avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


11 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
anjo
niewypowiedzialność
opowiadania
dodano:
14 lipca 2004, 15:49:43


Szeregi, szeregi

Martwe pole wypełniał jedynie kolaż drobnego piasku i rudawej ziemi oraz często posiane stare drzewa. Teren był raczej pagórkowaty. Daleko było mu do ukształtowania stepu. Linia horyzontu jasno oddzielała szare niebo od startych gór skalistych, których zarysy widzieć można było w oddali. Były przesiąknięte mgłą, podobnie jak przesączony traumą jest chaos niemalże mechanicznych zachowań społeczeństwa. Lukratywny, zatruty nektar w spółce z uniżonymi bogami i frytkami prostymi. Widok raczej śmieszny w kontraście z tymi powiedzmy wielkimi ideami transcendentalnego, ezoterycznego, wyszydzonego salonu, na którego niematerialnych ścianach, nie osadza się para wodna. Dystynkt jak i instynkt, a wszystko w jednej uwięzionej masie. W dodatku omamionej wygodami i nadętą śmiałością. Na gwiazdy patrzymy oczyma, jakże zamkniętymi w niepewności mgły, czy blasków. Rozchwiani w zależności od ochoty dualistycznej energii tego świata. Marna jest nasza poziomnica, ślepa na wszystko inne od tego, czym się chwalimy. Wierzymy jednak, że nasza wiara nie jest fanatyczna. W stanie błogiej egzaltacji łykamy te wszystkie ampułki, jakie wkładają nam do ust chirurdzy tego świata, myśląc nieustannie, że nasze sformułowanie prawdy jest wyjątkowe, wyróżniające się. Cóż, nad nami świeci tylko jeden księżyc.
Na piasku jak i ziemi widoczne były jasne ślady ludzkich stóp. Kraina nie była bezludna, ba miała się ponoć w przyszłości ugiąć pod naporem człowieczej przegadanej urbanizacji. Teraz jednak pozostało jeszcze wiele cichych, zacienionych oaz. Były to swojego rodzaju apartamenty, rzadko możliwych do spostrzeżenia ludzkim okiem zwierząt.
Przez źdźbła pożółkłej trawy przebijał się niewielki skorpion. Unikając Słońca obrał zacienioną drogę. Swoje kroki kierował do bezpiecznej jamy w korze drzewa, aby móc skosztować tam zatruty wcześniej pokarm.
Zabawne, jak człowiek jednym wiotkim świstkiem papieru przypisuje sobie władzę nad takimi miejscami. Jeden nieczytelny ruch wiecznego pióra i oto proszę: hektary ziemi wraz ze wszystkimi jej ukrytymi tajemnicami wpadają w dwie śmiertelne ręce. Dodajmy do tego hałdę szczytnych intencji, wyniesionych z kopalni brudnych uśmiechów, a uzyskamy postać medialnego pana od interesów. Bez różnicy czy nazwiemy go spoconym megalomanem, czy raczej autorem cyrografu z fiskalnym kłamstwem.
Są jednak chwile gdy idąc swoim wysokim krokiem przez miasto wasalów, z lekko zwilżonym, postawnym czołem czują się nieswojo. Ciężko zindywidualizować przyczynę takich nastrojów, bo przecież nieużywany narząd w szybkim tempie marnieje. Cóż, to może to powietrze nie klimatyzowane tak działa. Wiatr jest bowiem czymś nie uroczyście efemerycznym. Nigdy go nie zatrzymasz, przy czym jest ciągle tym samym wiatrem, który wiedział i słyszał to, czego dostrzec i usłyszeć nie mogą inni. Ma niezwykłą moc: może się złamać, może cię wznieść wysoko ponad wszystko, nawet ponad salony, gdzie odkłada się para wodna . Jest tak stary, jak czas. Wie o naszych zachowaniach wszystko i zna wiele tajemnic. Istnieją chwile, gdy zwykły zbieg okoliczności zbliża nas do ukrytych znaczeń. Jeśli nauczysz się słuchać wiatru i rozmawiać z nim zrozumiesz jego istotę, jeśli nie nadal będzie dla ciebie tylko wiatrem.
Poprzedniej nocy księżyc wszedł w ostatnią kwadrę. Prawą połowę tarczy pożarła złudna nicość. Poprzedniej nocy tracił resztki swojej chudej masy. Jego przeobrażenie można porównać do cichej, nastrojowej muzyki, która wypełnia tło świata będąc zupełnie niezauważalną. Dopiero gdy kompletnie zanika, wydaje z siebie głośny krzyk, jakby nie dowierzając, że nikt do tej pory jej nie słuchał. O dziwo ostatnie części zawsze budzą największe zainteresowanie. Mimo wszystko niewielu potrafi wystukać jej rytm, a nucących eksodus rodzi się co nie miara. Cóż, śmierć jest najlepszą reklamą. Przepocony już znacznie garnitur, mokra chustka, głowa pęka w szwach od przypuszczeń. Dlaczego nie wieje teraz ten cholerny wiatr? – myśli.
Poprzedniej nocy zacierały się granice. Ściana księżyca praktycznie już nie przeszkadzała jasnym kwazarom w przebiciu się na pierwszy plan. Wszystko to działo się w godzinach między 0:34 a 3:29, kiedy to skorpion odpoczywał po mięsnej wieczerzy. Zmarły niedawno dzień niewątpliwie nie był lekki. Skorpion otumaniony głodem zapuścił się bowiem w rejony niebezpieczne, jemu nieprzychylne. Podążał niepewnym gruntem, na którym posiane były ziarna pszenicy, uprawy spontanicznego rolnika. Ów chłop nosił duży, czarny kapelusz, który wymienił pewnej nocy w zamian za ziemiańskie, nierówno szyte buty. Właśnie jego obawiał się skorpion. Bliżej, czuł respekt przed jego widłami domowej roboty. Los jednak ocalił skorpiona od porażki. Szczęśliwie napotkał młode, ślepe pisklę, które w wyniku mocnego powiewu pasatu wypadło z gniazda. Zbliżył się do niego i zatrzymał kroki na dłuższą chwilę, zupełnie jak gdyby chciał zapytać:
– Część stary co tam u ciebie słychać? Widzę, że ci się nie powiodło. Pewnie nie jesteś w pierwszorzędnym nastroju?
Gdy zdezorientowane pisklę zacznie tłumaczyć, skorpion zmarszczy lekko swoją niewyraźną głowę. Na koniec powie szybko:
– Cholernie mi przykro, nawet cię lubię, ale nic na to nie poradzę, że jestem skorpionem.
Pisklę oczywiście nie zrozumie. Za moment poczuje ukłucie nieopodal strzemiączka i zamknie ślepe oczy. Skorpion ułoży pisklę na swoim grzbiecie i czym prędzej ruszy w drogę szukając spojrzeniem czarnego kapelusza, wybierze zacienioną ścieżkę. Nadejdzie wreszcie poprzednia noc. Człowiek zdejmie ubrania i położy się w swoich kołdrach, gdzie w krzywym śnie będzie włóczęgą, pozostawionym samemu sobie, jedynie z tobołkiem niewyraźnych doświadczeń. Czas płynie, wpada w wir. Spływa.

Ostre światło obudziło dzień, napędzając go tak by był wciąż intensywniejszy. Nie zabrzmiały radosne tony rodzącego się poranka. Sceneria była mocno przesycona gorącym, parnym powietrzem. Tumany gęstego kurzu zalewały martwą dolinę. Od strony zachodniej nadciągały razowym krokiem szeregi ludzi. Można ich było porównać do plagi, która przeszywa aż do korzeni rozległe tereny, zostawiając je naznaczone znamieniem swoich butów. Ciemnej pasteli, zmieniającej kompletnie spojrzenie na obraz całej krainy. Oddział kroczył w idealnie wyrównanym szyku. Ludzie w swoim jednostajnym oddechu sprawiali wrażenie marnych pionków na polach szachownicy. Figur, które mają tylko jedno wyjście – poruszać się do przodu. W ich szeregach pleniła się czarna epidemia zabójczej dla neuronu choroby. Stan krytyczny następował gdy z żadnej strony nie było już pól z figurami jakiegokolwiek koloru. Tylko wiatr ma siłę bycia samotnym. Lotem sokoła kraina przypominała teraz las ściętych do niskich rozmiarów łysych drzew. Każde z nich miało swoją wyjątkową liczbę słoi, każde było osobliwie kruche. Rysy kory nigdy nie biegły tak samo. Podobny pozostał skaz monotonnych westchnień.
O poranku skorpion obudził się i przeszedł kilka niezdarnych metrów. Pewnie nie czuł wiele będąc zrównywanym z rudym gruntem mocą zakurzonych butów. W ostatnim tchnieniu był gwoździem, który niedbale wbijany w piach wykrzywia się. Umarł syty i wypoczęty. Marna śmierć jak na szczęściarza.
Nieubłaganie centymetry stawały się metrami, sekundy wypełniały kolejne minuty. Drzewa rzucały krótkie cienie na coraz to nowsze pola. Bezbronnie nieruchome, szybko pozostawały w tyle. W oddali można było spostrzec szare chmury dymu unoszące się nad niewielkim gospodarstwem. Tłum jednak szedł dalej. Nikt nawet na moment nie odwracał się za siebie. Ciężko było dostrzec jakikolwiek szczegół wyglądu tej pędzącej masy. Uniemożliwiał to coraz gęstszy kurz, który kłębił się od podłoża i stopniowo przedostawał wyżej. Powoli zaczynały się w nim topić piszczele i uda idealnego wciąż szyku. Nie odniosłem jednak wrażenia, żeby kogoś to raziło. Co więcej, ludzie nie zwracali na to najmniejszej uwagi. Krok dalej był wyrównany, jednolity i stały.
Płynęły kolejne godziny. Ludzie mijali kolejne pastwiska, łąki i pola. Poziom kurzu nadal się podnosił. W dalszym ciągu nic nie ulegało zmianie.
Tłum maszerował w ciszy. Ludzie nie prowadzili między sobą rozmów. Poza kilkoma komendami narzucanymi z pierwszych szeregów nie można było usłyszeć żadnych ludzkich odgłosów. Rozkazy były krótkie i dosłowne. Najczęściej odnosiły się do kierunku dalszej drogi. Inne komunikaty mówiły o ludziach, którzy odłączyli się od szeregu. Po wymienieniu ich nazwisk, tłum gderliwie i z przesadą je wyśmiewał. Czas odmierza się.
Nagle kilka osób spośród ogółu stanęło w miejscu. W ich głowach pojawiła się myśl ubrana w nieznane dotąd słowa, a stopy poczuły się nienaturalnie wolne od kajdan przymusu. Na kilka sekund przestał liczyć się bełkotliwy szum mechanicznych nawyków. Odmieńców dziwiła satysfakcja, jaką dała im ta chwila olśnienia. Odkryli nieznane dotąd uczucie. Było niesamowicie nowe, inne od wszystkiego, co znali do tej pory. Powoli i ostrożnie otworzyli oczy. Spostrzegli tłum, w którym się znajdowali. Wszyscy pozostali towarzysze mieli spuszczone w dół powieki. Ślepo brnęli wciąż przed siebie. Tonęli w kurzu, który sami wytworzyli.
- Ludzie gdzie wy zmierzacie? Nie widzicie nic poza powierzchownym obrazem swoich sekund. Wy... wy... wy pełzacie tylko z nawyku! Budujcie swoje zaprzeczenia, zanim wszyscy spadniemy niżej! - krzyczał olśniony, następnie spojrzał na swoje ręce. – Ja żyłem tylko z nawyku!!
Za moment uśpione społeczeństwo zmiażdży jego kręgi. Krzyk nagle ustanie. Jego nazwisko zostanie wyszydzone. Czas, zakrztusi się coraz gęstszym kurzem.
Krok za krokiem, ludzka erozja.
Minie jeszcze wiele godzin, które mogłyby być latami. Spłyną stulecia, wieki. Skończą się kolejne epoki. Szereg dalej będzie pędził do przodu. Kurz dosięgnie chmur, gdy brudne buty przodowników stracą grunt pod nogami. Następnie zgodnie z kolejnością spadać będą kolejne rzędy. Może to i lepiej, że nie otworzyli źrenic na prawdę. Na szczere oblicze, którym kołysze wiatr, księżyc i czas. Widok, który by zastali teraz pewnie wybieliłby ich siatkówki. Czas znał tę przepaść od początku. Upadek będzie trwał do końca.

Mężczyzna obudził się. Wstał, założył garnitur, wypił kawę i ruszył dalej przed siebie. Dojechał samochodem do pracy, zaparkował. Dzień dobry, dzień dobry. Usiadł w swoim gabinecie, przeciągnął się niezgrabnie. Głos sekretarki oznajmił, że właśnie przybył ważny klient firmy i oczekuje na przyjęcie. Mężczyzna poprawił włosy, następnie oznajmił, że jest gotowy. Gość wszedł do gabinetu. Był rosłej postury, a jego głowa zwieńczona była czarnym kapeluszem. Pewna migawka, zarys wcześniejszego wydarzenia, coś przypomniało się siedzącemu mężczyźnie. W żaden sposób nie był w stanie określić co. Otrząsnął się i przeprosił za zwłokę.
Dźwięki spokojnej muzyki były tak blisko. Mężczyzna przepuścił przez niszczarkę rytm świata i wrócił do szeregu.
Zabawne, że przyczyna jest w tobie, niczym nie ułożone puzzle.
Co mówią twoje myśli?



















komentarze
~...Alicja...
keerao2.pl
2004-07-21, 00:08:35:
go��
chcę zdezerterować !!! bardzo głębokie, ale konieczna w tle cisza :):P     poza tym Twój styl, metafory, język (..) powalają dojżałością i mądrością. wróżę wiele po raz kolejny

~...Alicja...
keerao2.pl
2004-08-28, 11:49:29:
go��
"dojrzałość", wybacz dyskortografik nieoficjalny ze mnie :P:P

O utworze:

wyświetleń:1440
komentarzy:2


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

anjo
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.