avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


25 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Fantasmagoria
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
15 stycznia 2004, 08:38:40


Błąd Naszego Boga cz. I

- Cholera jasna! - Kawałek cegły potoczył się po chodniku, a może to była mała bryłka cementu? Przeturlał się jeszcze kilka centymetrów, żeby zaraz potem spaść z krawężnika i pozostać tam, jakby leżał w tym miejscu od stworzenia świata, nieszkodliwy i nikomu niepotrzebny. Ewa z irytacją spojrzała w górę, potrząsając nerwowo głową. Dwa kosmyki wysunęły się ze zwykle nieskazitelnego koka, opadając na jej twarz. Podniosła niecierpliwie rękę, usiłując doprowadzić fryzurę do surowego ładu, jaki zawsze prezentowała, ale zaraz zrezygnowała, bo torebka i torby z zakupami nie pozostawiały jej zbyt wielkiej swobody ruchów.
- Psiakrew, jakby nie mogli za sobą sprzątać! - warknęła, przyglądając się remontowanej od kilku tygodni kamienicy - Brud, hałas i plączące się pod nogami efekty pracy tych, pożal się Boże, fachowców!
#Powoli pokuśtykała do najbliższej ławki. Oczywiście, flek lewego obcasa trzyma się z ledwością, znowu te niekończące się wędrówki do niesłownego szewca, wdychanie unoszących się w jego zakładzie oparów Butaprenu i denerwujące postukiwanie małego młoteczka. Teraz pozostaje problem, jak dojść do domu. Żeby chociaż raz Janusz wpadł na ten pomysł i sam zajął się zakupami. Ale nie, przecież do wizerunku szanownego biznesmena z krawatem i aktówką nie pasuje tak przyziemne zadanie. Niedaleko, jeszcze tylko jakieś trzysta metrów, ale to jednak denerwujące. Iść tak koło domów sąsiadów kulejąc i patrząc co chwilę, czy obcas się jeszcze trzyma? Niedoczekanie, już i tak wszyscy patrzą na nią jak na ostatnią nieudacznicę. Nic dziwnego, trzęsące się z nerwów ręce i opryskliwość osiedlowych sprzedawczyń bez przerwy stają się przyczyną krótkich spięć, z których zawsze zwycięsko wychodzi druga strona. Ona przemyka obok jak pies z podkulonym ogonem, marząc o chwili, kiedy wreszcie odważy się walczyć o swój wewnętrzny spokój.
#Znowu to samo, ciekawskie spojrzenia sąsiadek, pytania, pełne udawanego współczucia spojrzenia, niedoczekanie! Już chyba lepiej tak siedzieć, w domu i tak teraz nikt na nią nie czeka, po co się spieszyć? Usłużna wyobraźnia zaraz podsuwa jej obraz Janusza, wchodzącego bez słowa do kuchni. Kanapka z pomidorem, szklanka herbaty, gazeta, trzask drzwi gabinetu, odizolowanie się w świecie, do którego nie mogła i może nawet nie chciała wchodzić. No tak, równie dobrze można zostać na ławce. I tu i tam jest tak samo obca sobie i wszystkim naokoło, jak parasol w słoneczny dzień. Która godzina? Zegar na wystawie zegarmistrza pokazuje za dziesięć dwunastą. Chociaż... na tym obok jest już wpół do pierwszej - i w co tu wierzyć? Lepiej wstać, Magdusia niedługo wróci ze szkoły, powinna zjeść coś ciepłego domowej roboty, znowu kierat kuchni, elektrycznego pieca i srebrzyście lśniących garnków. Wszystko na pokaz, wszystko. Uśmiechy Janusza i wzrok jego gości błądzący po domu. Tak tak, żonie i dziecku niczego nie brakuje, mąż dobrze zarabia, wiedzie im się. Czy tak właśnie sobie myślą? Czy któryś z wiecznie przelatujących przez dom mężczyzn w drogich garniturach zastanawia się, co kryje się za jej nieśmiałym, jakby wymuszonym uśmiechem i smutkiem w oczach? Czy te eleganckie kobiety, pewne siebie, roześmiane, wdzięczące się do Madzi pod czujnym okiem jej ojca, byłyby zdolne do postawienia wszystkiego na jedną kartę? Do porzucenia marzeń o karierze na rzecz rondli, ściereczek do kurzu i szumu froterki do podłogi? Dość tych rozmyślań, przecież w niczym nie pomogą. Po co rozdrapywać lekko już zabliźnione rany, zadając sobie ból natrętnymi wspomnieniami o tym, co już minęło. Lepiej wrócić do nużącej codzienności i z uśmiechem powitać córeczkę w drzwiach, niech przynajmniej ona czuje się szczęśliwa, przecież na to zasługuje.
#Ewa wstała ostrożnie, zrobiła kilka kroków i przystanęła. Nogi drżały jej niepewnie, wystarczyła sama świadomość, że obcas trzeba naprawić. A jeśli pójdzie dalej, potknie się, wywróci? Pod przymkniętymi powiekami pojawił się chodnik zasłany skorupkami jajek i szkłem z rozbitych butelek. Znając jej szczęście, to bardzo prawdopodobny scenariusz. Gdyby tylko Janusz zechciał grać rolę dobrego męża trochę częściej, bagażnik nowego samochodu pełen był zawsze segregatorów z dokumentami, ale nigdy jeszcze nie znalazły się w nim sprawunki. Iść? Zostać? Zadzwonić po niego ryzykując, że z przekąsem w głosie zapyta, czy nawet w tak banalnej sprawie nie może dać sobie rady sama? Stała w miejscu jak posąg, nieruchomo, jak posąg wodząc wokół niewidzącym wzrokiem.
#Ciche chrząknięcie wytrąciło ją z zamyślenia, zdała sobie sprawę, jak dziwacznie musi wyglądać, stojąc na środku chodnika, wymijana przez obojętnych przechodniów.
- Czy pani źle się czuje?
#Niebieskie oczy przyglądają jej się z uwagą i chyba nawet z lekkim niepokojem. Ręce wyciągają się w stronę torby, którą Ewa odruchowo obronnym gestem przycisnęła do siebie.
- Proszę się mnie nie bać, pomogę pani.
#Głos nawet sympatyczny, niski, pasuje do jego powierzchowności. Wysoki brodacz, w dżinsach i koszuli w kratę i te oczy. Niebieskie, w kolorze jej ulubionej letniej sukienki, błyszczące, uśmiechają się do niej a może śmieją się z niej? Nie, uśmiechają, zdecydowanie to jest uśmiech. Ewa lekko odetchnęła i, zreflektowawszy się w końcu, przestała przyglądać się nieznajomemu. Nawet nie zauważyła, kiedy wziął od niej te przeklęte tobołki.
- Przechodziłem obok i nagle panią zauważyłem, stała pani taka nieobecna duchem i pomyślałem, że może na coś się przydam.
#Znowu jego głos, chyba lubi się śmiać, nawet teraz słychać lekka nutkę rozbawienia. A może to tylko taka szczególna barwa? Zresztą, nie ma się nad czym zastanawiać, dojdą do domu, ona z ulgą zrzuci buty, przysiądzie chociaż na chwilę na kanapie a jego już wtedy nie będzie, nie może być. Przecież w jej życiu nie ma miejsca na żadnych brodaczy, kimkolwiek by nie byli. Lekkie zdziwienie w jego oczach, czego on chce? Chyba o coś pytał tylko o co? Boże, jak można się tak ciągle zamyślać i tracić kontakt ze światem.
- Przepraszam, pan o coś pytał?
- Owszem, nawet dwa razy. Ale nie dziwię się, że była pani tak nieobecna duchem, piękny dzień dzisiaj, prawda?
- Dzień? Ach tak, rzeczywiście.
#No nie, wiecznie to samo. Piękna pogoda, prawda? Strasznie dziś zimno pani Ewo. Oj, ale wczoraj lało wieczorem, widziała pani? Czy oni wszyscy nie mogą zająć się sobą? Nie mają z nią nic wspólnego, po co więc to czcze gadanie, uśmiechy a potem pewnie obgadywanie za plecami. Drgnęła lekko, a on czego znowu chce, jego dłoń na jej ramieniu i oczy, spoglądające badawczo.
- Ja wiem, że pani mnie nie zna. Ale ja naprawdę nie mam nic złego na myśli, jeśli powie pani w końcu gdzie pani mieszka to przynajmniej pomogę przy tych zakupach.
- Tak, oczywiście, przepraszam bardzo. Jestem lekko rozkojarzona. Ulica Brzozowa, ostatni dom po lewej, ale nie chcę panu niepotrzebnie sprawiać kłopotu, nic mi przecież nie jest.
- Wiem, że nic pani nie jest i wcale nie wątpię, że poradziłaby pani sobie bez pomocy mojej skromnej osoby, ale i tak jest mi po drodze, więc może jednak ruszymy?
#Powoli, dwa kroki do przodu, wreszcie bez torby obijającej się boleśnie o nogi. Ciche pogwizdywanie obok, melodia nawet znajoma, tylko co to takiego? Nieważne, jego sprawa, dojść, zdjąć buty, wstawić zakupy do lodówki, usiąść, zapomnieć, amen. Co pomyślą sąsiadki? Obcy mężczyzna obok, oboje milczą, brat, kuzyn, kochanek? Do cholery z nimi, plotkarska strefa, za grosz prywatności, izolacji, za grosz poczucia własnej wartości, nic się nie zmieni, nawet nie warto próbować. Wyniosła mina, krok do przodu, następny i następny. Och! No tak, to było do przewidzenia, gdyby nie on przewróciłaby się, ponowne wyjście do miasta, ponowne stanie w kolejkach, przecież Janusz nie może wiedzieć, jaka z niej niezdara. Kpiny, krzywy uśmiech a może znowu zimny wzrok, słowa płynące gdzieś ponad jej głową, odbijające się od drzwi i kuchennych szafek?
- Czasem mój upór wychodzi na dobre.
#Uśmiech brodacza, jak on może mieć na imię? Jezu, co za różnica, po co zawracać sobie głowę czymś tak nieistotnym, koszula miękka, miło się o niego oprzeć, ten przeklęty obcas, zadzwonić do szewca, co jeszcze? No tak, najpierw obiad dla Madzi i Janusza, chyba że znowu wróci wieczorem, zły i mrukliwy, mięso wysmażone na skwarek, zimne ziemniaki, a niech ma! Żadnego telefonu w ciągu dnia, wpada znienacka i oczekuje, że ona będzie stać na posterunku jak wierna służąca.
- To tutaj, dziękuję. Miło z pana strony, że się pan fatygował.
- To nic takiego, było mi po drodze. Do widzenia pani...
- Ewa Zarębska.
- Mateusz Jaskólski, więc do widzenia, pani Ewo. Cieszę się, że w jakiś sposób mogłem pomóc.
#Znowu ta fałszywa grzeczność, nawet on nie jest od niej wolny. Z czego tu się cieszyć? Natknął się na nią, stojącą jak idiotka wzywająca o pomstę do nieba, litość, rozbawienie? Było mu po drodze, jasne, typ dżentelmena, dobry rycerz ratujący księżniczki z łap smoków? Tylko ze ona księżniczką nie jest i od jej smoka nikt nie zdoła jej uwolnić, dzień po dniu lód zamiast ognia i teczka aktówka zamiast zadających śmierć kłów. No nie, znowu to samo, który to już raz dzisiaj? Stać tak jak manekin pod własnymi drzwiami, czy to się leczy? Brak kontaktu z rzeczywistością, uciekanie w podświadomość i tak nic nie da, powroty są zawsze najgorsze. Skąd się wziął ten smok? Ach, prawda, rysunek Madzi, zielona kredka, temperówka i nieskończona ilość kartek papieru aż dzieło było dostatecznie dobre, aby ujrzało światło dzienne. Mamo, kocham cię, łzy w oczach i wieczór spędzony na czytaniu bajek o dobrych i złych smokach, trollach, i innych potworach. Mamo, czy tatuś też przyjdzie mi jutro poczytać? Powoli wypełzający ze wszystkich kątów mrok myśli skrywających nienawiść i litość, litość przede wszystkim, dla tego człowieka, który nawet nie zna własnego dziecka. Moja Magda jest pierwszą uczennicą, Magda, odrób lekcje, Magda, przestań się zachowywać w ten sposób, Magda, nie hałasuj, Magda, coś ty znowu zrobiła, wiecznie to samo, nigdy Madzia, nigdy Magdusia, za nic czułości, zabawka do pokazywania znajomym, do chwalenia się. Biznesmen prowadzący życie rodzinne, tak tak, innym się to nie udało, kariera przesłania cały świat, niech wszyscy widzą, że on ma wszystko, zdolne dziecko, dom na pokaz, potulną żonę. Kochanie, oto państwo jacyś tam, dzień dobry, bardzo mi miło państwa poznać, mąż mi dużo opowiadał. Akurat, trzeba grać rolę dobrej kochającej żoneczki, uśmiech numer siedem, proszę do stołu, może najpierw napiją się państwo czegoś zimnego? Ciężkie kolczyki, długa sukienka, mocny zapach perfum, godne reprezentowanie, ale kogo? Dobrego męża, kochającego ojca, antypatycznego zarozumiałego potwora, niepotrzebne skreślić, co zostanie?
#Rysunek leży teraz w szafce koło łóżka, starannie schowany przed tym despotą. Wiadomo, co by było gdyby go zobaczył. Magda, lepiej poćwicz ortografię zamiast marnować czas na bzdury, właśnie, bzdury. Czy to zazdrość? Może, przecież on nigdy nic nie dostaje od Magdusi, z wyjątkiem urodzin, kiedy obie idą wybierać dla niego krawat czy spinki do mankietów które i tak leżą potem zapomniane i niepotrzebne. Mamusiu, czy tatusiowi nie podoba się mój prezent? Ten smutek w jej oczach, co ona jest winna, powiedzieć jej, że ma ojca potwora? Podoba kochanie, tatuś po prostu bardzo się spieszył i nie zdążył ich założyć. Życie budowane na kłamstwie, jedno, drugie, małe cegiełki i wysoka wieża, chwiejna, ale nadal stojąca. Zawali się? Kto ucierpi pod gruzami? Na pewno ona, Janusz jak zawsze wyjdzie obronną ręką z tym swoim zwycięskim uśmiechem pana i posiadacza.


komentarze
~Woman Of Shadow
w0m4nwp.pl
2004-01-18, 19:10:41:
go��
Witaj!     Zaczytałam się :]:]     Z pewnością będę czekać na dalsze części twych opowiadań, bo są interesujące.     Pozdrawiam :]

O utworze:

wyświetleń:1147
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Fantasmagoria
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.