avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


17 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Fantasmagoria
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
24 lutego 2004, 20:51:19


Dzień banana

# Budził się zwykle w samo południe, kiedy Krasula wtykała w okno rogaty łeb i patrzyła na niego z niemym ponagleniem. Swoją drogą, nigdy się nie zastanawiał, jak, kiedy i którędy dostawała się na wysokość dziewiątego piętra. Ważne, że była - niezawodna, z czarnym uchem i dzwonkiem na szyi. Szyby parowały pod dotknięciem mokrego nosa, kiedy zapominał na noc o otwarciu okna i rozlegało się niecierpliwe stukanie racic na parapecie. Kiedy okno było otwarte, niezmiennie zaczepiała postronkiem o karnisz, podrzucając łbem przy próbach wdarcia się do środka.
# Leniwie wstawał ze swojego materaca. w drodze do kuchni włączał radio i szukał węgierskiej stacji. Audycje brzmiały zabawnie i oczywiście nie rozumiał ani słowa, ale zawsze wprawiały go w dobry nastrój.
# Nastawiał ekspres do kawy a dla Krasuli zaparzał wiaderko rumianku - niczego innego pijać nie chciała. W podzięce podawała mu zawsze butelkę mleka a nawet zdejmowała zębami jej kapsel, żeby mógł od razu usiąść do śniadania.
# Jadał kanapkę, albo nie, jeśli mama zapomniała mu ich przysłać. Czasem zbiegał pędem do sklepu, gubiąc po drodze kapcie i strasząc starsze panie powiewającymi połami szlafroka. Wracał i obierał powoli, z pietyzmem, kupionego banana.
# Skórkę wrzucał tam, gdzie jej miejsce. To znaczy, leżała w kuchennym zlewie prezentując proces przechodzenia od gamy żółci do brązów, chyba, że wcześniej przyszła gosposia i przeszkodziła w dokonywaniu się przemiany. Sam owoc rozgniatał starannie bosymi stopami na podłodze z lubością nasłuchując bananowego mlaskania i pełnych aprobaty pomruków krowy.
# Zaczynał się ubierać, odwracając wstydliwie od okna. Nożyczkami przysposabiał do użytku nowe skarpetki. Nie lubił, gdy coś krępowało jego palce. Pewnie dlatego niezależnie od pory roku nosił sandały. Tylko od czasu do czasu, kiedy na zewnątrz było wyjątkowo mokro i paskudnie, nakładał na nie jeszcze o kilka numerów za duże kalosze.Biegał potem po ulicach z rozpędu wskakując w największe kałuże, żeby woda wlewała się do butów górą - bo właściwie czemu nie?
# Ubrany robił jeszcze szybko poranną gimnastykę. Machał Krasuli na pożegnanie - najpierw prawą ręką pięć razy, potem lewą siedem, żeby powoli zacierać między nimi różnice w sprawności. Wrzucał do teczki jeszcze dwa banany na drugie śniadanie, otwierał drzwi na oścież i kładł klucze na wycieraczce - ufa się sąsiadom - a potem biegł do biura.
# Pił drugą kawę razem z szefem, który był tak przemiłym człowiekiem, że nie mógł mu odmówić. W Chińczyka też dobrze im się grało. Rzucali monetą przed każdą partią, żeby było sprawiedliwie. Gdy wypadał orzeł - wygrywał szef, gdy reszka - on. Zatrzymanie się monety na brzegu było przypisane konieczności oddania się ciężkiej pracy. Na szczęście od siedmiu lat sytuacja taka zdarzyła się tylko dwa razy (musiał zaraz potem iść na urlop, żeby odpocząć).
# Tak mijał dzień za dniem...

*** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** ***

# Obudził się jak zwykle o szóstej rano. Coś chyba mu się śniło - coś dziwnego, ale nie miał czasu na wspominki. W panice patrząc na zegarek wciągał spodnie i wiązał krawat. Pudełko ze śniadaniem przygotowanym przez żonę wrzucił do teczki i wypadł z domu, zatrzaskując drzwi. W biegu nakładał czapkę i szukał w kieszeniach tramwajowych biletów.
# Szef na zebraniu znów miał zły humor i zarządził nieodpłatne nadgodziny dla całego zespołu. Kolacja ostygnie a jak wróci do domu, żona będzie już spała ubrana w tę koszulkę, którą tak lubił, w nadziei, że może ten wieczór będzie inny od reszty w tym miesiącu. Oczy bolą od pisanych maczkiem dokumentów, w brzuchu burczy...
# Wyciągnął z teczki śniadanie. Z namysłem spojrzał na krzywo - żółty owoc. Zdjął skórkę, położył ją na biurku szefa. Rozdeptał owoc na dywanie i wyszedł z biura po nową koszulkę dla żony. Ta w bananowym kolorze była odpowiednia.


komentarze
~Najeli
2004-03-11, 21:19:12:
go��
Niesamowite! Może dlatego, że lubię opowiadania opisujące w niebanalny sposób przebieg dnia "powszedniego" (czy bananowy dzień może być powszednim?). Ten zaś jest nie tylko banalny, ale i bajkowy...

~Najeli
2004-03-11, 21:28:28:
go��
W związku ze zbyt pospiesznym naciskaniem klawisza "Enter", z niebanalnego opisu wyszedł banalny. Na myśli miałam jednak to pierwsze :)

~?ukasz
2004-03-22, 21:48:27:
go��
:)     Dziękuję. Przyjemne.

O utworze:

wyświetleń:972
komentarzy:3


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Fantasmagoria
  poprzedni   lista utworów          

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.