avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


16 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
sinnerman
i'd love to change the world
teksty
felieton, esej
dodano:
13 kwietnia 2009, 16:46:23


Pourazowa terapia poświąteczna.

(Na początku ponarzekaju troszku) Jak ja nienawidzę świąt! Jakże ich nie cierpię i z jakim bólem muszę znosić! Za jakie grzechy - mnie- bezgrzesznicę to dotyka? Za które ze szczęśliwszych wcieleń? O Życie! Jak wiele bym dała, żeby to minąć, przespać, obudzić się już po wszystkim, kiedy ociężały po wielkiej pokazówie jesteśmy-państwem- katolickim naród zwlecze się wreszcie z kanapy i umożliwi mi normalne funkcjonowanie, czyli np. pójście do sklepu, załatwienie paru spraw, kiedy światło wtorkowej jutrzenki nie bez ociągania, ale jednak otworzy mi drzwi możliwości odrzucając ograniczający napis: ,,zamknięte” i uwolni od luksusowej sali tortur, jaką jest dom rodzinny. Jak łatwo się domyślić, nie potępiam tylko świąt, (których nie świętuję, bo nie mam ku temu powodu), tych dwa-razy-do-roku wielkich fet cholesterolu i promocji miażdżycy. Irytują mnie również zamknięte na trzy spusty, zabarykadowane i odcięte od reszty świata niedziele z urojonym palcem bożym skierowanym w lud i podpisem: ,,ODPOCZYWAJ!”. Odkąd pamiętam, nigdy nie lubiłam niedzieli i to z tego powodu, że zawsze były, są i będą Światowym Dniem Regresu, Hipokryzji i Katalepsji. W skrócie: jakim prawem, w imię jednego boga mam tak cierpieć? Druga sprawa: rodzina. O rodzinie prawda stara i powszechna jak powietrze, czyli ,,razem dobrze tylko na zdjęciu”. Całą sobą się pod tym podpisuję, więcej! Ja się pod tym kładę na planie krzyża i z wrodzonym sobie brakiem łagodności poddaję magicznym zaklęciom pokuty. Ale wracając do rodziny, to kolejna prawda jest taka, że są to ludzie, których może nie jedyny, ale podstawowy autorytet dla naszej osoby opiera się bądź ma się opierać na tym, że są z nami spokrewnieni. Bzdura, bzdura, bzdura. Czy mam być wdzięczna komuś, za to, że w jego żyłach płynie moja krew a w moich jego? Czy zwyczajna, odarta i naga fizyczność ma być warunkiem miłości? Och nie! Czyżbyśmy natknęli się tutaj niechcący na odwołanie do zachowań zapożyczonych od naszych małpich przodków? Feromony, fizyczność, dupcie, bioderka, piersi, penisy, sperma, krew? Życie- można by powiedzieć, po katolsku: ciało i krew. A więc w skrócie: pociąg mojego pra razy n dziadka do mojej pra razy n babci implikuje moją miłość do rodziców. W skrócie: sperma implikuje miłość! Być może Matka Natura wraz z hordą pogan byłaby w stanie dostrzec w tym jakieś piękno, ale ja niestety, ale nie jestem. Jakże wypaczyła mnie cywilizacja! Jakże zepsuł platoński mit o jaskini, o dążeniu do wyzwolenia duszy z więzienia ciała! O cudowny darze myślenia nie będący myśleniem zwierzęcia i dający nam niemożliwą do złamania przewagę nad jakimkolwiek innym gatunkiem! Czy mam cię zagłuszyć, zabić, zapomnieć? Odpowiedź równie oczywista, co ludzka śmiertelność: NIGDY! Przykro mi, ale nigdy przenigdy nie wyrzeknę się błogosławieństwa myślenia i nauki, nigdy nie zaprzestanę dążyć do prawdy! A prawdą jest, że choć cenię sobie rodzinę na równi z innymi ludźmi, to gdy myślę o tym, że kiedyś mogliby umrzeć, to moje ciało płacze, ciało zrodzone z ich ciał, a nie moja dusza! Dusza moja, choć w trakcie wychowania i z czasem przejęła niektóre ich cechy (jak i cechy innych ludzi), to jednak ma byt całkowicie niezależny. To, czym dusza będzie się radować- tego nie może nigdy zapewnić ciało! A zatem z przykrością przyznam, iż choć rodzina moja jest moją rodziną a rodzice rodzicami, to kwestia mojej miłości do nich jest tylko przyzwyczajeniem, o ile nie wiążę się z nimi na płaszczyźnie umysłowej, a i tak niekiedy bywa, czego bynajmniej nie żałuję, bo nawyk i wpływy z zewnątrz każą mi mieć rzadko, ale jednak- wyrzuty sumienia (wobec powyższego często zupełnie nieuzasadnione). Zatem konieczność spędzania świąt w rodzinie może być w odczuciu danej osoby niekoniecznie przyjemnością, choć z drugiej strony, może okazać się niezwykle owocna, czego obecnie nie doświadczam. Ponadto na koniec pragnę zaprezentować pokrótce w jakiż to sposób w moim domu buduje się świąteczną atmosferę. Otóż wszystko zaczyna się wielkim sprzątaniem, angażującym do działania wszelkie skrywane do tej pory pokłady pedantyzmu, stopniowo zamieniając dom w muzeum, czyli: nic nie dotykać (bo powycierane), nie jeść (bo nakruszysz), nie pić (bo wylejesz), nie srać (bo kibel umyty), używać obuwia ochronnego, a najlepiej latać, nie dotykając ścian (po suficie też nie można, bo wypicowany i jajka wiszą). Każde najdrobniejsze nawet wykroczenie jest natychmiast zauważane i daje początek jednej z kilkunastu pomniejszych awantur, które składają się na jedną większą paranoję. Pies, no cóż, po prostu nie ma życia. Zdołowany, podobnie jak ja, całą sytuacją, na legowisku popada w marazm i psią katalepsję (,,PIES ZDECHŁ!”). Kiedy skończy się Wielkie Sprzątanie i brud (a zatem życie) nie ma już absolutnie żadnego bytu w domu, rozpoczyna się gotowanie. Gotowanie trwa wiele godzin, angażuje moją matkę do tego stopnia, że biedaczka w pewnym momencie nie wytrzymuje i puszcza pawia, po czym dalej zabiera się do robienia ośmiu ciast, stu dwudziestu przystawek, barwienia jajek, itd., itd. Pragnę zauważyć, iż moja rodzina jest rodziną (w składzie, kiedy ja zjeżdżam na chatę) w zasadzie czteroosobową plus dwójka dziadków i dwójka dzieci, no i pies. Zatem jeżeli czytelnikowi wydaje się, że robienie ilości jedzenia, którą można by nakarmić dzieci w Etiopii i jeszcze by zostało jest lekką przesadą, to powiem tylko: OWSZEM. Ale nie…tak łatwo nie będzie. Ponieważ, jak śmiem domniemać, przygotowanie świąt jest istotnym elementem systemu poczucia własnej wartości mojej matki, to nawet puma z opolskiego nie mogłaby jej postrzymać. Ale zwróćmy uwagę na tło, jeżeli jest już piątek, tzn. Wielki Piątek, to znaczy tyle, że matka od rana się do mnie nie odzywa, a ujrzawszy mnie daje wyraz swoim odczuciom robiąc taką minę, jakby chciała znowu puścić pawia. Następnego dnia- to samo. W końcu w Wielką Niedzielę, kiedy dwa tygodnie wcześniej zostało już ustalone, że nie usiądę do wielkanocnego stołu, zostaję obudzona hasłem ,,Karolina, za 5 minut wychodzimy do dziadków na śniadanie. Wstawaj.”. Jak do psa, co też ignoruję, psem nie będąc i dalej udaję że śpię. Jakimś cudownym zdarzeniem losu próby wyciągnięcia mnie z łóżka kończą się po pierwszym razie (czyżby sobie przypomniała?), ale ze snu już nici i wstaję. Po południu następuję przełom: matka staje w progu pokoju, pytając: ,,Kiedy masz zamiar przestać być na nas obrażona? Chcesz herbaty?”. O Ironio. Chociaż: czy to ironia, czy już sarkazm? Ale oczywiście odpowiadam tylko ,,nie, dziękuję”, i zagłębiam się ponownie w przerwanej lekturze, postanawiając sobie, że nie będę matki z jej przekonania o mojej (sic!) dumie wyciągać przynajmniej do wtorku, kiedy pojadę z powrotem do Opola. Żyć. A do tej pory mam spokój. Oddaję się cudownym czeluściom powieści, by jakoś przeżyć ten straszny czas wolnego. Natomiast wszystkim innym borykającym się z podobnymi problemami zalecam anielską cierpliwość, dobrą muzykę w słuchawkach i długie spacery po lesie, o ile nie biega po nim puma, jak po moim. Pozdrawiam!


komentarze
avatar Jacek Krajl
2009-04-13, 17:49:11:
poeta_jest_robotem
masz w lesie pumę?
--
http://mechanizmsekundy.blogspot.com/

avatar sinnerman®
invaders must die
2009-04-13, 21:21:42:
i'd love to change the world
nie słyszałeś o pumie z opolskiego? toż to już legenda! ostatnio była na blachowni w kędzierzynie, i chociaż mówią, że robi 100 km/dziennie, to boję się, że zajdzie do mnie. wpisz proszę w googlach: ,,puma z opolskiego". dowiesz się wszystkiego.
--
jedyna rzecz, która absolutnie nie jest kiczem, to nicość. /houellebecq

avatar wesoły grabarz
..
2009-04-14, 19:42:42:
trzeba było rozstrzelać poetę
lubię imię Karolina
--
a potem plątanina w kulisach tego raju

avatar sinnerman®
invaders must die
2009-04-14, 22:49:56:
i'd love to change the world
ja też. nazwisko swoje też lubię. generalnie ładnie się nazywam.
--
jedyna rzecz, która absolutnie nie jest kiczem, to nicość. /houellebecq

avatar wesoły grabarz
..
2009-04-15, 08:35:33:
trzeba było rozstrzelać poetę
fajnie jest się ładnie nazywać

skąd takie pierdu pierdu u tak ładnie nazywającej się dziewczynki?
--
a potem plątanina w kulisach tego raju

avatar sinnerman®
invaders must die
2009-04-15, 15:21:23:
i'd love to change the world
z grafomanii. nie przestanę!
--
jedyna rzecz, która absolutnie nie jest kiczem, to nicość. /houellebecq

avatar okhan
okhanjest-lirycznie.art.pl
2009-04-16, 11:25:50:
duszę się miewa
Straszna blacha tekstu! Powinnaś to podzielić na jakieś akapity, bo ciężko czytać. :)
--
7

avatar wesoły grabarz
..
2009-04-18, 16:23:33:
trzeba było rozstrzelać poetę
nie bądź dla siebie taka surowa
grafomania dotyczy tekstów, które mają pretensję do bycia literackim
ten chyba takiej nie ma

po prostu pierdu pierdu

yo!
--
a potem plątanina w kulisach tego raju

O utworze:

wyświetleń:5151
komentarzy:8


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

sinnerman
  poprzedni   lista utworów          

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.