę,
Mnie nie pokonasz…choć w to nie wierzył,
Ogon przewieszał już przez przedramię.
Splunął z pogardą w brudną podłogę
Oprócz nałogów nic mnie nie złamie!
Dodał i poczuł rosnącą trwogę,
Bo zza świetlistej dostrzegł zasłony
Jak pędzą prosto do jego krtani,
Z czarnego dymu plecione szpony.
Już go dopadły. Już wiszą na nim.

Uścisk go dusi, gnębi i parzy.
Niestety zrobić, faun, nie mógł wiele-
Zmienił więc tylko barwy na twarzy
Na blady fiolet i bladą zieleń,
Nie wiedząc nawet, że tak potrafi…

Teraz, po krótkiej chwili duszenia,
Szpony wciągają go w środek szafy.
Pan Tomnus splunął „na do widzenia”
Dosyć niezdarnie. Drzwi się zamknęły.
Blask się w pieczarze sprawnie rozpłynął.

W szafie tymczasem szpony zniknęły
A Tomnus, w gęstej ciemności ginąc,
Szybko rozglądał się dookoła.
Zacisnął usta, twarz swą złowrogo
Uniósł ku górze, potem zawołał:
Cóż to, do diabła, nie ma nikogo!?
Poczekał chwilę z ciężkim oddechem,
By w końcu wrzasnąć z głębin przepony:
Dupa! I splunął, gdy wrzask ów echem
Niósł się bez celu we wszystkie strony,
Chcąc się wydostać z przestrzeni ciemnej,
Złej, zimnej, ciężkiej, gęstej, nikczemnej.

Tomnus tymczasem, stojąc, się wzburzył
W tak wielkim stopniu, iż, bez wątpienia,
Byłby zabijał, niszczył i burzył,
Gdyby cokolwiek miał do zburzenia.
Ale niestety niczego nie miał,
Więc tylko mocno zacisnął pięści.
Podskoczył. Tupnął. Zadrżała ziemia.

Ciemność rozpadła się w cztery części.
Cztery rozbłysły światłem księżyce.
Cztery rozbrzmiały akordeony.
Wypełzły z ziemi blade dżdżownice,
Pająki, węże, żaby, skorpiony…
I wszystko nagle, w wielkim chaosie,
Rosło wokoło: trawa, kamienie,
Papugi, słonie, burzany, łosie,
Sitowia, stawy, ryby, korzenie,
Wzgórza, aleje, ścieżyny, skały,
łąki; już przestrzeń po lewej stronie
Zalewa mnogość zebr czarnobiałych.
Niebo zajęły skrzydlate konie.
W lasach się mnożą modrzewie, cisy,
Topole, dęby, wilki, króliki,
Leniwce, sowy, wiewiórki, lisy,
Pantery, sosny, borsuki, dziki.
Rodzą się pszczoły, piżmaki, osy,
Szerszenie, zięby, ćmy, lwy, bażanty,
Mamuty, rysie, muflony, kosy,
Centaury, elfy, trolle, giganty;
Boskie napaje, halie, najady,
Od których Tomnus męskim spojrzeniem
(Choćby się starał) nie dałby rady
uciec daleko, bo nad strumieniem
bawią się… Nago! Widzę wyraźnie.
Szepnął i usta wygiął w uśmiechu.
Bardzo działały na wyobraźnię
Łaknącą wrażeń, tempo oddechu
I różne części męskiego ciała…
Nieziemskie piersi! Cudne! Wspaniałe!
Tomnus miłością do nich zapałał
I tym miłosnym spętany szałem,
Stanął na szczycie marnego wzgórza.
Był otępiały i zaślepiony
Tak, że nie spostrzegł jak się wynurzał
Smok przeogromny od dupy strony.
A gad się zbliżał powolnym krokiem.
Skradał się, płaszczył wśród bujnej flory.
Tomnusożernym mienił się smokiem,
Potworem ponad inne potwory.

Nie czekał… ruszył. Skrzydła rozwinął .
Pędzi nad ziemią z niegłośnym piskiem.
Pysk ma nawilgły ohydną śliną.
Łuski ma czarne, ostre i śliskie.
Zbliża się, zbliża…napięcie rośnie,
Wtem, w końcu słysząc ów jazgot smoczy,
Który brzmiał coraz głośniej, donośniej,
W tył się obrócił, Tomnus. Uskoczył.
Smok przemknął obok, rozkruszył skały,
Wzbił się, lecz wraca wielkim zakosem.
Pędził z prędkością puszczonej strzały
Ponad czubami posępnych sosen,
Gdy Tomnus krzyknął: Piekielne zwierzę!
Czarne ma skrzydła, zęby i szpony…
Głowa skostniałym kryta pancerzem…

Gdzieś przyspieszyły akordeony.
Tomnus więc myśli na bok odłożył-
Właśnie z pędzącym ścigał się czasem.
Gad już szeroko paszczę otworzył,
Przemknąwszy niemal nad całym lasem,
Ryknął i łuski wrogo najeżył,
Spojrzeniem wwiercał się w przeciwnika.
Tomnus go także wzrokiem przemierzył-
Wzrokiem, co wszystko na wskroś przenika.
Już w pięść potężną zacisnął rękę,
Syknął pod nosem: Zbliż się, jaszczurze.
Wyczekał moment, cios zadał w szczękę.
Smok w mgnieniu oka runął na wzgórze.
Podniósł się wolno, potrząsnął pyskiem,
Po czym wzburzony siłą wściekłości,
Zaniósł się swoim nieznośnym piskiem,
Przeszywającym do szpiku kości.
Ruszył techniką niskiego lotu,
A, kiedy wielką gębę rozdziawił,
Tomnus podskoczył. Raz z półobrotu
Kopnął gadzinę, pięścią poprawił.
Potem znów niskie, mocne kopnięcie,
Cios „na wątrobę”, w brzuch, odepchnięcie,
Po którym Tomnus, z szaleństwem w oku,
Krzyknął donośnie: Koniec zabawy!
Natarł i kopnął smoka z wyskoku
Zaniedbywanym kopytem prawym.

Jaszczur, kopnięciem tym ogłuszony,
Upadł, poturlał się gdzieś na lewo,
Po drodze łamiąc rododendrony
I jakieś inne niewinne drzewo.

Tomnus zmęczony usiadł w zieleni,
Dłoń brudną, drżącą wytarł o trawę,
Sięgnął do jednej z bocznych kieszeni,
Wyjął papieros nie zmięty nawet,
Zapalił. Wzrokiem nad strumień zboczył,
Patrzył i nagle zamarł w bezruchu-
Poczuł na karku mdły oddech smoczy,
Najobrzydliwszy z możliwych chuchów…

Wstręt się ze strachem prześliznął po nim,
Nieznacznie drgnęła prawa powieka,
Papieros wypadł z otwartej dłoni.
Smok rozwarł skrzydła. Nie będzie czekał-
Głód mu straszliwie ściska wnętrzności,
Krew się wysącza z rannego ciała…
Skoczył z prędkością wielkiej prędkości
Czyniąc wokoło zamęt i hałas.
Tomnus obrócił się w jego stronę,
Splunął i Dupa! Któryś raz krzyknął.
Następnie zamknął oczy zmęczone,
Podskoczył. Tupnął. Smok nagle zniknął.
Ucichły głośne akordeony,
Nastała piękna, zbawienna cisza.
Tomnus był wielce zadowolony,
Że już nie widział nic i nie słyszał…

I











komentarze
avatar MUFKA
jarosjabwp.pl
2011-01-13, 13:06:42:
adiutant przy zlewie
Piękna baja!
Gratuluję i pozdrawiam serdecznie
JJ
--
w czasie głębokiego snu słowa nabierają mocy http://mufka.blogspot.com/

O utworze:

wyświetleń:5205
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

bobbydunay
          lista utworów          

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.