avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


20 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
worek kości
Who's the fella owns this shithole?
opowiadania
dodano:
19 lutego 2007, 19:58:15


Robaczywe mózgi

Część I


Burza nad miastem

"Z umarłym sercem, ale żywą duszą, też można żyć" - A. Asnyk


1


- Uważaj, człowieku!
Silne szarpnięcie w tył i wizg olbrzymiej ciężarówki. Fala błota, która wydobywa się spod kół mechanicznego potwora obryzguje mu spodnie. Strugi deszczu tłumią wściekłe wycie klaksonu. Ktoś krzyczy trzymając go za tył kurtki. Przejeżdża kolejny samochód znów rozchlapując mokrą ziemię. Gdzieś z głośników dolatują dźwięki rockowej muzyki.
- Hej, człowieku!
Grzegorz nie jest się w stanie skupić na otaczającym go świecie. Mija sporo czasu nim jego umysł radzi sobie z uporządkowaniem odbieranych wrażeń w logiczną całość. Kolejne szarpnięcie.
- Mało cię nie rozjechało!
Grzegorz nie czuje się dobrze i boli go ręka. Mokre włosy oblepiają mu czoło, deszczówka zalewa oczy i rozmazuje rzeczywistość. Odwraca powoli głowę w stronę rozlegającego się głosu. Widzi oblicze starszego mężczyzny wykrzywione grymasem gniewu. Jedną ręką trzyma parasolkę, drugą, tą którą przed chwilą szarpał go za kurtkę, silnie gestykuluje w rytm wyrzucanych z siebie słów.
- O czym ty myślisz, człowieku? Nie byłoby co z ciebie zbierać! – Krótka pauza. Zdaje się, że starzec oczekuje od niego jakiejś reakcji, ale Boże, jak bardzo boli go ręka… Tępe pulsowanie bólu. Nieznośne. W tym momencie tylko to ma znaczenie. - O czym ty myślisz, co? Obudź się! Nie byłoby co z ciebie zbierać, rozumiesz?
- Ugryzł mnie… - Zdołał wymamrotać w odpowiedzi. Mężczyzna z parasolką otworzył usta by znowu coś powiedzieć jednak zmienił zdanie. Wolną ręką poprawił na nosie grube okulary w tanich, plastikowych oprawkach. Szkła korekcyjne sprawiały, że jego oczy były nienaturalnie duże. Przełkną ślinę.
- C-co? Pies cię ugryzł? Upiłeś się. Uważaj na przyszłość… Te tiry to bardzo skuteczni zabójcy. Niewiele by z ciebie zostało. Nie byłoby co zbierać, synu.
- Ten śmieć mnie ugryzł… - Grzegorz wyciągnął przed siebie prawą rękę na dowód tych słów. W wystającej z rękawa dłoni brakowało dwóch palców. W miejscu palca wskazującego i serdecznego ziała poszarpana jama chrząstek i mięsa, z której sączyła się żółta ciecz bez przerwy wymywana przez lejącą się z nieba wodę.
- Zobacz co mi zrobił!
Starzec zachwiał się. Pochylił głowę w stronę rany z miną znawcy wszelkich amputacji i wolną ręką ponownie sięgnął do okularów. Wokół poszarpanej skóry wykwitły ropiejące wrzody.
- Okropna rana, synu. – Powiedział z zadumą wciąż wpatrując się w zmasakrowane ciało. – Powinieneś zabrać ją do szpitala.
- Wiesz jak to boli? Wiesz? – Z wyciągniętą przed siebie ręką wyglądał jak aktor wygłaszający niezwykle ważny monolog. – Rozwaliłem mu łeb cegłówką. Okropnie boli...
- Domyślam się, synu. Pewnie strasznie boli, wygląda to nie za dobrze. Swoją drogą i tak masz szczęście, bo gdyby nie ja to ten tir zmiótłby cię jak puszek, niewiele by z ciebie zostało. – Starzec przeniósł spojrzenie powiększonych oczu ze zmasakrowanej dłoni na twarz Grzegorza. Mina staruszka wyrażała dobroduszną troskę nauczyciela strofującego krnąbrnego ucznia, który zbyt głośno zachowuje się podczas przerwy między zajęciami.
- Rozwaliłem mu łeb na miazgę… Miał tam wylęgarnie robaków… Wylały się z jego rozpieprzonej łepetyny!
- Wiesz, mój kuzyn kieruje takimi potworami, pracuje w takiej firmie transportowej i opowiadał mi ostatnio jakie rzeczy dzieją się na drogach, nie uwierzysz co ludzie potrafią…
Grzegorz przestał słuchać gdy w jego świadomości pojawił się zupełnie nowy głos całkowicie absorbujący uwagę i nieznoszący sprzeciwu. Nagle, w cudowny sposób palący ból zniknął jakby go nigdy nie było. Mężczyzna zdążył poczuć błogą ulgę i w tej samej chwili wszelkie odczuwanie zogniskowało się w jedno bezwzględne pragnienie. Mikroskopijna iskierka nieskrępowanej świadomości zdążyła jeszcze przekazać do mózgu Grzegorza ostatnią w jego życiu wolną myśl - jestem głodny.
A potem był już tylko głód.
- … te ciężarówki to prawdziwi mordercy. Więc miałeś szczęście, synu. – Staruszek uśmiechnął się ukazując rząd nienaturalnie równych zębów. – A tak w ogóle to nazywam się Stanisław…
Pan Stanisław nie dokończył zdania gdyż Grzegorz, który już nie był Grzegorzem błyskawicznie zbliżył się do starca i jak stęskniony kochanek, z morderczą siłą wczepił usta w twarz obiektu swych najgłębszych pragnień. Pan Stanisław zdążył na krótką chwilę odepchnąć napastnika by z niemym zdumieniem spostrzec, że trzyma on w zakrwawionych zębach większą część jego twarzy. Odsłonięta w ten sposób sztuczna szczęka uśmiechała się upiornie z centrum krwawej miazgi, w którą zamieniło się oblicze starca. Grzegorz ruszył ponownie na swoją ofiarę kąsając, wyrywając i połykając wciąż nowe kawałki surowego mięsa. Mężczyźni w groteskowym tańcu życia i śmierci, omywani przez lejące się z nieba strugi gęstego deszczu, wytoczyli się na ulicę wprost pod rozpędzoną trzydziestotonową ciężarówkę dostawczą.
Pan Stanisław miał rację. Niewiele z nich zostało.


2


Przemoczony do suchej nitki pod naporem siekącej z nieba ulewy, Paweł Banach raz po raz zanurza stare adidasy po kostki w lepkim, czarnym błocie, i z głuchym cmok, cmok, które towarzyszy wyjmowaniu stopy z grząskiej, cuchnącej brei, szybkim marszem wraca z kościoła do domu. Szczupły, wysoki dwudziestolatek o krótkich, przyciętych na jeża, czarnych włosach myśli w tej chwili o dwóch istotnych sprawach. Po pierwsze, co mu strzeliło do głowy, żeby podczas burzy korzystać ze skrótu poprzez rozmokłe ogródki działkowe, i po drugie po co w ogóle poszedł dziś do kościoła. Na pierwsze pytanie miał już gotową odpowiedź i udzielił jej sobie na głos mieszając urywane słowa z salwami głośnego śmiechu:
- Bo ze mnie jest bezmyślny psychopata, ot co! Jezu, co za pogoda! Po co mi była dzisiaj ta msza?
Również i na to pytanie przy odrobinie wysiłku potrafiłby szybko sformułować odpowiedź. No więc obiecał sobie, że pójdzie do kościoła jeżeli bezboleśnie zaliczy letnią sesję. Skoro dał słowo, że grzecznie przybędzie podziękować Panu Bogu za podpowiadanie na egzaminach to postanowił go dotrzymać, tym bardziej że na pewno takiej pomocy będzie jeszcze potrzebował w przyszłości.
- Pragmatyzm godny prawdziwego studenta filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego!
Wykrzyczał w ulewie i ponownie parsknął śmiechem strząsając z twarzy wielkie krople deszczówki.
W tok jego rozmyślań na moment wdarł się odgłos wyjącej syreny. Prawdopodobnie pogotowie ratunkowe ale nie był pewny. Podniósł głowę lecz ostry deszcz zalewający mu oczy zmusił go by ponownie wpatrzył się w rozmiękczoną ziemię i swoje zabłocone buty. Znów się zamyślił. Miał jeszcze jeden, głębszy powód by pojawić się w kościele. Poszedł tam ze względu na mamę. Jego matka, Teresa Banach, delikatna, gorliwa katoliczka z niezmąconą pasją czyniła najprzeróżniejsze starania by nawrócić syna na wierne chrześcijaństwo. Była czasem zbyt nachalna, momentami agresywna, jednak widok smutku malujący się na jej małej twarzyczce gdy Paweł obwieszczał swe coraz to bardziej antyklerykalne poglądy zmusił go do zweryfikowania swojej postawy. Nie chciał sprawiać jej przykrości przynajmniej w tej dziedzinie życia. Chodził więc czasem do kościoła mimo tego, że za każdym razem gdy się tam pojawiał odczuwał mdłości na widok maskowanej obłudy w obliczach zgromadzonych tam wiernych oraz bezmyślnych ceremonii, które więcej miały wspólnego z darmowym przedstawieniem znudzonego hochsztaplera niż z prawdziwie religijnym przeżyciem.
Paweł zmrużył oczy i spojrzał przed siebie. Ścieżka pięła się w górę pomiędzy dwoma rzędami ogrodzenia z wysokiej, metalowej siatki, poprzecinanej co kilka metrów solidnymi bramami za którymi chowały się działki starannie pielęgnowanych warzyw i owoców. Gdy chłopak doszedł na szczyt wzniesienia skierował wzrok wzdłuż jezdni biegnącej prostopadle do rozmokłej dróżki. Z daleka, po jego lewej stronie dojrzał kilka samochodów zaparkowanych przed pasażem handlowym „Astra”. Na dachach pojazdów błyskały na niebiesko sygnalizatory służb ratunkowych. Wkrótce zobaczy co się tam wydarzyło; „Astra” znajdowała się zaledwie kilkadziesiąt metrów przed jego domem.


3


Grzegorz nigdy nie dowiedział się, że osobą która tego feralnego dnia pozbawiła go dwóch palców prawej ręki był Czesław Malinowski. Czesław, znany także jako Gwiazdor, był czterdziestopięcioletnim niskim, łysiejącym blondynem z dość znaczną nadwagą. W okolicy słynął przede wszystkim ze swojego nietypowego sposobu życia. Otóż od kilkunastu lat mieszkał pod betonową kładką dla pieszych rozpostartą ponad czteropasmową jezdnią na jednym z lubelskich osiedli mieszkaniowych. Spał pod mostem i był z tego dumny. Z uporem maniaka ignorował interwencje pomocy społecznej i policji, aż ci w końcu dali mu spokój. Lata spędzone w jednym miejscu zaowocowały pewnego rodzaju sławą wśród mieszkańców okolicznych ulic, a opowieści o tragicznym życiu Gwiazdora pogłębiały współczucie do nieszczęśnika, któremu zamordowano rodzinę, spalono dom i dotkliwie pobito pozostawiwszy później na pewną śmierć. Nikt nie dociekał prawdziwości tej historii i nikomu nawet na tym nie zależało, więc z biegiem czasu Czesław dodawał coraz to nowe wstrząsające szczegóły do i tak niewiarygodnie dramatycznej biografii, potęgując otaczające go współczucie, co miało swój praktyczny wymiar w postaci zwiększenia ilości darów płynących wprost z przepełnionych litością serc i kieszeni ludzi dobrej woli. Gdy lokalna telewizja wyemitowała rozczulający reportaż o najsłynniejszym lubelskim bezdomnym Czesław ugruntował swoją pozycję i zapewnił sobie wsparcie w nieszczęściu u połowy mieszkańców Lublina. Tak przynajmniej było przez pierwszych kilka miesięcy. Później, gdy most stał się miejscem niezliczonych schadzek miejscowych meneli, Czesław z roli Tego Biednego Bezdomnego został zdegradowany do pozycji Tego Popapranego Pijaka, a potem okoliczni mieszkańcy blokowisk, zirytowani pijacką naturą Gwiazdora, wołali na niego po prostu „żul”.

Był 23 czerwca, początek letnich wakacji, a dla Czesława dzień jak każdy inny. Po dwóch tygodniach upalnej spiekoty Bóg postanowił dać o sobie znać i rozpętał na niebie prawdziwe piekło. Schowany w swojej słynnej kryjówce w zagłębieniu pomiędzy kładką a niewysokim trawiastym zboczem, opatulony w cuchnące koce, w otoczeniu przegniłych szafek i kwitnących paprotek, Gwiazdor obserwował przejeżdżające w dole rzadkim, niedzielnym strumieniem samochody. Wsłuchiwał się w dudnienie ulewy o powierzchnię betonowego mostu i popijał tanie wino owocowe, na które ostatnio nie zawsze już było go stać.

Tego dnia Czesław bierze łyk kwaśnego alkoholu i aby umilić sobie czas uruchamia swoją bogatą wyobraźnię, która od tylu lat pomagała mu przetrwać.
Gdy trunek rozlewa się po jego organizmie, mężczyzna powoli osuwa się w błogie, senne zamroczenie i przypomina sobie swojego biednego, konającego mu w ramionach syna. Czesław tuli do piersi ukochane dziecko, głaszcze po głowie i mówi, że wszystko będzie dobrze i wszystko się ułoży. Syn otwiera oczy i szepce cicho swemu ojcu, że był najwspanialszym tatą, jakiego można sobie wyobrazić, następnie wydaje ostatni żałosny jęk i oddaje cicho ducha Panu Jezusowi. Zrozpaczony Czesław wznosi ręce ku niebu, a z jego ust wydobywa się potworny krzyk, który echo niesie hen daleko, ku ciemności nocy rozświetlanej łuną płonącego gospodarstwa państwa Malinowskich. W przekrwionym oku Gwiazdora błyska łza, by po chwili spłynąć po rumianym, pobrużdżonym policzku, a mężczyzna zapada w niespokojny sen o szczęśliwych czasach, których nigdy nie było.

W rzeczywistości Marek, syn Czesława, wyrzucił z domu ojca alkoholika wiele lat temu, gdy wreszcie osiągnął wiek w którym przestał bać się swego odwiecznego, pijanego prześladowcy. Bez domu i z rodziną, która nie chciała go znać, Czesław błąkał się po przedmieściach Lublina. Pracował czasem dorywczo na budowie lub jako nocny stróż, lecz szybko tracił te posady zawsze z tego samego powodu. Pewnego dnia łut szczęścia sprowadził Czesławowi panią Marię z termosem ciepłej zupy, która zauważyła go, gdy toczył się półprzytomny pod wiadukt, by przespać się w żałosnym otoczeniu szkieł, petów i kwaśnego odoru zestarzałego moczu. Czesław spędził pod mostem tę i następną noc, a pani Maria zawsze przychodziła z ciepłym termosem, kocem i garścią drobnych monet. Kolejnej nocy również się pojawiła, a Gwiazdor postanowił wtedy, że na jakiś czas się tutaj zatrzyma.
Szybko odkrył, że wzbudzanie u innych litości jest bardzo opłacalne. Wkrótce sam zaczął wierzyć w opowiadane przez siebie bajki i było mu z tym dobrze, czy możecie więc powiedzieć alleluja na cześć błogosławionej podświadomości?

Po kilku godzinach mężczyzna budzi się z uczuciem nieprzyjemnego mrowienia w całym ciele, a gdy podnosi się na łokciu i odgarnia sztywny koc spostrzega, że oblazły go białe, błyszczące robaki. Gwałtownie zrywa się z krzykiem i trafia głową w betonowy wspornik. Krzyk gaśnie jak ucięty nożem, a Czesław z rozbitą głową bezwładnie pada na twarz i osuwa się w czarną nieświadomość. Na swoje szczęście nie widzi już, jak ziemia pod nim zapada się do wewnątrz odsłaniając bajoro wijących się, oślizgłych białych larw, które błyskawicznie pokrywają jego ciało rozedrganym całunem i wpełzają we wszelkie wejścia, jakie może zaproponować ludzkie ciało nienasyconym, drobnym pasożytom.
Gwiazdor zapada w wieczny sen i śni mu się głód.


4


Po drugiej stronie jezdni Czesław ze swego schronienia we wnęce pod mostem mógł dostrzec rozciągnięty na kilkadziesiąt metrów wzdłuż zbocza doliny skromny pawilon handlowy „Astra”. W podłużnym budynku mieściły się kolejno: drogeria, bar szybkiej obsługi „Głodny królik”, niewielki sklep spożywczy oraz zakład fotograficzny i punkt ksero. Tylko sklep był otwarty w to niedzielne popołudnie. Nad drzwiami wygasły neon przypięty do plastikowej, wyblakło czerwonej markizy informował, że market nazywa się „DOROTKA” i oferuje artykuły spożywcze, prasę oraz alkohole, przy czym najpopularniejszym produktem był alkohol i to głównie ten najtańszy. Wnętrze oświetlone było jaskrawymi jarzeniówkami, które słabymi refleksami odbijały się od licznych butelek taniego wina ustawionych na półkach wzdłuż przeciwległej do wejścia ściany. Za ladą stała pulchna, niska kobieta w niebieskim fartuchu i krótkich, wściekle czerwonych włosach. Z rękami na biodrach w milczeniu wysłuchiwała zwierzeń klientki, drobnej blondynki w ciemnozielonym płaszczu.
- … i właśnie dlatego nie mogłam pójść dzisiaj do kościoła, sama rozumiesz. Ale Paweł poszedł. – Blondynka nieznacznie uniosła kąciki ust w wyrazie słabo ukrywanego uśmiechu dumy. – Pomodli się za nas oboje.
Gdy na zewnątrz rozległo się przeciągłe wycie klaksonu odwróciła się w tę stronę. Środkiem jezdni szedł, zataczając się, niski, korpulentny mężczyzna. Porywisty wiatr rozwiewał na wszystkie strony przemoczoną kurtkę, a nieliczne włosy ciasno oblepiały jego rumianą głowę. Trąbiący kierowcy zdawali się nie robić na nim żadnego wrażenia.
- Popatrz na to. Ten popaprany Czesiek znowu wylazł ze swojej nory. – Kobieta stojąca za ladą z niesmakiem pokręciła głową. - Pijak ledwo się trzyma na nogach, zaraz go coś rozjedzie. No wariat!
-Dorota, co się go czepiasz, to biedny człowiek. – Drobna blondynka spojrzała na sprzedawczynię z wyraźnym szacunkiem. – Bardzo biedny.
- Ta, biedny. Zobaczyłabyś, co ludzie mu znoszą do tego jego śmierdzącego śmietnika pod mostem. Oczy by ci wyszły na wierzch, jakie ciuchy! Pieniądze, żarcie…
- Sama nie wiem…
- Teresko, mówię ci, on ma tam jak w bajce! – Oczy właścicielki sklepu rozszerzyły się nagle w wyrazie szoku i złości. – Nożesz kurwa, on tu idzie! Mógłby wreszcie zdechnąć na zawał, albo co. Po co takie coś się włóczy po świecie?
- Jak możesz tak mówić… - Blondynka rzuciła przestraszone spojrzenie na powłóczącego nogami mężczyznę. - Wiesz, ja chyba już pójdę.
- Tereska, zostań, widzisz przecież jak pada. Zaraz go wyrzucę, poczekaj, długo tu nie zabawi…

Gdy drzwi otwierają się z trzaskiem do wewnątrz, Dorota rozchyla usta lecz nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Krew odpływa z jej twarzy, gdy istota która mogła być kiedyś Czesławem wchodzi w krąg jaskrawego światła rzucanego przez zawieszone pod sufitem lampy jarzeniowe. Wzrok kobiety rejestruje nagle zbyt wiele szczegółów fizjonomii kreatury w zbyt krótkim czasie i jest to dawka wrażeń, którą mózg kobiety przyjmuje z bezgłośnym przeciążeniem obwodów odpowiedzialnych za kontakt z rzeczywistością. Przez krótką, upiorną chwilę całym światem Doroty staje się czarny skrzep zaschniętej krwi na łysiejącej głowie, sina twarz gęsto poprzecinana konstelacją czerwonych, sączących żółtą ropę wrzodów i zakryte bielmem tęczówki, we wnętrzu których wiją się dziesiątki drobnych, owalnych kształtów. Stwór otwiera czarne, spalone usta ukazując nierówny rząd popsutych zębów, a Dorota czuje mdlący smród od którego zaczynają łzawić jej oczy i w tej samej chwili skulona między półką z ciastkami, a lodówką z mrożoną żywnością, Teresa wydaje cichy jęk, na dźwięk którego Dorota otrząsa się z zamroczenia i sięga ręką pod ladę do szuflady gdzie trzyma na takie (na takie?!) okazje pojemnik z gazem pieprzowym, a Czesław (Czesław?!) wydaje przeciągły charkot i skacze ponad ladą wprost na pulchną kobietę. Dorota bezwładnie leci na regał wypełniony butelkami z tanim winem, szkło sypie się na podłogę z ogłuszającym hukiem, rozlany alkohol błyskawicznie tworzy olbrzymią, cuchnącą zgniłymi owocami kałużę. Stwór dopada rozciągniętą na plecach w lepkiej brei otyłą sprzedawczynię, a kobieta nagle zaczyna kwiczeć jak zarzynany prosiak, grube ręce podrygują jak rażone prądem, gdy tępe zęby rozszarpują jej tłusty podbródek i rozrywają na strzępy ścięgna, przełyk i tętnicę, z której z cichym sykiem strzela fontanna czarnej w świetle jarzeniówek krwi, ochlapując ladę i twarz skulonej za nią śmiertelnie przerażonej Teresy Banach.


5


Wkrótce rzężenie właścicielki sklepu cichnie powoli, jej zakrwawione usta jeszcze otwierają się i zamykają bezgłośnie jak u zdychającej ryby gwałtem wyciągniętej z wody. Purpurowe bańki, mieszanina śliny i osocza, rosną w fałdach rozszarpanej krtani i giną z cichym pyk, pyk, pyk, w rytm ostatnich oddechów konającej kobiety. Czesław podnosi głowę znad rozszarpanego tułowia Doroty, krwawe fragmenty tkanek zwisają mu z brody niczym jakieś koszmarne spaghetti, i z bezmyślnym wyrazem na zdeformowanym obliczu zaczyna rozglądać się po wnętrzu sklepu. Jego wzrok, który mógł nie być wzrokiem lecz węchem lub jakimś zupełnie innym zmysłem, pada na siedzącą na podłodze znieruchomiałą w przerażeniu Teresę i w tej samej chwili drzwi sklepu ponownie się otwierają. Do środka wchodzi Grzegorz Nieznański, nauczyciel wychowania fizycznego, który akurat tego dnia nabrał ochotę na pierwszego od roku papierosa po tym, jak jego żona kazała mu wynosić się z domu gdy ten powiedział jej, że każdego dnia żałuje tamtej nocy, kiedy poczęła się ich córka, zmuszając go do poślubienia takiej zimnej jędzy.

Widzieliśmy już, że Grzegorz stracił tego dnia dwa palce i wiemy z jego nieskładnej relacji, że roztrzaskał on głowę Czesława wywołując w ten sposób powódź białych robaków z rozbitej czaszki włóczęgi. Nie widzieliśmy natomiast wyrazu twarzy Grzegorza na widok zmasakrowanych zwłok właścicielki sklepu i siedzącej na niej kreatury żywcem wyjętej z kiepskiego horroru. Nieznańskiemu, który był fanem filmów grozy, przechodzi przez głowę myśl, że ma przed sobą ucieleśnienie zombie z „Powrotu żywych trupów”, i w tym momencie ma nawet nadzieję, że występuje w groteskowym dowcipie z użyciem ukrytej kamery. Jednak gdy monstrum błyskawicznie podrywa się na nogi, i z przeciągłym rykiem rusza w stronę mężczyzny, ten domyśla się, że to nie jest program telewizyjny, i że może zapomnieć o otrzymaniu bukietu kwiatów na zgodę.

Grzegorz jako pacyfista z wyboru oraz idiota z przyczyn od siebie niezależnych, wyciąga ręce w geście mówiącym: stary, nic do ciebie nie mam, może lepiej pójdziemy na piwo?, i uśmiecha się przyjaźnie. W następnej chwili głośne kłapnięcie szczęki Czesława pozbawia go dwóch palców. Ciach i po sprawie, od dziś zawiązanie buta stanie się dla ciebie prawdziwym osiągnięciem, czy możecie powiedzieć: alleluja?
Mężczyzna jak zahipnotyzowany obserwuje stwora przeżuwającego i połykającego fragmenty jego ciała. Moje palce, myśli Nieznański i przenosi zdumione spojrzenie na swoją zmasakrowaną dłoń.
- Gdzie są moje palce? Co ty mi zrobiłeś? Moje palce…
Pauza idiotycznego niedowierzania mogła w tym momencie kosztować go życie, na szczęście instynkt przetrwania głęboko ukryty w strukturze DNA każdej istoty przejmuje kontrolę nad Grzegorzem. Mężczyzna jak sparzony wybiega ze sklepu, przebiega wzdłuż ciemnych witryn zakładu fotograficznego, kątem oka rejestrując uśmiechnięte twarze nowożeńców na wystawionych fotografiach reklamowych, następnie mija mroczny otwór nieczynnego okienka punktu ksero, i chowa się za rogiem pasażu handlowego „Astra”, gdzie nieuprzątnięta sterta pokruszonego gruzu przypominała o niedawnej wymianie zużytych płyt chodnikowych. Nieznański wyszukuje poręczny kawałek betonowej bryły i opiera się o wilgotną ścianę budynku, wsłuchując w dobiegające zza rogu odgłosy. Z nieba wciąż leją się strugi gęstego deszczu, mimo to do uszu mężczyzny dociera pluskanie kroków psychopatycznego włóczęgi. Gdy pokryta wrzodami sylwetka w końcu wynurza się zza ściany, Grzegorz zaciska zęby, bierze zamach i trafia cegłą prosto w czoło krwiożerczej istoty. Impet uderzenia gruchocze kość, która zapada się do wewnątrz odsłaniając ropiejącą tkankę mózgową. Kreatura chwilę chwieje się w miejscu, po czym przewraca do przodu w stronę Grzegorza, który próbuje odskoczyć w bok, jednak potyka się o własne nogi i upada na plecy. Bezwładny stwór przygniata go swoim ciałem, a z roztrzaskanej czaszki, razem z kawałkami galaretowatej, żółtej substancji, zaczynają wypadać drobne robaki wprost na twarz Grzegorza. Mężczyzna zaciska usta z obrzydzenia i napina mięśnie ramion by zrzucić z siebie cuchnące zwłoki, jednak śliskie błoto uparcie utrudnia wszelkie ruchy. Fala oślizgłych larw wylewa się nieprzerwanym strumieniem i cierpliwie pokrywa oblicze mężczyzny ruchliwym całunem. Grzegorz czuje, jak ruchliwe stworzonka wpełzają mu do nozdrzy i w kąciki oczu. Gdy zmysł dotyku rejestruje nieznośne łaskotanie w uszach, doprowadzony do szału i napędzany siłą paniki ostatnim desperackim wysiłkiem napręża mięśnie, dźwiga ponad siebie rozpadającą się istotę i wygrzebuje spod gnijącego ciała. Grzegorz przetacza się na brzuch, próbuje podnieść się na nogi jednak znów ląduje na ziemi. Kiedy udaje mu się wreszcie utrzymać równowagę otwiera usta i zaczyna krzyczeć. Strząsa wściekłymi ruchami zdrowej ręki wijące się larwy z twarzy i ramion, a jego wrzask zamienia się w rozpaczliwe wycie. Potem zaczyna biec rozchlapując wodę, wciąż wyciągając białe stworzonka z nosa i uszu. Biegnie jakby gonił go sam diabeł, biegnie i wrzeszczy przeraźliwie, aż jego płuca zaczynają palić żywym ogniem, a zdarte struny głosowe emitują jedynie ochrypły świst. Wtedy zwalnia.

Grzegorz uświadamia sobie, że boli go dłoń. Idzie niestrudzenie w siarczystym deszczu powoli gubiąc z pamięci wydarzenia, które przed chwilą miały miejsce. Stawia krok za krokiem i myśli jedynie o tym, że strasznie boli go ręka i jest to najważniejsza rzecz na świecie. Wciąż idzie przed siebie próbując rozgryźć zagadkę nieznośnego bólu, gdy ktoś nagle zaczyna krzyczeć, coś szarpie go w tył, coś przejeżdża z głośnym wizgiem rozchlapując błoto, gdzieś rozlegają się dźwięki rockowej muzyki...


Koniec części pierwszej.





komentarze
avatar worek kości
2007-02-19, 20:07:18:
Who's the fella owns this shithole?
[komentarz edytowany przez autora wpisu]
.
--
bembergiem w berg

avatar svarg
wilknoctisinteria.pl
2007-02-20, 11:58:27:
płynę
to sprawa do archiwum x
--
"Wiara w sens zycia jest jedynie udzialem ludzi plytkich" Witkacy

avatar nionpa
krahelo2.pl
2007-02-20, 20:33:29:
prosto do sannja
przeczytałem z uwagą i zaciekawieniem. mam jednak mieszane uczucia. z jednej strony widać że rządzisz słowem cokolwiek suwerennie, a i wyobraźnia daje Ci dużo przestrzeni do pisania. nie gubisz wątków, nie mącisz czytelnikowi w głowie - a to akurat ważne w prozie jest niesłychanie.
z drugiej strony zastanawia mnie co chcesz mi przekazać. traktując to jako prozę muszę jednak szukać tu głownie historii. a ta jest trochę ... słaba. niezbyt wyszukana i oryginalna. oczywiście zwłaszcza ten drugi zarzut jest bardzo głupi. oryginalne to mogą być adidasy (;)), ale uwierz, historia nie należy do powalających.
najbardziej nie podoba mi się zakończenie - jest przestylizowane - zbyt teatralne.
podsumowując - więcej plusa niż minusa.

pozdrawiam gorąco, Worku...
--
http://ratujtybet.org

avatar worek kości
2007-02-21, 19:30:56:
Who's the fella owns this shithole?
[komentarz edytowany przez autora wpisu]
Jeżeli chodzi o ukryty przekaz, metafory itp, to chyba na to jeszcze za wcześnie. Historia mało wyszukana? Żywe trupy to nic oryginalnego, ale jest to jeden z moich ulubionych horrorpodobnych motywów i chciałem się spróbować w takiej (bezmyślnej) konwencji..
--
bembergiem w berg

avatar nionpa
krahelo2.pl
2007-02-22, 03:42:20:
prosto do sannja
czyli lubisz gore - te rzeczy, hehe
zapewne jesteś więc fanem Raimiego, a zwłaszcza jego pierwszych filmów (nie powiem mają swój urok)
pomyśl jak ominąć mieliznę w zakończeniu - będzie lepiej.
pzdr
--
http://ratujtybet.org

avatar worek kości
2007-02-22, 15:45:15:
Who's the fella owns this shithole?
Już prędzej George Romero.
--
bembergiem w berg

avatar Jacek Jursza
okhanjest-lirycznie.art.pl
2007-08-29, 19:43:51:
duszę się miewa
TESTOWY KOMENTARZ
--
7

O utworze:

wyświetleń:1111
komentarzy:7


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

worek kości
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.