avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


23 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
hic_est
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
1 stycznia 2005, 20:49:23


Więzienna rozmowa

Doskonale znany trzask otwierającej się kraty rozszedł się echem po pustym hallu. Leżący na pryczy mężczyzna zdawał się to całkowicie ignorować. Krata została zamknięta. Klucz schowany. Ktoś stukając swoimi błyszczącymi butami zbliżył się do ostatniej celi. Znajdowała się ona na końcu obskurnego korytarza. Mijane przez niego cele świeciły puste jak brak zębów w szczerbatej gębie. Lśniące buty zatrzymały się dwa metry przed progiem. Nim ich właściciel otworzył usta, odezwał się więzień.

- Nie mów nic proszę. Pozwól, że zrobię to za ciebie.

Leżący mężczyzna przedstawiał sobą widok dość ciekawy. Dłonie trzymał pod głową, nogi założone jedna na drugą opierały się na skrzypiącej przy najmniejszym ruchu metalowej, noszącej ślady przerdzewienia poręczy. Głową zwrócony był do krat. Zarośnięta twarz jego ozdobiona była sumiastym wąsem sięgającym kątów ust. Dziwnie to współgrało z krótkimi włosami owego jegomościa. Opalony był mocno, ogorzała skóra wydawała się jeszcze ciemniejsza w nienajlepiej oświetlonym pomieszczeniu. Ubrany był na modłę typowo więzienną czyli zwykły pasiak. Stopy miał bose, spodnie podwinięte powyżej łydek, rozpięta koszula odsłaniała zarośniętą, kosmatą pierś, rękawy podwinięte były do łokci. Na ręce jego dał się zauważyć tatuaż przedstawiający kotwicę, pod nią półnaga syrena morska prezentowała z wdziękiem swe nad podziw foremne piersi. Podobny był bardziej do jakiegoś zaaklimatyzowanego tubylca wylegującego się na plaży gdzieś w ocienionych zakątkach Madagaskaru.

Co do celi trzeba napisać, ze urodą nie grzeszyła. Ściany obdrapane nosiły znamiona twórczości poprzednich lokatorów. Dało się więc na nich zauważyć wysławiające rodziny klawiszy po siódme pokolenie poematy, cudne córy popkultury odsłaniające swe wspaniałe piersi ku radości i uciesze samotnych panów. Gdzieniegdzie zwisały ze ścian dziwne twory na kształt glutów. Miast kibla pod ścianą stało wiadro. Część czegoś co kiedyś było lustrem stało na drewnianej półce obok kilku przyrządów toaletowych, czyli grzebienia, szarego mydła i mocno startej szczoteczki do zębów.

Klimatyzacją było otwarte okno za którym zza zębów krat widniało doskonale błękitne niebo poprzetykane gdzieniegdzie cumulusami (z punktu widzenia pana na pryczy rzecz jasna). Tam właśnie patrzył nasz więzień w chwili kiedy go ktoś nawiedził.

- Jesteś wysokim urzędnikiem państwowym - Rzekł uroczyście więzień i ciągnął dalej

- Przybyłeś z woli ludu by dać uciśnionym, sprowadzonym na złą drogę mendom ludzkim nadzieje na ponowne wprowadzenie w gościnne progi społeczeństwa. Lecz najpierw powinni oni odbyć karę za niegodziwości których się dopuścili. Tak więc ci, który podburzali lud przeciw prawowicie panującym nam z woli Boga jaśnie wielmożnym panom, winni zostać przymusowo wcieleni do marynarki wojennej gdzie pod czujnym okiem panów oficerów staną się walecznymi wilkami morskimi dbającymi o dobro naszej ojczyzny! Złodzieje winni zostać oddelegowani do naszych zagranicznych placówek gdzie jako ogrodnicy przycinać będą, z kulami rzecz jasna przy nogach, krzewy radośnie rosnące na trawnikach ambasad i domów starszych oficjeli. Kurwy portowe powinny zostać wysłane do klasztorów gdzie modłami będą wypraszać łaski u sióstr, które przecie znane są ze swej nieugiętości w tępieniu kurestwa czyli dupodajstwa. Wszystkich innowierców wysłać należy na wielkie roboty publiczne. Niech pot ich wsiąka w ziemię na której staną przyszłe wielkie Zakłady Ubezpieczeń Społecznych i kościoły. Lśniąca jak pana buty tarcza sprawiedliwości osłoni zdrowe społeczeństwo. Niechaj rośnie w siłę! Ty mój przyjacielu w nienagannie czystych trzewikach przyszedłeś ponadto do mnie – rzekł już tonem mniej uroczystym – by obwieścić mi zapewne ułaskawienie. Grupa sprawująca władzę biorąc pod rozważenie moje niewątpliwe zasługi ku chwale ojczyzny (wszak łupiłem nie tylko swoich ale kiedy nadarzyła się okazja obcych łupić się nie wahałem) powzięła decyzję by w trybie natychmiastowym oczyścić mnie z zarzutów. Przyznane mi zostają najwyższe odznaczenia państwowe i dożywotnia renta podpisana przez odchodzącego premiera.

- Łotrem jesteś waćpan. Jak J.W. Władza ma Ci ułaskawienie dać? Może gdybyś nie okradł siostrzeńca przewodniczącego Narodowej Rady Propagandy i nie kazał dać mu batów na goły zadek, przymknięto by powieki. Może gdybyś choć przekupić chciał któregoś z wysokich urzędników partyjnych…

- O nie mój kochanieńki. Jestem uczciwy w swej nieuczciwości. Przekupstwem rąk swych kalał nie będę. Niech mnie nazwą draniem czy bydlakiem. O to złościł się nie będę. Ale niechaj nikt nie pomyśli, że przekupstwem się param. Co to to nie. A temu chłoptasiowi, kazałem nie tylko baty dać. Widać nie do wszystkiego się przyznał. Nie dziwne to. Ha ha. – ryknął przy tym tubalnie – po tym co doznał od mych kompanów odechce mu się pluć przed ludźmi na chodnik z miną rubaszną. Żebyś widział te jego kaprawe oczka mój kapitanie. Ten jego podwójny podbródek i te ciuchy markowe. Piękny to było uczucie kiedym go po mordzie lał. Powoływał się piskliwie na swego wujaszka. Rozsierdziło mnie to trochę bardziej. Tędy kuksańców kilka dostał.

- Kuksańców? Na bogów! Kazałeś go przywiązać do latarni na golasa z napisem na plecach „Niech żyje nasz wódz :)”.

- Też mi coś. Gorszyło to ludzi? Nie mój kolego. Kilku azjatów zrobiło mu zdjęcia. Kobieta jakaś zemdlała. Ot i wszystko.

- A co z napisem?

- Z napisem? Toż to darmowa reklama naszego duce. Nikt tu obrażać się nie powinien.

Więzień przeciągnął się, ziewnął. Przełożył nogę na drugą nogę. Zaskrzypiała poręcz. Sprężyna brzdęknęła.

- Wiesz po co do ciebie przychodzę. Kazano mi przekazać ci wiadomość. Najprościej rzecz ujmując, jeśli przyznasz się do winy, powiesz gdzieś skarby schował, okażesz skruchę przed wielkim zgromadzeniem, dasz na budowę kościoła i pocałujesz w dłoń arcybiskupa, zostaniesz osadzony na wyspie gdzie żywota dokonasz w spokoju i szczęśliwości.

- Jedna mi już spokój i szczęśliwość obiecała. Ha ha. Szczęśliwość miałem, tego nie przeczę. Spokoju mniej.

- Jaka jest twoja odpowiedź kapitanie?

- Virtus sola homines beatos reddit.

- Tak przekaże.

- Tak przekaż.

Cisza rozlała się po hallu. Przebiegła po pustych celach i nie trafiwszy na interesujące ją miejsca wróciła skąd przyszła.

- Jak to jest, że siedzisz tu tak spokojnie i czekasz co dalej się stanie?

Spytał naczelnik więzienia.

- Jak to jest, że taki kontrast dajesz swym ubiorem w stosunku do otoczenia? – odpowiedział więzień.

- Czemuś mennice napadł? – NW.

- Czemuś córkę spłodził? - W.

- Czemu podatków nie płacisz? – NW.

- Czemu rozporek masz rozsunięty? – rzekł więzień podnosząc się z pryczy. Uśmiechnął się spod wąsa ukazując białe zęby.

- Nic tu po mnie. – odpowiedział naczelnik i zasunął rozporek tak zamaszyście, że zadowolony dźwięk przeleciał radośnie po komnatach, odbił się rykoszetem od ścian i powrócił wieść radosną niosąc.

- Wiele za tobą a jeszcze więcej obok ciebie i nad tobą.

- Odwiedzi cię ktoś niedługo.

- Będę czekał z ucztą. Każ kucharzom za robotę się wsiąść.

- Żegnam.

- Wino takie jak kazałem.

Kratę otworzono, zamknięto. Więzień z nudów a może z innych nie znanych powodów ją recytować, odwróciwszy się uprzednio tyłem do krat:

„Jakiż to chłopiec piękny i młody?
Jaka to obok dziewica?
Brzegami sinej Świtezi wody
Idą przy świetle księżyca…”


Kiedy przebrzmiewały ostatnie słowa zwrotki:

„Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,
Piekielne wzywał potęgi,
Klął się przy świętym księżyca blasku,
Lecz czy dochowa przysięgi?…”

do hallu weszła kolejna osoba. I…jej buty

„Dochowaj, strzelcze, to moja rada:”

zastukały o posadzkę niosąc

„Bo kto przysięgę naruszy,”

echem dźwięki rytmicznych

„Ach, biada jemu, za życia biada!”

drobnych kroczków.

„I biada jego złej duszy”.

W tej chwili więzień odwrócił się i oczom jego ukazała się postać niskiego, niemal łysego, grubego…księdza!!!

- Witaj księże. Czemu to mnie nawiedzasz niczym Gabriel? Zali niesiesz radosną nowinę? A może jak anioł śmierci przyszedłeś dręczyć mnie w tą pogodę piękną?

- Przyszedłem pocieszenie ci nieść synu.

- Nie zwij mnie synem jeśli nie masz dowodów chłopcze i zważ, że między nami tylko krata więc nie zbliż się na krok.

Przez pełną dostojeństwa twarz przeleciał strach. Szybkie spojrzenie na kraty uspokoiły przybysza. Ręce założył na okazałym brzuchu i rzekł:

- Nie unoś się proszę sy…, nie unoś się. Jam tu przyszedł porozmawiać.

- O czym chcesz rozmawiać? – spytał podnosząc brew więzień.

- Wiesz co cię czeka, panie. Jeśli sumienie cię gryzie, jeśli na sercu masz coś co chciałbyś zrzucić opowiadając to osobie zaufanej, jam jest.

- Pierwszy raz cię widzę. Jakże więc mam ci ufać? Wprzód twoja fizjonomia nie budzi we mnie zaufania, po wtóre słowa twe gonią dzielnie fizjonomię jak kundys ropuchę. Zdaniem, nic w zaufaniu ci nie powiem. Jednak porozmawiać możemy, a jakże. Miło mi będzie panie księże.

- Zali naprawdę nic na sumieniu nie masz co byś chciał osobie wyświęconej powiedzieć? Grzechów żadnych? Duszy oczyścić nie chcesz?

- Nic mi twoje wyświęcenie nie daje. Grzech to słowo, którym ubierasz czyny pewne oceniając. Co do duszy, w grzbiet mnie nie drapie, ni pod pachami upija. W pustą gadaninę mnie nie wciągaj. Sam sumienie masz czyste, że moje chcesz sprawdzać?

- Jestem osobą duchowną.

- Żaden to argument i na pytanie moje nie odpowiada.

- Może to być twoja ostatnia okazja panie, by grzechy wyznać. Mi zostało darowane prawo bym je wysłuchał i za mocą bożą w odpuszczeniu pośredniczył.

- Ładnieś to w słowa ujął. Pokaż mi jeno listy uwierzytelniające.

- Wiara na tym polega być bez tego wierzył.

- Prawa sobie do tego czym jest wiara nie zajmuj.

- Widać cię nie przekonam.

- Nie tymi argumentami.

- Cóż. – rzekł duchowny. Podrapał się w ucho. Łypnął jeszcze raz okiem na więźnia. Chusteczką pot wytarł z głowy. – Niech Bóg będzie z tobą, panie.

Milczeniem skomentował to więzień.

- Panie. Rzeknę jeszcze dwa słowa na odchodnym. Mogę…my możemy wstawić się za tobą, panie. Poważanie nasze i wpływy są nie do przecenienia. Dogadajmy się a wolność nawet odzyskać możesz i do łask przywrócony zostaniesz.

- Czego chcesz klecho?

- Powiedz nam gdzie skarby, o których tyle mowy było i jest, schowałeś. Podziel się z nami tą cenną informacją a nie pożałujesz.

- Nic mi po waszym poważaniu i wpływach. Odejdź.

Zamilkł tu ksiądz. Chciał coś powiedzieć jeszcze, usta otworzył. Nic jednak nie rzekł. Cofnął się, odwrócił i szybkim krokiem hall opuścił.

Więzień uśmiechnął się. Odprowadził księdza wzrokiem. Usiadł po turecku na pryczy i zamyślił. Nie minęło trzy minuty, kiedy na oknie usiadł gołąb. Zagruchał, pokręcił się i co bardzo dziwne, wleciał do celi. Więzień wziął go w dłonie. Wyciągnął z pojemnika przy nodze karteczkę, przeczytał, włożył ją do ust i z uśmiechem połknął. Wstał z pryczy, wystawił gołębia za okno i wypuścił. Ten wzbił się w powietrze szybko machając skrzydłami. Więzień długo patrzył za oddalającym się w kierunku morza gołębiem. Uśmiechnął się do siebie i zaczął nucić piosenkę. Jaką? Nie wiem, ale jakiś czas później śpiewano ją po wszystkich portowych spelunach od Maroka po wybrzeża Norwegii.







komentarze
O utworze:

wyświetleń:778
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

hic_est
          lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.