avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


23 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Fantasmagoria
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
12 stycznia 2004, 23:33:55


Słoneczniki

#Promień światła wpadł przez uchyloną okiennicę sypialni i zatrzymał się na poduszce. Vincent otworzył oczy i zacisnął je znowu mocno, jak najmocniej, żeby zatrzymać resztki snu. Było mu dobrze z dala od rzeczywistości. Nie udało się, światło przedostało się już pod powieki, rysując pod nimi czerwone i żółte kółka wirujące w jakimś niesamowitym tańcu.
#Vincent usiadł na łóżku, leniwie wsuwając nogi w chodaki. Był zmęczony jak po długim biegu i przygnębiony, ale bezczynność podsuwała jego chorej wyobraźni coraz to nowe obrazy, wstał więc, by w końcu zająć czymś ręce i umysł. Zaparzył herbatę, bursztynowy płyn podniesiony na wysokość oczu ładnie załamywał słoneczne promyki. To było właśnie to, co Vincent lubił najbardziej - gra świateł, świetlista harmonia całego świata, piękno przedmiotu, które tylko pędzel mistrza może wynieść z mroku dodając mu barw i odpowiedniej oprawy.
#Herbata już dawno wystygła a on siedział tak, wpatrzony w złote refleksy. Kromka chleba z poprzedniego dnia leżała obok, ledwie nadgryziona. Nigdy nie czuł głodu. Przygotowywał sobie jedzenie tylko po to, żeby móc na chwilę zając się czymś sensowniejszym od własnych urojeń. Odstawił szklankę, oparł brodę na dłoniach i patrzył przed siebie. Stół zasłany był okruszkami chleba, sera, plamami po herbacie i zupach, które czasem gotowała mu gospodyni. Na środku stołu stał pękaty wazon pełen ściętych jeszcze niedawno słoneczników. Vincent nie pamiętał, kto je tu przyniósł. Gospodyni czy on sam, z jednej ze swych licznych wędrówek w pogoni za słońcem.
#Kwiaty stały dumnie wyprostowane, obracając do słońca swoje piegowate buzie obramowane złocistymi płatkami. Zginały wdzięcznie grube łodygi, żeby obrócić się ku źródłu, od którego czerpały swoją nazwę. Wydawało mu się, że to swoiste przedstawienie na jego cześć a może raczej spektakl skierowany przeciwko niemu, żeby przypomnieć mu, że sam jest nikim, zupełnie nikim i nie ma prawa cieszyć się słońcem tak jak one. Złapał gwałtownie wazon chcąc cisnąć nim o nierówne deski podłogi. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Postawił go ponownie na stole i pobiegł w kąt pokoju gdzie leżały sztalugi i kilka płócien.
#Na czystej bieli pojawiła się pierwsza plama farby. Żółta, ciepła, słoneczna. Potem następna w tonacji ciepłego brązu, potem następna i następna. Łączyły się ze sobą niedbałymi pociągnięciami pędzla, na jeszcze przed chwilą czystym płótnie pojawiały się kolory, jawiło się słonecznikowe misterium trwania, ich nieśmiertelność, ich słoneczne dusze uwiecznione na zawsze w impaście. Kwiaty żyły, nawet na płótnie łapały słońce, złamujące się na grubych warstwach farby. Były dumne, pewne siebie, swojej urody, swojej trwałości, w przeciwieństwie do Vincenta, który odsunął się na krok od sztalug i poważnym spojrzeniem zmęczonych oczu lustrował rozpoczęte dzieło.
#Były zbyt doskonałe, zbyt żywe, drwiły z jego zmęczenia każdym płatkiem, każdym liściem. Złościło go to, żałował, że w ogóle zaczął nad nimi pracować. Usiadł na krześle, przyglądając się im. Bezwiednie zaczął się bawić szklanką, herbata w niej była już zimna, jej ciepło przeminęło... Przeminęło, właśnie – nagły impuls poderwał go znów do sztalug. Na płótnie pojawiły się plamy brązowe i rude jak jego własna broda. Słoneczniki powoli traciły swoje sztywne dostojeństwo. Więdły, ich płatki opadały smętnie w dół, piegowate lica traciły swój zawadiacki wygląd. Patrzyły z niepokojem po sobie, zastanawiając się, jaki będzie ich koniec, miały być przecież idealne, miały być nieśmiertelne, piękne i świeże a człowiek wszystko popsuł.
#Vincent był jak w transie. Rzucał plamy koloru na płótno, nie używając nawet palety. Gwałtownymi ruchami pędzla dodawał wciąż nowych, aż chropowate powierzchnia przypominała księżycowy krajobraz, pełen nierówności. Nadmiar farby zgarniał małą szpachelką, aż cale jego ubranie, podłoga i wszystko wokół nabrało tej samej tonacji. Żółto - brunatnej, kwiecisto - słonecznej, radośnie - ponurej. Cofając się potrącił wyszczerbioną glinianą miseczkę, w której sam przygotowywał kolory, mieszając je często kilka godzin, ucierając składniki farb aż do omdlenia rąk. Słoneczny blask rozlał się po podłodze, plamiąc jego buty. Kopnął naczynie gdzieś w bok i malował dalej, było mu już wszystko jedno, czy kwiaty będą wyglądały wiarygodnie, czy każdy od razu rozpozna w nich słoneczniki. Chciał tylko przedstawić ich procesję do śmierci, ich powolne przemijanie, rezygnację z radosnych zabaw światłem, ich zwiędłe dusze uwięzione w uschniętych łodygach i opadłych płatkach.
#Kolejny słonecznik zwiesił smutno głowę, już nie żółty, już brunatno - brązowy, już nie mający nic z tej wzniosłości, którą zachowali niektórzy jego sąsiedzi z wazonu. Ostatni ruch drżącej dłoni uwiecznił dzieło; ostatnie ukłucie pędzla, który dla kwiatów okazał się śmiercionośnym. #Vincent stanął przy oknie, mrużąc oczy chłonął ostatnie promienie zachodzącego słońca. Nie zdawał sobie sprawy, że malowanie tak bardzo go pochłonęło, że spędził przy sztalugach cały dzień. Był zmęczony, zawsze był zmęczony. Spojrzał ostatni raz na czerwone już słońce i zatrzasnął z hukiem okiennice. Zdjął buty i nie przebierając się nawet położył na łóżku, brudząc wszystko farbą. W zaciśniętej dłoni nadal trzymał pędzel. Rzucił go na podłogę i odwrócił się twarzą do ściany. Zasnął...



komentarze
O utworze:

wyświetleń:1195
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Fantasmagoria
          lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.