avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


15 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Adelajna
profetyk
teksty
inne
dodano:
26 czerwca 2012, 12:37:57


kalejdoskop

Gdzieś na drugim końcu Europy, pomiędzy morzem
a górami, leży Walencja. Tam ludzie parkują samochody
na pasach i zawsze przechodzą na czerwonym świetle.
I oczywiście rosną tam mandarynki.
To taki upalny raj, który po jakimś czasie tyleż samo
zachwyca, ile męczy.
Rano słońce zaczyna prażyć leniwie i powoli. Pierwsi
budzą się handlarze urzędujący przy swoich stoiskach
w marcatach. Jednak nie przed ósmą. Tak wcześnie nikt
tu nie wstaje.
Dzień targowy to feeria zapachów i kolorów. Owoce
– prawdziwe skarby, soczyste i pachnące jakby bardziej
niż nasze.
Stoisko mięsne fascynuje, ale inaczej. Naturalizm bije
po oczach. Ladę z wieprzowiną „zdobi” ryj z lekko mętnymi
oczami, nieopodal obdarte ze skóry głowy owiec
z nieprawdopodobnie gęstymi falbanami rzęs. I oczywiście
Serrano „oszałamiające” zapachem, który mi kojarzy
się z intensywnie używanym obuwiem. Smakosze tego
świata, wybaczcie.
Ryby i owoce morza zawsze świeże, przecież łypią
jeszcze bystrymi oczami, zaciskają szczypce, uciekają
z siatek, pływają w akwariach. Zdekapitowane szybkim
ruchem ręki, jeszcze chwilę dygoczą w reklamówkach.
Z każdą godziną coraz cieplej i duszniej. Tubylcy tracą
zapał do targowania się, rozmowy stają się leniwe, a nogi
i ręce ciężkie jak popołudniowe powietrze. Słońce ogłasza
miastu sjestę. Za chwilę będzie można niemal spacerować
środkiem pustych jezdni. Sjesta jest bowiem święta – taki
mały prezent, który Hiszpanie robią sobie samym.
Pora na spacer. Kiedy minie się wieżowce, przed oczyma
ujawnia się prawdziwe pueblo. Takie miasteczko miasta,
zastygłe w czasie i kontrastowe. Teraz można się mu
dokładnie przyjrzeć.
Domy mają co najwyżej dwa piętra. Przylegają do siebie, ściana do ściany, nosząc na sobie wszystkie możliwe
kolory. W każdym z nich mieszka kilka rodzin. W każdym,
to znaczy także w tym, którego parter spłonął, a przez wybite
żarem okno widać osmolone ściany.
Myślę o ludziach, którzy codziennie wspinają się po
oblizanych ogniem schodach.
Ktoś namalował wychodzące z tego domu mrówki.
Tuż pod parapetem jest ich najwięcej, ale rozchodzą się
wszędzie, jak prawdziwe insekty, jak zaraza. Są na budynkach,
chodniku, nisko i prawie pod dachami. Wszędzie te
mrówki. Każda ma jakieś dziesięć centymetrów.
Jedna z nich, kilka ulic dalej, zdaje się atakować trzy
żywe skowronki powieszone na fasadzie budynku w maleńkich
klatkach. Ptaki szamoczą się na mój widok. Chyba
nie lubią obcych.
Oddychamy tą innością, atmosferą z dawnych filmów
i piosenek „Tercetu Egzotycznego”.
W końcu ulice zapełniają się.
Nie przyjmują nas przyjaźnie. Później dowiemy się Później dowiemy się, że barierę stanowi aparat fotograficzny wiszący na mojej szyi. Zamiast portretu rodziny kontemplującej popołudnie,
dokumentujemy pięści wyciągnięte w nasza stronę. To
przecież ich życie, nie jakiś folklor, prawda?
Wieczór schodzi do miasta grubo po dziesiątej. Pierwsze
zauważają to karaluchy wybiegające z kratek kanalizacyjnych,
rur, zakamarków. Tysiące „la kukaraczas”,
których trucht naśladuje melodie piosenki.
Po karaluchach pora na ludzi. Czuja chłodniejsze powietrze
i lekki wiatr od morza. Prawdziwa ulga.
Wracam do Puebla sama. Mam tylko letnia sukienkę
i sandały. Nie wyglądam na Hiszpankę, ale mniej obco
Teraz zagadują mnie wszyscy. „Non ablo espaniol” nikomu
nie przeszkadza.
Na ulicy Latarników stoi młoda kobieta. Karmi trzymanego w rękach noworodka.W słabym świetle nocy
podchodzę do niej. Mówimy niewiele, nie ma jak. Ona
przytula dziecko. To chłopiec, ma siedem dni. Też wyszedł
dziś przed dom, aby bratać się z sąsiadami.
Młody chłopak zastępuje mi drogę. Śpiewa dla mnie
piosenkę z której rozumiem tylko „tekjero” i „beja”. Ma
ciepły, dźwięczny głos. Melodia na wskroś tutejsza. Jak
napisana specjalnie na tak wyjątkową noc. Mocno zapada
mi w pamięć, jeszcze zanim pospiesznie odchodzę, skrępowana
tym, jak bardzo jestem dla nich niema.
Nocą żyje się na ulicy. Dzieciaki kąpią się w dużej balii
ustawionej na chodniku, a ich mama moczy w niej raz
po raz tarkę do pięt. Wszyscy są tak spontaniczni i radośni,
że aż się tym zachłystuję. Wdycham to, celebruję jak coś
magicznego i świętego.
Czas biegnie za szybko, przychodzi pora, by wracać,
choć wcale nie chcę. Czuję się dobrze i bezpiecznie.
Powrót do domu to trochę inna bajka. Najpierw dwóch młodych chłopaków chce mnie gdzieś podwieźć. Przyspieszam
kroku. Prawie biegnę.
Kobieta z ośmioletnią córką zastępuje mi drogę.
Uśmiecha się, mruga i mówi coś cicho. Po chwili dociera do mnie jej pytanie: „szokolade, hera, jazz?”. Małej błyszczą
szare tęczówki.
Kręcę głową oszołomiona. W oczach wciąż mieni mi
się ten raj. To takie uczucie, jakbym stłukła kalejdoskop.
Wracam, gubiąc po drodze kolorowe szkiełka.


komentarze
O utworze:

wyświetleń:5183
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Adelajna
  poprzedni   lista utworów          

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.