avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


26 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
waikhru
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
2 stycznia 2007, 18:22:40


Bóg jest pół metra nad ziemią

Zasypiając pomyślał, jak wielkie jest jego szczęście- tu, na takiej wysokości. Widzi co dzień nowe obrazy, które wyłaniają się zza szczytów ośnieżonych gór. Śnieg odbija swoją bielą wszystkie problemy i, co najważniejsze, chłodzi je, a one tak, jakby były rozgrzaną materią, chłodzą się i znikają. Wszystkie kłopoty, które przerażały tam na dole swoją wielkością i trudnością, tutaj stają się zaledwie malutkim patykiem rzuconym na drogę. Taki patyk łatwo przeskoczyć, obejść, odrzucić na bok. Właśnie to najbardziej kochał w górach. Swoim ogromem zasłaniały wszystko inne.
- Dziękuję Ci Boże za to, co mi dajesz ze swojej łaski. Miej mnie zawsze w opiece i wspieraj mnie na każdym kroku. Ty wiesz, jak bardzo powierzam Ci moje życie i wszystkie sprawy. Tę podróż chciałbym oddać ku Twojej chwale. Nie opuszczaj mnie tylko, a wszystkiemu dam radę. Dziękuję Boże za góry…Amen.- modlitwa była tym, co po męczącym dniu wędrówki pozwalało mu odpocząć, odetchnąć. Zawsze był bardzo religijny, ale dopiero tutaj, w górach, zrozumiał jak wielka jest moc Boga. Uśmiechał się na wspomnienie swojego domu, gdzie matka żarliwie wypraszała łaski dla całej rodziny i śpiewając wychwalała potęgę Boską.
-Szkoda, że mamusia nie widzi tych widoków, co ja. Wtedy modliłaby się od rana do wieczora, dziękując za piękno świata.- myślał przed snem.
Gdy nad ranem wyszedł z namiotu oślepiło go ostre słońce, które odbijając się od białej pokrywy śnieżnej, było jeszcze bardziej uciążliwe. Mimo to, pogoda mu sprzyjała. Szczyt, na który się wspinał, nie należał do specjalnie wysokich, ale zamiecie i silnie wiejące wiatry mogą skutecznie utrudnić wejście. Pakując sprzęt zastanawiał się, jakie dzisiaj spotkać go mogą niespodzianki na drodze. Roześmiał się na tę myśl, bo w końcu, co może zobaczyć na wysokości 3000m.n.p.m. oprócz bieli…Nie przeszkadzało mu to jednak. Zawsze można było spojrzeć w niebo. Tam dział się, co chwilę inny spektakl. Chmury jak aktorzy zmieniali się na scenie tworząc różnorodne akty. Niektóre przepełnione dramatem wstrzymywały oddech, a niektóre zachwycały swoją beztroską. Wszystko zależało od reżysera…Wiatr, jak na razie, spełniał się w tej roli doskonale. Wiedział jak pokierować swoją trupą, aby mały punkcik zmierzający ku wyżynom swoich możliwości przystawał, co parę kroków i podziwiał ten szaleńczy teatr.
-Jak tylko wrócę napiszę poemat o chmurach na szczycie. Jestem tak blisko nich- prawie dotykam nieba. Mam wrażenie, że gdybym tylko podskoczył, potrafiłbym wejść do niebieskich bram i dotknąć twarzy Boga…Ale póki co, zostanę na Ziemi, tu także mi się podoba- będąc sam na tak wielkiej przestrzeni nie było dla niego dziwnym, rozmawiać z samym sobą. Przynosiło mu to wręcz pewien rodzaj ulgi. Miło było od czasu do czasu usłyszeć ludzki głos nawet, jeżeli był to tylko jego własny…-Ciekawe, co teraz robi moja żona. Mam nadzieję, że gdy wrócę nie będzie czyniła mi wyrzutów. Tak bardzo nie chciała żebym jechał. Jakieś śmieszne babskie przeczucia. Nie wygrała z moją miłością do gór. Dawno się nie wspinałem, więc chęć była tym silniejsza. Obiecałem jej, że to będzie ostatni szczyt i kto wie, czy tego przyrzeczenia nie spełnię. Robię się przecież coraz starszy. Kondycja już nie ta, co kilkanaście lat temu i bardzo łatwo o wypadek. Zmniejszyć ryzyko do minimum to jest teraz najważniejsze. Już sobie wyobrażam tę chwilę, gdy będę stał na samej górze- gdziekolwiek nie spojrzę tam posępne oblicza gór- sióstr mojej wybranki. Wykrzyczę wtedy całemu światu moje szczęście, tak żeby usłyszeli mnie wszyscy ludzie…To cudowne, prawda?- zadał odruchowo pytanie, oczekując odpowiedzi, ale po chwili ciszy uzmysłowił sobie, że jest sam przeciwko całej naturze i spochmurniał. Widoki nie wydawały się już tak piękne jak przed dziesięcioma minutami. Wiatr zwodniczo zawodził w szczelinach, zdawało mu się, że szydzi ukradkiem z jego marzeń i dążeń. Chmury szybko uciekają, jakby w obawie przed niebezpieczeństwem. Plecak zaczął nieznośnie ciążyć na spracowanych plecach.
Za każdym razem, gdy wyruszał na zdobywczą wyprawę radował się z wolnego czasu, który będzie mógł przeznaczyć na rozmyślania. Lubił zastanawiać się nad wieloma rzeczami, które wydawały się niedostępne w swoim zawikłaniu na dole, ale tu otwierały kłódki do wnętrza ich sensowego kufra. Myślał o szczęściu i o tym, czym jest dla ludzi. Dla niego była to możliwość samorealizacji i dążenia do bycia lepszym człowiekiem. Nie rozumiał materialistów- nie tolerował ich poglądów. Działo się tak chyba, dlatego że nigdy niczego mu nie brakowało. Nie miał powodu do narzekania na sytuację finansową w którymkolwiek momencie swojej wędrówki przez życie. Zdawał się być obrazem, stworzonym na podobieństwo Boskie z wielką precyzją…Pomagał biednym, nie oszukiwał, co niedzielę bywał w kościele, a gdy miał problemy to jeszcze częściej widziano jego postać klęczącą przy ołtarzu. Każdy, kto go spotkał wyrażał się o nim jak najlepiej. Z trudem usiłowano znaleźć w nim wady. Tłumaczyli to pochodzeniem z głęboko wierzącej rodziny. Był belką w oku dla niewierzących- pokazywał, że żyjąc w zgodzie z Bogiem jest się najbardziej ludzkim i w tej ludzkości pięknym. Dla chrześcijan znających go, był dowodem na szczęście, jakie daje zaufanie Ojcu Niebieskiemu. Najwięcej jego dywagacji związane było właśnie z Trójcą Świętą. Godzinami zgłębiał tajemnicę, jaka była w niej zawarta. Zastanawiał się nad każdym poczynaniem Jezusa, miłością do Ojca, do ludzi i Jego wielkim poświęceniu. Pragnął być, choć w maleńkim stopniu do niego podobnym. Może właśnie dlatego zaczął wędrować po górach. Chciał udowodnić sobie ile potrafi znieść dla samej idei. Pragnął pokazać jak takie wyprawy wzmacniają więzi i zaufanie do Stworzyciela. Odkrywał, że aby poczuć się dowartościowanym nie potrzebne są wojny, stanie na ich czele i wygrywanie. Można to zrobić drogą pokoju. Zamiast z wrogami walczyć ze samym sobą. Zamiast bagnetów, wbijać raki w oblodzony stoki. Czuł się wolny, silny i szczęśliwy. Prawdziwie szczęśliwy.
Zasypiając tego wieczoru jeszcze raz przywołał w pamięci obraz delikatnego uśmiechu swojej matki, która była pogodna nawet, gdy ginęła powoli przytłaczana przez chorobę. Zbudziwszy się, uświadomił sobie, że usnął tak szybko, że nie zdążył zmówić wieczornej modlitwy. Zląkł się i poświęcił dwie godziny na rozmowę z Bogiem tego ranka. Bał się Jego gniewu i kary za znieważenie Go. Jakby na potwierdzenie tych obaw, około południa zaczęło się chmurzyć. Niebo zasnuło się ciemną powłoką. Co chwilę człowiekiem wstrząsały dreszcze, spowodowane chłodem, który wdzierał się w jego ciało przemocą. Zniknął niebiański teatr. Scena została przewrócona, roztrzaskana i spalona. Aktorzy uciekali w popłochu zderzając się ze sobą w panice. Gdy nad głową alpinisty rozbłysła pierwsza błyskawica, a za nią rozległ się niski, przeciągły pomruk, przypominający rozwścieczonego lwa, przestraszył się i zaczął zatracać zdolność trzeźwego myślenia. Nie miał pojęcia, co zrobić, aby ocalić własne życie, był pewien, że to wszystko spowodowane było jego zapominalstwem i zniewagą wobec Najwyższego. Nagle potężny podmuch zwalił go z nóg. Tracąc równowagę zobaczył znów swoją matkę. Ten obraz towarzyszył mu wtedy, gdy spadał w otchłań przepaści.
Nie wiedział, po jakim czasie się ocknął, ale wokoło nadal szalała śnieżyca. Czuł mdły smak krwi w ustach i dotknąwszy głowy wyczuł, że jest rozcięta. Dopiero teraz dostrzegł swoją sytuację i wpadł w panikę. Okazało się, że wisi na linie. Nie miał pojęcia jak wysoko, ale w dole widniała tylko czarna głębia. Z całych sił zaczął się modlić i prosić Boga; nigdy jego apel nie był tak szczery:
-Panie! Ratuj mnie! Zrobię wszystko, czego ode mnie żądasz, ale ocal mnie! Nie chcę umierać! Nie mogę! Mam żonę i dziecko! Przez całe życie starałem się żyć tak jak mi nakazałeś, więc pokaż mi teraz swoją moc! Błagam!
Nagle wokół niego nastała jasność. Poczuł gorąco, które przyjemnie owładnęło jego ciało. Nie widział nic, lecz do jego uszu dobiegł głos:
-Jam jest Pan Bóg Twój. Puść linę. Zaufaj mi, a Cię ocalę. Twoje życie było przykładem miłości dla mnie, dlatego lituję się nad Tobą. Puść linę!
-Puścić linę?! Chcę walczyć o życie, a nie wydawać się na pewną śmierć. Jeśli spadnę w przepaść to zabiję się…
Po trzech tygodniach poszukiwań znaleziono go…Zamarzł, wisząc i trzymając się kurczowo liny. Jego nogi zwisały pół metra nad ziemią. Góry przyglądały się mu z chłodnym spokojem- piękne, pałające spokojem i dające dowód wielkości Stwórcy…



komentarze
avatar motyl
2007-01-03, 14:33:30:
mechanik liryczny
piękny pejzarz górski przy okazji fajnegoopowiadania z przesłaniem,że w chwili ostatecznego sprawdzianu człowiek nie posłuchał rady,głosu Boga i skazł się na śmierc,a przecież gdyby posłuchał-śmiałozeskoczyłby te pól maetra i ocalaby..opowiadanie bardzo obrazowe,kupuję i pozddr
--
lubię Jasnorzewską,Goethego,Puszkina,Jesienina,piosenkarza Wysockiego,Bułata Okudżawę i znajomych z portalu JL..."ze smakiem bytu -motyl nie płacze nad zmierzchem - trwa w trzepocie pomiędzy"...

O utworze:

wyświetleń:851
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

waikhru
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.