avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


18 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
motyl
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
18 kwietnia 2007, 02:16:48


PIORUNOWE WAKACJE 1967r.



W czasie tegoż żniwa było wyjątkowe i znane, burzliwe lato z piorunami (wiele osób zginęło!).
Rano w 10 urodziny Ani X. poszliśmy wszyscy na pole, a gospodarze kosili już wtedy nowocześnie:kosiarkami, żniwiarkami. W ferworze żniw był również "Czarny wujek" z żoną Ninką.
Raptem zaczęło ciemnieć, bo nadciągała burza! Gdzieś od strony B-stoku szła tragiczna, straszna, ogromna, czarna chmura. Całe niebo szybko zrobiło się sino-granatowe, takie jakieś ponure i przerażające. Bałam się tej burzy! Razem z nami kuzyni uciekli z pola. Poszliśmy do domu dziadków w nieoczekiwanej przerwie (na czekajacego urodzinowego torta Ani K,) w dniu urodzin. Mikołaj schował swoją nową żniwiarkę pod pobliską (ok.200m.) jabłonkę (stojącą do dziś na tej samej miedzy) i wyprzągł konia, przywiązując go obok drzewa, żeby nie zmókł sprzęt ani kary... Żona poprosiła, żeby jeszcze przyniósł koszyczek z jedzeniem, stojący na miedzy, obok ich pola. Zaczęło kropić i rozmoczyłoby jedzenie, które zostało jeszcze w tym właśnie koszu.
Zdążyli postawić ostatni dziesiątek (do 8-10 snopów, jak szałas) i rozeszli się w różne strony. Ona poszła w stronę jabłonki, a Mikołaj odwrócił się do miedzy. Nie chcąc prowokować awantury, ruszył parę kroków po rżysku, żeby zabrać ów koszyczek z wiktuałami z ich miedzy...
W tym momencie ciocia Nina nagle zobaczyła przerażającą, oślepiającą, krzakowo rozwidloną błyskawicę, lecącą wprost na nią! Ukucnęła ze strachu i zamknęła oczy. Usłyszała tylko łomot i pomyślała, że to chyba w nia trafił ten przerażający piorun z ogłuszającym łoskotem... Zaraz stwierdziła, że tylko jej się wydawało, bo jednak żyje, a jedynie strzelił gdzieś bardzo blisko! Zerwała się na nogi i rozejrzała się za mężem.Jednak nie było go nigdzie widać! Poszła szukać męża w ulewnym deszczu, a on już leżał między postawionymi ostatnio snopkami...
Pierwszy grom tego lata zabił Mikołaja X, według jej życzenia i przekleństwa wypowiedzianego na Wielkanoc! Rozszalała, lamentując, wrzeszcząc pobiegła do wsi po pomoc dla męża... W tym właśnie czasie siadaliśmy akurat do urodzinowego tortu Ani. Patrzyłam w okno, kiedy nagle zrobiło się ciemno, jakby zapadał wczesny, dziwny o tej porze roku- szary zmierzch...
Nagle w szybie, zobaczyliśmy ogromny, groźny błysk pioruna i usłyszeliśmy huk wyładowania, jak głucha salwa z armaty, ale gdzieś za wsią, jakby nad polami... Cieszyłam się, że zdążyliśmy przed burzą wrócić do domu, bo tak przerażająco błysnęło i zarazem huknęło! Nagle lunął rzęsisty, ulewny deszcz! Wówczas była wręcz ściana deszczu! Nie zdążyliśmy już niestety zjeść odkrojonego właśnie urodzinowego tortu naszej solenizantki Ani.
Usłyszeliśmy w tym momencie lament ciotki Niny i przeraźliwy powtarzający się okrzyk:- Hrom Kolku zabiiu, hrom Kolku zabiiu!- Wszyscy dorośli co byli u nas, nagle zerwali się z miejsc i pobiegli na pole. Zrobiło się nagłe zamieszanie, rozgwar, rozgardiasz i tak zapomniano o torcie, który został na uroczystym stole, nakrytym białą serwetą, a odsunięte szybko krzesła potwierdzały tragedię...
Podobno próbowano wujka zasypywać ziemią, bo na twarzy był czarny, jak murzyn. Od razu zawołano karetkę, ale lekarz po przyjeździe stwierdził jedynie natychmiastowy zgon od pioruna.
Ktoś tam mówił, że widział też ten przerażający grom, jak ogromne, rozgałęzione drzewo!
Mikołaj X. zostawił dwoje malutkich dzieci:starszą, wspomnianą Mirkę ( ur.1963r.) i syna Jurka (ur.1964r.). Oboje nie zdążyli zapamiętać swego serdecznego, cichego, romantycznego ojca...
Ja natomiast pamiętam w szybach białego pokoju światło świec widoczne od strony drogi. Mój ulubiony dworek bajek, właśnie teraz odchodził w przeszłość. Stracił swoją ciepłą, radosną atmosferę dzieciństwa i baśni, które w nim wielokrotnie, od hrabiego dzieciom rodzinnie opowiadano...
Za to nabrał grozy burzy, zakończonej tragiczną śmiercią naszego ukochanego wujka... Pamiętam leżącego na stołkach, gdy czekano na trumnę, bo potrzebna była specjalna (wujek miał ze 2m.). Może robiono ją na zamówienie? Nie wiem. Ale kiedy go wreszcie położono, szybko go zgórowało i ściemniał na opuchniętej twarzy, że wyglądał trochę, jak murzyn, ale czekano na jakąś ciotkę z Olszanki. Wyglądał, jakby podłożono mu dużą poduszkę na piersiach pod garniturowe ubranie. Kiedy przyjechała stara babcia, był znowu tylko szloch, z okrzykiem rozpaczy:- Koleńka, mój Koleńka!-i łzy same z oczu dla mnie też- leciały! W taki sposób zapamiętałam Natalkę Sosnowską, rodzoną siostrę babci Naści. Pamiętam, jak babka Marysia (jego ciotka bajarka) odganiała muchy od ciała siostrzeńca.
Zaczęło szybko cuchnąć, bo znowu był żniwny upał, a tylko on już nie kosił... Podobno pola zostały zostawione i żyto nadal sobie rosło, stojąc w sypiących się kłosach! Nikt nie miał siły, ani chęci, ani potrzeby do żniw. Nowa czerwona kosiarka z jednym skrzydłem do góry stała zbyteczna pod jabłonką, jak ją zostawiono, a gospodarz leżał w strasznym, wieczystym spokoju...
Podobno także dlatego, że był gospodarzem- to jego ciało czekało na oddanie ziemi aż 3 dni w domu!
Trzeba było odganiać rojowisko much, żeby nie narobiły w ukochanym ciele obrzydliwych robaków.
Kiedy tak stałam obok trumny, babcia Marysia dała mi tą liściastą, zieloną gałązkę i poprosiła, żebym tymi liśćmi nie dawała muchom usiąść na wujkowej strasznej twarzy. Ona miała coś do załatwienia i na chwilę wyszła, zostawiając mnie bezceremonialnie samą z tym nieboszczykiem, nawet nie przeczuwając mego przerażenia! Wydawało mi się, że wujek lada chwila otworzy oczy, albo przynajmniej patrzy na mnie spod lekko przymkniętych powiek...
Wydawało się, że babcia strasznie długo nie wraca, a kiedy wreszcie przyszła, to poprostu ze strachu szybko stamtąd uciekłam (czyli pospolicie mówiąc-zwyczajnie nawiałam...).
Kiedy babcia Sosnowska przy trumnie, po całonocnej modlitwie z rodziną, pożegnała się ze swoim siostrzeńcem, zrobiono pogrzeb. Musiano przecież pochować ukochane ciało! Znów był żałosny lament! Wyniesiono trumnę na ramionach do krzyża, za ich stodołą. Zatrzymano się na rozstajach i położono zwłoki w trumnie na wujkowy wóz, czekający już na piaszczystej drodze za stodołami... Nagle czarny, ogromny ogier wujka, stanął dęba, na tylne nogi! Przestraszyłam się tego skoku!
Kobiety w płacz, że poznał swego pana i nie chce wieźć gospodarza na cmentarz...
Widziałam, jak kilkakrotnie koń stawał dęba, a kobiety płakały i to było zawsze za każdym razem takie samo przejmujące, że nawet do dziś broda mi drży na to rzewne, tragiczne wspomnienie...
Wreszcie ktoś pogonił konia batem i fura z trumną pojechała do cerkwi, gdzie odbyło się długie nabożeństwo żałobne, na którym po raz ostatni uczestniczył zmarły, leżąc w otwartej trumnie...
Nie byłam na pogrzebie, bo nikt nie zamierzał nas z Anią zabierać na żałobnąi tragiczną mszę. Tak zginął syn Jana X. i jego opora na starość! Dziadek Jaśko wszystkim pokazywał synowski szaro-bury kapelusz, w którym było szerokie rondo, a tam gdzie była głowa widniały 3 dziury, jak jego palce. Wyglądało to tak, jakby ktoś złożył 3 palce razem i wywiercił taką dziuręw czapce w to południe feralnego dnia- 24.07.1967r. Widocznie takie grube były strumienie wyjątkowego pioruna! Nie skosztowaliśmy tortu Ani, a z datą jej urodzin wiąże się już inna, ale bolesna- rocznica śmierci wujka!



komentarze
O utworze:

wyświetleń:761
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

motyl
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.