avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


19 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
kaczor
wędrowiec
opowiadania
dodano:
14 października 2003, 18:35:59


MARK TWAIN. LISTY Z ZIEMI........

MARK TWAIN


„Listy z ziemi”

(Przełożył i wstępem opatrzył Juliusz Kydryński)



Paradoksalne na pozór twierdzenie, że Mark Twain, jeden z najpopularniejszych twórców literatury amerykańskiej na przełomie ubiegłego i bieżącego wieku, pozostał do dnia dzisiejszego w dużej mierze pisarzem nie znanym, zawiera wiele prawdy. Ale i to, co przeciętny czytelnik-zwłaszcza polski-zna z twórczości Twaina, daje mu obraz niezbyt pełny i niezbyt dokładny.Nie znamy niestety dotychczas wczesnych powieści Twaina, takich jak ”Prostaczkowie za granicą” czy„Pozłacany wiek”. Jakkolwiek nie należą one do najwyższych rangą artystyczną utworów pisarza, dają jednak miarę swego autora przede wszystkim jako satyryka mówiącego bardzo nieraz przykre prawdy amerykańskiemu społeczeństwu z drugiej połowy XIX wieku. Nie znamy dotychczas wielkiej książki Twaina o „Życiu na Missisipi”, w której autor, na tle wspomnień z czasów, kiedy sam pracował jako pilot na tej rzece,snuje nie tylko pasjonującą opowieść o życiu swych kolegów pilotów, lecz rozwija także własne poglądy społeczne. Inne książki Twaina, jak choćby „Pamiętniki o Joannie D`Arc”, wydane przed laty i później nie wznawiane, zapomniane zastały doszczętnie. Można zatem powiedzieć, że w świadomości i w pamięci współczesnego polskiego czytelnika Mark Twain jest właściwie tylko autorem kilku czy kilkunastu humoresek, powieści „Książe i Żebrak”, Przygody Tomka Sawyera” i „Przygody Hucka” oraz powieści „Jankies na dworze króla Artura”. Przy czym, jeśli idzie o pierwsze utwory, skłonni jesteśmy uważać je za lekturę przeznaczona dla młodzieży, a nawet dzieci, jakkolwiek sam Mark Twain stwierdził kiedyś, że książki te powinni przede wszystkim czytać dorośli, gdyż „dla nich zostały napisane”.
Tymczasem pisarz, od którego śmierci minęło w tym roku 56 lat, nie był bynajmniej jedynie wesołkiem i humorystą ani dostarczycielem mniej więcej awanturniczych powiastek. Był natomiast jedynym z niewielu amerykańskich twórców swojej epoki, których głos rozbrzmiewał niczym głos sumienia ich kraju i ich społeczeństwa. Ponieważ zaś głos Twaina, świadomie kierowany do najszerszych warstw narodu, zatem prosty i łatwo zrozumiały, a ponadto dowcipny i często niebywale złośliwy , był dla porastającej w piórka burżuazji amerykańskiej głosem szczególnie niemiłym, a – zwłaszcza w późniejszych latach twórczości pisarza- wprost groźnym i niebezpiecznym, nic wiec dziwnego że tłumiono go na wszelkie sposoby. I często z powodzeniem.
Zjadliwe krytyki wywoływała w określonych kołach nawet tak, wydawałoby się „niewinna” książka, jak właśnie „przygody Hucka”. W swojej ‘Autobiografii” Twain wspomina o tym, że „moraliści z Concord w stanie Massachusetts wycofali te książkę z bibliotek publicznych pod pretekstem, że Huck, ukrywający zbiegłego Murzyna, był kłamcą kwalifikującym się do piekła”. A warto dodać, że stan Massachusetts to przecież bynajmniej nie zacofane „głębokie Południe”, lecz główny stan Nowej Anglii, siedziba uniwersytetu Harward, mająca pretensje do odgrywania czołowej roli w życiu umysłowym i kulturalnym całych Stanów Zjednoczonych. Zresztą w wiele lat później, już po śmierci Twaina, wycofano też z bibliotek szkolnych w Nowym Jorku „Jankesa na dworze króla Artura”.
Sprawa percepcji dzieł Twaina w Ameryce współczesnej jest wyjątkowo skomplikowana. Ponieważ olbrzymia popularność pisarza w najszerszych masach społeczeństwa wciąż się utrzymuje zatem książki Twaina są wciąż opłacającym się przedsięwzięciem wydawniczym, ponieważ wreszcie – co nie najmniej ważne- nazwisko Twaina posiada ustalona rangę w literaturze światowej i poza Ameryką, a zwłaszcza z Związku radzieckim. Czyta się go i wydaje w ogromnych nakładach, trudno zapominać o nim w jego własnej ojczyźnie. Nie znaczy to jednak, że nie stara się go przykroić na miarę odpowiadającą oficjalnym reprezentantom dzisiejszej opinii literackiej w USA.
Ale trzeba stwierdzić, że sam Twain w znacznym stopniu ułatwił te zabiegi swoim dzisiejszym wydawcom i komentatorom. Jakkolwiek odwaga pisarza i jego nieustępliwość w obronie bliskich mu zasad i ideałów nie ulegała wątpliwości, przecież sam przetrzymywał nieraz całymi latami w swoim archiwum autorskim utwory, zanim ostatecznie zdecydował się na ich opublikowanie, a cała olbrzymia cześć twórczości pozostawił w rękopisach przeznaczonych do wydania pośmiertnego. Shaw napisał kiedyś do Twaina:
„Jestem przekonany ,że pańskie dzieła będą tak samo potrzebne przyszłemu historykowi Ameryki, jak francuskiemu – polityczne traktaty Woltera”.
Otóż wiele rzeczy napisał Twain właśnie z myślą o owym „przyszłym historyku Ameryki” .Dotyczy to szczególnie jego bardzo obszernej, dedykowanej do stenogramu już na łożu śmierci, „Autobiografii”, o której sam kiedyś powiedział, że „pewne fragmenty tego utworu będą mogły kiedyś ujrzeć światło dzienne dopiero za tysiąclecia, a inne – za sto lat.”. Z tymi tysiącleciami oczywiście przesadzał, lecz koniec końców oświadczył w swoim testamencie, że owa „Autobiografia” powinna ukazać się w 25 lat po jego śmierci. Tymczasem chociaż minęło już od niej, jak wspomniałem 56 lat, :Autobiografia” nie ukazała się dotychczas. Przynajmniej nie ukazała się w swym pełnym kształcie. To, co odważył się opublikować z niej były sekretarz i wykonawcę testamentu Twaina, Albert B.Paine, stanowi zaledwie połowę podyktowanego materiału.
Jednakże „Autobiografia” nie była jedynym utworem, którego Twain nie zdecydowała się opublikować przed śmiercią. Poglądy pisarza, we wszystkich niemal dziedzinach życia budowanego przez amerykański kapitalizm wsparty klerykalizmem, tak dalece odbiegały od sposobu myślenia uznanego przez obie potęgi za „prawomyślny”, iż można by się niemal spodziewać, że gdyby istotnie zechciał wydrukować to wszystko, co pozostało po nim w rękopisie, to chyba spalona by go na stosie. A w każdym razie znalazłoby się z pewnością niemało chętnych do zlinczowania go. Sam przecież niegdyś napisał ”Sąd Lyncha objął Colorado, doszedł do Kalifornii, Indiany , a obecnie do stanu Missouri. Możliwe, że dożyje dnia, kiedy pośrodku Union Square w Nowym Jorku na oczach pięćdziesięciotysięcznego tłumu spala żywcem Murzyna i nigdzie nie będzie widać ani szeryfa, ani gubernatora, ano policjanta, ani księdza, ani jakichkolwiek przedstawicieli prawa i porządku”.
Można by jednak – powtarzam- obawiać się ,że barwa skóry Twaina nie stałaby na przeszkodzie jego potencjalnym oprawcom, gdyby za swego życia odważył się opublikować chociażby „listy z ziemi”
Zanim opowiem, co to są owe „Listy z ziemi”, pozwolę sobie zacytować dość charakterystyczny fragment przedmowy, jaką prze 4 laty, kiedy ostatecznie wydano te książkę w Ameryce napisał Henry Nash Smith z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, podpisujący się jako :literacki redaktor spuścizny Marka Twaina”. Otóż Smith wspomina najpierw, że po śmierci pierwszego wykonawcy testamentu Twaina, Alberta B. Paine`a, która nastąpiła w r. 1937, zwrócono się do Bernbarda DeVoto, autora książki ”Ameryka Marka Twaina” i naówczas redaktora pisma The Saturday Review of Literature”, aby zechciał zając się opracowanie i ewentualnym przygotowaniem do druku dalszego materiału wybranego z tysięcy stron maszynopisu pozostawionych przez pisarza. Po tych wstępnych informacjach Smith pisze:” w marcu 1939r. DeVoto przygotował do druku manuskrypt . Kiedy jednak Clara Clemens (Clara Clemes to córka Marka Twaina, którego prawdziwe imię i nazwisko brzmiało Samuel Clemens) przeczytała ów manustrypt, nie zgodziła się na publikacje pewnych jego części, twierdząc, że dają one zniekształcony obraz idei i poglądów jej ojca. Projekt wydania zatem upadł i praca przeleżała nie publikowana przez 20 z górą lat, deponowana kolejno w Harward w Hunington Library i na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Podczas tych dwóch dziesiątków lat długa seria studiów naukowych i krytycznych- w tej liczbie własna książka DeVoto - dowiodła ,że słynny humorysta był także wielkim artystą. Zalicza się on teraz bez wątpienia do najwybitniejszych pisarzy amerykańskich. Od roku 1960, 50 rocznicy śmierci Marka Twaina, wydano o nim ci najmniej tuzin książek.. Pośród tej mnogości wiedzy i interpretacji wszystkie jego pisma powinny mówić same za siebie, toteż Clara Clemens wycofała sprzeciwy co do publikacji . Książka ukazuje się tak, jak ja redagował DeVoto w r. 1939, z kilkoma zaledwie drobnymi zmianami w jego redaktorskich komentarzach”.
Ten ustęp z przedmowy Smitha bynajmniej oczywiście nie wyjaśnia nam tajemnicy, jakie to studia naukowe i krytyczne przekonały po 20 latach Clare Clemens ,że jej wielki ojciec myślał jednak tak, jak myślał redaktor, a nie tak, ja przed 20 laty ona sam myślała ,że on myślał, lecz niewątpliwie świadczy o tym, że gospodarka pośmiertna spuścizną autora „Życia z Missisipi” poddawana jest rozlicznym osobliwym zabiegom. Ponieważ w świetle oczywistości nie można wielkiego pisarza pogrążyć w zapomnieniu, ani nawet odmówić mu wielkości, to wysuwając na plan pierwszy niewątpliwie zresztą walory artystyczne twórczości „słynnego humorysty”, jak go nazywa Smith, liczy się trochę na to, że inne walory tej twórczości, po odpowiednim zredagowaniu, mianowicie jej walory sarkastyczne, oskarżycielskie i demaskatorskie, uda się może usunąć w cień.
Czymże są jednak owe „listy z ziemi”. Przyznać trzeba, że nawet w tym kształcie, w jakim wydano ja obecnie, jest to utwór niezwykle śmiały i ostry, na pewno jeszcze w dzisiejszej Ameryce, świętoszkowatej i religianckiej, trudny do strawienia dla tamtejszego mieszczaństwa, a co dopiero w Ameryce sprzed lat 50. Mark Twain wyznawał zawsze światopogląd zdecydowanie laicki; już we wczesnych jego utworach, jak choćby we wspomnianej tu przeze mnie, a nie tłumaczonej u nas powieści „Prostaczkowie za granicą”, pełno jest akcentów antyklerykalnych, a nawet antyreligijnych. Twain nie godzi się przede wszystkim z wizerunkiem groźnego, okrutnego i mściwego Boga purytanów, podobnie jak nie godzi się z Tychże purytanów obłudą religijną i świętoszkostwem każącym im głosić hasła wzniosłej moralności przy równoczesnym praktykowaniu podłości i okrucieństw w stosunkach międzyludzkich oraz akceptowaniu „prawa Dżungli” w stosunkach międzynarodowych. Ponadto Twaina nudzi i drażni surowość protestanckiej liturgii. W „Listach z ziemi” zwalcza więc i ośmiesz wyobrażenia i praktyki religijne swych rodaków, żeby as był oryginalniej, czyni to ustami, a raczej piórem .. archanioła. Bo ów niezwykły, a chwilami po prostu przerażający utwór zaczyna się mniej, ni więcej tylko od stworzenia świata. Kiedy zaś ów świat został już stworzony, rada archanielska, w której skład wchodzą archaniołowie Michał, Gabriel oraz trzeci o imieniu Szatan, dyskutuje nad jego celowością i przeznaczeniem, przy czym szatan za skrytykowanie owego dzieła Stwórcy zastaje ukarany. Jednak bynajmniej nie strąceniem do piekieł, Szatan zostaje po prostu zesłany za ziemię i z tejże ziemi pisuje do kolegów – Michała i Gabriela-listy:” to jest dziwne, niezwykłe i interesujące miejsce. Nic tutaj nie przypomina tego, co jest u nas. Wszyscy ludzie są obłąkani, inne zwierzęta tez są obłąkane, ziemia jest obłąkana, sama natura jest obłąkana. Człowiek to istota ogromnie ciekawa. W swych najwyższych wzlotach jest czym w rodzaju anioła bardzo niskiej rangi, w swych najgorszych upadkach - czymś niewyobrażalnym. A przecież otwarcie, zupełnie szczerze, nazywa siebie , Naprawdę. I nie jest to wcale jakiś jego nowy pomysł, mówi to sobie przez wszystkie wieki i wierzy w to. Wierzy w to i w całym jego radzie nie znalazł się nikt, kto by się z tego wyśmiewał. Co więcej, jeśli wolno mi jeszcze bardziej was zadziwić - on sobie wyobraża, że jest ulubieńcem Stwórcy. Wierzy, że Stwórca jest z niego dumny, wierzy nawet w to, że Stwórca go kocha, że szaleje za nim, że spędza całe noce na podziwianiu go; ależ tak, że go strzeże i ratuje od kłopotów. Modli się codziennie o pomoc, laskę ,ochronę i czyni to z pewna nadzieja i zaufaniem, jakkolwiek żadna modlitwa nie została jeszcze nigdy wysłuchana. Mimo to nie zniechęca go ten codzienny afront, ta codzienna klęska – modli się wciąż tak samo... Muszę was jeszcze bardziej zadziwić: on sądzi, że kiedyś pójdzie do nieba! Ma płatnych nauczycieli, którzy mu to mówią. Mówią mu także, że istnieje piekło, w którym gorzeje wieczysty płomień...”
Po tym zachęcającym wstępie Twain rozwija przed czytelnikiem swój własny niezwykle złośliwy komentarz do Biblii. Biblia pozostaje też tłem wielu fragmentów książki, tłem – dodajmy znowu – bezlitośnie ostro narysowanym, niekiedy przerysowanym, dla tym dobitniejszego wyrażenia własnych o niej – i o ukazanym w niej obrazie okrutnego Stwórcy – opinii pisarza. Można sobie bez trudu wyobrazić, czym dla amerykańskiego świętoszka, nie rozstawiającego się z Biblią, byłby – a nawet jest jeszcze dzisiaj – komentarz tego rodzaju. Przy wątpliwej złośliwości i przy niewątpliwym braku szacunku dla uczuć wierzących, ten pełen pasji i żółci utwór posiada jednak intencje szlachetniejsze: przynajmniej jedną z nich jest wywołanie w czytelniku przekonania, że w walce o poprawę swego losu powinien liczyć na własne siły, bez odwoływania się do potęg nadprzyrodzonych. Jedna z nich jest także zwrócenie uwagi na fakt wykorzystywania religii przez bogaczy dla ucisku ubogich, Wreszcie jedną z podstawowych tez „listów z ziemi”, przewijająca się jak uparty refren przez cały utwór, jest teza, że skoro prawo natury jest prawem bożym, to najbardziej zdumiewającą sprawą w przepisach religijnych jest to, że na każdym kroku starają się owo prawo ograniczać.
Trudno dziwi się pasji, jaką Twain włożył w tę szyderczą, lecz zarazem bolesna książkę, która tak długo nie mogła się ukazać. Trudno dziwić się oburzeniu człowieka o niezwykłe wrażliwym i czułym na wszelki przejaw krzywdy sumieniu, który tak często obserwował, jak i imię i pod płaszczykiem zasad religijnych dopuszczano się zbrodni i do jakiego stopnia obłudy potrafili dochodzić niektórzy wyzyskiwacze wymachujący Biblią.
Ten sam DeVoto, który opracował „Listy z ziemi”, wydał w 1940r., jako uzupełnienie owej cząstkowej „Autobiografii” Twaina, książkę „Mark Twain w gniewie”. Jakkolwiek i tam zawarte teksty uległy niemałym retuszom, pozostał przecież rozdział zatytułowany „Plutokracja”, w którym Twain kreślił demaskatorskie portrety niektórych amerykańskich wielkich kapitalistów, m.in. rodziny Rockefelerów. Twain zwraca uwagę na fakt, że Rockefeler starszy podłymi metodami zagrabił miliardy, a Rockefeler młodszy, który je odziedziczył, publicznie głosi pochwałę ubóstwa i co tydzień wygłasza w szkółce niedzielnej komentarz do Biblii.
Z gniewu na tego typu obłudników, z gniewu i oburzenia na tysiączne inne objawy niesprawiedliwości, ucisku i okrucieństwa osłaniane parawanem najwznioślejszych zasad, narodziły się „Listy z ziemi”.
Utwór z pewnością szokujący, lecz dla jednego z nurtów twórczości Twaina bardzo charakterystyczny i dlatego wart poznania przez czytelnika, pragnącego uzyskać bardziej dokładny pogląd na całość twórczości amerykańskiego pisarza.


„Listy z ziemi”


Stwórca siedział na tronie i myślał. Poza nim rozciągał się bezgraniczny kontynent niebios, pogrążony w blasku świateł i barw; przed nim jak ściana trwała czarna noc Przestrzeni, Jego potężny kształt wznosił się surowo i górzyście ku zenitowi, a Jego boska głowa jaśniała w górze jak odległe słońce. U Jego stóp stały trzy olbrzymie postaci, przez kontrast zmalałe niemal aż do zaniku: archaniołowie. Ich Głowy sięgały mu do kostek.
Gdy Stwórca skoczył myśleć, powiedział:
- Pomyślałem. Patrzcie!
Podniósł dłoń i wytrysnęła z niej ognista fontanna, milion zdumiewających słońc, które pruły ciemność i szybowały dalej, dalej i dalej, tracąc swą wielkość i intensywność, w miarę jak przenikały odległe granice Przestrzeni, aż w końcu stały się podobne do diamentowych ćwieków, błyszczących pod sklepionym ogromnym dachem wszechświata.
Po godzinie Wielka rada została rozwiązana.
Odeszli sprzed Jego Oblicza pełni wrażeń i myśli i usunęli się w prywatne zacisze, w którym mogli porozmawiać swobodnie. Nikt z trójki nie miał ochoty zacząć, choć wszyscy chcieli, żeby ktoś z nich to zrobił. Każdy aż palił się, żeby omówić to wielkie wydarzeni, ale wolał nie narażać się sam. Dopóki nie dowie się, jak inni na to patrzą. Prowadzili więc bezcelową i kulejącą rozmowę o sprawach bez znaczenia, która wlokła się nudno , nie prowadząc donikąd, aż wreszcie archanioł Szata wziął na odwagę – której mu nie brakowało – i przełamał lody. Powiedział:
- wiemy przecież, panowie, o czym tu mamy mówić, przestańmy więc bawić się w ciuciubabkę i zaczynajmy. Jeśli takie jest zdanie Rady....
- Ależ tak, ależ tak! – przerwali mu z wdzięcznością Gabriel i Michał.
- Świetnie, a zatem idźmy dalej. Byliśmy świadkami wspaniałego zjawiska, co do tego oczywiście się zgadzamy. Natomiast znaczenie tego zjawiska – jeśli ono w ogóle istnieje – osobiście nas nie dotyczy. Możemy na ten temat mieć tyle opinii, ile nam się podoba i na tym koniec. Nie mamy głosu. Myślę, że przestrzeń –sama przez się – była już wystarczająco dobra i użyteczna. Zimna i ciemna – stanowiła czasem zaciszne miejsce wypoczynku po okresie spędzonym w zbyt delikatnym klimacie wśród kosztowania rozkoszy niebios. Ale to są drobiazgi bez szczególnego znaczenia; nowa atrakcja, olbrzymia atrakcja polega... na czym, panowie?
-Na wynalezieniu i wprowadzeniu autentycznego, nienadzorowanego, samoregulującego się prawa rządzenia tymi miliardami wirujących i mknących słońc i światów!
-Otóż to – rzekł Szatan.- pojmujecie że to zdumiewający pomysł. Nic podobnego nie narodziło się jeszcze dotąd w Rozumie Pana. Prawo – automatyczne prawo – dokładne i niezmienne Prawo – którego nie trzeba strzec ani poprawiać, ani zmieniać jego zastosowania w ciągu trwania wieczności! On powiedział, że te niezliczone ogromne ciała będą nurzać się w pustkowiach Przestrzeni w ciągu całych wieków; z niewyobrażalną szybkością będą krążyć po zdumiewających orbitach, a przecież nigdy się nie zderzą i nigdy nie przedłuża ani nie skrócą okresu orbitalnego przebiegu o więcej niż o setną część sekundy na dwa tysiące lat. To jest nowy cud, największy ze wszystkich – Automatyczne Prawo! On nadał mu nazwę: PRAWO NATURY – i powiedział, że owo Naturalne Prawo jest PRAWEM BOGA – to są wymienne nazwy na oznaczenie jednej i tej samej rzeczy.
-Tak – rzekł Michał. – I powiedział, że wprowadzi Naturalne Prawo – Prawo Boga – we wszystkich swych dominiach, a władza tego prawa będzie najwyższa i nienaruszalna.
-Powiedział także – rzekł Gabriel –że w przyszłości stworzy zwierzęta i umieści je również pod władzą tego Prawa.
-Tak – powiedziała Szatan. – słyszałem, jak to mówił, lecz Go nie zrozumiałem. Co to znaczy zwierzęta Gabrielu?
- Ach, skądże mogę wiedzieć? Skąd ktokolwiek z nas to może wiedzieć? To jest nowe słowo.
( Przerwa trzech stuleci czasu niebiańskiego – co się równa stu milionom lat czasu ziemskiego. Wchodzi Anioł-Posłaniec).
-Proszę Panów, On stwarza zwierzęta. Mielibyście ochotę przyjść i zobaczyć?
Poszli, zobaczyli i popadli w zakłopotanie. Bardzo się zakłopotali – a Stwórca zauważył to i rzekł:
-Pytajcie. Będę odpowiadał.
-O Boski – rzekł szatan, gnąc się w głębokim ukłonie – do czego one służą?
-One są eksperymentem w dziedzinie Moralności i Obyczaju. Obserwujcie je i uczcie się.
Były ich tysiące. Wszystkie bardzo energiczne i aktywne – głownie we wzajemnym wyniszczaniu się. Obejrzawszy jedno z nich przez potężny mikroskop , Szatan zauważył:
-Ta wielka bestia zabija słabsze zwierzęta. O Boski.
-Tygrys – tak. Prawem jego natury jest okrucieństwo. A prawo jego natury to Prawo Boga. Nie może go nie przestrzegać.
-A zatem będąc mu posłuszny nie popełnia przestępstwa, o Boski?
-Nie. jest niewinny.
-A to inne bojaźliwe stworzenie, tutaj, o Boski, ponosi śmierć bez oporu.
-To królik – tak. Brak mu odwagi. Zgodnie z prawem jego natury –Prawem Boga. Musi go słuchać.
-A zatem nie można od niego uczciwie wymagać, żeby sprzeciwił się swej naturze i stawił opór, o Boski?
-A zatem nie można od niego uczciwie wymagać ,żeby sprzeciwił się swej naturze i stawił opór, o Boski?
-Nie. Od żadnego stworzenia nie można wymagać żeby sprzeciwiło się prawu swej natury – Prawu Boga.
Po dłuższym czasie i po wielu pytaniach Szatan rzekł;
-Pająk zabija muchę i zjada ją; ptak zabija pająka i zjada o; żbik zabija gęś; no tak, one wszystkie się zabijają nawzajem. To przecież morderstwo na całej linii. Oto niezliczona mnogość stworzeń, a wszystkie zabijają, zabijają, wszystkie są mordercami. I nie można ich za to winić, o Boski?
-Nie można ich za to winić. Takie jest prawo ich natury. A prawo natury to zawsze prawo Boga. A teraz – uwaga- patrzcie. Oto stworzenie nowe – i arcydzieło: Człowiek!
Mężczyźni ,kobiety , dzieci wyroiły się tłumnie, masami, milionami.
-co z nimi poczniesz, o Boski?
-obdarzę każdego osobnika wszystkimi różnorodnymi cechami moralnymi – w rozmaitych odcieniach i stopniach – które przedtem zostały rozdzielone pojedynczo przy wyróżnieniu cech charakterystycznych wśród niemego świata zwierząt; odwaga, tchórzostwo, okrucieństwo, łagodność, uczciwość, sprawiedliwość, spryt, zdradzieckość, wielkoduszność, łza wola, złośliwość, zmysłowość, miłosierdzie, litość, czystość, samolubstwo, słodycz, honor, miłość, nienawiść, nikczemność, szlachetność, lojalność, fałszywość, prawdomówność, niewierność, - każda istota ludzka będzie posiadać w sobie wszystkie te cech o inne będą tworzyć jej naturę. U niektórych – cechy wyższe o doskonałe będą górować nad złymi i te istoty będą się nazywały dobrymi ludźmi; u innych – będą przeważały złe cechy – i te istoty będą nazywane złymi ludźmi. Uwaga – patrzcie- teraz znikają!
-Dokąd one poszły, o Boski?
-Na ziemię – ludzie i towarzyszące im zwierzęta.
-co to jest ziemia?
-Mały glob, który stworzyłem przed wiekiem, nie dwa i pół wieku temu. Widzieliście go, lecz nie zwróciliście na niego uwagi pośród tej eksplozji światów i słońc, która trysnęła z mej dłoni. Człowiek jest eksperymentem, inne zwierzęta sa również eksperymentem. Czas pokaże, czy były one warte trudu. Pokaz skończony; możecie odejść, moi panowie.
Minęło kilka dni.
Stanowi to długi okres czasu ( naszego czasu), ponieważ dzień w niebie trwa tysiąc lat.
Szatan wypowiadał pełne podziwu uwagi na temat pewnych błyskotliwych dzieł Stwórcy , uwagi, które – gdyby czytać miedzy wierszami- były sarkastyczne. Wypowiadał je w zaufaniu do innych archaniołów, swych bliskich przyjaciół, lecz podsłuchali je jacyś zwyczajni aniołowie i donieśli o tym do Kwatery Głównej.
Szatana skazano na wygnanie na jeden dzień – dzień niebiański. Była to kara, do której – wskutek swego zbyt długiego języka - zdążył się już przyzwyczaić. Dawniej, ponieważ nie można go było wysłać nigdzie indziej, wysyłano go w Przestrzeń, gdzie – znudzony – trzepotał skrzydłami wśród wiecznej nocy i arktycznego ziemna; teraz jednak przyszło mu na myśl, żeby dostać się na ziemię, zbadać ją i zobaczyć, jak przebiega eksperyment z Rasą Ludzką.
Od czasu do czasu – zupełnie prywatnie – pisywał o tym do domu – do św. Michała i św. Gabriela.

List Szatana

To jest dziwne , niezwykłe i interesujące miejsce. Nic tutaj nie przypomina tego, co jest u nas. Wszyscy ludzie są obłąkani, inne zwierzęta też są obłąkane, ziemia jest obłąkana, sama Natura jest obłąkana. Człowiek to istota ogromnie ciekawa. W swych najwyższych wlotach jest czymś w rodzaju anioła bardzo niskiej rangi, w swych najgorszych upadkach – czymś niewyrażalnymi niewyobrażalnym. A przecież otwarcie i zupełnie szczerze nazywa siebie „najszlachetniejszym dziełem Boga”. Naprawdę. I nie jest to wcale jakiś jego nowy pomysł, mówi to sobie od wieków i wierzy w to. Wierzy w to i w całym jego rodzie nie znalazł się nikt, kto by się z tego śmiał.
Co więcej – jeśli wolno mi jeszcze bardziej was zadziwić = on sobie wyobraża, że jest ulubieńcem Stwórcy. Wierzy że Stwórca jest z niego dumny, wierzy nawet w to, że Stwórca go kocha, że szaleje za nim, że spędza całe noce nie podziwianiu go; ależ tak, że go strzeże i ratuje od kłopotów. Modli się do Niego i wyobraża sobie, że ON go słucha. Czyż to nie zabawne? Wypełnia swe modlitwy prymitywnymi, jałowymi i kwiecistymi pochlebstwami pod Jego adresem i sądzi, że ON siedzi pomrukując z zadowolenia nad tymi dziwactwami i cieszy się z nich.
Modli się codziennie o pomoc, łaskę, ochronę i czyni to z pełną nadzieją i zaufaniem, jakkolwiek żadna modlitwa człowieka nie została jeszcze nigdy wysłuchana. Mimo to nie zniechęca go ten codzienny afront, ta codzienna klęska – modli się wciąż tak samo.
Jest coś niemal doskonałego w tej wytrwałości. Muszę was jeszcze bardziej zadziwić: on sądzi, że kiedyś pójdzie do nieba!
Ma płatnych nauczycieli, którzy mu to mówią. Mówią mu także, że istnieje piekło, w którym gorzeje wieczysty płomień, i że trafi tam, jeśli nie będzie przestrzegał Przykazań. A co to są Przykazania? To coś osobliwego. Opowiem wam o nich w przyszłości.

List II

„wszystko, co powiedziałem wam o człowieku jest prawdą”. Musicie mi wybaczyć, jeśli od czasu do czasu będę powtarzał te słowa w mych listach; pragnę żebyście brali poważnie moje uwagi, a czuję, że gdybym ja był na waszym miejscu, a wy na moim, trzeba by mi było od czasu do czasu o tym przypominać, żebym mógł we wszystko uwierzyć.
Ponieważ to, co dotyczy człowieka , jest dla nieśmiertelnego czymś dziwnym. Człowiek patrzy na świat odmiennie od nas, jego zmysł proporcji jest zupełnie inny, a poczucie wartości tak dalece różni się od naszego, że mimo naszych dużych możliwości intelektualnych, nie wydaje się prawdopodobne, żeby nawet najmędrszy z nas mógł kiedykolwiek to zrozumieć.
Oto na przykład taka próbka: człowiek wyobraził sobie niebo i pozbawił je całkowicie najwyższej rozkoszy, ekstazy, która zajmuje pierwsze miejsce i najważniejsze miejsce w sercu każdej istoty jego rasy – a także naszej – współżycia seksualnego!
To tak, jak gdyby osobie zagubionej i ginącej na wypalonej słońcem pustyni powiedział jej wybawiciel, żeby wybrała sobie wszystkie od dawna upragnione rzeczy z wyjątkiem jednej, i jak gdyby ta osoba zrezygnowała z wody!
Niebo człowieka jest takie jak on sam: dziwne, interesujące, zdumiewające , groteskowe. Daje wam słowo, nie ma w nim ani jednej atrakcji, którą on rzeczywiście ceni. Składa się- zupełnie i całkowicie – z rozrywek, o które człowiek absolutnie nie dba tutaj na ziemi, a przecież jest całkiem pewien że będzie je lubił w niebie, Czy to nie ciekawe? Czy to nie interesujące? Nie sądźcie, że przesadzam, naprawdę nie. Podam wam szczegóły.
Większość ludzi nie śpiewa, większość ludzi nie umie śpiewać, większość ludzi nie może słuchać , jak inni śpiewają, jeśli to trwa dłużej niż dwie godziny. Zapamiętajcie to sobie.
Zaledwie dwóch ludzi na stu umie grać na jakimś muzycznym instrumencie, a nawet czterech na stu bynajmniej nie pragnie się tego nauczy. Zapiszcie to sobie.
Wiele ludzi się modli, ale niewiele mogli się długo, inni klepią tylko krótki pacierz.
Więcej ludzi chodzi do kościoła, niż ma na to ochotę
Dla czterdziestu dziewięciu ludzi nie pięćdziesięciu dzień Świąteczny jest ponurą , posępna nudą.
Z wszystkich ludzi zebranych w niedzielę w kościele dwie trzecie jest znudzonych w chwili, gdy nabożeństwo dobiegło do połowy, a cała reszta, zanim się jeszcze skończyło.
Najprzyjemniejszą chwilą dla wszystkich jest ta, kiedy kaznodzieja podnosi ręce do błogosławieństwa, można wtedy usłyszeć w kościele lekki szmer ulgi i można rozpoznać w nim cos jakby wdzięczność.
Wszystkie narody patrzą z góry na wszystkie inne narody.
Wszystkie białe narody gardzą wszystkimi kolorowymi narodami, i uciskają je , jeśli tylko mogą.
Biali ludzie nie łączą się z „czarnuchami” ani nie wchodzą z nimi w związki małżeńskie.
Nie dopuszczają ich do swoich szkół i kościołów.
Cały świat nienawidzi żyda i nie może go znieść, chyba że ów żyd jest bogaty.
Proszę was o zapamiętanie tych wszystkich szczegółów.
Dalej. Wszyscy ludzie o zdrowych zmysłach nie cierpią hałasu/
Wszyscy ludzie o zdrowych czy chorych zmysłach lubią urozmaicenie w życiu. Monotonia ich szybko męczy.
Każdy człowiek w zależności od zalet umysłowych, które przypadły mu w udziale ćwiczy swój intelekt stale, nieustępliwie i to ćwiczenie stanowi ogromną, wartościową i zasadniczą treść jego życia. Najniższy intelekt, tak samo jak najwyższy, posiada pewnego rodzaju uzdolnienia i znajduje duża przyjemność w ich wypróbowaniu, doświadczaniu i doskonaleniu. Urwis, który góruje w zabawach nad swym kolegą , z równą pilnością i zapałem oddaje się swemu zajęciu jak rzeźbiarz, malarz, pianista, matematyk i cała reszta. Nikt z nich nie byłby szczęśliwy, gdyby skrępowano jego talent.
A zatem – znacie fakty. Wiecie już co ludzkość lubi, a czego nie lubi. I ludzkość wynalazła niebo, wymyśliła je zupełnie sama, z własnej głowy. Zgadnijcie, jakie ono jest! Nie zgadlibyście nawet w ciągu tysiąca pięciuset wieczności. Najbystrzejszy umysł, znany wam czy mnie, nie zgadłby tego w ciągu piętnastu milionów eonów. Doskonale, opowiem wam o tym niebie.
1. Przede wszystkim przypominam wam ów nadzwyczajny fakt, od którego zacząłem. To znaczy, że istota ludzka, podobnie jak nieśmiertelni, z natury rzeczy stawia współżycie seksualne o wiele, wiele wyżej ponad wszystkie inne przyjemności – a przecież nie istniej ono w jej niebie! Już sama myśl o współżyciu podnieca człowieka; sposobność doprowadza go niemal do szaleństwa. – w tym stanie potrafi zaryzykować życie, opinię, wszystko – nawet to swoje dziwne niebo – żeby tylko wykorzystać te okazję i doprowadzić ja do oszałamiającego finału. Od młodości do wieku średniego wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety cenią stosunek płciowy wyżej niż wszystkie inne przyjemności, a przecież naprawdę jest tak, jak powiedziałem: nie istnieje on w ich niebie. Jego miejsce zajmuje modlitwa. A zatem ludzie cenią wysoko miłość płciową, jednakże podobnie jak wszystkie inne ich tak zwane „dobrodziejstwa” – jest to coś marnego. W swym najlepszym i najdłuższym wydaniu ów akt jest tak krótki, że przekracza wyobraźnię – oczywiście wyobraźnię istoty nieśmiertelnej. Człowiek ma małe możliwości powtórzenie go – och, dla nieśmiertelnego zupełnie nie do pojęcia. My, którzy bez przerwy kontynuujemy ów akt i przeżywamy jego najwyższe ekstazy przez całe stulecia, nigdy nie potrafimy zrozumieć i odpowiednio współczuć straszliwemu ubóstwu tych ludzi, gdyż ten cenny dar, należący zarówno do nich, jak i do nas, czyni wszystkie inne dary trywialnymi i niegodnymi wzmianki.
2. W niebie stworzonym przez człowieka wszyscy śpiewają! Człowiek, który nie śpiewał na ziemi, tam śpiewa; człowiek, który nie umiał śpiewać na ziemi, tam potrafi to zrobić. Te powszechne śpiewy nie są dorywcze ani przypadkowe, ani nie przerywają ich chwile ciszy; ciągną się przez cały dzień, każdego dnia, w ciągu dwunastu godzin. I wszyscy pozostają na miejscach, podczas gdy na ziemi wyszliby po dwóch godzinach. Śpiewa się tylko jeden hymn. Słowa sa zawsze te same, jest ich około tuzina, nie ma w tym rymu, nie ma poezji: :Hosanna, hosnanna, hosanna, Pan i Bóg Sabaoth, la, la, la, tra, ra , ra aaach!”
3. Równocześnie wszyscy grają na harfach – te miliony ludzi! – podczas gdy na ziemi najwyżej dwudziestu na tysiąc potrafiło grać na jakimś instrumencie względnie miało na to ochotę. Zastanówcie się nad tym ogłuszającym huraganem dźwięków – miliony, miliony głosów wrzeszczących równocześnie, a w tym samym czasie miliony, miliony harf zgrzytających zębami. Pytam was: czy to nie wstrętne, czy to nie ohydne, czy to nie straszne? Zastanówcie się jeszcze: to jest nabożeństwo pochwalne, nabożeństwo czołobitne, pochlebcze, służalcze! Zapytacie, któż to znosi chętnie tę osobliwą czołobitność, tę obłąkaną czołobitność; kto nie tylko ja znosi, ale ją lubi, cieszy się z niej, żąda jej, nakazuje, aby istniała? Wstrzymajcie oddech! To Bóg! Oczywiście – Bóg tej rasy. On siedzi na tronie otoczony przez swych dwudziestu czterech starszych oraz kilku innych dygnitarzy należących do jego dworu i spogląda na całe mile swych burzliwych czcicieli; uśmiecha się, pomrukuje i kiwa głową, wyrażając swe zadowolenie, na północ, wschód, południe; widowisko tak dziwaczne i naiwne, jakiego nikt sobie jeszcze nie wyobraził we wszechświecie, słowo daję. Łatwo spostrzec, że wynalazca nieba nie miał oryginalnego pomysłu, lecz skopiował go z uroczystych ceremonii jakiegoś pożałowania godnego małego suwerennego państewka, gdzieś w zapadłych okolicach Wschodu. Wszyscy zdrowi biali ludzie nienawidzą hałasu; a przecież ze spokojem zaakceptowali ten rodzaj nieba – bez namysłu, bez zastanowienia, bez sprawdzania – i rzeczywiście chcą się do niego dostać! Głęboko nabożni, starzy, siwowłosi mężczyźni poświęcają wiele czasu marzeniom o tym szczęśliwym dniu, kiedy odsuną od siebie troski życia i dostąpią radości tego miejsca. A jednak jak bardzo jest to dla nich nierealne a jak mało ich to interesuje, świadczy fakt, że nie robią żadnych praktycznych przygotowań do tej wielkiej zmiany: nigdy nie usłyszysz, żeby ktoś z nich śpiewał. Jak widzieliście, to osobliwe widowisko jest nabożeństwem pochwalnym; pochwalnym ze względu na hymny i padanie na twarz. Zastępuje ono „kościół. Otóż na ziemi ci ludzie nie potrafią długo wytrzymać w kościele – godzinę i kwadrans najwyżej, a chodzą do kościoła raz w tygodniu. To znaczy w niedzielę. Jeden dzień na siedem; i nawet tego dnia nie oczekują zbyt niecierpliwie. Zastanówcie się więc, co im daje ich niebo: „kościół” trwający wiecznie i dzień świąteczny, który nie ma końca! Tutaj szybko ich męczy to krótkie święto raz na siedem dni, a przecież pragną tego święta wiecznego; marzą o nim, mówią o nim, wydaje im się że myślą iż będą się nim cieszyć – w całej prostocie swych serc, wydaje im się, że myślą, iż będą szczęśliwi.To dlatego, że oni w ogóle nie myślą. Im się tylko wydaje, że myślą. Tymczasem nie potrafią myśleć; nawet dwie istoty ludzkie na dziesięć tysięcy nie mają o czym myśleć. A co do wyobraźni – och, wystarczy spojrzeć na ich niebo! Przyjmują je, aprobują, podziwiają. To wam daje pojęcie o ich poziomie intelektualnym.
4. wynalazca ich nieba umieszcza w nim wszystkie narody ziemi zmieszane w jednym wspólnym tyglu. Wszystkie są tam absolutnie równe, żaden z nich nie góruje nad innymi; musza razem być „braćmi”, muszą razem grać na harfie, razem śpiewać: „Hosanna!” – biali, :czarnuchy”, Żydzi – wszyscy bez różnicy. Tutaj, na ziemi, wszystkie narodu nienawidzą się wzajemnie, a każdy z osobna nienawidzi Żydów. A jednak każdy pobożny człowiek podziwia to niebo i chce się do niego dostać. Naprawdę chce. A kiedy trwa w świętym zachwyceniu, to wydaje mu się, że myśli, iż gdyby tam się tylko znalazł, przycisnąłby cała ludzkość do serca i tulił ja, tulił i tulił. Człowiek jest czymś zdumiewającym. Chciałbym wiedzieć, kto go wynalazł.
5. każdy człowiek na ziemi posiada pewien przydział intelektu, duży lub mały; ale bez względu na jego wielkość jest z niego dumny. Rośnie mu serce, gdy wymienia się nazwiska majestatycznych przywódców intelektualnych jego rodu i uwielbia opowieści o ich wspaniałych osiągnięciach. Ponieważ jest z ich krwi i oni, czcząc samych siebie, czczą jego. Patrzcie i podziwiajcie, czego może dokonać myśl ludzka! – woła; i odczytuje listę sławnych nazwisk z wszystkich wieków, wskazuje na niezniszczalną literaturę, która dali światu, na mechaniczne cuda, które wynaleźli, i na chwałę. Którą otoczyli naukę i sztukę; chyli przed nimi głowę jak przed królami i oddaje im hołd najgłębszy, na jaki może się zdobyć jego rozradowane serce, wynosząc w ten sposób intelekt nad wszystko inne w świecie i wprowadzając go na tron aż pod sklepione niebiosa nie niedostępnej wysokości. A potem wymyśla niebo, w którym nigdzie nie znajdziesz ani strzępka intelektu! Czy to nie dziwne, czy to nie ciekawe, czy to nie zagadkowe? Jest dokładnie tak, jak powiedziałem, choć może to brzmi niewiarygodnie. Ów szczery wielbiciel intelektu i marnotrawny odbiorca jego potężnych dobrodziejstw wynalazł tutaj na ziemi religię i niebo, które nie żywią żadnego szacunku dla umysłowości, nie rozróżniają jej stopni, niczym jej nie obdarzają; w gruncie rzeczy nigdy nawet o niej nie wspominają.

Teraz już spostrzeżecie że niebo istoty ludzkiej zostało wymyślone i skonstruowane według całkowicie ustalonego planu; i że z planu tego wynika, iż powinno ono zawierać w każdym wypracowanym szczególe to wszystko, co tylko można sobie wyobrazić jako odpychające dla człowieka, a ani jednej rzeczy, która oni lubi!
Doskonale, im dalej będziemy postępować tym bardziej ó osobliwy fakt będzie oczywisty.
Zapamiętajcie sobie: w ludzkim niebie nie ma żadnych praktyk umysłowych, niczego czym można by karmić intelekt. Zgniłby on tam w ciągu roku - zgniłby i cuchnął. A w tym stadium – zostałby świętym. Byłoby to błogosławieństwem: bo tylko święty może wytrzymać rozkosze tego domu wariatów.

LIST III


Zauważyliście, że człowiek jest czymś osobliwym. W minionych czasach posiadał on ( wykorzystał i odrzucił) wiele setek religii; dziś także ma setki religii i co roku tworzy nie mniej niż trzy nowe. Mógłbym powiększyć te liczbę i wciąż byłbym w zgodzie z faktami.
Jedna z jego głównych religii nazywa się chrześcijaństwem. Na pewno zainteresuje was jej zarys szczegółowo przedstawiony w księdze zawierającej dwa miliony słów, zwanej Starym i Nowym Testamentem. Ma ona także inna nazwę – Słowo Boże. Ponieważ chrześcijanin myśli, że każde jej słowo zostało podyktowane przez Boga – tego Boga, o którym mówiłem.
Jest to księgo bardzo interesująca. Zawiera wiele szlachetnej poezji, trochę pomysłowych baśni, trochę ociekających krwią historii, trochę pożytecznych morałów, mnóstwo nieprzyzwoitości i ponad tysiąc kłamstw.
To Biblia oparta jest przeważnie na fragmentach starszych Biblii. Które się przeżyły i skruszały w proch. A zatem brak jej oryginalności, to nieuniknione. Trzy lub cztery wydarzenia, najbardziej imponujące i wywierające największe wrażenie, opisane były już we wcześniejszych Bibliach; wszystkie najlepsze przykazania i zasady postępowania także pochodzą z tamtych Biblii; dwie rzeczy są w niej tylko nowe: przede wszystkim piekło, ni i to osobliwe niebo, o którym wam mówiłem.
Coc więc poczniemy? Gdybyśmy razem z tymi ludźmi uwierzyli, że te okrutne rzeczy wynalazł ich Bóg, spotwarzalibyśmy Go; gdybyśmy uwierzyli, że ci ludzie wynaleźli je sami, spotwarzalibyśmy ich. W każdym wypadku jest to przykry dylemat, bo przecież żadna ze stron nie zrobiła nam żadnej krzywdy.
Dla świętego spokoju opowiedzmy się po jednej stronie. Połączmy się z ludźmi i cały ten niemiły ciężar – niebo, piekło , Biblię i wszystko – złóżmy na niego. Nie wydaje mi się to słuszne, nie wydaje mi się to sprawiedliwe, ale jeśli pomyśleć o owym niebie o i tym, jak bardzo ciąży na nim to wszystko, czego nienawidzi istota ludzka, to jakże moglibyśmy uwierzyć, że wynalazł je człowiek?
A gdybym wam zaczął mówić o piekle, zdumielibyście się jeszcze bardziej i powiedzieliście zapewne: nie, człowiek nie mógł wymyślić takiego miejsca ani dla siebie, ani dla nikogo innego; po prostu nie mógł.
Owa niewinna Biblia opowiada o Stworzeniu. Czego – wszechświata? Tak, wszechświata. W sześć dni!
Bóg to uczynił. Nie nazwał tego wszechświatem – to nowa nazwa. Całą uwagę skupił na tym świecie. Zbudował do w ciągu pięciu dni – a potem? Potrzebował tylko jednego dnia do stworzenia dwudziestu milionów planet!
Do czego one miały służyć – według jego pomysłu? Do oświetlenia tego świata, małego jak zabawka. Taki był jego cel; nie miał innego. Jedno z dwudziestu milionów słońc ( najmniejsze) miało świecić w ciągu dnia, a reszta miała wspomagać jeden z niezliczonych księżyców wszechświata w łagodzeniu ciemności nocy.
Jest rzeczą zupełnie oczywistą, że człowiek wierzył, iż dopiero co stworzone niebiosa zostały diamentowo usiane owymi miliardami migotliwych gwiazd w momencie, kiedy już w pierwszym dniu słońce zniknęło na horyzoncie; podczas gdy w rzeczywistości ani jedna gwiazda nie mrugnęła na czarnym sklepieniu wcześniej niż w trzy i pół roku po tym, jak zdumiewające dokonania tego pamiętnego tygodnia zostały ukończone. Potem zjawiła się jedna gwiazda, zupełnie opuszczona i samotna, i zaczęła migotać. W trzy lata później pojawiła się druga. Te dwie gwiazdy mrugały razem przez cztery lata z górą, zanim przyłączyła się do nich trzecia. Pod koniec pierwszych stu lat w rozległych pustkowiach tych ponurych niebios nie błyszczało jeszcze nawet dwadzieścia pięć gwiazd. Pod koniec tysiąca lat nie dość gwiazd było jeszcze widocznych, żeby powstał pełny spektakl. Pod koniec miliona lat zaledwie połowa obecnego gwiazdozbioru wysyłała swój blask poza granice osiągalne teleskopem, a po następnym milionie lat – mówiąc wulgarnie – dołączyła reszta. Ponieważ w owych czasach nie było teleskopów, nie zaobserwowano ich pojawienia się.
Otóż od trzystu lat chrześcijański astronom wiedział, że jego Boskość nie stworzyła gwiazd w owych strasznym sześciu dniach; ale chrześcijański astronom nie rozwodzi się nad tym szczegółem. Ksiądz także nie. W swej księdze Bóg nie szczędzi pochwał dla swych potężnych dzieł i dla nazwania ich używa najwspanialszych z możliwych określeń – wskazując w ten sposób, że posiada głęboki i słuszny podziw dla wielkości, a przecież stworzył te miliony olbrzymich słońc, żeby oświetlić ów nędzny mały glob, zamiast nakazać małemu słońcu owego globu, żeby biegało za nimi. Wspomina w swej księdze Arcturusa – przypominacie sobie Arcurusa, byliśmy tam raz. Otóż to jest jedna z nocnych lamp tej ziemi! – ten gigantyczny glob. Pięćdziesiąt tysięcy razy większy od ziemskiego słońca, który można z nim porównać, tak jak melon z katedrą.
A jednak w szkółce niedzielnej dziecko ciągle się uczy, że Arcturus został stworzony, aby pomóc w oświetleniu tej ziemi, i dziecko rośnie i wierzy w to jeszcze długo, dopóki nie odkryje, że prawdopodobieństwa świadczą przeciw temu.
Według księgi i jej sług wszechświat liczy zaledwie sześć tysięcy lat. Dopiero w ciągu ostatnich stu lat pilne, badawcze umysły odkryły, że naprawdę liczy ich około stu milionów.
W ciągu sześciu dni Bóg stworzył człowieka i inne zwierzęta. Stworzył mężczyznę i kobietę i umieścił ich w uroczym ogrodzie razem z innym stworzeniami. Wszyscy żyli tam razem w zgodzie i zadowoleniu oraz w stanie kwitnącej młodości; trwało to przez pewien czas, potem zaczęły się kłopoty. Bóg ostrzegł mężczyznę i kobietę, że nie wolno im spożyć owocu z pewnego drzewa. I dodał niezwykle dziwną uwagę: powiedział, że jeśli zjedzą ten owoc, to na pewno umrą. To dziwne dlatego, że skoro oni nigdy nie widzieli śmierci, nie mogli przecież widzieć, co to znaczy : umrzeć. Ani też ten Bóg czy jakkolwiek inny nie by l w stanie dać tym nieświadomym dzieciom do zrozumienia, co to oznacza, bez zaprezentowania im przykładu śmieci. Samo słowo nie mogło mieć dla nich żadnego znaczenia, tak jakby go nie miało dla kilkudniowego niemowlęcia.
Niebawem wąż poszukał ich towarzystwa na osobności i poszedł do nich, idąc wyprostowany pionowo, co było w owych czasach zwyczajem wężów. Wąż powiedział, że zakazany owoc wypełni ich puste umysły wiedzą. Wobec tego zjedli go, co było zupełnie naturalne, gdyż człowiek jest tak skonstruowany, iż chciwie pragnie wiedzy; podczas gdy ksiądz, podobnie jak Bóg , którego jest imitatorem i przedstawicielem, od samego początku uznał za swoje powołanie powstrzymywanie człowieka od nauczenia się czegokolwiek pożytecznego.
Adam i Ewa spożyli zakazany owoc i od razu wielkie światło spłynęło do ich ciemnych głów. Dostąpili wiedzy. Jakiej wiedzy – czy pożytecznej? Bynajmniej – po prostu wiedzy o tym, że istnieje cos takiego jak dobro i coś takiego jak zło, i o tym jak czynić zło. Nie umieli czynić tego przedtem. Dlatego wszystko co robili dotychczas, było niepokalane, niewinne , czyste.
Ale teraz umieli już czynić zło – i cierpieć z tego powodu; teraz poznali to, co kościół nazywa bezcennym darem – Poczucie Moralne; to poczucie które różni człowieka od bestii stawia do ponad bestią. Zamiast żeby stawiano go poniżej bestii, gdzie – jak można przypuszczać, powinno być jego właściwe miejsce, skoro jest on zawsze pełen złych myśli i zawsze jest winien, podczas gdy myśli bestii są czyste i ona sama – niewinna. To tak, jakby się wyżej ceniło źle chodzący zegarek od zegarka chodzącego dobrze.
Kościół wciąż jeszcze uważa Poczucie Moralne za najszlachetniejszy atut dzisiejszego człowieka, mimo iż wie, że bóg ma ten temat wyraźnie zła opinię i na swój niezdarny sposób robił, co mógł, aby uchronić swoje szczęśliwe Dzieci Raju od zdobycia tego atutu.
No dobrze, więc Adam i Ewa wiedzieli, czym jest zło i jak je czynić. Wiedzieli, jak czynić rozmaite złe rzeczy, a wśród nich jedna główną – te, na którą Bóg zwracał szczególna uwagę. Ta rzeczą była sztuka i tajemnica stosunku seksualnego. Było to dla nich wspaniałe odkrycie, przestali więc wałęsać się bezczynnie i skupili się w zupełności właśnie na tym – biedne, rozradowane, młode stworzenia!
Podczas jednego z takich seansów usłyszeli, że nadchodzi Bóg, krocząc wśród krzewów, co było jego popołudniowym zwyczajem – i poraziło ich przerażenia. Dlaczego? Ponieważ byli nadzy. Przedtem o tym nie wiedzieli. Nie zwracali na to uwagi; bóg także nie.
W tym pamiętnym momencie narodziła się nieskromność; a niektórzy ludzie zawsze odtąd ja cenili, choć na pewno byliby w kłopocie, gdyby kazano im wyjaśnić, dlaczego.
Adam i Ewa przyszli na świat nadzy i nie znali poczucie wstydu – nadzy i czysto myślący; i nikt z ich potomków nie przyszedł na świat w inny sposób. Wszyscy przychodzili na świat nadzy, nie znali poczucie wstydu i z czystymi myślami. Musieli dopiero poznać nieskromność i brudne myśli; nie było innej rady. Pierwszym obowiązkiem chrześcijańskiej matki jest zbrukać umysł swego dziecka i nie zaniedbuje ona tego obowiązku. Chłopak rośnie, żeby zostać misjonarzem i idzie do niewinnego dzikusa lub cywilizowanego japończyka, żeby zbrukać ich umysły. Wtedy oni przyswajają sobie nieskromność, zakrywają ciała i przestają kąpać się nago.
Konwencja niewłaściwie nazwana skromnością nie posiada wzorca i nie może go mieć, ponieważ sprzeciwia się naturze i rozsądkowi i dlatego jest tworem sztucznym i przedmiotem czyjegoś widzimisie, czyjegoś chorego kaprysu. I tak w Indiach subtelna dama zakrywa twarz i piersi, a nogi pozostawia nagie od bioder w dół, podczas gdy subtelna dama europejska zakrywa nogi, a odsłania twarz i piersi. W krajach zamieszkałych przez niewinnych dzikusów subtelna dama europejska przyzwyczaja się wkrótce do dojrzałej, pełnej nagości krajowców i przestaje czuć się nią urażona. Wysoce kulturalni Francuzi – hrabia i hrabina – nie spokrewnieni ze sobą – którzy w osiemnastym wieku po rozbiciu się statku zostali odcięci od świata na niezamieszkałej wyspie w swych strojach nocnych, wkrótce zostali nadzy. I wstydzili się – przez tydzień. Potem przestali się kłopotać swa nagością, a wkrótce przestali o niej myśleć.
Wy nigdy nie widzieliście nikogo w ubraniu. Och, świetnie, nic nie straciliście.
Ale wróćmy do biblijnych osobowości. Pomyślcie naturalnie, że groźba ukarania Adama i Ewy za nieposłuszeństwo nie została oczywiście wykonana, ponieważ oni nie stworzyli samych siebie ani swych natur, ani swych popędów, ano swoich słabości i dlatego nie podlegali właściwie niczyim rozkazom ani nie byli przed nikim odpowiedzialni za swoje czyny. Zdziwi was wiadomość, że groźba została wykonana.
Adam i Ewa zostali ukarani i zbrodnia ta znajduje obrońców aż do dnia dzisiejszego. Wyrok śmierci został wykonany.
Jak pojmujecie, jedyna osoba odpowiedzialna za przestępstwo tej pary uszła bezkarnie; i nie uszła bezkarnie, lecz stała się katem niewinnych.
W waszym kraju i moim moglibyśmy sobie pozwolić na kpiny z tego rodzaju moralności. Lecz tutaj byłoby to niewłaściwe. Wielu z tych ludzi posiada zdolność rozumowania, lecz nikt nie używa jej w sprawach religijnych.
Najlepsze umysły powiedzą wam, że jeśli człowiek spłodził dziecko, jest moralnie zobowiązany do czułej nad nim opieki do chronienia go przed krzywda, osłaniania przed chorobą, do ubierania go ,żywienia, znoszenia jego kaprysów; nie wolno mu podnieść na niego ręki, chyba ze z tkliwością i dla jego własnego dobra, a nigdy w żadnym wypadku nie wolno mu postępować z nim z okrutna złośliwością. Sposób, w jaki bóg traktuje swoje ziemskie dzieci, każdego dnia i każdej nocy, stanowi dokładne przeciwieństwo, a przecież owe najlepsze umysły gorąco usprawiedliwiają te zbrodnie, darowują je, przebaczają i z oburzeniem sprzeciwiają się w ogóle uważaniu ich za zbrodnie, skoro to on je popełnia. Wasz kraj o mój jest krajem interesującym, ale nie ma w nim nic ani w połowie tak interesującego, jak ludzki umysł.
Doskonale, bóg wygnał Adama i Ewę z Ogrodu i ostatecznie zamordował ich.. wszystko za to, że nie słuchali rozkazu, którego on nie miał prawa wydać. Ale jako zobaczycie, nie poprzestała na tym. On posiada jeden kodeks moralny dla samego siebie, a zupełnie inny dla swoich dzieci. Wymaga, aby jego dzieci sprawiedliwie- i łagodnie – postępowały z winnymi, aby przebaczały im siedemdziesiąt siedem razy; podczas gdy on z nikim nie postępuje ani sprawiedliwie, ani łagodnie i nie przebaczył pierwszej nieświadomej parze nawet jej pierwszego małego wykroczenia i nie powiedział: „tym razem możecie spokojnie odejść, dam wam jeszcze jedną szansę”.
Przeciwnie! Postanowił ukarać ich dzieci przez wszystkie wieki, aż do końca czasów, za błahe wykroczenie popełnione przez innych, zanim one jeszcze się narodziły. Karze je wciąż jeszcze. Łagodnie? Nie, okrutnie.
Nie przypuszczalibyście, że ten rodzaj Istoty otrzymuje liczne komplementy. Nie oszukujcie się: świat nazywa go Wszechsprawiedliwym, Wszechprawym, Wszechdobrym, Wszechmiłosiernym, Wszystko wybaczającym Źródłem Wszelkiej Prawdy, Źródłem Wszelkiej Miłości, Źródłem Wszelkiej Moralności. Te sarkazmy wypowiadane są codziennie na całym świcie. Lecz nie jako świadome sarkazmy. Nie, one są pomyślane na serio. Wymawia się je bez uśmiechu.

LIST IV

A zatem Pierwsza Para odeszła z Ogrodu pod przekleństwem – pod trwałym przekleństwem. Utracili wszystkie rozkosze, jakie posiadali przed ‘upadkiem”; a przecież byli bogaci, gdyż zyskali jedna wartą wszystkich innych: poznali Najwyższą Sztukę.
Uprawiali ją pilnie i ku swemu pełnemu zadowoleniu. Bo kazał im ją uprawiać. Tym razem byli posłuszni. Tym lepiej, że im jej nie zakazano, gdyż uprawialiby ja i tak, choćby tysiąc bogów im jej zabroniło.
Nastąpiły rezultaty. O imionach Kain i Abel. A ci mieli siostry; i wiedzieli ci z nimi robić. W ten sposób nastąpiły dalsze rezultaty: Kain i Abel spłodzili siostrzeńców i siostrzenice. Te z kolei urodziły dalszych kuzynów. W tym punkcie klasyfikacja pokrewieństwa zaczęła nastręczać trudności i zaniechano próby jej kontynuowania.
Miłe zajęcie zaludniania świata trwało z wieku na wiek i przebiegało nadzwyczaj sprawnie; gdyż w owych szczęśliwych dniach płci miały jeszcze pełne kwalifikacje do uprawiania Najwyższej Sztuki, choć po sprawiedliwości powinny byłyby być martwe od ośmiuset lat. Słodka płeć, droga płeć , piękna płeć była wyraźnie w swym największym rozkwicie, gdyż zdolna była nawet pociągać bogów. Zstępowali z nieba i przeżywali piękne chwile z tymi gorącymi, młodymi kwiatami. Biblia o tym mówi.
Przy pomocy owych składających wizyty cudzoziemców ludzkość wzrastała i wzrastała, aż doszła do liczby kilku milionów. Ale bóg się nią rozczarował. Nie zadawała go jej moralność. Która pod pewnymi względami nie była lepsza od jego własnej. Istotnie ludzie byli niepochlebnie bliska imitacją jego samego. Byli to bardzo źli ludzie, a ponieważ nie widział sposobu, w jaki można by ich zmienić, mądrze postanowił, żeby ich usunąć. To jedyny naprawdę oświecony i nieprzeciętny pomysł, jaki Biblia mu przypisuje, i ów pomysł ustaliłby po wszystkie czasy jego reputację, gdyby tylko trwał przy nim i przeprowadził go. Lecz on był zawsze niestały – z wyjątkiem wychwalania swych czynów – i nie doprowadził do skutku swego postanowienia. Był dumny z człowieka; człowiek to przecież jego najdoskonalszy wynalazek, jego ulubieniec, zaraz po musze, nie mógł więc znieść myśli o zupełnej jego utracie; postanowił w końcu uratować próbkę człowieka, a zatopić resztę.
Nic nie może scharakteryzować Stwórcy lepiej. On stworzył wszystkich tych haniebnych ludzi i tylko on ponosił odpowiedzialność za ich postępowanie. Nikt z nich nie zasłużył na śmierć, a przecież to była na pewno słuszna polityka, żeby ich zniszczyć: zwłaszcza dlatego, że przez ich stworzenie główna zbrodnia został już popełniona, a zezwolenie im na dalsze rozmnażanie się stanowiłoby wyraźny dodatek do zbrodni. Przy tym nie byłoby sprawiedliwe ani słuszne faworyzować kogokolwiek – zatopić trzeba wszystkich albo nikogo.
Nie, on tak nie postąpił; uratował pól tuzina ludzi i spróbował znów odnowić rasę...nie był zdolny przewidzieć, że ona znów się zepsuje, ponieważ on reklamuje się tylko jako Dalekowzroczny.
Uratował Noego i jego rodzinę i zarządził wytępienie reszty. Zaprojektował Arkę, a Noe ją zbudował. Żaden z nich nigdy przedtem nie budował Arki ani nic o Arkach nie wiedział; należało więc oczekiwać, że stanie się coś niezwykłego. I stało się. Noe był rolnikiem i choć orientował się, do czego miała służyć Arka, nie miał żadnych po temu kompetencji, żeby orzec. Czy ta właśnie będzie wystarczająco obszerna, by sprostać wymogom, czy nie (nie była). Więc zaryzykował obejść się bez wskazówek, bóg nie wiedział czy arka jest dość duża, lecz zdał się na los szczęścia i nie podał odpowiednich wymiarów. W końcu statek okazał się o wiele za mały w stosunku do potrzeb i świat cierpi z tego powodu po dziś dzień.
Noe zbudował Arkę. Zbudował ja najlepiej, jak potrafił, lecz pominął wielkość niezbędnych rzeczy. Statek nie miał steru, żagli, nie miał kompasu, pomp, map, lin, ładowni, - która była najważniejsza- to im mniej się o niej powie, tym lepiej. Miał być na morzu jedenaście miesięcy i potrzebowałby tyle świeżej wody, że można by nią wypełnić dwie Arki tej samej wielkości – a przecież nie postarano się o dodatkową Arkę. Nie można było używać wody z zewnątrz: połowa jej był słona i ludzie i zwierzęta lądowe nie mogli jej pić.
Gdyż nie tylko próbkę człowieka miano uratować, lecz także próbki innych zwierząt. Musicie zrozumieć, że kiedy Adam zjadł jabłko w Ogrodzie i nauczył się rozmnażania i dopełniania, inne zwierzęta obserwując Adama, także nauczyły świętej Sztuki. Dowiodło to sprytu i zręczności z ich strony, gdyż zyskały wszystko, co warto było zyskać z jabłka, nie kosztując go i nie zarażając się nieszczęsnym poczuciem moralnym, rodzicem wszelkiej niemoralności.

LIST V

Noe zaczął zbierać zwierzęta. Miało być ich po parze z każdego gatunku istot, które chodziły, pełzały, pływały lub latały w świecie ożywionej przyrody. Musimy się domyślać, jak długo trwało i ile kosztowało gromadzenie owych stworzeń, gdyż o tych szczegółach nie ma żadnej wzmianki. Gdy Symmachus czynił przygotowania do wprowadzenia swego młodego syna w życie w imperialnym Rzymie, posłał ludzi do Azji, Afryki i wszędzie, aby zebrali dzikie zwierzęta do walk na arenie. Zgromadzenie tych zwierząt i sprowadzenie ich do Rzymu zabrało tym ludziom trzy lata czasu. Były to tylko same czworonogi i aligatory, rozumiecie- żadnych ptaków, węży, żab, żadnych robaków, wszy, pcheł, żadnych kleszczy, gąsienic, pająków, żadnych much, moskitów- nic, tylko zwykłe czworonogi i aligatory, a z czworonogów tylko te nadające się do walki. A przecież było tak, jak powiedziałem: zebranie ich trwało trzy lata, a koszt zwierząt, ich transportu i płac dla ludzi sięgał 4 500 000 dolarów.
Ile było zwierząt? Nie wiemy. Lecz z pewnością mniej niż pięć tysięcy, gdyż taka była największa liczba zwierząt kiedykolwiek zebranych na owe rzymskie igrzyska, i to Tytus, a nie Symmachus je zebrał. A to były tylko dziecinne zbiory w porównaniu z kontraktem Noego. Ptaków, bestii i istot żyjących w wodzie musiał zebrać 146 000gatunków ; a owadów ponad dwa miliony okazów.
Bardzo trudno jest schwytać tysiące tych istot i gdyby Noe nie poddał się i nie zrezygnował, pracowałby do tej pory, jak powiada Leviticus. Jednakże nie chcę przez to powiedzieć, że się wycofał. Nie, tego nie zrobił. Zebrał tyle stworzeń, na ile miał miejsca, a potem przestał.
Gdyby na początku znał wszystkie żądania, zdawałby sobie sprawę, że powinien mieć całą flotę Ark. Ale nie wiedział, ile było gatunków tych istot, nie wiedział też tego jego Szef. Nie miał więc kangura ani oposa. ani jadowitej jaszczurki, ani dziobaka i brakowało mu mnóstwa innych nieodzownych błogosławieństw, którymi kochający Stwórca obdarzył człowieka i o których zapomniał, a które od dawna wędrowały do krańców tego świata, którego on nigdy nie widział i którego spraw nie znał. I w ten sposób wszystkie były bliskie zatopienia.
Uratowały się tylko dzięki przypadkowi. Nie było dość wody by je ogarnęła. Wystarczała tylko na tyle, żeby zatopić tylko jeden skrawek globu- reszta globu nie była wtedy znana i sądzono, że w ogóle nie istnieje. Jednakże co naprawdę ostatecznie i definitywnie skłoniło Noego do zaprzestania dalszych zbiorów okazów dla celów czysto roboczych i pozwolenia, aby reszta zginęła, to incydent z ostatnich dni: zjawił się podniecony obcy człowiek z alarmującymi wieściami. Powiedział, że obozował wśród gór i dolin około sześćset mil stąd i że zobaczył tam cudowną rzecz: Stał nad przepaścią, gdzie roztaczał się widok na szeroką dolinę, a w dolinie ujrzał kłębiące się, czarne morze nadciągającej dziwnej fauny. Wkrótce istoty te poszły dalej, walcząc, bijąc się, przepychając, piszcząc, parskając – straszliwe, ogromne masy hałaśliwych ciał! Leniwce wielkie jak słonie; żaby wielkie jak krowy; megatherium i jego olbrzymi, niewiarygodny harem; jaszczury i jaszczury, i jaszczury, grupa za grupą, rodzina za rodzina, gatunek za gatunkiem – sto stóp długie, trzydzieści stóp wysokie i dwa razy tak kłótliwe; jeden z nich zadał absolutnie niewinnemu bykowi Durham taki cios ogonem, że ten ze świstem wyleciał na trzysta stóp w powietrze i upadł do stóp człowieka, westchnął i przestał istnieć. Człowiek powiedział, że owe zdumiewające zwierzęta usłyszały o Arce i idą do niej. Przychodzą, aby uratować się z potopu. I nie idą parami, przychodzą wszystkie: nie wiedziały, że ilość pasażerów ogranicza się do par, powiedział nieznajomy, i w żadnym razie nie będą się ani trochę troszczyć o przepisy – pożeglują ta Arką, dlaczegóż by nie. Człowiek powiedział, że Arka nie pomieści ani połowy z nich, a co więcej, one przychodzą wygłodniałe i zjedzą wszystko, co tu jest, z menażerią i rodzina włącznie.
W relacji biblijnej wszystkie te fakty zatajono. Nie znajdziecie tam o nich nawet wzmianki. Całą sprawę przemilczano. Nie wymieniono nawet nazw tych ogromnych istot. To wam pokazuje, że jeśli ludzie pozostawili w kontrakcie pełną wyrzutu pustkę, mogą o tym równie mętnie wspominać w Bibliach, jak i gdzie indziej. Te potężne zwierzęta przedstawiłby dla człowieka nieocenioną wartość teraz, gdy środki transportu są tak przeciążone i kosztowne, lecz on je wszystkie utracił. Wszystkie potonęły. Wszystkie utracił i to wskutek błędu Noego Niektóre z nich aż osiem milionów lat temu.
Doskonale, obcy człowiek opowiedział swoja opowieść, a Noe zorientował się, że musi odpłynąć, zanim nadciągną potwory. Pożeglowałby od razu, lecz tapicerzy i dekoratorzy musieli jeszcze przeprowadzić pewien retusz w salonie muchy i to zabrało mu dzień. Drugi dzień stracono na przyjmowanie much na pokład, było ich tam sześćdziesiąt osiem miliardów, a bóg wciąż jeszcze się obawiał, że może ich nie być dosyć. Jeszcze jeden dzień stracono na układaniu czterdziestu ton paskudztwa na pożywienie dla much.
W końcu Noe pożeglował; i wcale nie za wcześnie, gdyż Arka właśnie zniknęła z oczu na horyzoncie, kiedy potwory nadeszły i połączyły swoje lamenty z lamentami mnóstwa płaczących ojców i matek, i przestraszonych małych dzieci, które w potokach deszczu przytulały się do obmywanych falami skał i wznosiły błagalne modły do Wszechsparwiedliwej i Wszechwybaczającej, i Wszechlitościwej istoty, która nigdy jeszcze nie odpowiedziała na modlitwę, od kiedy te skały zostały zbudowane z piasku, ziarnko po ziarnku, i nigdy na żadna nie odpowie do czasu, gdy wieki skruszą je znowu na piasek.

LIST VI

Trzeciego dnia , około południa, odkryto, jedną muchę. Podróż powrotna okazała się długa i trudna ze względu na brak mapy i kompasu, z powodu zmienionego wyglądu wszystkich brzegów, stale wznosząca się woda zalała niektóre z niższych punktów orientacyjnych, a wyższym nadała obcy wygląd; lecz po szesnastu dniach poważnych i ufnych poszukiwań mucha została wreszcie odnaleziona i przyjęta na pokład wśród hymnów pochwały i wdzięczności Rodzina stała tymczasem z odsłoniętymi głowami, aby uczcić jej boskie pochodzenie. Mucha była mizerna i znużona, ucierpiała nieco od pogody, lecz poza tym znajdowała się w dobrym stanie. Ludzie i ich rodziny umierali z głodu ma jałowych szczytach gór, lecz jej nie brakowało pożywienia, liczne trupy dostarczały go w śmierdzącej i zgniłej obfitości. W ten sposób święty ptaszek opatrznościowo został zachowany.
Opatrznościowo. Oto właściwe słowo. Gdyż much nie zostawiono przypadkiem. Nie, w tym tkwiła ręka Opatrzności. Przypadki nie istnieją. Wszystkie rzeczy, które się zdarzają, zdarzają się w jakimś celu. Są one przewidziane od początku czasu, są postanowione od początku czasu. Od świtu Stworzenia Pan przewidział, że Noe, zaalarmowany i zakłopotany inwazją dziwacznych patentowanych przedpotopowców, przedwcześnie ucieknie na morze bez pewnej bezcennej choroby. Będzie miał wszystkie inne choroby i będzie mógł je rozdzielać pomiędzy nowe rasy ludzkie, skoro pojawią się na świecie, lecz będzie mu brakowało jednej z najlepszych – gorączki tyfoidalnej; a jest to choroba, która przy specjalnie sprzyjających okolicznościach zdolna jest w zupełności zrujnować pacjenta, nie zabijając go; gdyż może go z powrotem postawić na nogi i dać mu jeszcze długie życie, a przecież stanie się głuchy, tępy, ślepy, kaleki i zidiociały. Mucha jest główną roznosicielką tyfusu, bardziej kwalifikowaną i bardziej jeszcze katastrofalnie skuteczną, niż wszyscy inne roznosiciele tej straszliwej plagi razem wzięci. I tak, z woli przeznaczenia od początku czasu, zostawiono te muchę, aby znalazła tyfoidalnego trupa, nasyciła się jego rozkładem, oblepiła swe nóżki zarazkami i przeniosła je do nowo zaludniającego się świata, aby w nim stale funkcjonowały. Z powodu tej jednej muchy w ciągu wieków, które minęły od tego czasu, ustawiono miliardy łóżek szpitalnych, zesłano nie ziemię miliardy zataczających się, zrujnowanych ciał i miliardy cmentarzy zapełniono zmarłymi.
Niesłychanie trudno zrozumieć usposobienie biblijnego Boga, takie w nim pomieszanie sprzeczności; wodnistej niestałości i żelaznej niewzruszalności; dobrotliwych, abstrakcyjnych morałów, stworzonych ze słów, i konkretnych piekielnych morałów, stworzonych z czynów; przelotnej łaskawości, biorącej odwet w stałych złośliwościach.
Jednakże kiedy po długim łamaniu sobie głowy znajdziecie klucz do tego postępowania, zaczynacie wreszcie coś rozumieć. Z najdziwaczniejszą młodzieńczą, zdumiewającą szczerością on sam dostarczył tego klucza. Jest nim zawiść !
Spodziewam się, że zabraknie wam tchu w piersiach. Zdajecie sobie sprawę – bo powiedziałem wam już o tym we wcześniejszym liście – że pośród istot ludzkich zawiśc stawia się dokładnie na równi ze słabością; to oznaka małych umysłów, właściwie wszystkich małych umysłów, a w dodatku właściwość, której nawet najmniejszy umysł się wstydzi; gdy go oskarżyć o uleganie jej, kłamliwie zaprzeczy i uzna to oskarżenie za obelgę.
Zawiść. Nie zapominajcie o niej, zachowajcie ją w myśli. To klucz. Za pomocą tego klucza będziecie mogli częściowo zrozumieć Boga w waszych dalszych rozważaniach, bez tego nikt nie potrafi go zrozumieć. Jak powiedziałem on sam otwarcie ukazał ten klucz, aby go wszyscy widzieli. On mówi naiwnie, śmiało i bez śladu zakłopotania: ”ja , Pan twój, je


komentarze
O utworze:

wyświetleń:2235
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

kaczor
          lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.