avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


20 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Kyo
Faszystowska Świńska Świnia[tm]
opowiadania
dodano:
23 sierpnia 2003, 02:36:53


Tako rzecze Kyoshirustra

Książka dla wszystkich i dla nikogo

PROLOG
Pewnego wiosennego poranka wyszedł Kyoshirustra przed samotnię swoją aby mięśnie snem stężałe rozprostować i płuca zgnuśniałe świeżością powietrza ucieszyć. Stanął i patrzył tak, myślenia powoli próbując aby za szybko zbytniego cierpienia intelektualnego nie zaznać. Rozpoczął tedy od problemu zgoła błahego, mianowicie kwestii, dlaczego nigdy jeszcze nie ujrzał pomarańczowego królika. Odpowiedź nasunęła się sama: niewątpliwie w stronach, w których do tej pory bywał Kyoshirustra pomarańczowe króliki po prostu nie wystę-powały. Po rozwiązaniu tego zagadnienia przeszedł do kwestii poważniejszych i znacznie bardziej złożonych. A raczej przeszedłby, gdyby nie obluzowana cegła, która raczyła ześliznąć się z komina po stromiźnie dachu i, z braku innego celu, trafiła Kyoshirustrę w głowę pozbawiając go wątku i redukując jego koordynaty wertykalne na rzecz horyzontalnych.
A kiedy Kyoshirustra podniósł się już z ziemi, dźwignął ową cegłę i w dłoni ją zważył, czoło marszcząc w głębokim zamyśleniu.
- Ale ze mnie kretyn. - wyrzekł nagle, a głos jego drżał ze szczęścia i podniecenia - Oto, czego mi było trzeba.
Zamilkł, w pełnej powagi ciszy kształt chropawy gładząc.
- Cegła. Jakaż to daremna nazwa dla narzędzia poznania. Daremność, to jest rzecz, której motłoch na-uczon być winien.
I biorąc pod rozwagę własne słowa, ruszył z powrotem do samotni aby do drogi się przyszykować.
Tak się poczęło znijście Kyoshirustry.

I

Najsampierw trafił Kyoshirustra do miasta zwanego "kozia wara", jako że najbliższe było jego samotni. Zagłębił się w plątaninę ulic, które już na pierwsze zerknięcie plugawymi mu się wydały, i idąc z wolna przed siebie szukał takich, którzy naukom jego wydawali się przychylnymi. Aż na skrzyżowaniu ujrzał drogowskaz. Jedno jego ramię wskazywało na drogę biegnącą w lewo, a podpisaną "Do Centrum Opieki Psychiatrycznej", drugie zaś na drogę biegnącą w prawo, a nazwaną "Uniwersytet".
- Uniwersytet - rzekł Kyoshirustra sercu swemu - Oto wymarzone dla mnie miejsce. Głupcem byłem szukając kretynów na ulicach, bom równie dobrze mógł igły szukać w siana stogu. Ale oto przede mną uniwer-sytet, a gdzież więcej kretynów być może jak na uniwersytecie?
Albowiem czyż nie kretynami są ci, którzy nad książkami zbytecznymi ślęczą wzrok marnotrawiąc, aby i tak po egzaminie zdanym wszystko zapomnieć? O, błogosławionymi niech będą ci kretyni, bo na nich żeruje horda cała tych, którzy z owej próżności sprawę sobie zdają doskonale. O, niech i oni będą błogosławieni, jako że są dla mnie drogowskazem pokazującym drogę do Kretyna Absolutnego. Zaprawdę świętym musi być ten, kto notatki swoje innym oddaje z dobroci serca, wierząc głęboko w ich siłę i mądrość. Świętym w swej naiwno-ści i dobroduszności, takich kretynów mi trzeba. Oni bowiem są ogniem i duchem, i słowo "daremność" pustym jest dla nich dźwiękiem. Ich mi trzeba, nie tych drugich, jako że nie sposób nauczyć daremności tych, którzy z cudzej daremności żyją.
Albowiem czyż nie kretynami są ci, którzy rzeczy zbytecznych uczyć każą? Każdy ich czyn i każde ich słowo staną się daremnością, cudownie zbędną i zbędnie cudowną. O, błogosławieni ci, którzy lubują się w dysputach błahych, jako że w nich, niczym w zwierciadle srebrnym odbija się Kretyn Absolutny. Daremnymi są, i własnej daremności się boją, i ich własna daremność lękiem ich napawa nieprzebranym. Ich mi potrzeba, albo-wiem oni będą wojownikami daremności. Ruszą do szarży, przed się dźwigając tarcze z wymalowaną na nich daremnością, i tak jak wojownik tarczy swej nie widzi, tak i oni własnej daremności widzieć nie będą. A jeśli ktoś przemocą tarczę im wyrwie i do spojrzenia na nią zmusi, dobędą wtedy miecza co się zowie "potrzeba" i przeciw swej tarczy się obrócą. Albowiem nic nie bodzie daremnego człowieka bardziej niźli jego własna da-remność.
Tako rzekłszy, Kyoshirustra pospieszył na uniwersytet. I ujrzał plac wielki z pomnikiem pośrodku, i tłum ludzi pomnik ów oblegających. Niewątpliwie jestem na miejscu, pomyślał radość wielką i podniecenie czując, zwrócił się tedy do motłochu i rzekł tak:
- Wszyscy jesteście kretynami.

II

A kiedy Kyoshirustra wyszedł już ze szpitala, pierwsze swe kroki skierował z powrotem na ów uniwer-sytet, na którym nauki jego ostatnio przyjęto nieprzychylnie. Właściwie nie przyjęto ich w ogóle, gdyż uznano, że sama teza jest błędna. Tak czy inaczej, poszedł właśnie tam, i stojąc w tym samym miejscu, w którym jeszcze powinny znajdować się jego zęby, pomyślał tak:
- A jednak uszy ich głuche są na moje nauki. Czemu? Czyżby dlatego, że zdając sobie sprawę z własne-go kretyństwa świadomie precz je odrzucali? Zaprawdę są tedy nie kretynami, a durniami. Oto zadanie godne Kyoshirustry, znaleźć pośród durni kretyna.
W tym momencie minęła go para studentów, i Kyoshirustra usłyszał, jak męski student mówi do stu-denta żeńskiego:
- Ależ jestem głupi.
Zaśmiał się Kyoshirustra do swojego serca i powiedział sobie tak:
- Mówią o własnej głupocie jednocześnie zaprzeczając sobie samym i oczekując zaprzeczenia od in-nych. Cokolwiek mówią, oczekują zaprzeczenia. Z kimkolwiek rozmawiają, nie mówią tego, co myślą naprawdę ale to, co zaprzeczonem być powinno. Takoż i ja muszę mówić. Jeśli powiem im: "Jesteście mędrcami", na-tychmiast mi zaprzeczą twierdząc: "Nie, jesteśmy głupi" jednocześnie grzejąc się przy swojej własnej pustce.
Zasmucił się nagle Kyoshirustra i potarł w zamyśleniu zachmurzone czoło.
- Nie znajdę ja tu kretyna - oznajmił sam sobie kiwając z rozczarowaniem głową - A nawet jeśli znaj-dę, to cało z tego nie wyjdę.

MOWY KYOSHIRUSTRY

O KRETYNIE ABSOLUTNYM I WINDOWS 98

O, jakże w błędzie jesteście, sądząc, że szukam sobie podobnych! Albowiem nie ma innych mi podob-nych, jako że jest tylko jeden jedyny Kyoshirustra i za to winniście dziękczynić bogom, gdyby jeszcze żyli. Jakże mylicie się wszyscy wy mający się za mędrców, jak i wy widzący w sobie głupców! Nigdy nawet nie zbliżycie się do progu, który ja właśnie przekraczam. Mówicie, że Kyoshirustra szuka durni, bo mądrzejsi się z niego śmieją, a głupsi uciekają. O, po stokroć jesteście w błędzie!
Rozejrzyjcie się, a ujrzycie hordę durni i hordę mędrców. Po cóż miałbym ich szukać, kiedy wystarczy wyjść na ulicę? Takoż nie szukam ja durni; szukam kretyna. W czym tkwi różnica, pytacie. A ja wam odpowia-dam: w głębokości. Nie trudne to zadanie, wypełnić wnętrze idioty. Zapytajcie no kogokolwiek czy jest głupi. Dureń przegna was precz, bo swą pustkę nasyca własną próżnością. Inny dureń przytaknie i radośnie skinie głową, bo albo zdaje sobie sprawę ze swojej płaskości, albo będzie mu się to wydawało chwalebnem. Co zrobi kretyn, zapytacie. Otóż kretyn nie powie nic.
Popatrzcie, ja was uczę kretyna absolutnego. Jak w Księżycu odbija się światło Słońca, takoż w każ-dym z was widać cząstkę kretyna, tego, który jest ponad głupotą i mądrością. Czymże jest dla was wasza inteli-gencja? Powodem do chluby? Zaprawdę, wyzbyć się jej winniście! Kiedy zapytać trzeba "kiedy" i "gdzie", inte-ligencja wasza pyta "dlaczego" i w przyczyny wnika miast zająć się skutkami. O, błędne jest wszelkie poznanie! O, fałszywe są wszelkie dociekania! Powiadacie: "wiemy". Powiadacie: "rozumiemy". A ja uruchamiam wam Windows 98 i udowadniam, że nie wiecie nic i nic nie rozumiecie. Czymże bowiem jesteście przy błędach kry-tycznych w nieznanym module i padach kernela przy zdawałoby się bezpiecznych aplikacjach? Durniami, i niczym więcej. Miast wyrok przyjąć i z pokorą zainstalować linuxa staracie się dojść przyczyn. Nadaremno!
Popatrzcie, ja was uczę kretyna absolutnego. On jest tym, do którego należy projekt architektury syste-mu. On jest tym, który błędów Windowsa nie zaznaje. Podczas gdy wy psioczycie i daremnie próbujecie dowie-dzieć się, które sterowniki wywołują wam konflikty, on potulnie zamyka aplikację i rebootuje system. Kretyn bowiem wie, czym jest daremność.
Patrzcie, ja was uczę kretyna absolutnego. Bluźnicie przeciw Billowi Gatesowi, słów nie szczędzicie mu złych i jadowitych. A ja wam powiadam: po stokroć w błędzie jesteście! Czcić wam go trzeba, nie przekli-nać, albowiem on wam drogę pokazuje ku kretynowi absolutnemu, jeno wy w ślepocie swojej dostrzec tego nie potraficie. Oto macie w ręku narzędzie doskonałe, ale nie chcecie i boicie się go zrozumieć.
Takoż jeśli zapytacie mnie o mistrza mego i filozofa najdoskonalszego, jednego tylko wskazać wam mogę: zowie się on Błąd-W-Module-Kernel32.dll. I za nic ma sobie Arystotelesa, albowiem jego się żadna logi-ka nie ima. Jego śladem idę, jego śladem i wy pójść powinniście.

O CHIŃSKICH KRESKÓWKACH

Dnia pewnego trafił Kyoshirustra do miasta zwanego "rybi zwis", a tam do szkoły wyższej, która zwała się wielotechniczną. Ledwie próg zdołał przekroczyć, a już jakiś niski i łysawy człowieczek za ramię go chwy-cił, a z oczu jego biła taka niechęć i odraza, że Kyoshirustra poczuł się niemal jak w domu.
- Pan jest studentem? - zawarczał gniewnie człowieczek, na co Kyoshirustra tak mu odpowiedział:
- Wyjść mi trzeba na ulicę i pierwszego napotkanego przechodnia zapytać, czy prawdą li jest ażeby on oddychał? Odpowiedź byłaby zapewne tak krótka i treściwa jak i ta, której winienem udzielić na twe, dobry człowieku, pytanie. Albowiem każdy jest studentem, takoż i ty uczysz się teraz, że nie warto za rękaw łapać gdyż można z łokcia zebrać, człek rozumny tedy dystans zawsze ku nieznanemu zachowuje. Ale przecie i ja jestem studentem, boć uczę się właśnie, żem mile widziany w tym przybytku. Popatrz, zacny przyjacielu, i oto obydwaj jesteśmy i studentami, i nauczycielami. Tedy jednej tylko odpowiedzi udzielić mogę na twe pytanie, a brzmi ona: odpieprz się.
Człowieczek zastanowił się nad słowami Kyoshirustry, po łysinie się poczochrał i wyrzekł:
- Ach, tyś jest Kyoshirustra i zmierzasz do tych popaprańców. W lewo i cały czas prosto, a potem już będzie słychać.
- Popaprańców - pomyślał Kyoshirustra - A zatem na próżno nie szedłem.
I w głos rzekł tak:
- A w czymże się ich popapranie objawia, rzeknij mi, dobry człowieku, jako że obcym tu jestem i w tutejszych zwyczajach nie bywałym.
Skrzywił się człowieczek jakby połknął rzecz, o której mowa w nazwie owego miasta.
- Ano, przyłażą z mieczami, kijami i jakimiś innymi drągami, wrzeszczą jakby ich dyabłowie sami ze skóry darli, a potem siadają i oglądają chińskie kreskówki. Chociaż mają po co najmniej siedemnaście lat.
Zaśmiał się Kyoshirustra do serca swego, człowieczka zaś tak zapytał:
- A zadziobali kogoś przynajmniej?
- Nie - odparł człowieczek - Ale z mieczami chodzą. I się biją.
I rzekł mu tak Kyoshirustra:
- Zaprawdę wielkie to popapranie i wielka daremność, z mieczami w szkolne progi wchodzić. Korytarz tu wąski a zakręcony, łatwo uciekać, ciężko bronią machać. Wielki zaszczyt czynią oponentowi swemu ci, któ-rzy mieczem walczyć tu są gotowi, albowiem dogonić a dźgnąć skutecznie w takich warunkach to wysiłek ogromny, jeśli nie nadludzki. A ponieważ widzę, iż tyś w nogach jeszcze szybki jak na swój wiek, tym bardziej winieneś im respekt a poszanowanie, bo wielką sprawę wezmą na siebie jeśli któregoś dnia cię po tych koryta-rzach pogonią. Daremność owych ludzi napełnia me serce wzruszeniem, bo każdy inny na ich miejscu przy-niósłby kopyto.
- ...i wrzeszczą!
- Cóż złego jest w krzyku, przyjacielu? Czyżby było to możliwe abyś ty nie krzyczał? Dnia każdego wyrzucasz setki słów, którym tonem poważnym a opanowanym nadajesz wagę, choć same są nie warte funta kłaków. Bo tymże jest głos, owym obciążnikiem, który słowo durnia czyni zdaniem mędrca. A ja ci powiadam: krzycz! Albowiem krzycząc mówisz wszem i wobec: Patrzcie, bracia, jestem daremny! Słuchajcie, bo moje słowa są daremnością! Mówisz "tak" i mówisz "nie", i każdym słowem przekładasz odważnik z szali na szalę. Mówisz "tak" i mówisz "nie", i za każdym z nich chowasz wielkie "nie wiem". Czy boisz się swojej daremno-ści? O, porzuć swój lęk, bo nic już nie ma znaczenia! Krzycząc "tak" i krzycząc "nie", mówisz: "nie obchodzi mnie to". Oto droga do kretyna absolutnego.
Człowieczek przełknął głośno ślinę i po namyśle powiedział tak:
- Oni tu oglądają różne bezeceństwa!
- Jakież to bezeceństwa? - zapytał Kyoshirustra ucha z zaciekawieniem nadstawiając.
A ów człek do usz mu się zbliżył i tak wyszeptał głosem ledwie słyszalnym od zgrozy i utrapienia:
- Chińskie kreskówki, które ni dzieciom, ni dorosłym nie przeznaczone. Pełne czarodziejek gołych i nieletnich, i demonów sprośnych a lubieżnych. Bajki owe, które bajkami zwać się niegodne rozpusty jeno uczą i zbytku i poróbstwa, jako że szatana dziełem one i nikogo innego. Jużem słyszał jak dyabła tego po imieniu wzywają, a imię jego Tentakl. Biada! Powiadam ci, Kyoshirustro, po stokroć biada! Gdzie czasy owe kędy "Bolka i Lolka" oglądano, ową najpoczciwszą z kreskówek? Biada, biada! Dzisiaj nikt już "Bolka i Lolka" nie ogląda, jeno te bezeceństwa szatańskie!
Zastanowił się Kyoshirustra i tak zapytał:
- Przynajmniej po chińsku te kreskówki?
Człowieczek ów zdziwił się i oczkami kaprawymi zamrugał.
- I po chińsku, i po anglijsku, i w innych językach wszetecznych. Takoż i po naszemu niektóre...
- Po naszemu? - przerwał mu Kyoshirustra - Jakiż to pożytek z oglądania rzeczy, które się rozumie? Strata to czasu jedynie. Cóż z tego masz, kiedy czytasz gazetę i rozumiesz co w niej napisano? Nic, jako że to, coś przeczytał i rzekomo zrozumiał na rozumie ci się jeno odkłada, nowością kusi, świeżością, skutecznością. A skąd pewność możesz mieć czyliś dobrze przeczytał? Przeca to, co tobie prostem, drugim zawiłym i niejasnym wydawać się może. Jakąże pewność mieć możesz, że widząc słowo "biały" nie przeczytasz "czerwony", a autor nie będzie miał na myśli "czarny"? I błaha to rzecz, żeś ty akurat pobłądził. Stokroć gorszym widzę to, że owego pisarza nieszczęsnego wraz ciągniesz za sobą! Tekst błahy czytając znaczeń ukrytych się w nim dopatrujesz, takoż autorowi jego własną daremność odbierasz. A to zbrodnia Kyoshirustrze najohydniejsza, z daremności cudzej lepić zgniłą użyteczność. Takoż tobie rzekę: czytać winieneś jedynie to, czego zrozumieć nie jesteś w stanie, a pisząc tak to czynić, aby przez nikogo nie być zrozumianym. A kiedy ujrzysz, że własnego pisma już pojąć nie potrafisz, raduj się, albowiem pokonasz kolejny stopień na schodach do kretyna absolutnego. Zapraw-dę, wielka daremność w tych ludziach być musi skoro chińskie kreskówki oglądają. Ani chybi "Reksio" i "Bolek i Lolek" obrzydliwie zrozumiałymi im się stały. O! Błogosławieni, którzy nie wahają się sięgać daleko w obro-nie swej daremności!
- Matko Boska Ostrobramska - wyszeptał pobladły człowieczek znak krzyża na piersi czyniąc - Taki młody a taki popieprzony.
Po czym machnął ręką w stronę korytarza po lewej i czmychnął do swej stróżówki, skąd patrzył jeno wzrokiem obłąkanym. Skłonił się Kyoshirustra przed jego durnotą, a potem poszedł wskazaną drogą, bo chociaż żadnego spotkania z jakimiś popaprańcami nie przewidywał, to, co wcześniej usłyszał ciekawym mu się zdało. Szedł tak i myślał, aż nagle ryk się rozległ opętańczy, i chichot, i kwik piekielny.
- Otom i na miejscu. - rzekł sercu swemu Kyoshirustra i drzwi po prawicy przestąpił.
Wnętrze ciemne było i duszne. Jedyną rozświetloną rzeczą jawił się telewizor w rogu na podwyższeniu stojący. Tłum wokół niego zgromadzony na odgłos wejścia Kyoshirustry okiem jeno na niego łypnął ciekawem, a potem z powrotem na ekranie się skupił. Stanął tedy Kyoshirustra w rogu tak by nie wadzić nikomu i telewizo-rowi jął się przypatrywać. A w telewizorze właśnie jakoweś coś mężczyznopodobne o białych a długich włosach jęło zapalczywie całować jakoweś coś drugiego bardziej mężczyznopodobnego o krótszych i czarnych. I nie minęło pięć minut jak Kyoshirustra wyszedł po cichu z pokoju, o ścianę się oparł i dłonią drżącą pot z czoła otarł.
- Czyżby to było możliwe! - powiedział do serca swego - Wszak ten święty starzec nic jeszcze w swej portierni nie słyszał o tem, że Bolek i Lolek to pedały!
I po zastanowieniu dodał tak:
- Zwłaszcza Lolek.
I odszedł precz Kyoshirustra sprawę sobie zdając z tego, iż o tą ostatnią kwestię nagabywany będzie po wieki wieków.


komentarze
~Dark Side OF The Moon
Alter-egoistawp.pl
2003-09-29, 10:54:26:
go��
Fenomenalne!!! Pierwszy raz chyba zawiesiłem wzrok na takiej prozie. Czytałem z zapartym tchem. Swietne słownictwo i styl, a w to wpleciona nieustająca ironia. Masz Ci człowieku talent :) A moja proza nie umywa się do Twego arcydzieła...         Respect         P.S. Jestem z miasta Bolka i Lolka :)        

avatar Selena
2005-02-16, 09:57:42:
dualistka
Naprawdę - po prostu genialne.
A swoją drogą, nigdy się nie spotkałam, by ktoś napisałam traktat filozoficzno - satyryczny i reklamę Linuxa w jednym;)
--
Life seems to me like a Japanese picture which our imagination does not allow to end in the margin. Oliver Wendell Holmes

O utworze:

wyświetleń:1437
komentarzy:2


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Kyo
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.