avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


14 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
kajl bodensky
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
23 czerwca 2007, 19:10:21


Upadłe anioły

I.
Do świtu zostały już tylko dwie godziny. Wracał zmęczony, powłócząc nogami po pustej ulicy, z rękami w kieszeniach mokrego, rudego płaszcza. Od tygodnia deszcz nie przestawał padać, zmieniając otoczenie w bajoro brunatnej wody. Od tygodnia wracał wciąż tą samą drogą bez nadziei, jakby każdy dzień wtrącał go coraz głębiej i głębiej w czeluście piekła. Zresztą i tak uważał się przecież za głupca, który nie potrafi zerwać z przeszłością. Któż inny bowiem, od siedmiu dni wychodzi wieczorem w taką pogodę i idzie przez dwie godziny przemoczony na wskroś, na dworzec kolejowy, by czekać do rana, biegając po zatrzymujących się pociągach.
I kogo tam szuka? To pytanie zadawał sobie za każdym razem gdy wkładał płaszcz by wyjść i z tym pytaniem wracał co noc do domu. Kompletna paranoja. Ona i tak go nie widziała. Nie mogła go widzieć. Mignęła mu w tłumie podróżnych, którzy pchali się by zająć jak najlepsze miejsca w wagonie. Trwało to krócej niż uderzenie serca i powoli sam zaczynał wątpić w jej istnienie. Może rzeczywiście zwariował i uległ złudzeniu a może popada w obsesję, która nadaje jego ciału energię, każąc kroczyć i ruszać się – kiedy umysł już dawno dał za wygraną.
Ale przecież doskonale pamiętał a raczej i silniej niż wspomnienie czuł, że spotkał ją już kiedyś. Ten ostry i wyraźny profil szczupłej i delikatnej twarzy. Jej kruczoczarne, miejscami granatowe włosy znacząco odcinające się kontrastem od nienaturalnie bladej, prawie szarej lecz jakże pięknej cery. To nie mogła być pomyłka, jakaś mdła nieostrość. Nie zdążył nawet spojrzeć jej w oczy. Nie wiedział też dlaczego nie pobiegł za nią i nie wsiadł do pociągu ale jakaś nieznana siła zatrzymała go w jednym miejscu tak, że nie mógł się ruszyć. Pociąg szybko odjechał i całe wydarzenie rozwiało się w beznadziejnej, dworcowej rzeczywistości.
Dopiero rankiem dnia następnego, po źle przespanej nocy, przeczytał w lokalnej gazecie, iż pociąg, w który wsiadła miał wypadek i zderzył się pod Tczewem z innym pasażerskim składem. Wagony od 4 do 7 zostały całkowicie zmiażdżone tak, że nikt nie przeżył. Media huczały o wielkiej tragedii narodowej a on jak na ironię nie mógł sobie przypomnieć numeru wagonu, w jakim widział ją po raz ostatni. Jeżeli zginęła jej ciało zostało zgniecione i trwale zespolone z metalowymi elementami pociągu. W takim razie kogo do cholery szuka?! W sercu została czarna jak kir nostalgia. Tak bardzo pragnął zobaczyć ją jeszcze raz.
- O rzesz kurwa! - zamglona, deszczowa ulica dostała po twarzy ostrym przekleństwem gdy zamyślony trafił butem w kałużę i woda wlała mu się do środka. Ten zimny prysznic ocucił rozpalone skronie Piotra. Rozejrzał się spod oka po okolicy i jeszcze mocniej naciągnął i tak zmoczony już kołnierz płaszcza. Mokre włosy przylepiły się do czoła. Odgarnął je ręką
- To koniec. Dzisiaj był już ostatni raz! Słyszycie głupcy! - wrzasnął na całe gardło. - Słyszysz ty pieprzone miasto - tchórzliwych, szarych ludzi!
Schylił się, podniósł kamień i z całej siły cisnął w najbliższe okno. Posypało się szkło i w jednej chwili ulica wypełniła się krzykiem i klątwami innych wściekłych ludzi. Nie słyszał tego. W obłędzie biegł przed siebie na złamanie karku. Samotny, spóźniony przechodzień zszedł mu z drogi przestraszony widokiem jego twarzy a później długo jeszcze oglądał się przez ramię. Piotr biegł i nic nie miało dla niego znaczenia. Zatrzymał się dopiero na ostatnim skrzyżowaniu przed domem. Przystanął pokonany przez swój upór i bunt, które targały nim tak mocno, że łzy same znalazły drogę i płynęły mieszając się z kroplami deszczu. Zrozumiał, że jest sam, choć wszędzie dookoła biło tysiące istnień. Nieświadomych istnień. Zmęczony tym wszystkim zapragnął nagle zapaść się pod ziemię, w zupełną czerń, bez nikogo, bez niczego, bez życia.
Ostre światło neonu smętnie pobłyskującego nad zamkniętym już o tej porze barem oblewało okolicę czerwoną poświatą. Skrzyżowanie było ostatnim jasnym miejscem rzeczywistości. Teraz musiał skręcić w małą i ciemną uliczkę, która prowadziła do budynku gdzie mieszkał a dalej donikąd. Nie lubił tego odcinka drogi i zawsze czuł się bardzo niespokojny kiedy tamtędy wracał. Rzucił spojrzeniem za siebie lecz oświetlona część miasteczka nikła w strugach deszczu. Nic go już tu nie trzyma. Stary neon przestał błyskać i palił się tym swoim krwistoczerwonym okiem a jego napis „Wieczny Odpoczynek” nie dodał Piotrowi otuchy.
Z niechęcią odwrócił się plecami do centrum miasteczka i wszedł w półmrok jakim otulała się uliczka. Jego dom stał prawie na samym końcu drogi, po lewej stronie i niczym nie wyróżniał się z pośród innych stojących obok niego domów. Wszystkie one były stare, zmurszałe i przypominały raczej tłum bezradnych starców, którzy trzymając się ciasno za ręce razem łapali równowagę, rozglądając się jednocześnie przestraszonym, pustym wzrokiem w poszukiwaniu pomocy. Nie mógł sobie przypomnieć jak to się stało, że zamieszkał w tak obskurnym miejscu. Z resztą to nie było teraz najważniejsze. Cała okolica sprawiała ponure wrażenie. Tu nie bawiły się dzieci, nie słychać było ich radosnego i głośnego pokrzykiwania. Przez cały ten czas nie poznał żadnego sąsiada a nawet trudno było mu zaobserwować toczące się życie w mieszkaniach i budynkach obok. Ulicę zawsze wypełniała martwa cisza a nieliczni ludzie byli tylko spłoszonymi cieniami, które rozpływały się w powietrzu kiedy próbował im się przyjrzeć. Nawet teraz gdy wracał do domu miał wrażenie, iż jego buty nie wydają żadnego dźwięku w zetknięciu z twardym kamiennym podłożem, że nie słychać rozchlapywanej przez jego nogi wody kiedy przechodził przez kałuże.
Ulica tłumiła i wysysała każdy szmer, każdy oddech życia wchłaniając wszystko w swoją martwą tkankę, a puste otwory okien hipnotyzowały i przyklejały się do każdego ruchu pragnąc zatrzymać coś dla siebie. Wzdrygnął się ponieważ zawsze czuł ten osobliwy ciężar i niepokój kiedy szedł tą ulicą.
Powoli ze wszystkich zakamarków i innych nieuchwytnych miejsc podnosiła się poranna mgła lecz deszcz nie przestawał padać. Siostra ciemności wypełzała i łączyła się z nią, czyniąc swoimi szarymi welonami świat jeszcze bardziej przerażającym.
Przyspieszył kroku. Jedyne o czym teraz marzył to znaleźć się jak najszybciej w domu, zamknąć drzwi i zasnąć. Jak przestraszone dziecko szukał schronienia we własnym pokoju pod kołdrą. Przeszedł na drugą stronę ulicy tym razem mocząc kompletnie już buty i nogi w rwącym potoku wody jaki płynął tuż przy krawężniku. Zamierzał skręcić właśnie w bramę budynku gdy z naprzeciwka, z mgły wyłoniła się niespodziewanie postać. Piotr zareagował odruchowo, stanął w pół kroku, przyjmując postawę obronną. Na czoło wystąpił zimny pot. Szybkim w jednej chwili przytomnym spojrzeniem zlustrował okolicę wypatrując większej liczby napastników. Nikogo innego jednak nie zauważył lecz mimo to pozostał spięty i czujny. Tymczasem tajemnicza postać podeszła bliżej, wychodząc całkowicie z cienia. Piotr krzyknął stłumionym głosem a nogi same się pod nim ugięły. O tej porze i w tym zaułku spodziewałby się jedynie typka o mętnej fizjonomii, który prowadziłby żer na takich jak on zabłąkanych przechodniach.
- Szukałeś mnie - powiedziała dziewczyna i zdecydowanym ruchem odgarnęła mokre włosy, które spadły jej na czoło. Ponure światło księżyca wyostrzyło rysy jej twarzy czyniąc je jeszcze bardziej wyrazistymi. Wydawała się starsza choć Piotr nie potrafił ocenić jej wieku.
- Skąd ... skąd się tu wzięłaś - wybełkotał i poczuł, że musi się oprzeć o ścianę domu.
- Przecież chciałeś się ze mną spotkać.
- Tak ale ja nikomu o tym nie mówiłem, a ty odjechałaś ... przecież ten pociąg ...
- To nie ma teraz znaczenia - odparła stanowczo a jej głos przebił się i zadźwięczał metalicznie wśród umarłej uliczki. - Miałam inne plany, ale skoro tak bardzo ci zależało to jestem.
Dziewczyna uśmiechnęła się choć można było przysiąc, że więcej w tym uśmiechu pojawiło się smutku niż radości. Piotr poczuł się nagle bardzo zmieszany i zakłopotany, nie tak wyobrażał sobie ich spotkanie a dziś zdążył się już pogodzić z myślą, że nigdy więcej jej nie zobaczy. Stał więc z rękami w kieszeniach i głową wtuloną w kołnierz patrząc na dziewczynę.
- No nie wiem co powiedzieć ... może wejdziesz do mnie na chwilę to porozmawiamy?
- Może - dziwnie cicho przytaknęła. - Zresztą i tak jestem już cała przemoczona. Jak masz na imię ?
- Piotr.
- Jak apostoł ... ładnie. Znałam wielu ludzi o tym imieniu.
- I co ? - zapytał coraz bardziej zdziwiony osobowością dziewczyny.
- Wszyscy nie żyją. - odpowiedziała z zadumą w swoim pięknym głosie.
- Przepraszam nie chciałem, to smutne. - przestraszył się, że dziewczyna poczuje się dotknięta, odejdzie i zostawi go samego.
- Nie! To nie jest smutne. - jej twarz wykrzywił grymas niezadowolenia - To jest prawdziwe. Smutne byłoby dopiero życie bez śmierci. Chodźmy już. Po drodze porozmawiamy...
Podeszła bliżej i chwyciła go za rękę. Piotr poczuł niesamowity chłód jaki przeniknął całe jego ciało, które nagle wydało się ciężkie i jakieś obce. Dziewczyna pociągnęła go silnym szarpnięciem odrywając od miejsca, w którym stał zmuszając aby ruszył za nią. I poszli ...


II.
Niespodziewanie z bramy wybiegło trzech chłopaków. Kompletnie zaskoczyli zamyślonego Piotra tak, że nie zdążył w żaden sposób zareagować. Pierwszy cios pięścią prosto w twarz odrzucił jego głowę daleko do tyłu. Drugi napastnik kopnął go w brzuch. Piotr nie krzyknął, zgiął się tylko i na chodnik kapnęła krew. Ulica wchłonęła odgłos walki a ramy okienne zadrżały w morderczym nienasyceniu. Trzeci z chłopaków wziął lekki zamach i potężnie uderzył Piotra metalową rurką w potylicę. Zgięte i nagle zwiotczałe ciało osunęło się na kolana a później na mokry deszczem chodnik. Dla pewności ten z rurką trzasnął głowę Piotra raz jeszcze po czym wszyscy trzej stanęli nad trupem dysząc ciężko jak hieny nad martwym truchłem. Chwilę potem wciągnęli zwłoki do bramy kryjąc się przed niepożądanym wzrokiem obcych. Ulica znów zastygła w wiecznej pozie.
- Odwróćcie go - rzekł twardo Gabryl - trzeba zrobić zdjęcie i opis do katalogu.
Zza skórzanej kurtki wyciągnął srebrną papierośnicę i wziął jednego peta.
- Kopsnij ogień Święty. - Chłopak z pozostałej dwójki przestał na chwilę szamotać się ze zwłokami Piotra i podał zapalniczkę.
- Sam go nie odwrócę. - zaburczał pretensją drugi.
- Zamknij się Szczęściarz - uciął go Gabryl - Nie pieprz tylko pracuj, bo do rana nie będę stał w tym gównie. Co ze zdjęciem Święty ? Tak ciemno w tej bramie ... wyjdzie ?
- Robi się, to czysta sprawa, tylko nosek trochę napuchł. Pstryknę z półprofilu i będzie jak ta lala. Szef zafundował mi nowego Polaroida - dodał z prawdziwą dumą w głosie.
- Gówno mnie to obchodzi. - powiedział obojętnie Gabryl, skrzesał ogień na zapalniczce i zaciągnął się dymem.
Przez sekundę w bramie zrobiło się jasno.
- O kurwa chłopaki - zajęczał Szczęściarz - To nie ten złamas! O ja pierdykam ... szef nas opierdoli ..!
- Jak to? - wybełkotał zdrętwiały w jednej chwili Święty - Jak to kurwa nie ten? Co ty gadasz?
- No nie ten - Kropnęliśmy nie tego gościa! Taka wsypa ...
- Spokój - krzyknął podenerwowanym głosem Gabryl - Odsuńcie się, no dalej zróbcie mi miejsce.
Papieros zgasł przydeptany obcasem buta. Gabryl przepchnął się do trupa i jeszcze raz zapalił zapalniczkę. W słabym świetle zapalniczki twarz Piotra uśmiechała się tajemniczo a nawet drwiąco.
- Jasna cholera! Sprawdziłeś dowód?
Szczęściarz sięgnął do wewnętrznej kieszeni rudego płaszcza i wyciągnął stamtąd portfel. W środku był dowód. Wyjął go i otworzył.
- Dawaj! - Święty wyrwał dokument z rąk Szczęściarza - Przecież i tak nie umiesz czytać. - Przysunął się bliżej ognia, który co chwilę gasł bo rozgrzana zapalniczka parzyła ręce Gabryla.
- „Piotr Zawadzki .., lat 21, zamieszkały w Gdańsku ...”
Po tych słowach w bramie nastała wymowna cisza. Święty ze Szczęściarzem raz po raz zerkali to na siebie to na Gabryla szukając wzrokiem ratunku. Gabryl wstał, w milczeniu podszedł do wyjścia z bramy i wyjrzał na zewnątrz. Cały czas padał deszcz i poza ich trójką nikogo żywego nie było widać.
- Niech Szczęściarz potnie twarz trupa - zmasakrujemy go, potem zrobi się zdjęcie z opisem „Morderstwo - ofiara nie rozpoznana”. Szef ma wiele ważniejszych spraw na głowie nie będzie wnikał. - splunął a pędząca woda porwała jego ślinę.
- Gabryl ... dlaczego ja? - spytał Szczęściarz - Dlaczego to ja mam zawsze wykonywać tak brudną robotę?
- Już taki jest ten świat, ucz się Szczęściarz, bo kto wie co się z nami stanie. Może to ostatnia taka robota. Święty pomóż chłopakowi - Musi to wyglądać naprawdę paskudnie aby nikt w biurze nie chciał na to patrzeć. Idę się przejść ... będę na zewnątrz - dodał smutno i znikł w strugach deszczu.
Święty i Szczęściarz jeszcze przez chwilę siedzieli w bezruchu patrząc w pustkę niewidzącymi oczyma po czym wzięli się do roboty. Szczęściarz tylko raz wymiotował gdy kroili twarz trupa. Potem było już OK. Wytarli noże o rudy płaszcz Piotra. Trzykrotnie błysnął flesz nowego Polaroida lecz nikt z ludzi tego nie zauważył. Przed odejściem znak krzyża w powietrzu nad ciałem. Kiedy skończyli i wyszli na ulicę Gabryl stał oparty o ścianę budynku i czekał, cały przemoczony i dziwnie inny. Opłukali ręce w kałuży i osuszyli o spodnie.
- Już?
- Tak, możemy lecieć.
Ostatnie spojrzenie na mokrą ulicę.
- Gabryl ..?
- Tak?
- Myślisz, że szef da nam jutro wolne?
- Może ... nie wiem ... nie wiem co będzie jutro.


komentarze
avatar Svarg
svargwp.pl
2007-06-26, 09:33:56:
płynę
myślałem, że zakończenie będzie ciekawsze a tu takie tandetne z deka. nie zaskoczyłeś a tego się spodziewałem. napisane całkiem całkiem, parę niepotrzebnych powtórzeń. niektóre zdania bardzo dobre. pstro.
--
"Wiara w sens zycia jest jedynie udzialem ludzi plytkich" Witkacy

avatar kajl bodensky
fractalfacegmail.com
2007-06-29, 15:06:04:
mechanik liryczny
masz rację - wywalam ostatnie zdanie, bo faktycznie głupie na maksa. Koniec pozostanie zatem otwarty na możliwości.

avatar królowa bez powiek
nie posiadam
2007-06-30, 12:43:11:
Adieu tristesse/ bonjour tristesse
tytuł super tandeta kicz to ni czytam. pozdroszejset

avatar kajl bodensky
fractalfacegmail.com
2007-06-30, 13:08:42:
mechanik liryczny
w kategorii zblazowanych zagrywek roku zajełaś I miejsce - gratuluję :)

avatar królowa bez powiek
nie posiadam
2007-06-30, 13:24:36:
Adieu tristesse/ bonjour tristesse
a będą cukierki?

avatar kajl bodensky
fractalfacegmail.com
2007-06-30, 14:11:12:
mechanik liryczny
od razu przyjemności Ci w głowie... będą tylko palce utytłane w wacie cukrowej, do wylizania - piszesz się?

avatar królowa bez powiek
nie posiadam
2007-06-30, 15:11:50:
Adieu tristesse/ bonjour tristesse
ja wolę coś innego do wylizania. ale nie to co myślsz

avatar kajl bodensky
fractalfacegmail.com
2007-06-30, 23:27:53:
mechanik liryczny
i tak byś się nie przyznała :)
nabijasz mi liczbę wyświetleń jeszcze ktoś pomyśli, że to takie cacy opowiadanie a to przecież tandeta, pono...

avatar królowa bez powiek
nie posiadam
2007-07-02, 17:28:46:
Adieu tristesse/ bonjour tristesse
no. to opowiadanie to tandeta, tak w ramach profilaktyki. DO NOT READ THIS!!!
pozdrawiam, buzaiczki und so weiter

avatar kajl bodensky
fractalfacegmail.com
2007-07-03, 11:21:02:
mechanik liryczny
powtarzasz się kotku a to dobrze o Tobie nie świadczy

O utworze:

wyświetleń:971
komentarzy:10


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

kajl bodensky
          lista utworów          

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.