avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


27 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
anjo
niewypowiedzialność
opowiadania
dodano:
17 maja 2004, 19:56:44


Czyste odciski

Czysta woda zamknęła swój kształt w mocnych szybkach ćwierć litrowej szklanki. Idealnie przeźroczysta odkrywała każdą najmniejszą kroplę. Była bezbłędnie nieruchoma. Bezwonna budowała kruchą przestrzeń. Obce były jej uniesienia, po prostu była, niczym niewzruszona. Czysta, niewinna, skazana na pastwę czasu. Czas był cichy, gdy na niego patrzyłem. Spokój wody był szumem w środkowych partiach. Szum był filtrem, jaki nakłada nam krucha przestrzeń na egzystencje spokoju. Cięższe od powietrza, drobne nitki osadu lizały szklane dno. Przytłoczone siłą krystalicznej przestrzeni, zastygłe jak organella w cytoplazmie, niezdolne do zmiany czytelnej formy. Chyliłem głowę przed ów zwykłą szklanką, w której mieściła się woda ze źródła Sokołów. Mawiali, że każdy toast z tego zlewiska jest niepowtarzalny. Kwadratowy stolik, na którym stała był nakryty nowym, purpurowym obrusem. Uważałem by nie zabrudzić go swoją marnością. Patrząc przez perspektywę wody przymrużyłem jedno oko. Ostrożnie rozpoznawałem zdeformowane kształty, abstrakcyjnych, teraz wyjątkowych przedmiotów. Krzesło, które stało nieopodal zdawało się być skomplikowanym kodem kreskowym, szafka natomiast przypominała ciemną, lekko zaokrągloną masę. W wodzie dało się zauważyć pojedyncze, zniewolone pęcherzyki powietrza. Dmuchałem w ich stronę, jednak bez żadnego rezultatu. Idealnie czysta konstrukcja pozostawała nie wzruszona. Postanowiłem zostawić na niej to, co miałem unikalnego. Naznaczyłem na szklance odciski moich palców. Powoli podniosłem się z klęczek. Czułem się bardzo nieswojo. Przejrzystość myśli była mi przecież tak obca.
Poczyniłem kilka kroków w nieokreśloną stronę. Być może nawet chciałem wyjrzeć przez okno. Jednak wrzaskliwa pogoda odpędziła mnie od tego czynu. Nie mogąc znaleźć sobie miejsca, usiadłem niestarannie na beżowej sofie. W głowie miałem ogromny mętlik. Jakże w czystości może się zawierać tak wiele? Jak zwykła kropla może być niepowtarzalna? Krucha, mokra, kusząca szumem przestrzeń. Niezdarnym susem zmieniłem pozycje tak by odciążyć prawy bark. Zabawne, miałem przez moment wrażenie, że to tam gnieżdżą się wszystkie te moje niepowodzenia. Z resztą nie będę się teraz nad sobą kłaniał. Wyjąłem z kieszeni granatową fiolkę. Przez chwilę starałem się patrzeć na nią pryzmatem szklanki. Kończąc kwaśnym uśmiechem, otworzyłem lekko wklęsłe wieko. Zanim jednak zabrałem się do obejrzenia dziś rano zakupionej tabletki, włączyłem płytę z najbardziej sentymentalnymi piosenkami mojego życia. Z każdym dźwiękiem wiązała się osobliwa historia wzlotów i upadków Janusza Berga. Brzmienie nie było czyste, lecz mocno zniekształcone. Sam już nie wiem czy moim nastrojem, czy raczej jakością kompilacji. Wydanie było równie stare, jak moje łamliwe kości. Porysowane, jak linia życia, która nigdy nie była prosta. Patrząc teraz na te znaki ukryte na wewnętrznej stronie lewej dłoni, ponownie zwróciłem uwagę na buteleczkę w kształcie walca, z naderwanym otworem. Przysunąłem ją ostrożnie do nozdrzy. Zbadałem zapach. Był zwyczajny, coś jak woń gipsu medycznego, tuż do założeniu. Do takich zapachów przywykłem, bowiem od długiego już czasu każdy korytarz mojej pamięci prowadził przez bolesne kuracje wspomnień, tak by zniekształcić je i ubarwić na pozytywny czas. Nieświeżymi dłońmi wyrywałem przeszłe dni, wklejając na puste miejsce obraz tęsknot za wymarzonym życiem. Świadomie okłamywałem swoje ego, byłem strażakiem, który zbiera z jezdni kałuże benzyny i krwi po śmiertelnym wypadku specjalnym odkurzaczem. Życie nauczyło mnie tylko i wyłącznie cierpienia. Zawsze było zlepkiem marnych uśmiechów i górą rozczarowań. Los pokazał mi jedynie, jak być wyrafinowanym dupkiem, z garścią brudnych banknotów w gębie. Tak bardzo nienawidziłem siebie. We własnych oczach byłem przeszłością, którą trzeba wymazać. Skreślić na zawsze, przepuścić przez niszczarkę, a następnie podpalić kosz. Byłem wrogiem człowieka, jakim się stałem. Zarówno przeszłości swego prawdziwego ego, jak i plugawych kłamstw straconej duszy. Jak szczur wyczekiwałem na moment uśpienia i wtedy zmieniałem karty moich dziejów. W moich żyłach płynie proch, najwyższej jakości, ze snycerską precyzją wyrzeźbiony fałszywą myślą. Tylko ląd pozostał jeszcze suchy. Czym byłbym ja, w świetle czystości? Jak wyglądałaby moja dusza w pryzmacie źródła Sokołów?
Zapaliłem cygaro. W słabo oświetlonym pokoju żarzyło się ciemnym płomieniem. Wstałem z sofy i depcząc włosowate włókna szorstkiego dywanu skierowałem kroki w kierunku szafki. Zmontowana z hebanowego drewna gryzła się kolorystyką z bukowym oknem. Wyjąłem ze środkowej szuflady jednorazowe rękawiczki. Rzecz jasna nałożyłem je na dłonie. Kilka razy zgiąłem palce, by przyzwyczaić się do materiału z białej gumy. Rzuciłem kilka badawczych spojrzeń na nieostrą okolicę, która ciągnęła się za mokrą szybą. Szybko jednak znudził mnie ten kwaśny widok setek identycznych niechlujnych, szarych bloków. W dodatku osaczonych chimeryczną chmurą. Przysłoniłem żaluzje. Niepowtarzalność chciałem mieć tylko dla siebie. Odłożyłem cygaro i wyjąłem białą, okrągłą tabletkę z fiolki. Lek był dość kruchym, nietrwałym ciałem. Znałem tylko jedno miejsce, gdzie powinien się znaleźć. Ruszyłem podekscytowany ku pomnikowi terytorium czystości. Przysiadłem na klęczkach przy kwadratowym stoliku. Zacząłem badać miękkość purpurowego obrusu dłońmi skrytymi w rękawiczkach. Tabletkę położyłem tuż przy szklance. Teraz mogłem czuć się naturalnie. Byłem, jak stary, zaprzyjaźniony wróg. Jeszcze raz przyjrzałem się kroplom czystej wody. Z biegiem czasu ekscytowały mnie bowiem jeszcze bardziej. Czułem się teraz, jak jeden z nielicznych pęcherzyków powietrza, zatrzymanych w środkowych partiach. Niezdolny do ruchu, zastygły w spojrzeniu, w kajdanach szeptów, szumnej tonacji. Po kilku chwilach rozprostowałem palce. Podniosłem tabletkę, która dla mnie warzyła, więcej niż marne 21 gramów. Naprężoną rękę uniosłem ponad poziom czoła. Rozluźniłem uchwyt.
Tabletka silnym pędem uderzyła krawędzią o łuk szklanki i wpadła do środka. Woda momentalnie zaczęła mętnieć. Unikalna moc leku wprawiała ją w coraz to nowsze zawirowania. W purpurowy obrus zaczęły wsiąkać wypchnięte krople. Burzliwe wiatry wstępowały gwałtownie w czystość. Drobiny poparzonych cząsteczek wyskakiwały ponad powierzchnię wody. Stateczny obraz został definitywnie zmącony. Pęcherze powietrza zyskały teraz tysiące nowych braci. Dynamiczna rebelia ogarnęła całą twierdzę. Czułem się dumny jako wykonawca i jednocześnie świadek tej zmiany. Przecież była to moja własna część Sokołowa i mogłem jej nadać wyraz własnych liter. Przejrzysta przestrzeń zamieniła się w warstwową powłokę, przez którą ciężko było przebić wzrok. Cząstki powietrza przesypywały się w cieczy, jak piasek w klepsydrze. Czas był teraz dzwonem, który razowo liczył sekundy. Przeobrażenie pomału chyliło się ku końcowi. W nozdrzach cały czas miałem zapach wywaru, który powstał z niewinnej czystości, tylko i wyłącznie dla mnie. Człowieka, który nigdy nie poruszał się po klarownych alejach życia. Wywar miał woń mojego losu. Długą, niejednolitą i cuchnącą. Tylko tutaj w zamknięciu nie musiałem się tego wstydzić. To ja byłem bohaterem tego przedstawienia. Szybkim ruchem podniosłem szklankę do góry. Linia mojego życia nigdy nie była prosta. Jednym toastem wypiłem całą zawartość. Patrzyłem wtedy na wyraźne, unikalne piętno odcisków moich palców. Przy ostatnich kroplach przypominały nowo odkrytą skamieniałość. Ziarnka klepsydry odmierzyły się. Ostatni kawałek na płycie nazywał się „Cisza”. Kończył się głośnym upadkiem i dźwiękiem tłuczonego szkła.

Pryzmat źródła Sokołów nadal pozostał niewzruszony. Nieprzemijalnie czysty, jawił wciąż wiele tajemnic, które krzyczały, gdzieś w kraterach na dnie. Relatywność czasu potrafi czynić odstęp sekundy prehistorią. Od woli zależy to, co uczynisz ze swoją idealnie, czystą szklanką wody ze źródła Sokołów.


komentarze
~...Alicja...
2004-05-17, 23:10:29:
go��
.... baaaaaardzo mi się podoba maj gad, sssuuuper... motyw sokoła :P:P:P:P

O utworze:

wyświetleń:1399
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

anjo
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.