avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


18 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
hic_est
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
3 stycznia 2005, 15:31:38


Biały i Czarny

Pojawił się niewiadomo skąd. Szedł po prostu ruchliwa ulicą. Mijający go ludzie różnie na niego reagowali. Jedni wpatrywali się w niego zastygli w czynności, którą wykonywali nim go ujrzeli, jakby nie mogli odwrócić wzroku. Inni przelotnie spoglądali w jego stronę i zaraz spłoszeni odwracali głowę. Jeszcze inny śmiali się z niego i drwili, jednak tylko do chwili w której obiekt obserwacji zdawał się zareagować na obelgi. Milkli wtedy od razu, sami nie wiedząc czemu i w pośpiechu odchodzili rzucając za siebie przestraszone spojrzenia.

Byli i tacy, którzy spojrzeli na niego z zaciekawieniem i mijali jak prawie normalnego przechodnia, niektórzy uśmiechali się szczerze i w dziwny sposób poprawiał się im humor. Nikt nie pozostawał obojętny na przybysza. Można by zaryzykować stwierdzenie, że nie dało się przed nim udawać . Prawdziwa natura ludzi w spotkaniu z dziwną postacią wychodziła z nich silniejsza niż chęć ukrycia własnego nagiego JA.

Nawet, a może zwłaszcza, zwierzęta dziwnie na niego reagowały. Psy przebiegały na drugą stronę ulicy z podkulonymi ogonami i z bezpiecznej odległości przyglądały się mu z wielkim zainteresowaniem. Po chwili jakby wiedzione instynktem podążały za nim zachowując jednak dystans. Ptaki wzbijały się w powietrze i zataczały koła. Jaskółki swoim zwyczajem w pozornie niebezpiecznym tańcu skręcały tuż przed krawędziami bloków by z wielką gracją i zwinnością zawrócić, i powtórzyć powietrzny balet. Przy przybyszu obniżały lot tak, że ludzie mimowolnie schylali głowy. Gołębie trzepotały skrzydłami i trzymały się wysoko, wyżej niż zazwyczaj. Biały pudel z różową wstążeczką na szyi na niebieskiej smyczy zaczął gryźć bardzo drogą i tandetną sukienkę starszej pani. Złodziej kieszonkowiec zawahał się przed wyjęciem portfela z torebki kobiety, zreflektował i zmienił zamiar. Młoda dziewczyna uśmiechnęła się do mijanego na przejściu chłopaka, ten zatrzymał się i zawrócił by po chwili zapytać ją o godzinę choć na ręku miał zegarek.

Osoba, która tak działała na ludzi wyglądała dość osobliwie. Był to mężczyzna - starzec. Ubrany w ciemnobrązowy habit z naciągniętym na głowę kapturem. W dłoni trzymał długi kostur wyższy od wysokiego właściciela o dobry metr. Habit był stary i zniszczony. Kostur stukał o chodnikowe płyty. Na stopach starca dało się zauważyć sandały przewiązane rzemykiem. Wydawało się, że starzec nie zwraca uwagi na mijanych go ludzi. Szedł równym, miarowym i spokojnym krokiem.

Twarz zakrywał rzucany przez długi kaptur cień. Obojętność była jednak tylko pierwszym wrażeniem. Starzec zdawał się widzieć i czuć wszystko dokoła niego. Wpatrując się w niego można było odnieść wrażenie, że czasem na zakrytej cieniem twarzy gości uśmiech. Nie uśmiech szyderczy czy groźny, ale... Tak tajemniczy jak niewidoczna twarz i sama jego osoba.

Starzec szedł spokojnie, nie dało się z jego kroku wyczytać czy wyszedł jedynie na spacer i idzie nie wiedząc gdzie dojdzie, czy też ma określony cel podróży. Przechodząc obok oszklonego wieżowca, w którym odbijały się sąsiednie budynki i błękitne niebo na którym gdzieniegdzie były kłębiaste chmury, skręcił do wejścia. Portier rozmawiający z klientem przerwał rozmowę, nie był w tym osamotniony. Interesant, który jeszcze przed chwilą wykłócał się o zwrot kosztów uszkodzonego sprzętu uciął zdanie w pół. Gdy gość ich minął spojrzeli na siebie z pytającymi minami jakby zapominając o czym rozmawiali.

Starzec stanął przed windą i wcisnął guzik wyciągając z szerokiego rękawa pomarszczoną choć na swój sposób wypielęgnowaną chudą dłoń. Po chwili do widny podeszła kobieta z małym dzieckiem. Zadzwonił dzwonek, drzwi się otworzyły. Matka z dzieckiem weszła pierwsza. Wcisnęła przycisk piętra, podobnie zrobił starzec, z tym, że wybrał piętro najwyższe. Dziecko, a była to blond włosa dziewczynka, wpatrywała się z ciekawością swoimi dużymi niebieskimi i niewinnymi oczyma w starego człowieka trzymając jednocześnie palec wskazujący w ustach. Wychylając się zza trzymanej wolną rączką sukienki matki nie spuszczała starca z oczu. Ten czując na sobie jej wzrok spojrzał na nią. Dziecko zaraz schowało się za matkę, po chwili jednak wychyliło się by patrząc na twarz starca ujrzeć dwoje błyszczących, niebieskoszarych i głębokich oczu. Mężczyzna uśmiechnął się. Dzwonek oznajmił otwarcie drzwi. Matka wzięła w dłoń dłoń córki i wyszła. Dziecko odwróciło głowę i patrzyło na starca póki prowadzone nie zniknęło za rogiem. Starzec uśmiechnął się do siebie, zaraz potem spoważniał.

Winda stanęła na ostatnim piętrze. Drzwi otworzyły się a za nimi dał się widzieć długi korytarz. Mężczyzna wyszedł. Mijał duże palmy z rozłożystymi liściami, które w szerokim i wysokim korytarzu zdawał się małe. Ściany wyłożone były niewątpliwie drogą tapetą na których wisiały doskonale wkomponowane w całość różnorakie obrazy przedstawiające to widok górskiego potoku, to łódkę na pełnym morzu przy wysokiej załamującej się fali. Starzec zatrzymał się przed obrazem z łódką. Nagle ten ożył. Sternik walczył z podmuchami wiatru, które szarpały żagle. Ptaki latały walcząc z silnymi prądami powietrza. Ciemne chmury przebiegały po niebie. Zaczął padać deszcz. W hallu zagrzmiało. Kiedy tylko starzec poszedł dalej, obraz zamarł w ostatnim utrwalonym na płótnie widoku. Potok górski ożywił się na chwilę i dał się słyszeć odgłos wodospadu. Zaszumiał las, zawył wilk, kobieta nuciła smutną pieśń siedząc przy wrzecionie. – Witaj Panno Atropos – rzekł. Twarz mężczyzny na obrazie, który siedział na bułanym koniu w pełnej zbroi z podniesioną przyłbicą wyrażała odwagę i gniew. Koń pod nim niespokojnie rwał się do biegu. Rycerz w dłoni trzymał trzepoczący na wietrze proporzec z zielonym smokiem. Miecz błyszczał w dłoni odbijając słoneczne promienie. Zapachniało końskim potem i ziemią. Zbroja zatrzeszczała. Kopyta uderzały w ziemię. Koń zarżał. Obraz jak wszystkie poprzednie zamarł, kiedy tylko starzec przestał na niego patrzeć. Na podłodze leżał zielony dywan ciągnący się przez całą długość korytarza.

Stanął przed drzwiami ze srebrnym numerem 777 przy których siedział oparty plecami o ścianę młody człowiek. Ubrany był w nieskazitelnie biały garnitur i koszulę. Biel ta kontrastowała z czarnymi jak pióra kruka włosami. Głowę miał spuszczoną tak, że włosy opadały mu na ramiona. Obok niego leżała na podłodze szabla. Starzec stanął obok niego i spytał:

- Na co czekasz człowieku?

- Na zmianę losu. – odrzekł kruczo czarno włosy mężczyzna.

- Uważasz, że czekanie ci pomoże?

- Nie wiem czy cokolwiek mi pomoże.

- Więc czemu tu siedzisz?

- Nie pozostaje mi nic innego.

- Czemu nie wstaniesz i nie poszukasz szczęścia?

- Szczęście odwróciło się do mnie plecami pokazując mi swoje prawdziwe oblicze.

- Szczęście będzie tam gdzie je poczujesz, gdzie zobaczysz.

Młody mężczyzna podniósł głowę. Był bardzo przystojny i bardzo blady. Pod wysokim czołem i równie czarnymi jak włosy brwiami spoglądały na starca dwoje czarnych jak węgiel oczu. Spojrzał bystrym choć smutnym i przygaszonym wzrokiem na mężczyznę.

- Może masz racje starcze. Ale ja już nie pamiętam czym jest szczęście. Nie pamiętam nawet czy kiedykolwiek byłem szczęśliwy.

- Jak cię zwą?

Mężczyzna zamyślił się, najwidoczniej próbując przypomnieć sobie swoje imię. – Możesz nazywać mnie Krukiem.

- Posłuchaj mnie Kruku. Wstań i choć ze mną. Poszukamy dla ciebie szczęścia. Niczego nie stracisz idąc ze mną i niczego nie zyskasz siedząc tu.

- Twoja propozycja starcze nie jest zła. Pójdę z tobą. Co jednak jeśli nie znajdę szczęścia albo go nie poznam?

- Dam ci swoje.

- W porządku. Przystaje na twoją propozycję. – wymawiając te słowa wstał. Był bardzo wysoki. Przewyższał starego człowieka o głowę. Podniósł szablę, spojrzał w oczy towarzysza i zaśmiał się lekko, ukazując białe jak śnieg równe zęby.

Starzec zastukał kosturem cztery razy w dębowe drewno mimo, że kołatka przedstawiająca łeb wilka wisiała na drzwiach. Te po chwili otworzyła kobieta. Ubrana w obcisłą czerwoną sukienkę robiła wspaniałe wrażenie. Ciemne blond, zawijające się po bokach, włosy opadały łagodnie na ramiona. Na bardzo ładnej twarzy nie widać było śladu makijażu. Zza kobiety dobiegały dźwięki muzyki i rozmów.

- Słucham pana – powiedziała nie mogąc ukryć zdziwienia, zatrzymała na chwilę wzrok na Kruku.

- Zostałem zaproszony przez gospodarza tego domu. – rzekł basowym głębokim głosem. – Proszę mu powiedzieć, że przybył stary znajomy. – sięgnął przy tych słowach do kaptura i ściągnął go z głowy odsłaniając pomarszczoną twarz. Przerzedzone długie włosy opadały za habit, krzaczaste brwi nadawały starcowi wygląd mędrca.

- To mój kompan. Jest ze mną.

- Proszę wejść i rozgościć się. Niedługo wrócę.

Przybysze weszli. Kobieta szybko oddaliła się zostawiając gości wśród stojących w dużym salonie ludzi. Słyszana zza drzwi muzyka okazała się dziełami starych mistrzów grana przez kwartet smyczkowy. Akompaniował im mężczyzna grający na pianinie.

Mężczyźni rozejrzeli się po pomieszczeniu. Było bardzo duże i miało kształt koła. Na wprost nich było przeszklone wejście na taras. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi zabarwiając niebo i chmury na odcienie czerwieni.

- Słońce krwawo dziś zachodzi. – powiedział Kruk smutnie patrząc w dal. Jego oczy na chwilę zabłyszczały i zaraz potem zgasły.

Zeszli po schodkach. Mijając rozmawiających ludzi weszli na taras. Był szeroki i długi. Podszedł do nich kelner z tacą, na której stały kieliszki z czerwonym winem. Starzec odmówił. Kruk wziął kieliszek, wypił wino za jednym przechyłem i nim kelner odszedł położył kieliszek na tacy. Wziął drugi, przyjrzał się jego zawartości lekko mieszając. Powąchał i wypił drugi tak szybko jak pierwszy. Kropelka wina upadła na przed chwilą nieskazitelnie biały garnitur Kruka. Nie zauważył tego.

- Spójrz, starcze, jak tu pięknie.

- Masz rację Kruku.

Osoby stojące na tarasie nie dziwiły się widokowi, który się przed nimi rozciągał. Był to krajobraz niebagatelny. Po horyzont olbrzymi las nie dał zobaczyć swojego krańca. Rzeka przytulająca się od wschodu do zamku wiła się przez puszczę by zniknąć wśród drzew. W oddali, ledwie widoczne, znajdowały się góry. Nad lasem krążyły ptaki. Co chwila jaskółki przelatywały obok tarasu tnąc niemal bezszelestnie powietrze. Wysoko na niebie dały się widzieć orły i jastrzębie. Sam taras był częścią zamku a znajdował się w środkowej jego części. Przed zamkiem wspaniały ogród czarował oczy cudnymi korytarzami z drzew, krzewów i kwiatów.

Widok ten nie dziwił również starca w brązowym habicie jak i jego młodszego towarzysza, wysokiego mężczyzny w białym garniturze z czarnymi jak noc włosami. Ten którego zdziwiłby widok, zapewne zdziwiłby się nie mniej widząc gości przyjęcia. Wśród nich dało się zauważyć pełnozbrojnych samurajów z zatkniętymi za pas katanami, byli i ubrani w tradycyjne kimona wojownicy z długimi czarnymi warkoczami. Między nimi przechadzały się gejsze przebierające drobnymi krokami salę. Wśród kolorowych strojów widać było czarne surduty, meloniki, barwne suknie, fantazyjne fryzury i kapelusze. Zdaniem, przekrój ludzkiej kultury i historii. Były i postacie nie dające się sklasyfikować w tych ramach.

Obok starca i Kruka przejechał człowiek na wózku inwalidzkim, który sterował minimalnymi ruchami dłoni. Duże sowie okulary zajmowały znaczną część jego twarzy. Obok wózka kroczył łysy, ubrany w pomarańczowy strój mężczyzna.

- Sądzisz, że podróż w czasie jest możliwa?

- Jeśli jest, nie znam praw które rządziłyby tym zjawiskiem. – odpowiedział mechanicznym głosem mężczyzna wybierając odpowiednie słowa na przymocowanym do wózka komputerze.

- I ja sądzę, że podróż w czasie nie jest możliwa a przynajmniej odpowiedź na to pytanie ucieka nam, ucieka na tyle sprawnie, że przez długi czas będziemy mogli nie złapać.

- Czas, panowie, jest bardzo plastyczny i zależy nie tylko od praw fizycznych, które na co dzień obserwujecie i dobrze znacie. Na czas wpływa również obserwator. Obserwator, który obserwując zjawisko lub biorąc w nim udział ma na jego bieg wpływ. Być może odkryjecie to prawo kiedyś, być może nie poznacie go nigdy. Co do tego czy podróż w czasie jest możliwa to nie jest odpowiednie pytanie. Powinniście zadać inne. Jakie? Mnie o to nie pytajcie. – powiedział starzec do mijanych mężczyzn. Wózek stanął, człowiek w pomarańczowym stroju również.

- To bardzo ciekawe co pan powiedział. – mechaniczny dźwięk wydobył się z ukrytych głośników. – Zastanawiające. Bardzo zastanawiające.

Nie zdążyli dłużej porozmawiać. Do mężczyzn podszedł samuraj. Stanął przed wózkiem. Wykrzywił twarz w grymasie pogardy. Spojrzał każdemu w oczy. Tylko Kruk zdawał się nie zważać na przybysza. Rozglądał się smutnym wzrokiem po okolicy.

- Kto zaprosił tu kalekę? – spytał hardo. – Kalekę mówiącego nie swoim głosem. Zgodziłem się tu przyjść i nie będę tolerował ułomków. Nie jesteś godny by być wśród nas! Ty – wskazał na mężczyznę w pomarańczowym stroju. – wyprowadź go stąd czym prędzej, w przeciwnym wypadku będziesz musiał go wynieść w częściach jeśli uda ci się przeżyć.

- Jesteś głupcem. – odezwał się Kruk.

- Co?! Kto śmie? – wrzasnął gniewnie samuraj.

- Ja. – powiedział i podniósł głowę patrząc smutnym wzrokiem na wojownika.

- Psie! Wybiła twoja ostatnia godzina.

Sięgnął po katanę i wyciągnął ją błyskawicznym ruchem. Mężczyźni nie zareagowali. Kruk podniósł do ust kieliszek z winem. Spełnił go jednym haustem. Samuraj zaatakował. Kruk odbił cięcie i wypchnął atakującego od kompanów oddalając od nich niebezpieczeństwo. Ruszył się z miejsca wolnym krokiem trzymając luźno szablę przy lewej nodze. Muzyka nie przestawała grać, goście zaczęli spoglądać na walczących. Samuraj chwycił katanę w obie dłonie i ponownie uderzył. Metal zadźwięczał o metal wydając czysty dźwięk, który nie przebrzmiał jeszcze, kiedy kolejne uderzenia go zagłuszyły. Szybkość cięć była tak duża, że niewielu gościom udało się wszystkie zobaczyć. Samuraj atakował z wściekłością choć i rozwagą, bo szybko poznał się na przeciwniku. Ten zaś nadal trzymał w prawej dłoni kieliszek jakby o nim zapominając. Twarz miał spokojną. Oczy jego tylko błyszczały i na ustach powstał delikatny uśmiech. Chwytał błyskawicznymi ruchami cięcia azjatyckiego wojownika. Jego kruczoczarne włosy rozwiewały się delikatnie na wietrze, choć może to nie był wiatr. Samuraj odskoczył po ponownym nieudanym ataku. Zebrał się w sobie. Kropelki poty wystąpiły mu na czoło. Zwęził oczy i wpatrywał się w dziwnego przeciwnika, którego spokój uderzył go nie mniej niż niebywałe umiejętności szermiercze. Nie bał się mimo wszystko. Był pewien siebie. Do tej pory nie spotkał przeciwnika, który wytrzymałby z nim połowę czasu jaki stracił na mężczyznę w bieli. Gniew zapalił się w nim jeszcze bardziej. Skoczył do przodu zwodząc przeciwnika, czekając aż ten zareaguje. Nie zareagował. Uderzył celując w nogę. Odbił. Szybciej niż oko jest w stanie zauważyć, przerzucił ciężar ciała na drugą nogę i zamierzył się w głowę. Miecz ze świstem przeciął powietrze. Odskoczył. Czarnowłosy przeciwnik stał z opuszczoną szablą. Stał spokojny. Wiatr lekko rozwiewał mu włosy. Twarz. Jego twarz nie wyrażała już smutku. Uśmiech jego stał się szerszy. Oczy błyszczały jeszcze bardziej. Zaśmiał się w głos patrząc prosto w oczy samuraja i natarł. Zaatakowany wojownik skoczył do przodu chcąc zaskoczyć przeciwnika. Metal. Czysty dźwięk przedarł ciszę jak nocny krzyk. Broń wyleciała z dłoni. Przeleciała nad głowami ludzi i wbiła się w ścianę.

Otwierający ze zdziwieniem oczy samuraj patrzył na swojego przeciwnika. Patrzył i nie mógł uwierzyć w to co się stało. Kruk stał nadal trzymając w prawej dłoni kieliszek, w lewej szablę i śmiał się w głos. Śmiał się szczerze i donośnie. Goście nie miej zdziwieni patrzyli na to co się dzieje ciekawi co stanie się dalej. Kruk przestał się śmiać, oczy błyszczały mu jeszcze tylko dziwnym blaskiem.

- Dziękuje ci. Byłeś świetnym towarzyszem do walki. Nie chowam do ciebie urazy. Ty nie chowaj jej do mnie i został tego człowieka w spokoju.

Samuraj skinął głową, odwrócił się i odszedł wolnym krokiem. Tymczasem Kruk ściągał uwagę. Ludzie przypatrywali mu się z ciekawością. Co niektórzy podchodzili i gratulowali mu. On przyjmował ich słowa ze spokojem a że nie wykazywał entuzjazmu przy rozmowie, szybko dali mu spokój.

- Dziękuje. – powiedział człowiek na wózku.

Kruk uśmiechnąć się do niego i podszedł do starca. Mijając kelnera wymienił kieliszek na pełny i wypił go jednym haustem. Tymczasem ciemniało coraz bardziej. Chmury rozmyły się po niebie. Na tarasie i w zamku pozapalano światła.

- Twój przyjaciel każe ci długo na siebie czekać. – powiedział Kruk.

- Racja. Nie jest od jednak moim przyjacielem.

- Widać nie śpieszy mu się do spotkania.

- Tego nie wiem. Mogę się jedynie domyślać. Czuje, że niedługo się spotkamy…

- Tak. Spotkacie się.

Mężczyźni odwrócili głowy w stronę skąd dochodził głos. Należał do dziewczynki, która miała nie więcej niż dziesięć lat. Siedziała na ławce w kwiecistej sukience machając nogami na których miała zielone, długie pod kolana skarpetki. Dwa blond warkocze sterczały po bokach głowy. Dziewczynka podniosła zielone oczy na mężczyzn i z ciekawością się im przyjrzała.

- Z kim się spotkam? – zapytał starzec.

- Z Czarnym. Z kim innym miałbyś się tu niby spotykać?

- Skąd o tym wiesz?

- Po prostu wiem. – odpowiedziała. - Podobnie jak ty wiesz co czują ludzie i podobnie jak ty wiedziałeś, – mówiąc to spojrzała na Kruka – że załatwisz tego faceta.

Mężczyźni spojrzeli na siebie i za chwilę na dziewczynkę.

- Trafne spostrzeżenie. – rzekł stary.

Dziewczyna podniosła ramiona w geście stwierdzającym banalność usłyszanych słów. Stanęła na ławce, położyła dłonie na balustradzie i zaczęła wpatrywać w rozciągający się przed zamkiem widok.

- Wiesz coś jeszcze o moim spotkaniu?

- Pewnie, że wiem.

- Powiesz mi co? Choć nie. Nie mów. Nie chcę wiedzieć.

- Wydaje mi się, że wiem ale jakbym nie wiedziała. Sama już nie wiem. Nieważne. – Machnęła ręką. – Może pogramy? Co wy na to? – spytała świdrując ich wzrokiem.

- Czemu nie? – zaśmiał się Kruk. – Co proponujesz? No i powiedz nam jak ci na imię. Ja jestem Kruk a on…

- Mów do mnie dziadku.

- Świetnie. – radośnie krzyknęła – Mam na imię Kira. Co jakiś czas przed balkonem przelatują jaskółki. Skręcają za skrzydłem po tej stronie – mówiąc to wskazała na prawe skrzydło zamku. – i pojawiają się znowu. Potem lecą na lewo i znów wracają. Ten kto zgadnie kiedy przelecą jaskółki, wygrywa. Możemy tak grać wiele razy. Trzeba się patrzeć w rzekę. Nigdzie dalej. Nie wolno po bokach, nie można oszukiwać. Żeby zaliczyć punkt, trzeba powiedzieć, że przylecą na trzy głośne równe odliczenia przed i trafić. Jasne? – badawczo wpatrywała się swoimi zielonymi oczami to starca to w Kruka.

- Jasne – unisono przytaknęli mężczyźni.

- No to gramy.

Wszyscy troje stanęli przy balustradzie zapatrzeni w zakręcającą rzekę. Zaczęli liczyć. Pierwszy Kruk, reszta czekała. Kruk skończył liczyć i zaśmiał się, zaczął starzec, zaraz po nim dziewczynka. Dokładnie kiedy dziewczynka doliczyła do trzech przed tarasem pojawiły się jaskółki. Cicho ich minęły, przeleciały dalej i zniknęły za prawym skrzydłem.

- Wygrałam – radośnie zapiszczała.

Jaskółki przelatywały wielokrotnie i żadnemu z mężczyzn nie udało się wygrać z dziewczynką. A ona śmiała się szczerze i piskliwie przy każdej wygranej a trafiała za każdym razem. Bawili się przy tym świetnie. Słońce już prawie zniknęło za widnokręgiem, kiedy do trójki podeszła kobieta w czerwonej sukience, ta sama, która otwierała drzwi staremu i Krukowi.

- Proszę iść za mną. Gospodarz pana przyjmie. – powiedziała do starca.

- Powodzenia dziadku. – rzekła dziewczynka.

- Powodzenia. – powtórzył Kruk.

Stary kiwnął głową i oddalił się stukając kosturem. Kruk spojrzał na małą a ona jakby czytając obawę z jego oczu, odpowiedziała:

- On wróci.

- Wróci. I ja tak myślę.

- Jest w nim coś czego nie mogę rozgryźć.

- Gdzie są twoi rodzice?

- Nie wiem. Nie widziałam ich od dawna. A twoi?

- Nie pamiętam rodziców. Nie pamiętam nawet...niewiele pamiętam.

- Po co ci szabla?

- Tego też nie pamiętam. Jest we mnie pustka Kiro. Pustka, która nie wiem skąd się wzięła i nie wiem czym ją zapełnić.

Dziewczynka spojrzała głębiej w oczy Kruka.

- Może ci pomogę.

- Nie wiem czy ktoś może mi pomóc.

- Ja wiem. – powiedziała dźwięcznym głosem. – Ja mogę ci pomóc.

- Byłbym ci wdzięczny, ale jakbym ci się zrewanżował? Tego nie wiem.

- Nie musisz się martwić o tyle spraw na raz.

- Gramy dalej?

- Nie teraz.

Muzyka zamilkła. Kwartet smyczkowy przestał grać. Obok pianina stanęła kobieta ubrana w kwieciste czerwone kimono. Włosy miała upięte w kok. Mężczyzna zaczął grać wolną melodię delikatnie muskając klawiszy instrumentu. Kobieta zaczęła śpiewać wolną pieśń melodyjnym głosem. Większość słuchaczy nie rozumiała słów. To jednak nie było ważne. Była to piękna pieśń, trochę smutna ale i pełna nadziei. Radosna i dobra. Umilkły rozmowy, czyste dźwięki pieśni rozlały się po pomieszczeniu i napełniły serca słuchaczy jakąś otuchą. Świec pełganie padało na ich twarze pełne skupienia. A pieśń płynęła, płynęła ku zachodzącemu Słońcu i mijającym taras jaskółkom. Kruk i Kira wpatrywali się z czerwone promienie zabarwiające chmury na czerwono pomarańczowe kolory.

Tymczasem starzec opuścił salę i szedł długim hallem. Po jego bokach w półokrągłych zagłębieniach stały zbroje rycerzy, każdy z nich trzymał półtorametrowy obusieczny miecz oparty klingą o podłogę. Same zbroje miały rozmiary ogromne i ciężko było wyobrazić sobie męża, który by je na sobie nosił i udźwignął. Kobieta prowadziła starca dalej i dalej w głąb. Zatrzymali się w końcu przed dużymi, okutymi w żelazo drzwiami. Te jak na komendę otworzyły się cicho trzeszcząc. Ich oczom ukazała się olbrzymia biblioteka. Na ścianach poustawiane na dębowych półkach stały dziesiątki tysięcy ksiąg. Na środku pokoju zawieszony w powietrzu znajdował się Układ Słoneczny. Nie dało się zauważyć wstrzymujących ich linek. Co ciekawe układ nie był statyczny. Planety poruszały się. Kręciły wokół własnej osi i wokół Słońca. To ono dawało światło, które było bardzo mocne i ciężko było patrzeć na nie bez osłonięcia oczu. Sam układ był wykonany po mistrzowsku. Na Marsie dało się zauważyć, uważane kiedyś za dzieła cywilizacji, rozchodzące się centrycznie pręgi. Wokół Jowisza od pasa asteroid odbijało się światło. Na Księżycu, naturalnym satelicie Ziemi, widać było kratery. Ziemia wyglądała wspaniale. Błękitne oceany, zarysy kontynentów, zawirowania chmur. Promienie słoneczne tak padały na planety, że odzwierciedlały autentyczne pory roku. W tle Układu Słonecznego dało się zauważyć błyszczące światło gwiazd. Wyglądało to tak jakby ktoś przesyłał obraz spoza układu do tego pomieszczenia. Widok był trójwymiarowy i wyglądał niezwykle autentycznie z każdej strony.

Było zimno. Kobieta wyszła i drzwi zamknęły się za nią z trzaskiem. Starzec rozejrzał się po pomieszczeniu. Przekręcił się na pięcie dookoła własnej osi. Po bokach na licznych stołach stały najróżniejsze przyrządy. Stosy książek, narzędzia laboratoryjne, słoje pełne kolorowych płynów. Nagle poczuł za sobą czyjąś obecność, ktoś położył dłoń na jego ramieniu. Odwrócił się szybko i zobaczył mężczyznę.

- Czarny.

- Od dawna mnie tak nie nazywano. – rzekł mężczyzna.

Imię Czarny nie pasowało do tego człowieka, przynajmniej nie do jego wyglądu. Ubrany był w bladoniebieską togę. Włosy miał krótkie i siwe. Długie wąsy sięgały do brody. Ciemne, głęboko osadzone oczy świeciły wielką inteligencją.

- Witaj Biały. Od dawna się nie widzieliśmy.

- Tak, od bardzo dawna.

Mierzyli się przez chwilę wzrokiem. Czarny pierwszy odwrócił głowę. W dłoni trzymał grubą księgę.

- Czytam właśnie historię świata. Bardzo ciekawa. Wiesz jakie jest zakończenie?

- Nie ma jeszcze zakończenia.

- Ależ ma. – Zaśmiał się czarny. – Ma. Nadal jak widać jesteś idealistą. Widzisz, świat mimo swej złożoności nie jest nie do ogarnięcia. Był to cel moich studiów. Poznać i zrozumieć świat. Niedawno skończyłem dzieło. To właśnie dlatego wydałem przyjęcie. Byłbyś zaskoczony moimi wnioskami. Jestem o tym przekonany.

- Więc po to mnie zaprosiłeś.

- Tak przyjacielu. Właśnie po to. Szykuje wielkie zakończenie przyjęcia. Nie mogło cię zabraknąć. Chce przedstawić wynik moich studiów. – uśmiechnął się przy tym jak ktoś pewny swojej wiedzy i tego, że niedługo zrealizuje się jego długo planowane marzenie.

- Odkryłeś sens świata i zrozumiałeś go. Jaki jest więc Jego sens?

- Nie powiem Ci tego teraz. Dowiesz się razem z innymi.

- Mam nadzieję, że nie doszedłeś do wniosku, że świat dąży do zagłady, jest bez większego sensu i nie zasługuje na szansę unicestwienia samego siebie. – powiedział od niechcenia. – Nie zebrałeś wszystkich tych ludzi, którzy coś znaczą, by pokazać im ile warty jest ich rzeczywistość, cywilizacja i wszystkie filozofie. Nie chcesz się przed nimi pokazać jako kreator i niszczyciel ukazujący im ich prawdziwą twarz. Nie chcesz, bo swą przenikliwością widzisz potencjał, którzy drzemie w ludziach i zapewne wolisz go odkrywać niż niszczyć…

- Dość! – przyciszonym głosem powiedział Czarny. Zmarszczył brwi słuchając słów Białego i jak wcześniej jego oczy błyszczały inteligencją tak teraz błyszczały gniewem.

- Dość…


Przebrzmiała pieśń. Zaświecono światła na olbrzymim żyrandolu wiszący pośrodku pomieszczenia. Ludzie powrócili do swych rozmów oczarowani jeszcze zasłyszanymi dźwiękami. Ściemniało zupełnie. Na niebie zaczęły pokazywać się gwiazdy układające się w nieznane na Ziemi konstelacje. W oddali dało się zauważyć czarne chmury.

- Pięknie. Pięknie. Pięknie. – powiedział Kruk. – Co ci jest Mała?

Dziewczynka przyglądała się czarnym chmurom. Nie reagowała na słowa Kruka.

- Co się stało?- spytał i złapał ją za rękę powyżej łokcia. Spojrzał w tym samym kierunku co ona. – Poruszają się szybciej niż chmury. – W jednej chwili zrozumiał. Zmarszczył brwi i powiedział donośnym głosem.

- Mili państwo. Mamy towarzystwo.

Ich spojrzenia spotkały się. Kruk zauważył, że dziewczyna jest przestraszona, bardzo przestraszona.



- Dość! Co ty możesz wiedzieć o moim planie? Nic! Nie spędziłeś na badaniach lat. Nie badałeś dogłębnie ludzkiej rasy. Nie wiesz do czego jest zdolna. Ja wiem. – gniewnie i głośnie mówił Czarny. - Wiem i zrobię to co zaplanowałem. – dokończył już ciszej uspokoiwszy się.

- Nie myśl, że mi przeszkodzisz. Nie doceniłem cię. Szybko pojąłeś moje zamiary. Cha cha. To nie ma znaczenia. Nie unikniemy przeznaczenia. A ono jest jasne. Tylko ślepcy i głupcy go nie zauważają. Zaproponował bym ci współpracę, ale ty jesteś zbyt uparty i zbyt zaślepiony. Uwierzyłeś w nich.

- Mógłbym uwierzyć w twoje szaleńcze plany zniszczenia gdybym cię nie znał. Ty nie tyle chcesz „przyspieszenia” wyimaginowanego końca świata co przejąć władzę nad ziemią. Tak czy owak nie zrobisz tego co zaplanowałeś.


Ludzie porozstawiali się po bokach Sali. Wszystkie drzwi wejściowe okazały się pozamykane. Na tarasie stało kilka osób. W tym Kruk. Było cicho. Wszyscy czekali na co to się stanie. Jaskółki zbliżające się do tarasu odbiły niespodziewanie w stronę z której przyleciały i cicho kwiląc zniknęły w ciemności. Na oczach ludzi stojących na tarasie, chmury przybrały postać odzianych na czarno jeźdźców. Każdy z nich trzymał w dłoni nagi miecz. Po niewidzialnej drodze biegły konie z jarzącymi się czerwono ślepiami.

- Głupcze! Nie zniszczysz mojego planu. – wrzasnął. W jego dłoni zmaterializował się kostur podobny to tego, który trzymał Biały. Obaj podnieśli je w górę, uderzyli jednocześnie w kamienną posadzkę, która pękła pod ciosem. Wpatrzeni w swoje oczy milczeli. Po chwili regały zaczęły się trząść. Pierwsza książka spadła na podłogę. Otworzyła się i gdyby ktoś był w tym miejscu i o tej godzinie, mógłby przeczytać słowa Szekspira: „Niech się czas nie wlecze…”. Przygasło Słońce i z półek posypały się koleje tomiska.

- …gdy do bitewnej wrzawy tęsknią miecze” – powiedział do siebie Kruk i do sali wpadło kilku jeźdźców. Jeden skrócony o głowę. Rozpoczęła się walka.
Każdy kto miał broń i umiał nią władać, rzucał się w wir. Co chwila przylatywały kolejni jeźdźcy. Wpadali do środka siejąc spustoszenie. Wojownicy dzielnie stawiali czoło. Bitwa przeniosła się do środka. Wśród walczących prym wiódł Kruk. Nie przypominał już spokojnego człowieka z przygaszonym smutnym wzrokiem. Szalał wśród otaczających go czarnych jeźdźców. Szabla tworzyła wokół niego srebrne kolisko. Co chwila jakaś czarna postać spadała pod kopyta koni. Oczy jego błyszczały, włosy rozwiewały się w walce. Kruk śmiał się, śmiał donośnie dodając ducha walczącym. Co chwila ubywało jednak wojowników z sali a przybywało czarnych z chmury. Garnitur Kruka w znacznej części przestał być biały. Plamiła go krew.

Uczone księgi spadały dziesiątkami. Wibracje w bibliotece wzmogły się. Jedynie dwaj starcy stali bez ruchu. Tylko ich oczy wyrażały skupienie. Wiatr rozwiewał habit Białego i togę Czarnego. Runął jeden z regałów i przygniótł tysiące ksiąg. Układ Słoneczny zaczął przygasać. Tracić na ostrości, w końcu zniknął. Nie było jednak ciemno. Dwie postacie jaśniały. Okute stalą drzwi trzeszczały i chodziły w potężnych zawiasach, kamienną posadzkę i sufit pomieszczenia znaczyły ślady pęknięć.

Szala zwycięstwa przechylała się na stronę jeźdźców. Już tylko garstka wojowników stawiała opór. Reszta ludzi pochowała się gdzie tylko się dało, pierwsze ofiary wśród cywili zaległy na marmurowej podłodze. Kruk nadal szalał, dawał z siebie wszystko, zapalał go opór jeźdźców, za każdym razem kiedy jeden spadał, wydawał z siebie okrzyk zwycięstwa. Mimo wszystko walka była beznadziejna. Po jego bladej twarzy spływała krew. Kilku jeźdźców otoczyło go, za nimi tłoczyli się kolejni. Po chwili nie było już widać jego biało czerwonego garnituru. Tylko szczęk metalu i śmiech oznajmiał, że Kruk jeszcze walczy. Wtem nagle zatrzęsło się w sali. Wstrząs powtórzył się. Na chwilę zgasły wszystkie światła. Ucichło. Wtem krzyk przerwał ciszę jak ostrze, tak, że ludziom strach postawił włosy na głowach i przeszedł ich dreszcz. Po tym w sali zapadła cisza. Cisza tak bolesna i straszna jak wcześniejszy krzyk. Kopyta zastukały o posadzkę, posypała się resztka szkła. Chmura oddaliła się a po czarnych ciałach zostały jedynie krwawe szmaty.

Starcy trwali nadal w bezruchu. Coś jednak się zmieniło. Twarz Czarnego wykrzywiła się w grymasie bólu. Przygarbił się. Pękło sklepienie i z sufitu posypał się tynk, sala zatrzęsła się. Biały przechylił się niezauważalnie do przodu. Nagle wszystko ucichło. Starcy nadal nie ruszali się z miejsc. Kostur pękł wydając głośny czysty dźwięk i salą ponownie wstrząsnęło. Czarny padł na kolana. Pęknięcia na suficie i ścianach pogłębiły się.

- Pokonałeś mnie. Ale to jeszcze nie koniec. Jeszcze się zobaczymy. – powiedział cicho Czarny i zniknął.

Biały ruszył do wyjścia, drzwi zastękały, hartowana stal wygięła się i pękła. Posypało się drewno i drzwi wypadły na zewnątrz. Zatrzymał się na korytarzu. Ciszy nie przerwał żaden dźwięk.

- Odejdź sługusie bo jeśli zostaniesz, zniszczę cię.

Stal zatrzeszczała. Noga jednej z rycerskich zbroi poruszyła się. Już nie sama zbroja a olbrzymi rycerz ruszył się z miejsca i stanął przed starcem. Wzniósł oburącz miecz w górę by uderzyć. Wtedy starzec nieznacznie poruszył kosturem i stal w okamgnieniu stopiła się zostawiając czerwoną, rozżarzoną masę zalegającą podłogę. Po chwili reszta rycerskich zbroi rozpadła się w części.

- Przyjaciele. Życzę wam powodzenia. Czas już na mnie.


Przestraszeni ludzie zaczęli wychodzić z ukryć nie wiedząc jeszcze co się stało. Światło zaświeciło się ponownie. Po czarnej chmurze nie został ślad. Na niebie ukazały się gwiazdy. Kira razem z innymi zaczęła przeszukiwać pobojowisko. Znalazła Kruka. Leżał nieprzytomny pod czarnymi szmatami.

- Kruku. Kruku. – wołała dziewczyna próbując podnieść jego ciało.

Rozpłakała się i opuściła głowę. Kruk tymczasem otworzył oczy i powiedział.

- Któż to tak płacze i z jakiego powodu?

Dziewczyna zaraz podniosła głowę i zarzuciła ręce na szyję Kruka. Ten wolną dłonią otarł z czoła krew i powiedział jakby do siebie. – Nie potrzebne mi twojego szczęście starcze.


Wtem pokój zaczął tracić kształty. Najpierw ściany zafalowały i rozpłynęły się, podłoga zmatowiała, zlała się w jedną czarną masę i zastygła. Ludzie rozglądali się i co chwilę jeden z nich znikał. Kruk spojrzał w przestraszone oczy dziewczynki.

- Nie bój się. Jeszcze się spotkamy. Zdaje mi się, że zacząłem odnajdywać co to straciłem. Teraz już wiem czego szukać. Nie bój się.

Dziewczynka objęła mocniej Kruka, sięgnęła dłonią do głowy i rozwiązała wstążeczkę. Został tylko jeden warkocz. Włożyła mu ją w dłoń.

- Spójrz. – powiedziała patrząc w zanikający powoli widok z tarasu. Jakaś niewidzialna siła rozdzieliła ich. Nie stawiali oporu. Podłoga uciekła spod nóg. Kruk wpatrywał się z zanikający obraz lasu. Czerń zalała mu głowę. Stracił orientację. Otępiałe zmysły nie wychwytywały bodźców. Tylko dłoń. Dłoń zdawała się istnieć, kiedy wszystko inne straciło już znaczenie, sens i kształt. Minęła chwila, może dzień, może rok. Do uszu mężczyzny doszedł szum. Skąd? Co? Gdzie? Poczuł pod sobą coś miękkiego. Przylepiło się do jego pleców. Wilgotne, chłodne. Przed oczami zaczęło się rozjaśniać. Powoli otworzył oczy. Oślepiające światło i krzyk. Nie, to nie krzyk. Ptaki. To ptaki. Przekręcił się na brzuch, w dłoniach poczuł piasek. Ścisnął go z całej siły. Podniósł się. Otworzył oczy, zobaczył swoje kolana i maleńkie ziarenka piasku. Przesypywały się pod wpływem wiatru. Podniósł głowę. Woda. Morze. Ocean. Wstał. Po niebie przebiegały szybko chmury. Krążyły ptaki głośno krzycząc. Wiatr targał roślinami porastającymi wydmy. Rozejrzał się wkoło. Zamyślił. Nagle coś zaświtało w jego głowie. Jakaś myśl. Coś ważnego. Coś co musiał sobie przypomnieć. Tylko co? Co? Dłoń. Spojrzał na swoje dłonie. Były w mokrym piasku. Tylko to. Tylko piasek. Spojrzał pod nogi. Coś czerwonego rzuciło mu się w oczy. Coś zatańczyło na wietrze. Schylił się i podniósł wstążeczkę. Zmarszczył brwi. Po chwili zabłyszczały mu oczy i zaśmiał się w głos.

- Pamiętam! – krzyknął z całych sił. – Pamiętam!

Fala następowała po fali. Obmywała chłodną wodą stopy i wracała. Wiatr targał włosy. Rozjaśniał myśli. Woda dawała wrażenie nieskończoności. Fala następowała po fali…



komentarze
O utworze:

wyświetleń:713
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

hic_est
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.