avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


19 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
waikhru
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
25 grudnia 2006, 15:17:00


„Autobiografia dnia dzisiejszego- 13.01.2005”





Od jakiego czasu nie żyję. Ja tylko istnieję. Jestem, bo jestem. Wykonuję minimum tego, czego od człowieka się wymaga: budzę się, idę do szkoły, jem, idę spać. Czasami jeszcze staram się myśleć-, jeśli tak ten stan można nazwać. Właściwszym określeniem byłby umysłowy bełkot. Przedstawia się on jako obrazy sytuacji- możliwe warianty. A potem długo nic… Cisza, pustka, bezstan. Aż w końcu znów moją głowę nachodzi jakaś możliwość. Mam wrażenie, że to wszystko jest wieczne. W najgorszym tego słowa znaczeniu. Czuję się jakbym przez przypadek wsiadł do złego pociągu, który nie chce się zatrzymać. Patrzę na to zza szyby. Na wszystkie widoki, które przesuwają się z szybkością ogólnikową- taką, że widzi się tylko kontury, żadnych szczegółów. Jedynym wyjściem jest wyskoczenie. Wiadomo, czym to się kończy.
Nie potrafię się poskładać, poukładać własnej psychiki. Jestem lustrem rozbitym w piątek trzynastego. W każdym odłamku odbija się jakaś moja cecha, ale wzięte razem tworzą obraz karykaturalny, śmieszny, godny pożałowania, czasami napawający wstrętem. Lustra nie da się skleić. Zawsze zostają rysy.
Świat wokół to film. Tani, nudny- reżyserowany przez „twórcę”, któremu już na początku skończył się pomysł. Na ten film nikt nie kupił biletów, więc oddali je za darmo pierwszym lepszym naiwnym. Tak więc oglądam tę szmirę. Czasami, przypadkowo, reżyserowi uda się rozśmieszyć widza, ale na tyle krótko, aby po chwili zastanawiał się, co w tym było śmiesznego. Każda nowość rodzi coraz większe komplikacje.
25 stycznia minie pół roku od chwili, kiedy ostatni raz byłem szczęśliwy. Szczęście pojmuję jako chwilę, która mogłaby trwać wiecznie. Osoba, która dała mi tę chwilę, jest mordercą mojej radości. Dzień wcześniej rozpoczęła horror, który trwa do dziś. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafię zapomnieć o kimś, kto uczynił mnie najszczęśliwszym, a potem zamienił to w najczarniejsze momenty. Dziękuję temu człowiekowi za to, że mnie zmienił. Zmienił w ciągu miesiąca. Cały mój punkt widzenia. Naruszył fundamenty mojego zdania na każdy temat. Gdybym miał wybierać między cofnięciem się do czasu zanim go spotkałem, a zostaniem tu i teraz z tymi zmianami i bogactwem przeżyć nie wahałbym się nawet sekundę.
Wszyscy wokół zamienili się we wrogów. Najcięższych przeciwników. Przeciwników, z którymi trzeba walczyć o wszystko. Każde ustępstwo niesie za sobą konsekwencje, których nie mam zamiaru ponosić. Drażni mnie w nich wszystko, nawet to, że za bardzo ich kocham. Cóż z tego, skoro moimi łzami zmywają z siebie brudy. Okazji do tego mają bardzo wiele. Każda poważniejsza rozmowa kończy się płaczem; każde wspomnienie, słowo, myśl. Czasami wolę się nie odzywać, bo wiem, że po dwóch zdaniach głos mi się załamie. Siedzę cicho- w duchu nienawidząc. Tylko zastanawiam się, ile można wytrzymać tłumiąc wszystko?
Każda msza to wyzwiska w kierunku Boga. Nienawidzę go za to, że patrzy jak się męczę. W tym wypadku wolałbym, aby zabrał mnie stąd gdziekolwiek, ale jak najdalej. Nie rozumiem, za co mnie karze, a to jest ostatnia rzecz, którą wybaczam. Jeśli cierpię, chcę wiedzieć, za co? To takie dziwne wymagać powodu? Wydaje mi się, że Bóg czerpie z tego przyjemność- gnębić z braku przyczyn.
Nie żałowałbym życia. Gdybym się dowiedział, że mam umrzeć za miesiąc, dziękowałbym za motywację. W dopuszczeniu myśli o samobójstwie przeszkadza mi tchórzostwo. Boję się tego, ponoć jedynego, nieodpuszczalnego grzechu. Każdy mój potencjalny zabójca wyświadczyłby mi przysługę. Na razie nikogo takiego nie znam, więc dopóki go nie znajdę, zostaje mi męczenie się od otwarcia oczu do ich zamknięcia.
Zastanawiałem się kiedyś, co jest największą tragedią w życiu. Teraz już wiem: nie jest to głód, nędza, choroba… Tą rzeczą najgorszą jest brak celu, brak sensu w życiu. Do niczego nie tęsknię, na nic nie czekam, nie widzę żadnego powodu, dla którego trzeba się tu tak męczyć. Życie na złość innym? Już przetestowałem… Jest to i tak za mała kara dla wrogów, a nic, co nie jest dla nich wystarczająco krzywdzące, nie zadowala mnie.
Każdy dzień to stopień. Rok to piętro. Wspinam się po schodach życia. Piętnaście pięter to już ładny widok w dół; coraz bliżej nieba. Przede mną, już za parę schodków, piętro wyższe. Zbliżam się do twarzy Boga, ale kto powiedział, że chcę jej dotknąć, a nawet zobaczyć? Jeśli będzie nadal tak, jak jest, to obawiam się, że jedynym, co będę mógł zrobić, to w nią napluć. Co parę schodków jest wejście. W każdym z nich potykam się o próg nadziei. Czasami wyważam drzwi otwarte. A gdy wstanę z podłogi, widzę tylko wielkie okno, a za jego szybą nic. To jest właśnie najgorsze uczucie. Pomieszczenie wycisza wszystko: krzyki, płacze, przeklinanie… Tłumi je… Dlatego nikt nie wie. Sąsiedzi nie lubią wtrącać się w nie swoje sprawy. Załamany, wpółprzytomny wychodzę znów na klatkę schodową, potykając się z tym samym uporem, o przeklętą nadzieję.



komentarze
avatar defekator
wilknoctisinteria.pl
2006-12-25, 15:54:04:
płynę
jest trochę banałów, ale tekst jak przypuszczam bardzo osobisty więc rozumiem
trafia w samo sedno
--
"Wiara w sens zycia jest jedynie udzialem ludzi plytkich" Witkacy

O utworze:

wyświetleń:888
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

waikhru
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.