avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


16 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
krem z kury
dobra pani
opowiadania
dodano:
25 czerwca 2006, 20:57:19


pies

- Pani wpuści? Ulotki roznosimy. Ważna informacja dla mieszkańców.

Odległość od ściany do ściany, licząc po przekątnej, to jakieś sześć metrów. Sześć metrów to szesnaście kroków w butach z ośmiocentymetrowym obcasem albo dwanaście i pół kroku w butach na płaskim obcasie. Ścieżka starannie wydeptana czekaniem - od biurka (można zerknąć na wczorajsze notatki, nieuważnie poprawić klosz lampki, przesunąć kota) do kuchennej szafki (jogurt naturalny niskosłodzony raz, kromka chleba z pomidorem raz, szklanka wody raz, garść ciasteczek raz za razem).

- Spadajcie mi stąd! Dzwońcie do kogoś innego! Nie mam ochoty wiecznie naciskać guzika.

Setki razy obiecywała sobie zakończy tę znajomość, ale ilekroć poprawiała sobie włosy przed lustrem, czuła jego dotyk, wędrujący z najwyższą czułością od czoła w stronę ucha, a później z lekkim wahaniem spadający na kark. Uzależniła się chyba, chociaż ciągle nie chciała się do tego przyznać, od szybkich, tajemniczych wizyt, przyspieszonego oddechu, dzikiego spojrzenia, które chwytała w pół drogi.

- Dlaczego jeszcze nie przychodzi?

Kiedy czar mijał, myślała z niechęcią o tej przygodzie, w gruncie rzeczy szczęśliwa, że on tak szybko znika z jej mieszkania, że ma swoją drogę. Przypuszczała, że gdzieś tam czeka na niego żona, że pewnie dzieci, ale nie chciała się tym zajmować. Ważny dla niej był sam rytm, sama melodia, która wydobywał z niej z taką wirtuozerią.


***

Muzyka wibrowała mu w skroniach, kiedy przeciskał się przez zatłoczoną, dymną salę. Miał ochotę na wielobarwne światła, więc zafundował sobie światła. Miał ochotę na drinka – właśnie stawiał sobie drinka. Przymknął oczy i łowił zapachy dziewczyn, lekkie dotknięcia ich włosów, kiedy poruszały się w tańcu, ciepło ramion, piersi. Zastanawiał się, dlaczego dotąd tak bardzo się bał, dlaczego lęk kazał mu odwracać się z obrzydzeniem... nie czuł dawnego skurczu w gardle, przysiągłby nawet, że tuż przy wejściu zrzucił skórę.
Podobała mu się ta muzyka, która wymuszała samotny taniec, która z każdego wyłuskiwała puls. Kryła w sobie cos pierwotnego, coś plemiennego, co współgrało z jego nagle uświadomioną siłą.
Nie miał w sobie tego zwierza ze zmierzwionym futrem. Nie kładł po sobie uszu, nie kulił ogona. Przeciwnie, rozkosznie miękki, wyluzowany, bawił przykrótkie bluzki roześmianych dziewczyn. Kręciły go te długie włosy, puszczone luźno po obu stronach twarzy, kręciły opięte spodnie, w myślach przerabiał grubawe biodra i przeciętne łydki na smukłe, modelowe figury. W głowie migotało mu od zapachu, od smaku, od nut, które każdym drżeniem przyspieszały oddech. Nie skamlał już, przeciwnie, powarkiwał cicho, kiedy Jasnowłosa pozwoliła sobie postawić drinka, a potem ze śmiechem wpakowała mu się na kolana.
Nie wiedział, że to takie proste. Kiedyś, na jednym z czatów, na które wchodził bez przekonania, ale systematycznie, przeczytał, że tak można. Że jest pewna dyskoteka. Że tu też zostaje się anonimowym, bo światła stroboskopów wyłuskują twarze z zupełnie innej rzeczywistości.
Teraz siedział najzwyczajniej w świecie przy barze i sączył alkohol, czując przyjemne ciepło na sobie, zanurzając w to ciepło dłonie coraz bardziej i bardziej. Coś wydobywało z niego całkiem logiczne, sprawne zdania, przysłuchiwał się więc błyskotliwemu monologowi, przerywanemu od czasu do czasu chichotem dziewczyny.
To ten chichot obudził w nim ostatecznie Głos:
- No, na co czekasz. Nie jesteś już małym, zaszczutym psiakiem. Jesteś wielki. Masz kły. A ona Ciebie pragnie, zobacz, jak bardzo pragnie...
Faktycznie, Jasnowłosa robiła wszystko, żeby Głos miał rację.
Chwycił ją wpół, zakręcił i niemal zarzucił na plecy.
- Ależ jesteś silny, ależ... – bredziła półgłosem, kiedy niósł ją do toalety. Poddawała mu się, wlewając w usta jak martini. Łykał ją od czasu do czasu.


* * *

Czubkiem języka pomagał sobie w dopasowaniu cienkich sznureczków do masztu. Delikatnie przełożył wanty, dogiął miękkie druciki i spojrzał z dumą na model, nad którym pracował od kilku miesięcy. Zapomniał już zwyczajowo o odłożonym na bok jedzeniu, herbata miarowo stygła na biurku, ziemniaki zbiły się w niemrawa, szarą kupkę. Kleił zapamiętale papierowe kadłuby, ustawiał tratwy, lakierował rufę.
- Noo... – zlizał w końcu z ust bryzę. Niemal poczuł wiatr od morza.
- Gdzie ten gówniarz??!! – nagły krzyk wybił z letargu nawet starego, przygłuchego jamnika. Wszystko drgnęło i schowało się pod łóżko.
Chłopak zadrżał i przygryzł wargi.
- Tu jesteś, gnoju! Znowu nic nie robisz! – drzwi otworzyły się z hukiem, pokazując to, czego pokazać nie powinny: wielką, bordową twarz z drobinkami potu i wykrzywionymi ustami.
- Co powiesz na swoją obronę, hę? Co, znów zaskamlesz? – głowa wrzeszczała, pochylając się nad skulonymi uszami, podwiniętym ogonem, zjeżoną sierścią – Nie gap się, tylko marsz na dwór! Pamiętasz, co miałeś zrobić??! Ale już!
Nie, serce nie może przecież tak szybko bić. W którymś momencie, czytał o tym, po prostu przestaje, zastyga, czasami pęka. Oddech niemożliwie zarasta gardło, drobniutkie włoski wstają na całej skórze.
- Póki żyję, będziesz robił to, co ja chcę!
- Jeden, dwa, trzy cztery, pięć – powtórzył prędziutko sprawdzoną modlitwę. Nie pomogło, zjawa nie zniknęła, zaczął więc od innej strony: abecedeefgehaiJOOOT...!

Nie zdążył się uchylić, wylądował więc głucho na ścianie, z jękiem wylądował na niczym. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, był model statku. A raczej szczątki modelu, rozdeptane i porozrzucane wokół. Więcej nie chciał już widzieć. W ogóle.


***

Wyblakłe niebieskie oczy w przezroczystej jak cienki pergamin twarzy zwęziły się nieco, kiedy z rozmachem weszła do pokoju. Drgnął, skulił ramiona i zmiął nieuważnie czytaną gazetę.
- Rozmawiałeś z Karolem w sprawie Marzenki? Nasza córka nie może mieć takich problemów z matematyką, jeśli jej nauczycielem jest twój stary znajomy...!
Pokręcił głową przecząco.
Chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowana machnęła ręką, wzdychając ostentacyjnie. Była przekonana, że gdyby tupnęła nogą, schowałby się z piskiem pod kanapę. Nie mogła już dłużej znieść widoku jego szczurzych gestów, zaciśniętych warg, drżących ramion. Nie wiedziała, po co właściwie jeszcze z nim jest. Chyba tylko dlatego, żeby utrzymać w równym, społecznym rytmie obraz swojej rodziny. Bo przecież nie dla Marzenki, która nigdy nie powinna mieć takiego wzorca.
Źle zrobiła, że dała się swego czasu wciągnąć w grę czułych słówek. Nie znała wtedy jeszcze zbyt dobrze życia, nie wiedziała, że istnieją ludzie, którzy poza lingwistycznymi akrobacjami nie są w stanie dać drugiej osobie praktycznie nic. Teraz to ona zarabiała na dom, trzymała wszystko silną ręką, podejmowała decyzje, pilnowała Mikołaja, organizowała dzieciakowi wolny czas, wzywała hydraulika, kupowała meble i tapety, zapraszała znajomych, gościła rodzinę. Wiedziała, że na Krzysztofa nie ma co liczyć – każde zadanie, które wymagało inicjatywy, właściwie było ponad jego siły.
Krzysztof – nie była w stanie myśleć o nim „mój mąż”; już samo zestawienie tego określenia z żałosną sylwetką, tkwiącą niemal bezustannie na fotelu, z nosem w czasopismach, nieudolnie spełniającą jej polecenia (zawsze z tym cholernym skuleniem ramion na wstępie), budziło w niej rozdrażnienie.


***


Wąskie pomieszczenie kłuło jarzeniowym światłem. Warcząc coraz głośniej, niecierpliwie zdzierał z niej ubranie. Przez chwilę wahał się przy twarzy małej, później z całą mocą pchnął ją w dół. Klęknęła z jękiem. Wszedł jej w usta, czując puls, barwę, muzykę, drinki.
- Za psa, za psa, masz za psa... – bełkotał bezładnie, szarpiąc jej włosy. Odskoczyła.
Wtedy eksplodował jej na twarz, na włosy, na zmiętą bluzkę. Czuł, że uchodzi z niego złość, a pies ucieka, ucieka, znika.
- Nie jestem zły, nie jestem – mamrotał.
Naraz poczuł się bardzo znużony. Ubrał się i trącił butem skuloną na podłodze postać:
- No, co, mała? Ile ty w ogóle masz lat?
- Osiemnaście – skłamała
- Aha – udał, że wierzy. - Zapalimy sobie?
Dziewczyna pokręciła głową, prosząc, żeby ją przytulił. W jej głosie było coś tak bezgranicznie oddanego, że zatrząsł się z obrzydzenia.
- To ja już lecę. Cześć.
- Krzysiek... Krzysztof... - zafalowała mu płaczem, którego nie zamierzał słuchać.




***

W sypialni też im nie wychodziło. Czasami Krzysztof zdobywał się na odwagę. Wślizgiwał się wtedy do jej łóżka (zazwyczaj sypiali osobno) i skamlał o czułość. Najpierw brzydziła się jego podniecenia, później braku podniecenia. Miał w sobie coś nienormalnego.
- Odejdź – odpychała go niechętnie, przewracając się na drugi bok. Niezdarne pieszczoty nie były w stanie wydobyć najlżejszego dźwięku z jej wypielęgnowanego ciała.
- Odejdź – powtarzała, kiedy był jednak zbyt nachalny. – I tak nic z tego nie będzie – wbijała ostateczną szpilkę.
Bo i faktycznie, nie było. Kilka razy zdarzyło się, że wiedziona jakąś silniejszą ochotą, trzema lampkami wina, wypitymi wcześniej z przyjaciółmi, przeczytaną właśnie książką, obejrzanym filmem – pozwalała Krzysztofowi zagnieżdżać się w swoim ciele. Całość jednak kończyła się tak nieudolnie, że budziła tylko na długie tygodnie niesmak.
- No i co jest – cięła pogardliwie, dławiąc się z żalu. – Ostatecznie mnie przekonałeś, że i facet z ciebie żaden.


* * *

Półprzytomna, lewą ręką sięgnęła po drinka. Nie otwierając oczu, cząsteczka po cząsteczce, wprowadziła do uszu drżenie kawałków lodu. Przechyliła szklankę, chwyciła zębami przezroczystą kostkę i na oślep rozgarniając ramiona, usiłowała rozchylić mu usta. Momentalnie pojął grę. Pod powiekami, z lewej na prawą, przelatywały kolory. Chyba ją obejmował, nie pamięta, czuła jedynie wodę, mnóstwo wody. Wdzierała jej się w gardło, w nos, schodziła miękko w stronę ud, wahała się moment, wnikała głębiej, znów wędrowała w stronę twarzy. Msza rozpoczęta. Ksiądz w złotej szacie wstępował na ołtarz. Dym kadzideł i jęk dzwonów mieszał jej się z urywkami zapamiętanych zdań, które gromadziła przez cały dzień. Klęknęła.
Pochylił się nad nią. Łagodnie, najłagodniej, jak tylko mógł, szepnął:
- Chodź, wyprowadzę cię w pole.
Odgarnęła kosmyk włosów, pozwalając wziąć się na ręce.


* * *

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć sześć, siedem samochodów – będzie; raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście kobiet na przystanku – nie będzie, zaraz, idzie trzynasta kobieta, nie zauważył jej, cholera, będzie. Jednak będzie – chłopiec zwolnił kroku, zwieszając głowę.
Spróbował jeszcze innej sztuczki: będzie – nie będzie – będzie – nie będzie – będzie – NIE BĘDZIE! NIE BĘDZIE!!! Podskoczył z radości. Żeby się tylko udało, żeby go nie było, kiedy wróci, żeby zdołał prześlizgnąć się do pokoju, potem szybciutko zamknie drzwi, oprze o nie fotel, wejdzie pod koc, ściągnie buty i będzie udawał, że śpi. Może wtedy nie wejdzie. Może ona go zatrzyma.
Ta myśl dodała mu skrzydeł.
- Proszę pani, a dlaczego ten pies ma ubranko? – podbiegł do dziewczyny, ciągnąc ją za pasek od płaszcza. – Dlaczego on ma ubranko? – powtórzył, ponieważ nie zareagowała.
- Co robisz, puść! Ma, bo ma i koniec! – nieznajoma zamachnęła się ze zniecierpliwieniem, ciągnąc za sobą jamnika.
Mały skulił ramiona, więc zrobiło jej się trochę głupio.
- Przepraszam, nie chciałam – zaczęła ugodowym tonem – zima jest, ty masz kurtkę, ja mam płaszcz, a pies ma ubranko. Zrozumiałeś?
Chyba zrozumiał, pociągnął nosem, mruknął coś, a kiedy chciała już odejść, podniósł nagle głowę i patrząc na nią wielkimi, szklistymi oczami, wypalił prosto, mocno, dobitnie:
- Podobasz mi się. Mogę iść z wami? Chciałbym się z tobą pieprzyć.


* * *


- Pani wpuści? Ulotki roznosimy. Ważna informacja dla mieszkańców.
Nie, nie będzie już czekać, nie będzie. Dzisiaj mu powie, ze to nie ma sensu. Od trzech godzin waruje przy drzwiach, podrywa się na odgłos każdych kroków, do obsesji doprowadza ją liczenie wolno opadających minut. Dziwna znajomość, dziwny człowiek, poznała go na jakimś szkoleniu firmowym; nie chciała, ale przyczepił się do niej, jak kolorowy obrazek do dziecinnej fantazji. Broniła się rękami, nogami, ustami już się nie broniła, oczami też nie, kiedy przyszedł do jej pokoju; później bardzo chciała, żeby przychodził, ale nie mogła przecież się przyznać, nie chciała nawet w najbardziej luźnej rozmowie pisnąć, nawet przed sobą, ile dla niej znaczył.

- Spadajcie mi stąd! Dzwońcie do kogoś innego! Nie mam ochoty wiecznie naciskać guzika.


* * *

- Wynieś śmieci – jej głos przysiadał na oparciu fotela jak natrętna, senna mucha. Nie dało się od niego odgonić, nie dało przydusić czytaną książką, dlatego w końcu dźwignął się z miejsca. Założył kurtkę, sięgnął po szalik.
Kiedy sznurował buty, rzuciła przez ramię:
- Postanowiłam. Nie wiem, co z sobą zrobisz, Krzysztofie, ale zabieram Marzenkę. Wyprowadzamy się. Wnoszę o rozwód.
Nie zrozumiał. Jedna pętelka, druga, jeszcze raz druga.
- Co??
- Mam już dość: tego marazmu i ciebie, przede wszystkim ciebie. Nie chce mi się nawet mówić o tym wszystkim, w sądzie ustalimy szczegóły. A teraz wynieś śmieci, jeśli łaska. I zaraz wracaj, pomożesz córce w lekcjach.
Krew napłynęła mu do głowy. Obrazki – jeden po drugim, jeden po drugim zaczęły nasuwać się na siebie. Nie do końca zrozumiał, o co chodziło w tej grze. Nie miał zamiaru zrozumieć. Coś zapalało się w nim i gasło, nadając wszystkiemu dziwny, jednostajny rytm. Chwycił życie i zamachnął się. Brzęk szkła wypchnął go za drzwi.
- Boże, co zrobiłeś, co zrobiłeś! Ja idę do lekarza, zapłacisz mi za to!
Nie wiedział, w jakiej znalazł się bajce, więc na wszelki wypadek zaczął słuchać instynktu. Biegł.

Jedna, druga, przecznica, w tramwaju przygładził oddech, uspokoił włosy. Pusty wagon jednostajnie kołysał, cii, już dobrze, ciiii. Raz, dwa, trzy, cztery siedzenia zajęte – będzie.

Nie było, chociaż szukał jej wszędzie. Zaglądał w dymne zakamarki, obijał się o półnagie, spocone ciała, rozgarniał natrętne dziewczyny i podrygujących dziwnie mężczyzn. Był w górnej sali, w dolnej, nawet w damskiej toalecie. Nie znalazł Jasnowłosej.
- Wypierdalaj stąd – usłyszał nagle gdzieś z boku. Odwrócił się gwałtownie. Pociemniało mu w oczach.
- To tylko ostrzeżenie – ktoś wykręcił mu ramię. Zaskomlał, opadając gwałtownie na ziemię.
- Spierdalaj stąd, zboczeńcu – światła zawirowały jak stroboskopy - widziałem cię ostatnio z moją dupą. Wiem, że niezła, ale nie muszę się nią dzielić. Zwłaszcza z tobą.
Wieczór stłumił upadek.

Mrok stał się banalnie gęsty, lepki i podły. Podły, podły.


* * *

Długi hol śmierdział starymi skarpetkami, terpentyną i jeszcze czymś trudnym do zidentyfikowania. Nienawidził tego zapachu równie mocno jak jego matka, która wlokła go za rękę, potykając się co chwila na śliskich kafelkach.
- Dzień dobry – uśmiech w drzwiach. W uśmiechu cały jad świata. – Cieszę się, że znalazła pani chwilę czasu na rozmowę ze mną; dobrze, że Krzysiu jest z nami. Proszę usiąść, zaparzę kawę.
Najbardziej fałszywe z fałszywych rąk wykręcały się właśnie w dziwnym tańcu nad ekspresem, filiżankami, cukierniczką. Nie spuszczał z nich oka.
Zimno napływało kaskadami, od dłoni w stronę obojczyków, rozlewało się bezładnie w żołądku i falą nacierało na podbrzusze. Odruchowo włożył ręce do kieszeni, odszukał stwardniały kształt i rozpoczął czary – najpierw wolno, wolno, dół, góra, dół, później coraz szybciej, rytmicznie.
- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć....
- Jestem psychologiem szkolnym. Wezwałam panią, bo, widzi pani, mamy z Krzysiem problem.

* * *


- Dobry wieczór – powiedział miękko, nie zwracając uwagi na jej nerwowe manipulacje przy książkach, które spadły na podłogę, kiedy poderwała się, żeby otworzyć mu drzwi.
- Dobry wieczór – powtórzył, wyjmując jej z ręki luźne kartki. - Zostaw to, chodźmy już! – niecierpliwie pociągnął ją w stronę pokoju.
Broniła się trochę, więc chwycił za włosy i odciągnął jej głowę do tyłu, do światła.
- No, co jest? – spytał obojętnym tonem, zaglądając w oczy.
- Nic, nic – wymruczała, tuląc się do jego płaszcza jak kotka. – Tylko długo na ciebie dzisiaj czekałam. Już myślałam, że nie przyjdziesz.
Nie odpowiedział, w pośpiechu zrywając z niej bluzkę, koszulkę, zatapiając się w obcisłe spodnie. W skroniach pulsowało, w ustach pulsowało, w udach pulsowało, nie wiedział, czy to jej, czy jemu, jej, jemu, jejjemujej... Jemujejmujej... mu jej jej mu jej...
- Ej... – otrzeźwił go nagle głos – Ej?
Opadł bez sił na fotel. Trzęsły mu się ręce. Nie mógł.
- No i co jest? – spytała, gładząc mu z troską zmarszczone czoło. - No i co jest?

Wyraźnie słyszał trzask. Takie małe: tszszsz, ćwierć sekundy wcześniej zwiastujące katastrofę. Zaraz potem drugie: tszszszszsz...
- Nic nie jest - machnął na oślep. - Nie jestem zły! Rozumiesz?! Nie jestem psem!! Rozumiesz, kurwo, nie jestem psem!!
Odnalazł ją, gwałtownym ruchem przybijając do fotela.
- Nic MI nie jest. Nic! NIC!! – dookoła nadgarstka owinął sobie jej włosy.
Może go kochała, może tylko próbowała ogarnąć strach.
- Nic! Mi! Kurwo! Nie jest!! Jestem facetem! Facetem! I będę robił, co tylko zechcę!
Podskakiwali przez chwilę w dziwnym, sobie tylko znanym rytmie. Kiedy umilkli, poczuł, że
nie chce już tak dłużej.
Z całych sił zacisnął jej na szyi Krzysia, zacisnął Krzysztofa, rękoma zacisnął bordową twarz i drobne kropelki potu, zniszczony frachtowiec i ubranko psa, stary koc i śmierdzący hol.
Karuzela zwolniła, przestała oddychać, zgasła.

Ze skowytem urwał się z łańcucha i kuląc ogon wybiegł na ulicę.


komentarze
~motyl
2006-06-26, 09:15:22:
go��
chyba dobre,ale długie,moze wrócę,jak będzie chłodniej,to nie na upały,pozdr

avatar aventia
aventiagmail.com
2006-06-27, 11:00:02:
/idiotka na KaCu/
Technicznie:
,,Wszedł jej w usta, czując puls, barwę, muzykę, drinki." - wszedł, czując to wszystko? On, czy ona czuła?

Stylistycznie:
czyta się płynnie, szybko, styl masz lekki, a piszesz o takich sprawach. Wciąga.

Merytorycznie:
Wiesz co, nie rozumiem. Wrócę. Jak sie trochę ochłodzi :D
--
res sacra miser

O utworze:

wyświetleń:622
komentarzy:2


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

krem z kury
          lista utworów          

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.