avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


25 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
okhan
duszę się miewa
opowiadania
dodano:
22 sierpnia 2003, 20:47:20


Kurtka

* * *


Słoneczne popołudnie końcówki stycznia, okres w którym nikt już nie pamięta, że mamy nowy rok. Wszystko powszednieje, dzieci jakby nienasycone krótką przerwą świąteczną, z niecierpliwością oczekują ferii zimowych. Zapowiada się kolejny, nudny weekend. Jednym słowem - kicha.

Zamek szczęka, może klika, albo zgrzyta - tak naprawdę trudno określić, jednak łatwo usłyszeć ten dźwięk uszami duszy, w momencie, gdy oczyma tejże samej ujrzymy stary, zardzewiały bęben firmy Yeti, być może taki sprzed trzydziestu lat. Otwierają się idealnie dopasowane stylem do tegoż zamka drzwi. Zbutwiałe drzwi natomiast idealnie pasują do klatki schodowej, jak i całego, dawno nie remontowanego budynku. Tylko lokator, wyłaniający się zza drzwi, jakoś niezbyt do scenerii pasuje, jest młody, trzydziestoletni, i nie wymaga remontu.

Szczęko-klik powtarza się, gdyż lokator zamyka za sobą drzwi, w nadziei, że jego mieszkanie nie zostanie ograbione przez ludzi, którym wydaje się, iż jego sprzęty domowe będą bardziej przydatne im, niż jemu. Szczęko-klik powtarza się, raz, drugi, trzeci... zamek się przekręcił, ale w dalszym ciągu istnieje nadzieja, że w końcu przestanie szczęko-klikać i się zamknie. Po kilkudziesięciu sekundach nastąpił ostateczny i pełny szczęko-klik-zgrzyt i zamek istotnie się zamknął. A i drzwi teraz bez klucza otworzyć się nie da...

Lokator z racji tego, że dysponuje windą, wciska odpowiedni przycisk i naiwnie liczy, że winda zjedzie, albo wjedzie, w zależności od tego, gdzie była przed naciśnięciem guzika. Niezależnie jednak od jej pozycji winda nie nadjeżdża. Lokator czeka jeszcze chwilę, po raz pięć tysięcy trzysta dziewięćdziesiąty czwarty w swoim życiu czyta ostrzeżenie, że do windy może wchodzić maksymalnie pięć osób, a jeśli ktoś jest gruby, to cztery. Czyta też komentarz, który jakiś cwaniak markerem dopisał, że jeżeli wszyscy są grubi, to niech biegną schodami, na zdrowie im wyjdzie.

Lokator podejmuje ostatnią, heroiczną próbę przywołania windy za pomocą okrągłego guzika, następnie zrezygnowany postanawia zejść na dół przy użyciu schodów. Okazało się to słuszną decyzją, gdyż w drodze na dół, lokator znajduje leżące na ziemi, bezpańskie pięć złotych, które na pewno jest przestraszone, osamotnione, zmarznięte i głodne, więc należy je czym prędzej przygarnąć.

Piętro niżej na schodach lokator poznaje uroczą, dwudziestokilkuletnią lokatorkę. Nigdy wcześniej lokator nie miał okazji jej poznać, gdyż nigdy wcześniej winda się nie psuła, nikt nie musiał chodzić schodami, wszyscy byli szczęśliwi. Lokator zakochuje się w lokatorce od pierwszego wejrzenia. Lokatorka zakochuje się w lokatorze od pierwszego wejrzenia. Jakby to ujął wujek z ameryki: "iczaders fallnęli się w sobie in lav". Dzięki wcześniej znalezionej pięciozłotówce, lokator zaprasza lokatorkę na rozmówki - flircikówko - zalotki przy kawie w pobliskiej kawiarni.

Kawa szczęśliwym zbiegiem okoliczności kosztowała dwa pięćdziesiąt, więc lokator zadowolony ze stanu rzeczy siedzi i żywo konwersuje z lokatorką. Zakochanym po uszy czas przelatuje między nimi jak strzała, świata poza sobą nie widzą i wszystko wydaje się różowe. Niestety nadchodzi wieczór, czas kończyć, wraz z nadejściem wieczoru kawiarnia zmienia profil - dopasowuje się do klienta, zmieniając się w pijacką mordownię. W czasach kapitalizmu każdy radzi sobie jak może.

Lokator proponuje lokatorce, że odprowadzi ją do domu, gdyż mieszka w pobliżu. Wracają w euforii, trzymając się za ręce i szepcąc coraz to bardziej czułe słówka. Podchodzą pod drzwi mieszkania lokatorki, lokatorka wręcza lokatorowi swój numer telefonu, całują się nieśmiało i randka dobiega końca.

Uszczęśliwiony lokator w stanie euforii wbiega dwa piętra do góry, w kierunku swego mieszkania. Kiedy stoi już pod drzwiami, dochodzi do autorefleksji, zaczyna zastanawiać się, w jakim celu, jeszcze przed obraniem nowego celu, opuścił swoje mieszkanie. Krew w żyłach mrozi lokatorowi fakt, że wyszedł z mieszkania w celu zakupu pieluszek jednorazowych. Jednorazowe pieluszki na drodze asocjacji myślowych przywodzą na plan pierwszy dzieci, dwójkę ślicznych bliźniaków jednojajowych. Bliźniaki przypominają o żonie i w tym momencie cały sens świata lega w gruzach.

Lokator w przypływie ogólnego kryzysu światopoglądu, oraz załamania nerwowego postanawia nie wracać na noc do domu. Jedyną możliwą opcją wydaje się lokatorowi powrót na miejsce przestępstwa. Do kawiarni, która aktualnie w godzinach nocnych robi za pijacką mordownię. Chodzi się tam za zwyczaj w jednym celu: aby urżnąć się niekulturalnie i jeszcze dostać po mordzie. Tak, aby wracając nad ranem do domu, swym podbitym okiem wzbudzić w żonie litość, tudzież współczucie. Lokator wraca więc schodami na dół, niestety tym razem nie odnajduje pięciozłotówki. Uznaje to za zły omen, ale podjął już decyzję i zamierza iść do baru.

Po drodze świat wydaje się zimny i okrutny. Przed totalnym załamaniem lokator próbuje się bronić wizją procentów alkoholowych, które już wkrótce zaczną uderzać do głowy, a wszystko zacznie mętnieć, w tym także problemy i bolączki. Serce się buntuje, bo już teraz wie, że będzie musiało zostać złamane, gdyż takie są prawa brutalnej, szarej rzeczywistości.

Lokator staje przed gmachem tego rozrywkowego kompleksu, idealnie przygotowanego do egzystowania w tak trudnych, obecnych czasach. Za dnia schronienie dla zakochanych, nocą przystanek dla złamanych serc.

Lokator wchodzi do środka, mruga powiekami próbując zaaklimatyzować się w nowej, tytoniowej atmosferze. Początkowo wszędobylny dym z papierosów piecze w oczy i utrudnia procesy oddychania, jednak już po kilku minutach lokator asymiluje się i zamawia pierwsze piwo.

Krótko mówiąc i nieowijając w eufemizmy - lokator jest urżnięty jak świnia. Wszystko zmętniało, zobojętniało... i jeszcze bardziej się pogmatwało. Uwaga została zwrócona na inne tory, mianowicie na samego lokatora. Lokator przestał odczuwać sens życia, co więcej silnie zaczął doskwierać mu jego bezsens. Lokator postanawia opuścić lokal.

W drodze powrotnej, lokator zatrzymuje się na moście. Spogląda w dół, w odmęty rzeki. Widzi zawirowania... Takie same, jak te, które targają jego duszą... To w jedną, to w drugą stronę. Czy dziecko, które puści po wodzie drewniany statek - zabawkę, jest w stanie przewidzieć, że za dwadzieścia lat jego stateczek natknie się na takie właśnie wiry? Czy on, mógł się kiedykolwiek spodziewać, że znajdzie się w takiej sytuacji..? Gdyby spojrzał teraz na siebie oczyma siebie samego sprzed dziesięciu lat... Gdyby ujrzał tylko ten ułamek rzeczywistości - siebie samego, zapitego na moście zastanawiającego się nad samozagładą - gdyby ujrzał ten wyrwany z kontekstu obraz... Z pewnością przeraziłby się. A jednak to dzieje się naprawdę. Naprawdę tu stoi, naprawdę myśli o tym wszystkim... Och, jakby teraz chciał, aby jego życie było proste i niezagmatwane.

- Dzień dobry, masz pan może fajkę? - Nagle ni stąd ni zowąd pojawia się brudna, nieogolona postać w łachmanach. Lokator odwraca się w kierunku rozmówcy:
- Nie mam, nie przeszkadzaj mi, próbuję się zabić.
- A może masz pan chociaż z 5 złotych na jakieś fajki? Wiesz pan, zapaaaliłbym.....
- Spadaj powiedziałem! Mam poważny problem.
- Wiesz pan, czego nauczyło mnie dwadzieścia lat życia na śmietniku?
- Czego? - Pyta lokator powątpiewająco.
- Tego... wiesz pan, że nie ma problemów poważnych.
- Nie?
- Nie. Są tylko, wiesz pan, ludzie, którym wydaje się, iż problemy są poważne.
- Doprawdy?
- Problemem może być skręcenie jednej całej fajki z dziesięciu niedopałków, problemem może być umierająca żona, albo trawiąca cię choroba. Ale wiesz pan, jaki jest jedyny, naprawdę poważny problem?
- Umieram z ciekawości.
- Jak dasz pan pięć złotych, to powiem.

Lokator sięga do kieszeni kurtki, wyjmuje portfel, wyciąga pięć złotych i wręcza je bezdomnemu.

- Bóg zapłać. - Mówi bezdomny w łachmanach.
- No więc, co to za jeden, jedyny problem?
- Jak dasz pan pięć złotych, to powiem.
- No kurwa! Przecież już dałem!
- Nie przypominam sobie.

Lokator sięga do kieszeni kurtki, wyjmuje portfel, patrzy - nie ma już monet.

- Mam tylko całą dychę. Masz wydać?
- Jasne.

Po chwili:

- A teraz mów, co to za problem!!! - Krzyczy zniecierpliwiony lokator.
- No wiesz pan co? Najpierw zapłać pan.
- Aaaaa! Przecież zapłaciłem!
- Nie przypominam sobie. Chcesz mnie pan na dudka wystrychnąć?
- Nie mam już pieniędzy.
- Nie kłam pan, przeczuwam, że masz pan pięć złotych!

Lokator zagryza zęby, wyciąga z portfela pięć złotych i wręcza bezdomnemu.

- A teraz powiedz, co to za jeden, jedyny problem. - Mówi lokator.
- Ten problem, to... HAHA! Nie powiem! HAHA! - bezdomny zaczyna uciekać.

Zirytowany lokator udaje się w szaleńczy pościg za bezdomnym. Ma ochotę solidnie mu nakopać. Bezdomny jednak okazuje się niesamowicie dobrym sprinterem. Lokator, pod wpływem znieczulenia alkoholowego - nie daje za wygraną.

Pościg trwa już dobre dziesięć minut. Nikt nie chce się poddać. Bezdomny odwraca się, widząc nierezygnującego z pościgu lokatora, zaciska zęby i biegnie dalej. Po piętnastu minutach bezdomny pada na ziemię i dyszy próbując złapać powietrze. Lokator dogania go, jednak również pada - dwa metry przed. Dyszy straszliwie, ale czołga się w stronę bezdomnego. Chwyta go za fraki i cedzi przez zęby:

- Mów do cholery, bo mnie zaciekawiłeś!
- Możesz być w samym środku wojny, możesz być tak jak ja bez grosza przy duszy, możesz mieć na karku setkę innych nieszczęść. Ale to nie są tak naprawdę wielkie problemy. Jak już mówiłem, jest tylko jeden, wiesz pan, wielki problem.
- No, jaki...?
- Taki, by nauczyć się nie mieć żalu do pestek, za to, że zjadłeś jabłko. Albo, że ktoś inny zjadł, a tobie dostały się pestki. Chodzi właśnie o te pestki.

Lokator krzywi się, mruga, robi dziwną minę i pyta:

- Co z nimi nie tak?
- Właśnie chodzi o to, że nic! Wiesz pan, to tylko pestki.

Lokator puszcza bezdomnego, siada na ziemi... chwilę myśli... i mówi:

- Głupia ta twoja teoria.
- Wiem, przed chwilą wymyśliłem.
- Co?!
- Jestem tylko bezdomnym, martwiącym się o to jak przeżyć następny dzień. Czego się spodziewałeś? Dzięki takim frajerom jak pan, jakoś przeżyć mi się udaje. Chciałbym mieć pańskie problemy: Nie wiedzieć, kogo wybrać, żonę, czy kochankę. Nie wiedzieć, jaką rolę społeczną odgrywam. Niestety, nie miewam takich problemów. Znam swoją społeczną rolę. Jestem bezdomnym.
- Skąd wiedziałeś, że taki akurat mam problem?!
- Zgadywałem. Poza tym jesteś pijany, nie powinieneś tak trzeźwo myśleć.
- No fakt.
- Nadal masz ochotę się zabić?
- Nie, chyba nie... Nie wiem.
- A więc co teraz zrobisz?
- Nie wiem...
- Mm.
- Jest jednak w tobie coś dziwnego. - Mówi lokator do bezdomnego.
- No, to na mnie już pora.

Bezdomny wstaje z ziemi, otrzepuje ubranie, które estetyczniej wyglądało zanim zostało otrzepane, rozprostowuje kości i mówi:

- Czas wracać...
- A ja może wrócę na ten most.
- Dobrze. Widzę, że jesteś człowiekiem, bardzo lubiącym się zadręczać. Zdradzę ci, jaki jest ten tylko jeden, jedyny problem. - Mówi bezdomny.
- A więc? Jaki to problem?
- Daj pięć złotych.
- Bierz cały portfel! - Lokator rzuca portfel w kierunku bezdomnego. Bezdomny chwyta go i chowa do kieszeni.
- Eeeeej! Dlaczego schowałeś mnie do kieszeni?! - Krzyczy lokator.
- Żeby uzmysłowić ci ten problem.
- Że co?! - Krzyknął lokator, głosem pobrzmiewającym z oddali.
- Jedyny nasz problem, największy... Przy którym wszystkie inne bledną, jest taki, że...
- Że...? - Spytał lokator zrezygnowanym głosem.
- Że to tylko sen.
- Co?! No, oczywiście! Mogłem domyślić się od razu!
- No właśnie. W innym wypadku wcale nie schowałbym cię do kieszeni, a ty zapewne nie zdradziłbyś żony z jakąś lafiryndą z g-4.
- Właśnie. Właśnie. Tylko gdzie tu problem? To nawet lepiej, obudzę się i wszystko będzie dobrze. - Powiedział lokator.
- W tym właśnie problem. - Odparł smutno bezdomny.
- Dlaczego?
- Bo to ja śnię. Ja się obudzę. Ty rozpłyniesz się wraz z pierwszym mrugnięciem moich powiek.


* * *


- Wstawaj, dziadek! - Krzyknął dozorca. - Za chwile otwieramy sklep, wynoś się spod okapu!

Starszy, siwobrody mężczyzna mlasnął, podniósł się, otrzepał z ziemi, oraz starych gazet, które jeszcze przed chwilą służyły za pościel. Machnął ręką, żeby dozorca się odczepił. Z wolna ruszył przed siebie.

"Tak mój drogi. Pozostałe problemy się nie liczą. Kiedyś ktoś inny się obudzi..." - Pomyślał bezdomny, zastanawiając się jednocześnie nad tym, jak zdobyć coś na śniadanie.

Dzień dobry! Jak się spało?


komentarze
~Zofka
overmarspoczta.fm
2003-08-22, 20:48:17:
go��
Tak myślałam, że to sen jak kupili kawę po dwa pięćdziesiąt. Ale wiesz, czytałam kiedyś podobne opowiadanie, o facecie, który się rozwalił motorem, leży w szpitalu i śni mu się, że jest Indianinem i zwiewa przed innym plemieniem, które chce go zabić. A pod koniec okazuje się, że to temu Indianinowi śniło się, że rozwalił się motorem, gdy te dziady go już dopadły i zaczynają zarzynać.

~t
2004-01-10, 20:45:35:
go��
podoba mi sie sposób narracji... pogłębiający anonimowosc i jakby pewną bezdusznosc kroku.. który prowadzi bohatera...         jeden z lepszych tekstów tutaj zamieszczonych         oby tak dalej:)

avatar Anonim
2005-01-08, 10:29:10:
Figiel Castrator
Podoba mi się. Głębia utworu skłania do przemyślenia tego i owego. Przyznaję że w ciekawy sposób ująłeś "problem". I teraz ja mam problem żeby się wypowiedzieć. Ale jak napisałeś problemem jest to "by nauczyć się nie mieć żalu do pestek, za to, że zjadłeś jabłko. Albo, że ktoś inny zjadł, a tobie dostały się pestki. Chodzi właśnie o te pestki." :-)

Dobre. Podoba mi się :-)

Pozdrawiam.
Anonim

avatar motyl
2006-08-24, 20:35:18:
mechanik liryczny
i kto zapytał jak się spało dziadkowi?dziwny
miał sen..szkoda,że był bezdomny..czekam cd.pozdr
--
lubię Jasnorzewską,Goethego,Puszkina,Jesienina,piosenkarza Wysockiego,Bułata Okudżawę i znajomych z portalu JL..."ze smakiem bytu -motyl nie płacze nad zmierzchem - trwa w trzepocie pomiędzy"...

O utworze:

wyświetleń:1213
komentarzy:4


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
          lista utworów   następny  

okhan
          lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.