avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


10 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
m.
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
22 czerwca 2006, 17:44:07


Ttohoma Gerezion 1-4

Rozdział I

Końskie kopyta dudniły głucho na wąskiej leśnej ścieżce, zagłuszając inne odgłosy starego boru. Młody druid pędził na koniu przez gęsty, ciemny las. Wielkie krople deszczu kłuły go mocno w twarz z powodu pędu, ale nie mógł zwolnić. Gdyby to zrobił w tym wcieleniu nie poczułby już nigdy deszczu na twarzy. Jego biała szata, przemoczona doszczętnie, przylegała do odrętwiałego i wyziębionego ciała. Jego misja była prosta, miał sporządzić comiesięczną listę ziół i leków, które jego zakon dostarczał do hospicjum w Dannam. Cieszył się nawet na tę podróż, ponieważ poznał miłą filidkę podczas swoich ostatnich odwiedzin w Dannam, a druidów nie obowiązywał celibat. Była już późna jesień, niedługo miały zacząć się mrozy, więc dostawy w tym miesiącu były bardzo ważne. Dlatego też Cathbad wysłał mnie, pomyślał, zadowolony z zaufania, jakie zyskał dzięki ciężkiej pracy w zakonie. Ścisnął konia mocniej piętami i zadrżał na wspomnienie czarnej postaci w kapturze, spod którego błyszczały zimno tylko oczy. Napastnik napadł na niego z nożem w ręce, gdy chował do juków spis ziół i szykował się do drogi powrotnej. Dobrze, pomyślał, że co roku tradycyjnie odbywa się Turniej Druidzki, w którym on również uczestniczył już od czterech lat. W związku z tym wykorzystywał wolny czas na ćwiczenia fizyczne i gdy trzeba było rąbnąć napastnika w szczękę zrobił to na tyle skutecznie, że zyskał chwilę, aby wskoczyć na konia i pogalopować w stronę klasztoru. Niestety napastnik nie dał za wygraną. Teraz zbliżał się do niego na swoim wielkim czarnym ogierze.
Nagle las zaczął szumieć głośniej, zerwał się lodowaty, silny wiatr. Druid usłyszał w nim złowrogi świst i wyczuł czarną magię. W momencie, w którym zniknęły wszystkie zapachy zauważył, ile ich było. Nie czuł teraz zapachu lasu, deszczu, konia, swojego potu. Wśród nienaturalnych świstów wiatru usłyszał swoje imię i czasownik w staro celtyckim - języku, którego dopiero się uczył. Prawie w tym samym momencie poczuł silne szarpnięcie i niewidzialna moc zrzuciła go z konia. Nie zdążył zakryć twarzy rękami i uderzając z impetem o ziemię, złamał nos. Ironia losu, pomyślał, nie dość, że zaraz niechybnie zginę, to jeszcze w Krainie Wiecznego Lata będę paradował ze złamanym nosem. Bliskość śmierci wyczuł bardzo dobrze a przeczucie potwierdziło się, gdy przetoczył się na plecy i spojrzał na czarnego jeźdźca. Tak jak przypuszczał był to jeden ze sług zła – Nocny Zabójca. Byli to bezlitośni mordercy, o których opowiadały tylko legendy, ponieważ nikt, kto widział Zabójcę nie mógł już nic powiedzieć. Umarli nie mówią. Pojawiali się zawsze nocą, legendy mówiły, że nie znoszą blasku słońca i może nawet w jakiś sposób on ich osłabia. Wiadomo również było, że słudzy zła nigdy nie wypuszczają ofiar ze swoich rąk, dlatego druid przygotował się na najgorsze.
Z trudem podniósł się z ziemi przesiąkniętej lodowatą wodą i dalej nieodczuwał normalnego przyjemnego zapachu, do którego przyzwyczaił się podczs pracy w ogrodach filidów w lecie, czasie przerwy w nauce. Uniósł dumnie głowę, starł z oczu pot zmieszany z krwią z nosa i spojrzał wyzywająco na jeźdźca, który zeskoczył właśnie z konia i wyciągnął krótki miecz o czarnej klindze oznaczonej nieznanymi mu runami, pobłyskującymi na czerwono w bezksiężycową noc pod koronami starych drzew. Nie było sensu uciekać. Wiedział, że napastnik wykorzysta znowu swoją diabelską moc. Zaczął już poznawać tajemną wiedzę druidów, wyjątkowo wcześnie, gdyż jego mentor wyczuwał w nim wielką moc i talent. Wiedział jednak, że nie ma żadnych szans z nieśmiertelnym Zabójcą. I tak długo udało mi się przed nim uciekać, pomyślał, i zaczął cicho modlić się do bóstwa Osand-Westchnienie, aby ułatwiło mu przejście do Krainy Słońca.

* * *

Jak to możliwe, że temu głupcowi udało się mnie dotknąć, na dodatek uderzyć, a potem tak długo uciekać przez ten cholerny las filidów, myślał Nocny Zabójca, gdy gonił młodego druida już przez dwie godziny i nie wiadomo czemu nie mógł użyć przeciwko niemu swojej olbrzymiej czarnej mocy. Odczuwał, że Mogh Ruith posiada dużą moc, ale przecież dopiero pobierał nauki u druidów i nie miał żadnego doświadczenia, ani wystarczającej wiedzy. Pędził po leśnej ścieżce, poganiając swojego czarnego rumaka, i nic nie robił sobie z zimna i bólu po uderzeniu zakonnika, prawie go nie odczuwał. Gdy przyjął to zadanie od swojego władcy nie spodziewał się żadnych kłopotów (podobnie jak Mogh). Jego pan powiedział, że będzie Kogh Ruith stanie się wielkim człowiekiem i magiem, który będzie mógł,w przyszłości, przeszkodzić w jego planach, dlatego trzeba go zabić na wszelki wypadek, póki nie posiada umiejętności wystarczających, by się obronić. Często zabijali na wszelki wypadek i zabili już wielu dobrych ludzi. Z każdą śmiercią niewinnego człowieka z rąk Nocnego Zabójcy jego pan rósł w siłę. Był jednym z najsilniejszych morderców dlatego gdy otrzymał to proste, jak mu się wydawało zadanie, w pierwszej chwili poczuł się znieważony, ale teraz zrozumiał swojego zwierzchnika. Ten człowiek był niesamowicie silny jak na śmiertelnika. Wiedział, że nie zawiedzie, ale niepokoił się coraz bardziej, że nie może wykorzystać swojej czarnej magii tylko będzie musiał zabić młodego druida w tradycyjny sposób.
W pewnym momencie poczuł przypływ mocy. Spojrzał w górę, ponad kopułę splątanego gąszczu gałęzi wysokich drzew i nie dostrzegł księżyca oświetlającego do tej pory drogę w ciemnym lesie. Wszyscy Nocni zabójcy nieznosili światła, gdyż ich osłabiało. Jeśli musieli działać w dzień, zakrywali się dokładnie płaszczami z kapturami. Teraz znowu spróbował pchnąć i uzyskał oczekiwany skutek. Mogh Ruith pacnął w błoto jak worek kartofli i chyba się nieźle poobijał. Skrytobójca uśmiechnął się pod nosem, to dopiero początek, naiwny sługo dobra. Teraz ci się odwdzięczę za tak długą pogoń.


* * *

Niebo przeszyła zabarwiona na czerwono błyskawica. Wśród gęstwiny niedaleko leśnej drogi prowadzącej z Dannam do klasztoru druidów, poderwała się nagle wielka czarna bestia, zrzucając przy tym ze swojego brzucha niedawno urodzone szczenię. Był to pies, chociaż na pierwszy rzut oka nie przypominał żadnego znanego stworzenia. Olbrzymia samica nie posiadała imienia, gdyż imię psu musi nadać człowiek, więc dzisiaj ludzie, którzy wiedzą o tym wydarzeniu, nie wiedzą jak nazywać swoją wybawczynię by jej podziękować.
Psa nie interesowały ludzkie sprawy, żył w lesie i rzadko widywał ludzi. Teraz troskliwa matka zajęta była wychowywaniem jedynego potomka. Ale tej nocy poczuła zło wiszące w powietrzu i wiedziała, że sprawa jest bardzo ważna. Nie zastanawiając się ruszyła w stronę ścieżki, a za nią poczłapał niezgrabnie jej malutki, aczkolwiek wielkości średniego prosiaka, syn. Gdy wyszła z zarośli zobaczyła wielkie zło trzymające broń i wielkie dobro z trudem podnoszące się z ziemi, bezbronne i słabsze od napastnika. Samica wyczuwszy dobro postaci w bieli od razu go pokochała i wiedziała, że musi obronić.


* * *

Mogh Ruith otworzył oczy, które zamknął by się modlić i zobaczył wielkie zwierzę wybiegające z lasu z groźnym pomrukiem. Przestraszył się w pierwszej chwili, że jest to kolejny sługa zła i że ma zamiar zagryźć go, ale i tak nie mógł się ruszyć, tyko wpatrywał się jak zahipnotyzowany w zgrabne ruchy ogromnego psa pędzącego z szybkością konia wyścigowego. Harmonia ruchów i siła, jaka biła od zwierzęcia była powalająca. Oniemiał z zachwytu. Oczy psa błysnęły ogniem płonącym w jego duszy, gdy szybowała w kierunku Nocnego Zabójcy. Czarna postać nawet nie drgnęła, gdy pies skoczył. Morderca pierwszy raz spojrzał śmierci w oczy, a w jego oczach pojawił się taki strach, jaki często widywał u swoich ofiar. Druid zobaczył tylko jak obydwa kształty padają z wielką szybkością na ścieżkę. Przerażający pisk psa przebił powietrze jak srebrna strzała i zawisł w strugach deszczu. Sługa zła nie zdążył wydać żadnego dźwięku.
Druid w końcu zdobył się na odwagę i podszedł do leżących bez ruchu czarnych kształtów. Wielkie cielsko psa przygniatało martwe ciało istoty powierzchownie podobnej do człowieka, a kły większe od palców Mogha nadal były głęboko wbite w gardło Zabójcy. Czarny miecz przeszywał na wylot pierś psa, a po chwili rozsypał się tak jak reszta ciała jego posiadacza. Została tyko garstka czarnego prochu. Młody kapłan wdzięczny losowi, że go oszczędził, przytulił martwą samicę i zaszlochał nad niesprawiedliwością tego świata. Pochował olbrzymią bestię, która go uratowała, tak jak człowieka - ze wszelką czcią - i ruszył w drogę powrotną do klasztoru. Nie zauważył małego czarnego jak noc pieska, siedzącego na skraju drogi ze smutno spuszczoną głową. W utkwionych w świeżo skopaną ziemię oczach, palił się ten sam, co u jego szlachetnej matki
ogień.

Rozdział II

Była to kiedyś spokojna kraina, a zamieszkiwali ją dobrzy ludzie. W większości byli biedni, ponieważ ziemia na tych terenach była nieurodzajna, a klimat niesprzyjający. Mieszkańcy Wschodniego Wrzosowiska trudnili się hodowlą bydła i owiec oraz wyprawiali skóry i wyrabiali różne przedmioty z drewna i gliny. Swoje wyroby wymieniali na targowiskach, na produkty spożywcze. Spokojne życie mieszkańców stopniowo pogarszało się właśnie z powodu handlu. Klany, które niegdyś oznaczały tylko odrębność różnych rodów, teraz rywalizowały między sobą. Wielkie rodziny bogaciły się, a zwykli wieśniacy stawali się coraz biedniejsi.. Z czasem klany zaczęły walczyć ze sobą, coraz bardziej brutalnie i otwarcie. Często dochodziło do napaści i walk zbrojnych. Rozwijały się duże miasta leżące zazwyczaj na szlakach handlowych lub w pobliżu złóż pożytecznych surowców.
Było jednak nadal wiele wiosek, w których ludzie pracowali uczciwie i żyli spokojnie. Jednym z takich miejsc było Lost Nuca. Był tam tartak i mały zakład garncarski, gdzie pracowała część mieszkańców. Wójtem wioski był właściciel tartaku. Miał żonę i dwóch dorosłych już synów. Powodziło im się całkiem dobrze, jak na tamte czasy. W tartaku pracowali z ojcem obydwaj synowie i czterech miejscowych chłopów. Lasy były na tych ziemiach bardzo duże i stare, więc drewna nie brakowało. Rodzina drwala mieszkała w małej skromnej, ale zadbanej drewnianej chatce na brzegu sędziwego sadu. Zbudował ją sam drwal, gdy ożenił się i przeniósł do wioski z dalekich gór. Założył tartak i ciężką pracą zarabiał na utrzymanie rodziny. Był bardzo lubiany i szanowany tak, że od dwóch lat sprawował urząd wójta i świetnie się spisywał na tym stanowisku.
Tego parnego popołudnia siedział na wielkiej ławie obok swojej żony na polance niedaleko wioski. Był to ostatni dzień lata i według zwyczaju, który wprowadził jeszcze zanim został wójtem, tego dnia odbywały się Zawody Drwalskie. Sam wymyślił tę zabawę, gdy jako młody chłopak razem z kolegami wchodząc na drzewo bez gałęzi używał drewnianych klinów jako stopni. Wkładali je w poziome nacięcia, które robili siekierą, gdy podchodzili wyżej. Teraz w tej,,dyscyplinie” zamiast klinów używano sześciu mocnych desek dębowych jako stopni, na których można było wygodnie stanąć, aby zrobić kolejne nacięcie na okorowanym wcześniej pniu wysokiej sosny. Każdy uczestnik wchodził na swoje drzewo, lecz były one identycznych prawie rozmiarów. Wygrywał ten zawodnik, który pierwszy ściął część choinki znajdującą się nad szóstym stopniem. Im wyżej udało mu się wejść, tym cieńszy miał pień do ścięcia. Wypadki zdarzały się rzadko, wtedy, gdy łamały się deski i zawodnik spadał albo, gdy zrzuciła go spadająca choinka jednego z przeciwników. Nowy wójt postarał się, żeby do takich wypadków nie dochodziło i sam zabezpieczał linami czubki drzew, by spadały w miejsca, gdzie nie było ludzi, i przygotowywał mocne dębowe deski, które musiały wytrzymać ciężar dorosłego człowieka walącego siekierą z ogromną siłą. Wójt sam już dawno nie startował w takich zawodach, za to od trzech lat jego synowie zdobywali pierwsze miejsca. Na uroczystość przyjeżdżali też ludzie z pobliskich wiosek. Niektórzy - by brać udział w sportowej rywalizacji inni - by bawić się do późnej nocy przy wtórze wiejskiej orkiestry raczej wątpliwych umiejętności i spijać darmowe trunki zapewnione przez gospodarza.
Koło południa wszyscy przybyli na leśną polankę gdzie stały przygotowane drzewa. Wójt Lost Nuca wstał z ławy, podszedł z siekierą w ręce do pieńka obrośniętego mchem. Wrócił myślami parę lat wstecz, do innego ostatniego dnia lata, kiedy odbywały się pierwsze Zawody Drwali. Pieniek, jeden z wielu na tej kiedyś małej polanie, który teraz stał przed nim, był wtedy wysoką sosną. Wsadził w nią kolejno sześć desek i jako pierwszy ściął jej czubek. Wziął zamach i z ogromną siłą wbił siekierę po trzonek w drewno poznaczone wieloma śladami po podobnych nacięciach. Wszyscy zebrani zaczęli wiwatować i krzyczeć tak, że przepędzili ptaki z całego lasu. Był to znak do rozpoczęcia zawodów.
Patrzył wraz z żoną jak ich synowie podchodzą do pni, o które oparte były deski. Wszyscy zawodnicy mieli wielkie siekiery i byli dobrze zbudowani, ale ich synowie przewyższali innych o głowę i byli dwa razy szersi w ramionach. Była to cecha rodzinna, ponieważ ich ojciec pochodził z gór, gdzie ludzie charakteryzowali się ogromną siłą i potężną budową. Siwy, krępy staruszek, przewodniczący rady starszych wioski wystąpił kulejąc i gwizdnął przeciągle na dwóch palcach.. Wrzawa stała się nie do zniesienia, gdy grupy wieśniaków zaczęły kibicować swoim zawodnikom. Synowie drwala stali już na drugich deskach i miarowo rąbali siekierami. Wszyscy wspinali się mozolnie, a gdy część zawodników w tym synowie wójta, stali już na ostatnich deskach, tłum cofnął się z obawy przed spadającymi wierzchołkami drzew.
- Zobacz Fiachra jest niżej, ale wcześniej zaczął ścinać pień – drwal usłyszał głos żony, komentujący rywalizację między braćmi – a Gremon dopiero zaczął ścinać pień, ale jest wyżej.
- Tak mają równe szanse
Siekiera Gremona - młodszego z braci - spadła ostatni raz i pień pękł, złamał się i runął dziesięć metrów w dół. Obrócił się i zobaczył jak jego brat zadaje ostatni cios, chwilę po nim. Udało mu się, wygrał pierwszy raz ze starszym bratem. Zeszli ze swoich drewnianych rusztowań, a chwilę później dołączyli do nich inni zawodnicy. Ich ojciec podszedł do pieńka uciszył gestem ręki tłum i krzyknął:
- Jak co roku nagrodą za zwycięstwo w Zawodach Drwalskich jest Wielka Siekiera Wbita w Pierwszy Pieniek! – Gdy zawodnicy podeszli do pieńka wójt pogratulował zwycięzcy – W tym roku zawody wygrał Gremon! Możesz wyciągnąć teraz swoją nagrodę z Pierwszego Pieńka, jeśli dasz radę.
Syn tylko uśmiechnął się do ojca i udając, że niesamowicie się męczy w końcu wyciągnął siekierę ze spróchniałego pnia i teatralnie upadł na trawę wśród śmiechów i wiwatów wieśniaków.
- A teraz czas na zabawę! – ogłosił wójt – Zapraszam do wioski.
Biesiada trwała do późnej nocy. Rozpalono wielkie ognisko, na którym upieczono świnie. Miód lał się strumieniami tak, że większość towarzystwa upiła się do nieprzytomności. Między nimi Gremon, z którym każdy chciał się napić, żeby mu zdradził, w jaki sposób wygrał ze starszym, dotąd niepokonanym bratem. Opowiadano o przebiegu zawodów, powtarzano po setki razy te same, dobrze wszystkim znane, historie. Po północy ludzie z pobliskich wiosek, ci którzy byli w stanie chodzić o własnych siłach albo mieli przyjaciół, którzy ich nieśli, opuścili zabawę. Do domu poszedł także wójt z żoną i Fiachrą. Młodszy syn bawił się tak dobrze, że nie chciał wracać, więc został i świętował tak długo aż usnął na stole.


* * *

Po wesołej zabawie, w czasie krótkiego snu w niewygodnej pozycji dręczyły go koszmary. Nigdy mu się nic nie śniło i nie rozumiał swojego przerażającego snu.
Była noc. Biegał między drzewami z siekierą, którą wygrał na zawodach i rąbał bezsensownie w pnie. W pewnym momencie zatrzymał się przed wysoką sosną i uderzył z całej siły. Spod kory trysnęła krew. Oblała go całego i trawę wokół. Spojrzał na zakrwawione ostrze swojej siekiery i w nikłym świetle księżyca zobaczył odbicie mrocznej postaci w kapturze. Podniósł oczy na pień drzewa i zobaczył swojego ojca, który kulił się przyciskając ręce do gardła. Między palcami tryskała krew. Obejrzał się dookoła i spostrzegł swoją matkę i brata leżących w kałużach krwi. Nagle ziemia się zapadła i spadł w ciemność. Uderzył w coś twardego, bolała go głowa.
Obudził się. Rozejrzał się przestraszony. Był piękny ciepły poranek. We wszystkich chatach ludzie jeszcze spali po wczorajszej zabawie. Obok leżało paru jego kolegów i smacznie chrapało. Po chwili nie mógł już sobie przypomnieć, czego się bał przed chwilą.
Wziął siekierę, która stała oparta o stół i ruszył żwawym krokiem w kierunku domu. Całą drogę szedł wesoły, od czasu do czasu pogwizdując, lecz gdy doszedł na obrzeża wioski, obszedł ich szopę, przepełniły go złe przeczucia. Otworzył drzwi i wszedł cicho do domu, by nie obudzić rodziny. Nie wiedział, że już ich nie obudzi. W kuchni przy dużym dębowym stole, gdzie jego rodzice pewnie pili herbatę po powrocie z zabawy, siedziały trzy trupy. Głuchy łoskot wyrwał Gremona z osłupienia – to jego siekiera wypadła mu z ręki. Podbiegł szlochając do rodziców. Dębowe deski stołu przesączone były krwią. Wszyscy mieli w poderżnięte gardła. Gremon osunął się na podłogę. Był zrozpaczony, nie miał pojęcia, dlaczego oni nie żyją. Jak to mogło się stać? Czemu go przy nich nie było? To ostatnie pytanie dręczyło go najbardziej. Gdzie on był kiedy jego bliscy go potrzebowali? Leżał pijany na stole na środku wiejskiego placu. Kto mógł chcieć zabić jego ojca, którego wszyscy szanowali, który nikomu nigdy nie zrobił krzywdy, był dobry, miły. A matka? Cicha kobieta nikomu nie wchodziła nigdy w drogę, nawet nie plotkowała tak jak inne kobiety w wiosce. Jego brat był duszą towarzystwa, nigdy nie uczestniczył w bójkach.
Wydał z siebie zduszony jęk i ukrył twarz w dłoniach wielkich jak bochny chleba.
Późnym popołudniem pozbierał się z trudem i ruszył z powrotem do wioski, aby zawiadomić radę starszych o tragicznym wydarzeniu. Starcy nie uwierzyli mu.
- Nie rób sobie głupich żartów! Spiłeś się i nie doszedłeś jeszcze w pełni do siebie. Idź się wyśpij. Kto mógłby zabić twoich rodziców?
- To idźcie do naszego domu i sami zobaczcie – odparł łamiącym się głosem – potem ich pochowajcie. Ja już nigdy tu nie wrócę.
Odwrócił się i jak powiedział tak zrobił. Wiedział, że zawiódł swoją rodzinę i musi ich pomścić. Przysiągł, na ich krew, a jest to najmocniejsza przysięga jaką można złożyć, że znajdzie zabójcę,. Ruszył przed siebie nie mając żadnego planu. Teraz rozpacz ustąpiła furii. Jego ojciec i brat byli bardzo silnymi ludźmi. Ilu musiało być napastników, żeby dali im radę? A dlaczego nie było widać żadnych śladów walki? Te niesamowite szczegóły powinny podpowiedzieć Gremonowi tożsamość zabójcy, ale on nie mógł wiedzieć nic o złych mocach, czarach. To była zamierzchła przeszłość, przywoływana tylko czasami w legendach opowiadanych małym dzieciom. Syn drwala żył w świecie, w którym nie było magii.
Kiedy starcy z rady wioski zdecydowali się jednak pójść do domu wójta i zobaczyli na własne oczy co się stało, też nie wiedzieli, kto mógł być sprawcą tak przerażającej zbrodni.
Młody drwal zmierzał dróżką wśród pól w kierunku zachodzącego słońca, bez planu, bez niczego oprócz wygranej siekiery i celu - zemsty.
Dla kogoś patrzącego z dołu wzgórza, pod słońce, ciemna, wielka postać mogła przypominać olbrzyma - gdyby ktoś w tych czasach jeszcze wierzył w ich istnienie.

Rozdział III

Przy jednej z wielu bocznych, brudnych uliczek miasta portowego – Tured znajdowały się małe, czerwone drzwiczki prowadzące do najgorszej spelunki w mieście. Nazywała się Straszna Gospoda i żaden porządny człowiek się do niej nawet nie zbliżał. Wiadomo było, że jest to melina klanu Augusta Carona, jednego z najpotężniejszych, i zbierają się tam największe szumowiny z okolicy.
W środku nędznej tawerny, w chmurach gęstego dymu tytoniowego, przy rozchybotanych stołach siedziały typy spod ciemnej gwiazdy o twarzach, na których widok krew zastygała w żyłach. Wszędzie słychać było krzyki, kłótnie. Nieraz sięgano po broń – w takim towarzystwie problemy rozwiązywano mieczem. Przy nie mytym od tygodni barze siedział człowiek w opasce na prawym oku. Mimo wielu blizn na twarzy był bardzo przystojny, w przeciwieństwie do reszty szumowin, a jedno oko z jasnoniebieską tęczówką błyszczało trzeźwo. Kontrastowały z nim średniej długości kruczoczarne kosmyki włosów opadające na czoło i trzydniowy zarost sprawiając, że oko wydawało się bardzo jasne. W nogawce czarnych, skórzanych spodni ukryty był kołczan z siedmioma strzałami o srebrnych grotach. Na plecach, również niewidoczna pod czarnym, długim do ziemi płaszczem umocowana była wielka kusza z ciemnobrązowego drewna. Miecz przytroczony do pasa także nie zwracał na siebie uwagi. Tuż przy ciele, pod białą koszulą ciasno opinała go kolczuga z malutkich, jasnych stalowych kółeczek o lekko- niebieskim połysku. Kupił ją, wraz z mieczem z tej samej stali, u wędrownego kupca już parę lat temu. Podczas gdy wszystkie zbiry obnosiły się z swoją bronią tak, aby inni ją widzieli, tajemniczy gość, nawet mały sztylet o wąskim prostym ostrzu, miał ukryty pod grubą skórzaną opaską, która opinała rękaw zniszczonego płaszcza powyżej nadgarstka. Widać było na niej dziury – ślady po szponach sokoła.
Siedzącego samotnie przy barze człowieka nikt nie znał, chociaż często bywał w Strasznej Gospodzie. Nigdy z nikim nie rozmawiał. Budził strach, więc nikt nawet barman trzymał się od niego z daleka i tylko realizował zamówienia.
Tego dnia jeden zbir, który uważał się za najsilniejszego i najważniejszego, po paru kuflach miodu postanowił sprawdzić, kim jest milczący człowiek.
- Hej ty! - krzyknął do nieznajomego, a wszystkie rozmowy w jednej chwili ucichły, – Kim jesteś, że siedzisz na moim miejscu?!
Człowiek w czerni nie zareagował na zaczepkę, nawet się nie odwrócił, tylko pił dalej spokojnie swoje piwo.
- Brak ci odwagi by spojrzeć mi w twarz? – zbir podszedł bliżej i wyciągnął broń.
Nikt nie zauważył kiedy i skąd obcy dobył długiego miecza z jasnej stali, o matowej, graniastej rękojeści i wąskiej klindze, po której pełzały lazurowe błyskawice. Jednym ruchem wytrącił napastnikowi miecz, który wbił się w podłogę nieopodal. Zanim wielki osiłek zdążył mrugnąć, już poczuł na swoim gardle zimną stal krótkiego sztyletu, który pojawił się rownież nie wiadomo skąd w ręce nieznajomego.
- Coś mówiłeś, panie? – przemówił nieznajomy niskim głosem z lekką chrypką. Jego oko błyszczało z rozbawienia, ale twarz pozostała bez wyrazu. – Usiądź lepiej i wypij jeszcze parę kufli miodu, abyś już nikomu nie przeszkadzał. – następnie przybliżył usta do jego ucha i lodowatym szeptem dodał – Następnym razem zabije cię.


* * *

- Drodzy bracia, jak już pewnie wiecie, zaatakowano nasz konwój z pieniędzmi z kopalni – Wysoki mężczyzna o pociągłej, ponurej twarzy przemawiał do członków swojego klanu zgromadzonych wokół podłużnego stołu. – nie była to pierwsza napaść i wiemy, kto za nią stoi.
- Tak! Mówiłem, że to grupa Davidsa, pracują dla Remeda. I, że trzeba coś z tym zrobić! Ale mnie się nigdy nie słucha!– piskliwym głosem krzyczał mały człowieczek o złośliwej twarzy.
- Nie przerywaj mi Krales! Muszę jednak przyznać ci rację: faktycznie trzeba coś tym zrobić.
- Spalmy ich magazyn drewna! – zaproponował ktoś z zebranych.
- Albo rozwalmy burdel Remedów!
- Odzyskajmy nasze pieniądze!
Padały kolejne, coraz bardziej krwiożercze propozycje. August Caron zniecierpliwił się po niedorzecznej propozycji porwania statku wroga.
- Dosyć! – uciszył członków swojego klanu – Nie możemy działać tak otwarcie. Czy wy w ogóle nie myślicie? Remedowie mają wielu wojowników i po takim ataku na pewno pozabijaliby nas wszystkich. Na razie nie mają powodu, a jeśli zaatakują bez niego to część ich ludzi może ich opuścić. Tylko czekają na pretekst do walki.
- Więc co proponujesz?
- Mam człowieka, który po cichu załatwi grupę Davidsa.
- To niemożliwe. Tuzin naszych wyszkolonych najemników nie dałoby im rady.
- Korzystałem już z usług tego człowieka i gwarantuję wam, że da sobie radę.
Był wściekły, że musi dyskutować z tymi wszystkimi tępakami, a nie może podjąć samodzielnie decyzji. Sami nie umieli wymyślić nic sensownego, ale wykonywali jego polecenia. Czasami nie najlepiej, ale nie mógł przecież robić wszystkiego sam. Na pewno by stwierdzili, że sami sobie świetnie poradzą, gdyby nie odbywał tych długich bezsensownych narad i tylko im rozkazywał. Musiał im ciągle powtarzać, że są rodziną i wszyscy są równi.
- Kto to jest? Jak się nazywa? – padły kolejne pytania, tylko przedłużając zebranie.
- Nazywa się Kkar i jest wędrowcem, płatnym zabójcą – tak naprawdę nie był pewny tożsamości i pochodzenia tajemniczego zabójcy, ale ważne, że wykonywał dobrze swoją pracę. – Możecie go zobaczyć, ponieważ jest chyba na dole w gospodzie. – wiedział, że jeśli go zobaczą przestaną dłużej się opierać.
- Tak. Pokaż go nam. Jeśli się nam spodoba, uzgodnimy od razu warunki.
Osły, pomyślał, co im da oglądanie mordercy. Tylko mogą utrudnić pertraktacje wynagrodzenia za śmierć czterech członków grupy zbirów Remeda. A na pewno nie pomogą. Ale nie miał wyjścia. Skinął na swojego siostrzeńca siedzącego obok:
- Przyprowadź tu Kkara. Pewnie siedzi przy barze.

* * *


Kończył już swoje piwo, gdy po raz drugi ktoś zakłócił jego spokój.
Jeszcze zanim niski mężczyzna o złośliwym wyrazie twarzy zdążył coś powiedzieć, on już wiedział o co chodzi.
Nie wiedział czemu, ale od kiedy pamiętał, potrafił przewidywać ruchy przeciwnika w walce, jeszcze zanim on wiedział, że je wykona. Tak samo wiedział, co ten człowieczek ma mu do powiedzenie jeszcze zanim się odezwał. Lubił swoją zdolność, która nieraz pomagała mu przeżyć, chociaż na pewno utrudniała współżycie z innymi ludźmi. Nie przeszkadzało mu to bardzo, ponieważ rzadko z kimkolwiek rozmawiał.
Wstał i poszedł schodami na pierwsze piętro. Wysłannik deptał mu po piętach. Znowu będzie musiał rozmawiać z tym naburmuszonym typem, który myśli, że jest panem całego miasta. Ale przynajmniej dostanie jakąś robotę. Od bardzo dawna zabijał złych ludzi. Nie czuł nigdy wyrzutów sumienia. Przeciwnie, czuł, że musi ich zabijać. Ale tylko ludzi z tego środowiska. Nie wiedział nawet czy nie zamorduje niedługo swojego teraźniejszego pracodawcy, gdy dostanie od kogoś zlecenie na jego głowę. Zrobiłby to chętnie, bo coraz bardziej go nie lubił. Może nie będzie czekał na zlecenie i poderżnie mu gardło od razu?
Zabijanie nigdy nie robiło na nim żadnego wrażenia. Sam nie bał się śmierci. Nigdy jednak nie zabijał niewinnych ludzi. Kiedyś nawet walczył z wszelkim złem za darmo. Ale miał wtedy kłopoty, żeby wyżyć, więc stwierdził, że może robić to samo i dostawać za to pieniądze. Po paru latach takiej pracy znał bardzo dobrze wszelkie układy między klanami, innych zabójców i łotrów. Sam nie dawał się nikomu poznać. Znano go jedynie z widzenia i imienia. W ten sposób zabezpieczał się przed zemstą ze strony klanów, przeciw którym działał.
Gdy otworzył drzwi do pokoju, w którym ostatnio dostawał zlecenia od pana Carona, zobaczył twarze wszystkich członków klanu zwrócone w jego stronę.

* * *


Na zebranych widok jednookiego przybysza wywołał piorunujące wrażenie. Dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Ciszę przerwał wielki ciemny typ siedzący obok głowy klanu. Był to zabójca cieszący się wielkim zaufaniem i szacunkiem swojego pana. Dawno już zrezygnował z tej pracy, ponieważ był już za stary.
- Ten chuderlak bez broni i z jednym okiem ma pokonać grupę Davidsa!? Naprawdę, wybacz August, ale to od razu widać, że to zwykły oszust...
Nie dokończył. W jednym momencie siedział z nogami na stole, a w drugim leżał pod stołem, a noga nieznajomego mocno naciskała jego gardło.
- Następnym razem przemyśl lepiej swoje słowa nim otworzysz tą paskudną gębę, panie. – Jednooki zdjął nogę ze swojej ofiary z szyderczym uśmiechem na twarzy. Następnie odwrócił się do Carona i spytał – Ile i kto?
- Twoim celem będzie grupa Davidsa – przywódca nie pytał się już o zdanie swoich podwładnych, bo wiedział, że będą się bali cokolwiek powiedzieć. Jego klan nie był zbyt odważny – Znasz ich?
Kkar skinął głową.
- Proponuję tysiąc od głowy.
- Dwa. – już wiedział, że Caron się zgodzi. Nie zależało mu na dużej sumie. Chciał tylko przeżyć za te pieniądze do następnego zadania.
- Dobrze, ale wszyscy czterej mają nie żyć za trzy dni.
- Oczywiście, panie
Chwilę później już pędził na swoim mahoniowym rumaku w świetle zachodzącego słońca. Silne podmuchy wiatru zwalały z nóg, ale on trzymał się pewnie w siodle, pochylony nad plecioną grzywą konia.
Wysoko - tuż pod cienką warstwą pomarańczowych obłoków pędzących po niebie, czarnym już na wschodzie, a rozświetlonym w ostatnich promieniach kończącego się dnia, na zachodzie – szybował jastrząb o czarnych jak węgiel oczach. Wypatrywał ofiary.
Rozdział IV

Po dwóch dniach szybkiej jazdy zobaczył czterech jeźdźców zbliżających się do skraju lasu. Pozwolił im wjechać, gdyż nie chciał walczyć na otwartej przestrzeni. Niestety, dowódca grupy Davidsa wybrał dłuższą, bardziej uczęszczaną drogę, a nie stary zarośnięty szlak, jak przypuszczał zabójca. To posunięcie zmusiło go do odłożenia ataku do nocy.
Gdy w lesie zrobiło się już szaro Kkar ukryty w gęstwinie zobaczył zbliżającą się z przeciwnej strony grupkę jeźdźców i wóz. Bandyci szybko otoczyli wędrowców, dwóch jeźdźców od razu zabili, a reszta rzuciła broń. Napastnicy zabrali im ją, a także zabrali inne wartościowe przedmioty. Mroczny zabójca gardził grupą Davidsa i nienawidził podobnych ataków. Nie zamierzał się jednak wtrącać. Powiedział sobie, że odpłaci im później, bo nie chciał mieć świadków swojego mordu.
Ktoś inny jednak, ukryty po drugiej stronie ścieżki myślał inaczej. Kkar zobaczył ruch w zaroślach. Po chwili na drogę wpadł wielki człowiek z długimi włosami i twarzą tak zarośniętą, że prawie nie było widać jasnych, piwnych oczu, pobłyskujących dziko jak u atakującego wilka. Dziwne, że nie wyczułem w ogóle jego obecności, pomyślał płatny morderca obserwując, jak olbrzym biegnie w kierunku bandytów. Dwóch pierwszych nie zobaczyło go do ostatniej chwili. Nim zdążyli odwrócić się, zaalarmowani krzykiem kolegów, było już za późno. Dwie wielkie pięści zgruchotały ich czaszki, nim zdali sobie sprawę co się dzieje. Kolejnego ściągnął z siodła i rzucił go o wóz wędrowców z taką siła, że popękały deski, nie mówiąc o kościach przywódcy bandytów. Olbrzym ruszył w pościg za ostatnim łotrem, który uciekał na koniu ogarnięty panicznym strachem. Kkar podziwiał nieznajomego, który na nogach doganiał uciekającego. Nagle wyczuł napięcie cięciwy łuku w rękach przywódcy Davidsów, który jakoś się pozbierał po silnym uderzeniu.. Celował w olbrzyma.
Kkar jednym, płynnym ruchem zdjął kuszę z pleców i nałożył smukłą strzałę o ostrym, srebrnym grocie. Sam robił swoje strzały, by mieć pewność, że dolecą do celu, zawsze, gdy będzie to potrzebne. Wyczuł kierunek i szybkość wiatru. Wyobraził sobie tor lotu strzały złoczyńcy i... wystrzelił równo z nim. Jego strzała mająca dużo większą siłę od strzały wypuszczonej z łuku, trafiła w drzewiec tuż przy grocie, przebiła go i poleciała w las. Nie strzelił do człowieka, bo nie chciał zwrócić na siebie uwagi wędrowców i olbrzyma. Połamany pocisk bandyty spadł na ziemię w momencie, gdy wielki, dziki człowiek przeciął uciekiniera na pół ogromną siekierą.
W czasie całego zamieszania woźnica wraz z pozostałymi wędrowcami załadowali ciała towarzyszy na wóz i popędzili w ciemny już las. Tajemniczy zabójca mógł opuścić swoją kryjówkę. Wyskoczył z zarośli zostawiając konia. Podbiegł cicho do przywódcy Davidsów i zatopił swój sztylet po rękojeść w serce nic nie spodziewającego się łotra, który już nałożył strzałę po raz drugi.

* * *

Zziajany po gonitwie za szybkim koniem, wielkolud powrócił na miejsce, gdzie przed chwilą stał wóz. Spojrzał na dowódcę bandy i zdziwił się, że któryś z wędrowców zdobył się na odwagę i zabił napastnika. Nie zauważył znikającej w mroku smukłej postaci. Zaciągnął trupy do lasu i pozostawił padlinożercom. Ruszył w dalszą drogę, a za nim jak cień podążał inny samotny wojownik.
Olbrzym poznał bardzo dobrze okoliczne lasy. Wiedział, że na leśnych drogach często dochodzi do napaści, więc postanowił urządzić sobie niedaleko kryjówkę. Był to duży szałas pokryty szczelnie gałęziami i mchem. Tak jak zawsze, i tym razem nie wracał prosto do swojego legowiska, tylko kręcił się przez jakiś czas po lesie, aby zmylić kogoś, kto mógłby go śledzić.
Tym razem jego ostrożność okazała się uzasadniona. Parę minut po walce usłyszał gwizdanie człowieka, który nieudolnie naśladował nawoływanie sokoła. Znał na tyle dobrze wszelkie odgłosy lasów i pól, że nie dał się nabrać. Już wiedział, że ktoś za nim idzie. Zatoczył koło i gdy wrócił na miejsce, którym już przechodził, zobaczył ślady obcego. Zdziwił się, że ktoś jest w stanie tak długo śledzić go w lesie, z którym potrafił całkowicie zniknąć i prawie nie zostawiać śladów. Postanowił się gdzieś zaczaić i zobaczyć, kim jest nieznajomy.

* * *

Po wysłaniu do swojego pracodawcy wiadomości, że wszyscy członkowie grupy Davidsa nie żyją, Kkar ruszył w pościg za nieznajomym. Musiał sprawdzić kim jest człowiek walczący gołymi rękami i olbrzymią siekierą, o którym nigdy nie słyszał. Dla kogo pracuje i czy może mu zagrażać? Był to człowiek, który mógłby z nim wygrać otwartą walkę. Po raz pierwszy trochę się obawiał, bo nigdy jeszcze nie spotkał kogoś takiego.
Tropił jego ledwo widoczne ślady już od pół godziny, gdy zauważył, że wrócił na miejsce, w którym już był. Zdziwił się, że ślady tego wielkiego człowieka są mniej widoczne niż jego własne. Zaniepokoił się, bo wiedział, że nieznajomy zrobił to specjalnie – zorientował się, że jest śledzony. Wyciągnął miecz, który błyskał w mroku słabym niebieskim światłem. Było na szczęście na tyle słabe, że nikt nie mógł go zauważyć nie stojąc tuż obok. Szedł teraz gotowy do walki, gdyż czuł, że nieznany osobnik w każdej chwili może go zaatakować.
W pewnym momencie, w wyjątkowej gęstwinie, zgubił trop. Stanął zdezorientowany. Zamknął oczy i starał się wyczuć wroga swoimi czułymi zmysłami. W ostatniej chwili wyczuł napastnika za swoimi plecami. Człowiek z dzikim błyskiem w oku przeleciał obok niego zamachując się wielką pięścią. Uchylił się i dopiero teraz złapał kontakt z napastnikiem – wiedział co zrobi za chwilę. Szybkim ruchem miecza odciął rzemień, na którym wisiała siekiera, w momencie w którym olbrzym po nią sięgał. Zdezorientowany wielkolud złapał ze świstem oddech, gdy miecz Kkara dotknął jego krtani. Zrobił to z wielkim wyczuciem, mocno, ale nie przecinając skóry. Ręka mu nawet nie drgnęła mimo długości i ciężaru miecza.
- Kim jesteś, panie? – z ust zabójcy padło pytanie, zadane głębokim, chrapliwym głosem. – Odpowiadaj, póki możesz?
- Nazywam się Gremon – odpowiedział olbrzym – A kim ty...?
- Ja mam broń. Ja pytam. – czarna postać nie pozwoliła mu dokończyć – Dla kogo pracujesz?
- Dla nikogo nie pracuję. Jestem... Byłem drwalem.
- Dlaczego zabiłeś tamtych ludzi?
- Bo to bandyci.
- Nie pytam kim byli. Dlaczego ich zabiłeś? – zniecierpliwiony Kkar przycisnął mocniej ostrze miecza do szyi wielkoluda.
- Tacy bandyci zabili moich rodziców i brata – zrezygnował z ukrywania czegokolwiek. Bał się, że zaraz zginie nie odkupiwszy swoich grzechów – To było pięć lat temu. Od tego czasu zabijam złych ludzi, by ich pomścić.
Zabójca wyczuł, że ten człowiek mówi prawdę. Nie zabije go.
- Ja jestem płatnym zabójcą – drwal zadrżał na te słowa – Ale jesteśmy w pewnym sensie do siebie podobni. Ja też zabijam tylko złych ludzi. Ale ja biorę za to pieniądze. Wolałbym mieć w tobie przyjaciela, a nie wroga.
- Dziękuję – odparł Gremon, gdy jednooki napastnik schował miecz. – Jesteś bardzo dobrym tropicielem.
- A ty silnym wojownikiem z ciekawą bronią.
- Zapraszam cię do mojego szałasu w dowód wdzięczności za osłanianie tyłów w czasie walki.
Kkara zadziwiła spostrzegawczość Gremona. Poczuł do niego szacunek i wyczuwał w nim wielką moc. Ruszył za nim w stronę jego szałasu, chociaż nigdy nikomu nie ufał, a tego człowieka znał dopiero od paru godzin.
- Jak się nazywasz czarny człowieku? – zapytał olbrzym już spokojnym głosem.
- Nie chce cię okłamywać, a prawdziwego imienia nie mogę ci podać. Niewielu ludzi, którzy mnie znają, mówią do mnie Kkar.
Nie znał swoich rodziców, a jego prawdziwe imię przekazał mu mnich z klasztoru, gdzie się urodził. Ostrzegł go, by nie powierzał swojego imienia ludziom, których dobrze nie zna, bo ma ono ogromną moc. Prawdopodobnie temu imieniu i rodzicom zawdzięczał swoje zdolności. Nie wierzył w żadne czary i magię, ale nawet w nim dźwięk jego prawdziwego imienia wywoływał dreszcze.
Do późnej nocy opowiadali sobie o swoich przeżyciach, przygodach i stoczonych walkach. Nie zadawali sobie zbyt wielu pytań. Kkar dowiedział się o więzi Gremona z lasem, że tu czuje się najlepiej i umie stapiać się z lasem tak, by być niewidocznym.
Koło północy sokół przyniósł swojemu panu wiadomość:

,, Dobra robota. Pieniądze możesz odebrać, kiedy chcesz. Jak będziesz następnym razem w Tured odwiedź mnie. Może będzie jakaś praca dla ciebie.
August Caron
Wódz klanu”

- Trzy czwarte tych pieniędzy należy do ciebie Gremonie. Jedź ze mną do Tured, to je odbierzemy.
- Nie, dziękuję. Nie potrzebuję pieniędzy. Żyję w lesie i nie miałbym nawet gdzie ich wydać. Jak nazywa się twój sokół?
- Kkarlon. Tak go nazwałem, a potem wziąłem od niego swoje nieprawdziwe imię.
Czarny sokół łypnął na swojego pana czarnymi oczkami, by pozwolił mu już odlecieć lub dał mu wiadomość do przekazania.
- No leć, upoluj sobie kolację. – Ciemny kształt szybko zniknął na tle zachmurzonego nieba. – mądre ptaszysko, zawsze trafia tam gdzie trzeba, nawet w największych zamieciach śnieżnych. Nie korzystam z konwojów pocztowych, bo wtedy moje wiadomości mogłyby wpaść w niepowołane ręce.
Posiedzieli chwilę w milczeniu, a potem położyli się spać w cieple niedużego ogniska.



komentarze
avatar Karrrina
karinop.pl
2006-06-24, 12:08:38:
...by przelać świeży grzech na papier...
Widze coś o koniach :) Koniecznie przeczytam niedługo całe :)

Jeszcze wróce (I'll be back)

Pozdrawiam
K.
--
Śmierć była wszędzie... była połową świata... I nie było nigdzie tęczy... "Spójrz na to optymistycznie"- powiedział pan Bóg i odszedł.

O utworze:

wyświetleń:721
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

m.
          lista utworów          

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.