avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


17 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Wuren
Elektryczny pastuch
opowiadania
dodano:
4 lipca 2006, 20:57:54


Dziadyga

Prolog

Wszystko by się udało, gdyby nie ten, niech go diabli, dziadyga. Ale zacznę od początku.

Miastowy. Część I

Siedzieliśmy z Żyłą i Lewym przed delikatesami, co to je przerobili z Klubu Rolnika i normalnie, piliśmy tanie wino, kulturalnie, z plastikowych kubeczków. Niby nic się nie działo, ale zdziwiło nas nowiuśkie audi, które to zajechało do wsi pierwszy raz.
Żyła się wnerwił i zaraz, bo był w gorącej wodzie kąpany, powiedział:
- Może mu rozpieprzyć szyby?
- Nie, bo się po sądach skończy, jak z tamtą vectrą, lepiej go wynorać w gnoju – odpo­wie­działem, a Żyła zarechotał.
Lewy nie reagował. Ktoś mógłby pomyśleć, że nie żył, ale on zawsze, jak sobie trochę wypił, to drzemał, szczególnie, gdy słoneczko przygrzewało.
- Póła, skocz po szpadel – zawyrokował Żyła. Póła czyli ja – tak mnie po wsi wołali, a to trochę od nazwiska, trochę od hobby. Można mieć na hobby pomidorówkę, można i połówkę.
Wcale mi się nie chciało iść po szpadel, poza tym we flaszce była jeszcze spora ilość i zanim bym wrócił, to by sami osuszyli.
- Sam se idź – mruknąłem w niebo, dłubiąc zapałką w dziurze w zębie, a po głowie zaczęły mi chodzić różne pomysły.
- Słuchajcie, a może mu ten wózek podprowadzić? Zawiezło by się go do Trześcianki, tam nawet nieźle płacą za części – podsunąłem pomysł.
- Eeeeeee – podsumował Żyła, po czym nabrał w garść błota i bryzgnął nim na lśniący bok samochodu. Zaczęliśmy pokładać się ze śmiechu.

Robota. Część I

O sklep opierał się zwalony słup telefoniczny, na którym różni przyczepiali ogłoszenia, przeważnie o pożyczkach albo o dyskotekach. Na pierwsze nie miałem szans, na drugie ochoty, to i rzadko czytałem te papiery, ale tym razem coś mnie tknęło. „Firma z Białowieży zatrudni przy porządkowaniu terenu. Możliwość przedłużenia umowy na stałe” – wydukałem i szybko zerwałem kartkę, co by się inne chłopy nie zwiedzieli.
Poszedłem do chałupy, pokazałem mojej tę kartkę i zaraz zadzwoniłem, bo co jak co, ale komórki to u nas mają wszystkie. Ja mam taką super, płaską jak siksa, z maciupernymi klawiszami, że jak chcę dzwonić, to albo stara mi wybija numer, albo zapałką muszę wduszać. Tym razem stara wykręciła i oddała mi słuchawkę.
Jakaś lala powiedziała, żebym wziął dowód i zgłosił się w sobotę koło krzyża, na pegieerowe pole, co leży za nim odłogiem. Nie chciała tylko powiedzieć, na ile tej roboty i ile będą płacić, ale i tak poszedłem do sklepu, wziąłem flaszkę na konto tej fuchy i poszedłem do Żyły opić dobre wieści.

Miastowy. Część II

Wedle krzyża stały chyba wszystkie chłopy ze wsi. Widać, co czytali ogłoszenie zanim je zdarłem. A żaden się nie pochwalił, gnidy.
Czekaliśmy tak do obiadu, aż większość sobie odpuściła i poszła klnąc, na czym świat stoi. Zajęliśmy się kolejną flaszką, aż w końcu podjechało czarne audi – to samo, co to je Żyła błotem obryzgał i wysiadł z niego jakiś szczyl w gajerze. Wyglądał kropka w kropkę jak ten gość, co w telewizji reklamuje jakiś proszek albo pastę, nie pamiętam dokładnie.
Powiedział:
- Panowie, trzeba oczyścić cały teren zabudowań PGR-u, rozebrać ruiny, posortować wszystko – część na śmieci, a to co się da, na sprzedaż i przekopać cały grunt na pół metra głęboko. Płacę pięć tysięcy za całą robotę, nie interesuje mnie, ilu was będzie pracować, ważne żeby do końca miesiąca był porządek.

Do końca miesiąca zostały trzy tygodnie, nas tu pozostało czterech chętnych, roboty to był huk, ale kasa też kusząca. To wyjdzie po półtora tysiąca czy jakoś tak.

Robota. Część II

Ze Śledziem to nie była robota. Wszystko go bolało, schylać się nie mógł i po dwóch godzinach zrezygnował. Zostaliśmy we trzech – Żyła, Lewy i ja. Minął tydzień. Jakoś nam szło, budynki się sypały, to i łatwo się rozbierało. Kupa cegieł rosła, kupa śmieci jeszcze szybciej. Zaczynaliśmy dobierać się do gruntu. Wtedy Lewy wyciągnął z ziemi jakieś żelastwo.

Robota. Część III

Wyglądało toto jak resor od stara, taki krzywy płaskownik, tylko z dziurami. W jednej jeszcze był gwóźdź, jakiś dziwny, gruby i krótki, i w ogóle jakby ręcznie robiony.
- To coś starego – zawyrokował Lewy.
- A może miastowy chce tu jakiś skarb wykopać? – spytałem. Zarechotali, ale zaraz potem zamilkli.
- Bo po co kazał nam grunt kopać na pół metra pod podłogę?
‑ No, może masz rację – powiedział Żyła.
- To jak, damy mu nasz skarb zabrać? – dodałem.
- Nigdy w życiu! Sami weźmiemy!

W ten sposób skarb, którego nie było, zajął nasze umysły. Niestety, miastowy co rusz przychodził patrzeć, jak nam idzie robota.

Plan. Część I

- Trzeba go wykurzyć – wpadł na genialny pomysł Lewy – ale tak, żeby uciekł na dobre!
- Ino jak? – dopytał Żyła.
- Wygląda na strachliwego, wszystkie miastowe się boją byle gówna – podpowiedziałem.
- Mówią, że tu kiedyś był cmentarz, może się duchów zlęknie?

Tak to się zaczęło.

Robota. Część IV

Kopaliśmy, przewracali ziemię i nic, ani śladu skarbu. Za to Lewy wyciągnął kilka kości – widać, że to krowie gnaty, ale miastowemu wmówiliśmy, że to niby z tego cmentarza. Kazał zanieść księdzu i pochować.

Miastowy. Część III

Wytargałem następną kość, a była fest, na ramię długa, żółta i jakby po wierzchu zardzewiała i pokazałem miastowemu. Przeżegnałem się, żeby lepiej wyszło. Jakoś tak dziwnie spojrzał, nic nie powiedział, tylko wsiadł do swojego czarnego audi i tyle go widzieliśmy. Wrócił dopiero po dwóch dniach, w dodatku z jakimś menelem, który chyba pił tylko borygo i nie zmieniał ubrań od drugiej wojny.

Plan. Część II

Kręciliśmy się po robocie po rozkopanym polu na zmianę, żeby ciągle ktoś tam pilnował. Na szczęście było pełno cegieł, rozwalona szafa, cała góra innego śmiecia, więc było gdzie się schować i ani miastowy, ani ten, niech go piorun, dziadyga, nikogo nie zauważyli. A jak się pojawiali, to zaraz ktoś z nas pohukiwał, jęczał przez starą rurę od kurierka, rzucał kamykami i takie tam. A pod sklepikiem, jak pociągnęliśmy zdrowo, to rozpowiadaliśmy, że miastowy naruszył stary cmentarz i teraz straszy.
Dziadyga chodził, wiecznie pijany i śmierdzący, po całym pegieerze, coś tam polewał wodą święconą, mamrotał i waniał na kilometr.

Robota. Część V

Z ziemi wyciągnęliśmy tylko ruski hełm, co wyglądał jak bufor pani Krysi ze sklepiku i kilkanaście sztuk naboi do erkaemu. Trzeba widać kopać głębiej, ale miastowy kazał tylko na pół metra i już zaczął się dziwić, co nam tak ta robota wolno idzie i czemu kopiemy tak głęboko, i jeszcze żeby nie głębiej, bo na pewno ten cmentarz odkryjemy. A jak powiedział, że na przyszły tydzień zamówi wywrotkę i załadujemy cały ten myst, to wiedzieliśmy, że trzeba działać szybko.


Plan. Część III

Pod koniec tygodnia było wszystko ustawione. Karbid załatwił Lewy, świece dymne przywiózł Żyła z bazarku, od ruskich. Podobno każda innego koloru. Ja zrobiłem najtrudniejsze – na kawałku stargo papieru pakowego wypisałem najpiękniej jak umiałem: „ZOSTAW NAS BO ZGINIESZ”, wpakowałem ten papier na chwilkę do gnojówki, potem wsadziłem do piekarnika, aż się zbrunacił z lewej strony, tam gdzie dotykał ścianek. Stara mnie potem przez tydzień pytała, co tak śmierdzi i czy po pijaku nie załatwiłem się gdzieś pod łóżko, czy coś. Zakopałem potem ten papier dokładnie po środku pegieeru, a żeby się nie pomyliło, zaznaczyłem miejsce czerwonym kamieniem. Żyła z Lewym zrobili pirotechnikę, wszystko porządnie, na druciki i na bateryjki.
Według planu miało być tak: pod koniec dnia Lewy miał zawołać miastowego, że niby coś się dzieje i dym wylatuje spod ziemi. Jak już miastowy przyjedzie, to miałem powiedzieć, że Żyła coś se zrobił w rękę i dlatego dziś nie kopie i przeżegnać się przy tym trzy razy i splunąć przez ramię, mamrocząc coś o klątwie. W tym czasie Żyła schowany pod szafą miał wypuścić trochę dymu z jed­nej świecy zasypanej kupą cegieł. No a ja z Lewym niby mieliśmy się zestrachać i szybciej kopać. Oczywiście przypadkiem Lewy miał wykopać ten zakopany papier. Potem, jak już miastowy go przeczyta, wszystko miało pierdyknąć za sprawą karbidu, a żeby nie było widać za wiele, Żyła miał odpalić pozostałe świece dymne i powyć trochę przez rurę.
Nie przewidzieliśmy, niestety, dziadygi.


Robota. Plan. Miastowy

Miastowy przyjechał, popatrzył na dym, podszedł do swojego audi, otworzył drzwiczki z tyłu i wypuścił dziadygę. Zaśmierdziało tak, że nawet karbid zagłuszyło. Potem dziadzisko wyjęło z bagażnika potężny wór, kanisterek na benzynę, nieduży, na pięć litrów, cały oblepiony czymś podejrzanie brunatnym, dwa reflektory na stojakach i jakąś dziwaczną maszynę, przypominającą silnik od zetora.
Ustawił reflektory po bokach, podłączył kablami wyciągniętymi z wora do tej maszyny, zaciągnął sznurek, taki sam, jak od silnika od motorówek, co po zalewie pływają i maszyneria zacharczała, pokrztusiła się i ruszyła. Zrobiło się jasno, jak w samo południe. Dziadyga chwycił za baniak, otworzył korek i polał, sądząc po zapachu benzyną, po całym terenie, szczególnie dużo na kupę cegieł, szafę, pod którą siedział Żyła i dokładnie po środku ruin, w miejscu, gdzie zakopałem papier. Podszedł do mnie i zapytał:
- Masz ognia?
Zaparło mnie i podałem mu zapałki.

Jak walnęło, to aż ogłuchłem na chwilę. Cegły rozrzuciło na kilka metrów, spod szafy wyskoczył Żyła, wrzeszcząc w niebogłosy i próbując zgasić prawy rękaw, bo mu się zajął, Lewy zbladł i zamarł z rozdziawioną gębą, a ja przeżegnałem się na serio.

Po chwili płomienie zgasły, Żyła przestał wrzeszczeć, a dziadyga podszedł do miastowego, który wyglądał, jakby narobił w ten swój gajerek.
- Mówiłem, że jak załatwię sprawę, to żaden duch się nie ostanie – powiedział czkając i wyciągnął do miastowego znacząco otwartą rękę:
- Pięć tysięcy, wedle umowy!

Miastowy, nadal oniemiały, wyjął portfel, odliczył banknoty i dał dziadowi.

Staliśmy, jak te kołki. W końcu miastowy powiedział:
- Panowie, posprzątać ten cały bajzel, natychmiast! Straciłem przez was pięć tysięcy, więc jak do rana nie będzie tu idealnie czysto, nie zobaczycie żadnej kasy.

Odwrócił się, otworzył drzwiczki przed dziadygą, wsiadł do samochodu i odjechali.


Epilog

Mówili potem po wsi, że ten dziadyga to jakiś egzorcydywista, czy jakoś tak.
I że wołają na niego Jakub.


Inowrocław, 30 kwietnia 2006



komentarze
avatar sal0me
izabela876poczta.onet.pl
2006-07-05, 22:03:09:
uplifter
^^ swietne ^^
--
this is where i'm meant to be

~motyl
2006-08-10, 15:37:14:
go��
czyta się książkowo,fajne!daj jeszcze,pozdr

O utworze:

wyświetleń:911
komentarzy:2


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Wuren
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.