avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4003 4001 4000 

Zmień skórkę


22 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Werter (amb. ver Therre)
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
6 listopada 2005, 22:25:28


Straszny sen pułkownika Zapukalskiego

Nad miastem powietrze stało. Nie był to letni zaduch, lecz upał wrześniowy, niosący zapach babiego lata i dojrzałych śliwek, jednak idącemu ulicą mężczyźnie wydawał się on równie trudny, jak nie trudniejszy do zniesienia, niż gorący sierpniowy dzień.

Był to wojskowy, dość wysoki mężczyzna, w wieku około pięćdziesięciu lat, lekko szpakowaty. Szedł spokojnie, nie śpiesząc się zanadto, ale i nie ociągając, rozglądał się wokół siebie co jakiś czas, patrzył na ludzi leniwie snujących się ulicami miasta, aż wreszcie doszedł do celu swojej drogi, jaki stanowił budynek gimnazjum numer trzy, przejęty na czas interwencji przez Sztab Korpusu Czwartej Armii Państwa.

W budynku panował miły chłód, lecz jednocześnie dość intensywny mrok, więc wchodzący musiał zatrzymać się przy wejściu na parę chwil, zanim ruszył długim korytarzem dalej. Mijał teraz sale, które jeszcze przed wakacjami służyły dzieciom do zdobywania wiedzy, a teraz stanowiły siedziby licznych komisji, werbujących ochotników do interwencji pokojowej w Kirgizji, ewidencjonujących wyjeżdżających, odznaczonych i skazanych przez sądy wojskowe oraz tych, którzy już nigdy nie wrócą.

Mijał te wszystkie pokoje wojskowy, który właśnie przyszedł, aż znalazł ten właściwy. Zapukał i wszedł.

Była to typowa sala lekcyjna, z ławki i krzesłami których nawet nie wyniesiono. Za biurkiem nauczycielskim siedział tu ubrany w szary garnitur mężczyzna sporo starszy od wchodzącego, całkiem już siwy, niezbyt wysoki, natomiast dość potężnej budowy ciała. Gdy zobaczył przybyłego, wstał i zasalutował zamaszyście prawą ręką, podczas gdy lewa, bezwładna, zwisała wzdłuż ciała, jak niepotrzebny balast. Mężczyzna w mundurze zasalutował także i podszedł do biurka.

- Pułkownik Radomir Zapukalski – przedstawił się gość. – Poinformowano pana, że przyjdę...

- Tak – odparł siedzący za biurkiem mężczyzna. – Henryk fon Blok, major rezerwy. Witam pana.

Sięgnął zdrową ręką do teczki leżącej na parapecie, położył ją przed sobą i rozwiązał, używając ciągle prawej ręki.

- Mam tu pana dokumenty – zamruczał jakby do siebie i zaczął wertować papiery znajdujące się w teczce, przyciskając do piersi. – Promocja oficerska, przydział... ładnie, ładnie... Srebrny krzyż zasługi dwa lata temu... – mruczał ciągle pod nosem. – I co? – zwrócił się do siedzącego naprzeciwko pułkownika. – Jeszcze pan nie był na wojnie i chciałby pan pojechać? – spytał z wyraźną nutką szyderstwa w głosie.

- Panie majorze – odparł pułkownik skonfundowany. – Przy całym szacunku, pan ma za zadanie zachęcać ochotników, a w każdym razie na pewno ich nie zniechęcać...

- Zadanie – powtórzył niechętnie fon Blok. – Ale ciekawi mnie... Mnie, jako człowieka, co też pana skłoniło do podjęcia tej decyzji...

Zapukalski otworzył usta, lecz zanim coś powiedział, major dodał prędko:

- Bo chyba pan nie wierzy w te dyrdymały o przywracaniu pokoju bagnetem? Wygląda pan na całkiem inteligentnego...

- Mam pensję oficerską – mówił Zapukalski takim tonem, jakby odczytywał własny wyrok. – Trójkę dzieci i żonę bez pracy i bez szans na pracę... Jestem... Mam obowiązek zapewnić mojej rodzinie godną egzystencję...

- I w tym celu chce pan pojechać mordować Kirgizów? – spytał zaczepnie fon Blok.

- Kto mówi o mordowaniu? Przecież to misja pokojowa...

- Z karabinami najnowszej generacji? Pociskami samonaprowadzającymi? Nocnymi bombowcami?

- Panie majorze...

- Niech pan posłucha, pułkowniku – przerwał mu major. – gdy miałem tak ze trzydzieści lat, bo był i taki okres w moim życiu, choć być może nic na to nie wskazuje, otóż kiedy miałem te trzydzieści lat i byłem niestarym jeszcze porucznikiem, zgłosił się do mnie jakiś reżyserek i powiedział, niech pan uważa, że chce zrobić film o drugiej wojnie światowej, i chciał... Teraz niech pan uważa! – krzyknął podnosząc palec wskazujący. – Zaproponował, aby nasza kompania przebrała się w niemieckie mundury z czasów wojny i zagrała oddział Wehrmachtu. Wyobraża pan sobie?! I wie pan, co wtedy, co ja powiedziałem?!

W tym momencie major z rozmachem chwycił swoją bezwładną lewą rękę w zgięcie łokcia prawej ręki i wykrzyknął:

- O takiego wała!! Tak mu powiedziałem! Taka była kiedyś armia! Kiedy honor nie był pustym słowem!

- Przy całym szacunku – rzekł nieśmiało pułkownik. – Honorem rodziny nie nakarmię...

- Przed wojną u nas w poznańskiem panowała straszna nędza. I wie pan, co myśmy bratem robili, żeby wyżywić rodzinę? Otóż rano szliśmy na rynek. Z torbami. Po rynku chodziły gołębie. Mój brat miał siłę w nodze, to podchodził i energicznie zasadzał takiemu gołąbkowi kopa. A ja, wtedy mały szkrab, biegłem za tym gołębiem, który nie miał siły lecieć – i buch go do torby! Potem brat brał go przez torbę i ukręcał łeb. O tak! A gdy mieliśmy już tak z dziesięć, niosło się do domu, skubało – i był obiad!

Tu przerwał, po czym dodał, już spokojniej:

- Ale pana brzydzi zabijanie gołąbków, nie? No, to będzie pan zabijał ludzi. Trudno...

Po czym wstał zamaszyście i zasalutował, a następnie wyciągnął rękę w stronę pułkownika, który wstał także.

- Gratuluję! Został pan mianowany dowódcą polskiego kontyngentu sił pokojowych w Kirgizji – rzekł fon Blok, potrząsając ręką pułkownika.

Rozmawiał wieczorem ze swoją kobietą, drobną i szczupłą żoną, Anną-Marią, w której zakochał się w wieku dwudziestu lat, i której wierny pozostał aż do tej chwili. Patrzył na jej puszyste, dłuższe włosy, a ona siedziała po turecku na fotelu, ręce skrzyżowawszy na piersiach.

- Zrobiłem to – powiedział cicho. – Poszedłem tam i...przyjęli mnie.

- Więc jedziesz? – rzekła równie cicho Anna-Maria.

- Zdecydowałem się. Rafał za rok zda maturę.



Tydzień później olbrzymi transportowiec podchodził do lądowania na pasie lotniska polowego we wschodniej Kirgizji. Pułkownik patrzył przez okienko na góry, olbrzymie góry na horyzoncie, rdzawej barwy, zaczerwienione przez zachodzące słońce. Samolot zatrzymał się wreszcie, rozwinął schodki. Pułkownik wyszedł niepewnie. „Co za dziwna pogoda jest dziś” – pomyślał – „a może w tym kraju to normalny stan...?”. Nie było ani zimno, ani ciepło. Lekki wiatr niósł ze sobą zapach piachu i był nieco cieplejszy od otaczającego powietrza. Lotnisko znajdowało się na dość wysoko wzniesionym grzbiecie, czego w pierwszej chwili pułkownik nie zauważył, gdyż był to dodatkowo grzbiet bardzo rozległy. Dopiero teraz, gdy wysiadł z samolotu, widział wyraźnie, zarówno po prawej, jak i po lewej stronie w oddali głębokie doliny, a za nimi rude, wydłużone masywy górskie. „Pamir” – pomyślał i przypomniał sobie, że kiedyś bardzo chciał zobaczyć te dzikie góry środkowej Azji – „a więc moje marzenie spełniło się... A to dopiero...” Na przeciwko szedł generał armii amerykańskiej. Spotkali się w połowie drogi między samolotem a wejściem na lotnisko. Podali sobie ręce.

- Pułkownik Radomir Zapukalski, dowódca polskiego kontyngentu.

- Generał Tomas Lukas, koordynator misji pokojowej. Tak się cieszę z przybycia sił polskich! – rzekł szczerze. – Po kolacji osobiście zapoznam pana z sytuacją na froncie walki o światowy pokój...

Spotkali się w budynku, który kiedyś pełnił być może jakąś inną funkcję, ale już od bardzo dawna nie pełnił funkcji żadnej. Generał Lukas przestawiał kolorowe chorągiewki na wielkiej mapie ściennej, formował z nich front o różnym kształcie i opowiadał o postępach wojsk koalicji, które bez większych przeszkód poruszały się w głąb kraju. Ale pułkownik go nie słuchał, tylko patrzył przez okno na te odległe, tajemnicze masywy górskie, w miarę zapadającego zmierzchu coraz bardziej tajemnicze. Momentami odnosił wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę, że jego tu wcale nie ma, że śpi we własnym łóżku u boku ukochanej żony Anny-Marii, i że zaraz obudzi się z westchnieniem ulgi, że to jednak nieprawda. Nie działo się przecież nic złego, nic, co by mogło wzbudzać lęk w pułkowniku Zapukalskim – a jednak bał się on czegoś, choć sam nie wiedział czego...

A wieczorem, gdy było już całkiem ciemno i Zapukalski wracał z narady wojskowej na swoją kwaterę, którą stanowił szpital przejęty przez siły pokojowe i zaadaptowany na potrzeby wojska, skręcił z drogi i wyszedł przez bramę poza teren koszarów. Wiał lekki ciepły wiatr. Już po chwili wzrok Zapukalskiego przyzwyczaił się do ciemności, i zaczął nawet rozpoznawać w tych ciemnościach kontury odległych i bliższych grzbietów pasma Pamir. Gdzieś w dolinie krzyknęło jakieś nieznane Zapukalskiemu zwierzę. I wtedy poczuł nagłe uderzenie. Ktoś z tyłu chwycił go mocno za szyję i usiłował obezwładnić. Momentalnie sięgnął po pistolet, skierował lufę za swoje lewe ramię i wystrzelił, lecz napastnik był szybszy i w ostatniej chwili potrącił rękę pułkownika trzymającą pistolet. Strzał nie sięgnął celu, odbił się dudniącym echem od odległych potężnych gór. Napastnik puścił Zapukalskiego i przyjrzał mu się bliżej.

- Oficer sił pokojowych – rzekł ze zdziwieniem. – Czyż nie? (Yznt yt?)

Był to człowiek średniego wzrostu, dość przysadzisty, o twarzy, która u jednych mogła wzbudzać sympatię, u innych zaś, jak u Zapukalskiego, obrzydzenie. Wyglądał na człowieka niezbyt inteligentnego, prawdopodobnie na skutek nieproporcjonalnie wysokiego czoła. Miał na sobie mundur podoficera armii amerykańskiej.

- Człowieku, mogłem cię zabić! – krzyknął pułkownik (Aj kud kiliu, meen!)

- Co pan robi o tej porze poza koszarami? – spytał podoficer.

- Oddycham świeżym powietrzem. Chyba wolno...

- Kirgiskie noce bywają niebezpieczne – odparł rozmówca pułkownika. (Kirgiżjan najc mej bi dandżerus) Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował Zapukalskiego, a następnie podał mu ogień. Sam zapalił również. – Starszy sierżant Brus Łyllis, dowódca kompanii wartowniczej. – rzekł wypuszczając lekko do góry kłęby dymu.

- Pułkownik Radomir Zapukalski, dowódca polskiego kontyngentu. Ja bym jeszcze kawałek poszedł, mogę? (Mejaj?)

- Może pan... Ma pan niezły refleks, ale... po co? (Łotfor?)

- Posłuchać ciszy i szumu wiatru. Pooddychać górami... Uwielbiam góry, panie sierżancie.

- Nie rozumiem, ale... może pan iść, skoro tak – odparł sierżant. (Aj dont andestęd, bat... jumej goł, dzen...)

Teraz szedł kamienistą ścieżką lekko w dół w stronę rozległej doliny którejś z rzek, Amu-Darii lub Syr-Darii, nie wiedział. W pewnym momencie znów usłyszał szelest. Wyjął pistolet z kabury i odbezpieczył, celując w stronę czegoś, czego nie widział dokładnie w ciemnościach. Jednocześnie cofnął się kilka kroków. Szelest powtórzył się. Pułkownik zamknął oczy, zacisnął powieki, a następnie otworzył je znowu. Teraz zauważył w ciemności ruchomy kontur człowieka.

Przed nim stał młodzieniec, chłopak właściwie, chudy i niewysoki, z karabinem jeszcze radzieckiej produkcji. Gdy zobaczył Zapukalskiego, cisnął karabin na ziemię. Teraz pułkownik widział go wyraźnie – chłopak miał pociągłą twarz i ogromne, wystraszone oczy.

- Nie strielac’ – krzyknął. – My druzja! Frendz!

- Ruki wwierch! – krzyknął Zapukalski. Chłopak natychmiast podniósł ręce do góry.

- Chcę żyć! – jęknął łamaną angielszczyzną chłopak. – Nie zabijajcie mnie! Chcę żyć!

- Chodź ze mną – rzekł pułkownik. – Nic ci się nie stanie. Chodź, a ocalisz życie.

Chłopak posłusznie skinął głową i rozejrzał się. Pułkownik wskazał mu znajdujące się nieco w górze światła budynków zajętych przez kontyngent.

– Paszli! – rzekł krótko.

Szli teraz we dwóch – chłopak z lekko podniesionymi rękoma, a za nim Zapukalski z odbezpieczoną bronią. Znowu zawiał lekki, ciepły wiatr.

- Kto idzie? – usłyszeli głos w ciemnościach (Chuzdzer?). Zapukalski poznał znajomy głos sierżanta Łyllisa.

- To ja – odparł (Ic mi). – Wracam do obozu. (Ajem gołing bek tude kemp.)

- A on? – spytał Łyllis. Teraz pułkownik widział wyraźnie jego krępą sylwetkę w ciemności.

- Jeniec. Spotkałem go nieco niżej...

Łyllis podszedł bliżej. Był tego samego wzrostu, co Kirgiz. Chwycił go ręką za głowę i uważnie przyjrzał się jego twarzy.

- Szpieg – rzekł szybko. (E spaj!)

- Czego tu szukałeś? – krzyknął do jeńca. (Łot aju łer serczing for?) – Mów!

- Panie sierżancie – rzekł Zapukalski. – Pragnę panu przypomnieć, że to mój jeniec. Ja go wziąłem do niewoli. (Aj hew kapczerd him.)

- Pomódl się do swojego boga – krzyczał coraz głośniej Łyllis, jakby nie słysząc pułkownika. Jeniec stał w bezruchu, nie rozumiejąc.

- Ogłuchłeś?! – krzyczał Łyllis (Aju def?!) – Pomódl się, bo może czynisz to po raz ostatni w życiu!

- Panie sierżancie! – krzyknął Zapukalski widząc, co się dzieje. Nie zdążył jednak. Sierżant Łyllis energicznie wyjął broń i wystrzelił. Zapukalski stał jak wryty. Później zrozumiał, że w takiej sytuacji powinien choć zamknąć oczy. Huknął strzał. Jeniec stał przez pewien czas w miejscu, jakby sierżant chybił, lecz nie mógł przecież chybić, gdyż stał o dwa metry od niego. Dopiero po kilku sekundach zachwiał się i upadł ciężko na ziemię.

- Dlaczego pan go zabił?! – krzyknął Zapukalski do sierżanta.

- To był szpieg! Mógł przekazać informacje o rozmieszczeniu naszych wojsk! – odparł zdecydowanie Łyllis.

- Oddał broń! Był zatem jeńcem! Nie wolno zabijać jeńców!

- Walczył po stronie zła, pułkowniku! – odpowiedział bez wahania sierżant.

- Obiecałem temu człowiekowi życie, jeśli złoży broń!

- Więc ma pan coś w rodzaju moralnego niepokoju – rzekł spokojnie Łyllis i uśmiechnął się głupkowato. – Ale to już tylko pana problem... (Bat ic onli jors prablm...)

Zapukalski stanął teraz naprzeciwko Łyllisa. Podniósł prawą rękę. Wzbierała w nim wściekłość. Pułkownik był spokojnym człowiekiem, ale teraz najchętniej rozszarpałby sierżanta na strzępy. Już przygotował dłoń do ciosu na odlew, gdy poczuł odpływ wszelkich sił. Stał przez moment nieruchomo w tej dziwnej pozie, próbując jeszcze zebrać choć trochę sił do uczynienia tego, co wydało mu się najbardziej słuszne. Sierżant stał również, z półotwartymi ustami, nie rozumiejąc. Zawiał lekki wiatr. „Nie ma księżyca” – zauważył Zapukalski. – „Dlaczego nie ma? Powinien teraz wyjść zza gór...” – i opuścił rękę z wyrazem rezygnacji.

- Papieroska? – spytał Łyllis, jakby nigdy nic.

- Wsadź sobie swojego papierosa w d...! – krzyknął Zapukalski. Wyminął stojącego bez ruchu sierżanta i ruszył pewnym krokiem, choć ze spuszczoną głową w stronę bramy głównej koszar.

Niebawem dotarł do pawilonu, w którym niegdyś leczono ciężko chorych, a po którym teraz ganiali się podchmieleni żołnierze obcej armii, wykrzykując przekleństwa w obcym, nigdy na tej ziemii nie słyszanym języku.

Tego dnia Zapukalski długo nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok na łóżku szpitalnym, które przydzielono mu do spania. Na dole hałasowali pijani oficerowie amerykańscy. Poza tym było cicho. Wręcz przeraźliwie cicho.

Wreszcie Zapukalski wstał. zapalił nocną lampkę i usiadł przy biurku. Położył przed sobą kartkę, wziął do ręki długopis. I miał wrażenie, że ręka sama zaczyna biec po papierze, kreśląc słowa nawet nie do końca uświadomione.

Anno-Mario, Najjaśniejsza Plamko moich źrenic!

Nie wiem czy mówiłem Ci dostatecznie często, jak bardzo Cię kocham. Jak bardzo jesteś mi bliska. Teraz tu, daleko od domu, od naszych miejsc, czuję to jeszcze bardziej. I pragnę podziękować Ci za te chwile trzydzieści lat temu, gdy szliśmy razem w jesiennej mżawce Doliną Kościeliską, trzymając się za ręce. I gdy pierwszy raz powiedziałaś mi to, co zawsze chciałem od Ciebie usłyszeć. Dziękuję, że wtedy, w naszych górach, pomogłaś uwierzyć mi, że ludzie mają serca, bo dziś w górach znacznie wyższych i dużo bardziej odległych musiałbym w to zwątpić.

Odłożył długopis. Pogniótł kartkę i rzucił w kąt pokoju, będącego niegdyś salą szpitalną. Wziął następną.

Anno-Mario, Jedyna Moja!

Widziałem dziś, jak zabito człowieka. Przepraszam, że Ci o tym piszę, ale muszę to komuś powiedzieć. Chciałbym krzyczeć o tym na cały głos, tak by cały świat usłyszał. Że ten tępy żołdak podszedł do niego, do chłopaka, który był może w wieku naszego Rafała, a może nawet młodszy. Że ten chłopak miał może matkę, która teraz siedzi gdzieś w odludnej wiosce pośród tych ogromnych gór i z niepokojem serca czeka, aż jej syn wróci. Może miał dziewczynę, która siedzi teraz z matką, trzyma ją za rękę i mówi: niech pani się nie martwi, wróci na pewno. Że ten facet po prostu wyjął pistolet i strzelił do bezbronnego człowieka, który nic, absolutnie nic nie zrobił i nie powiedział w chwili nieuchronnej śmierci. Że kilkanaście minut wcześniej, gdy brałem go do niewoli, obiecałem mu, że jak złoży broń, będzie żył...

Nie wiem, po co ci to piszę ale

Znów pogniótł kartkę i rzucił ją w ślad za pierwszą. Nie wziął jednak następnej, lecz oparł łokcie o biurko, wsparł głowę na łokciach i zamknął oczy. Otworzył je jednak zaraz. Wydawało mu się, że tuż za jasnym kręgiem światła z lampki stoi sierżant Łyllis naprzeciwko jeńca i krzyczy: „Pomódl się do swojego boga, bo może czynisz to ostatni raz w życiu!”. Ale to złudzenie, w pokoju nie było nikogo poza Zapukalskim. Na dole pijani amerykańscy oficerowie poszli już spać. Było cicho.

Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne, obraz dni,

który czaszki białe toczy

przez płonące łąki krwi.*)

„Skąd ja to znam?” – pomyślał Zapukalski. Lecz zaraz gdzieś w głębi mózgu usłyszał dalszy ciąg:

Jeno odmień czas kaleki,

przykryj groby płaszczem rzeki,

zetrzyj z włosów pył bitewny,

tych lat gniewnych, czarny pył.*)

Wziął teraz zupełnie nową kartkę, długopis i napisał:

Anno-Mario, Moja Jedyna!
Więc dotarłem na miejsce. Jak tu jest? No cóż, musiałem przekroczyć kiedyś smugę cienia, oddzielającą świat dobry od złego. I zrobiłem to dziś wieczorem. co dalej? Niebo bezgwiezdne nade mną, a co we mnie – wolę nie myśleć.

Twój, na zawsze Radek











--------------------------------------------------------------------------------



*) Fragment wiersza K. K. Baczyńskiego „*** (Niebo złote ci otworzę)”


komentarze
~Jagienka nie zalogowana
galeczka19buziaczek.pl
2005-11-18, 12:59:31:
go��
Drogi Werterze Opowiadanie jest cudowne. Czytając je mialam przed oczami opisywane obrazy, czulam ten wiatr, duchotę... Cos pięknego. Moim zdaniem jestes genialny. Z przyjemnością bede czytac nastepne opowiadania. Forma fantastyczne, i przeslanie bardzo wazne w zyciu. Pozdrawiam goraco i czekam na nastepne opowiadanka. Jagienka

O utworze:

wyświetleń:653
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Werter (amb. ver Therre)
          lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.