avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2096)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


30 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
zlewkrwi
neutrino taonowe
opowiadania
dodano:
28 lutego 2013, 22:55:33


Przypadek Słowika

Szkolenie z BHP było obowiązkowe. Nie tylko dla Juliusza Słowika, ale dla wszystkich przyjaciół z przedsiębiorstwa. Prowadząca miała wielką głowę suki, którą pochylała łypiąc na boki, aby sprawdzić czujność słuchaczy i reakcje na dźwięk szczekanych przez siebie haseł o systemie zarządzania, albo podniecającej ją szczególnie normie OHSAS 18001, oblizywała przy tym co chwila swoje wydęte wargi, gdy zasychało jej w gardle, albo zwilżała je odrobiną wody z jednorazowego kubka ustawionego na środku blatu ze szkła wypolerowanego równie pięknie jak jej wielkie zęby ukazujące się za każdym razem kiedy marszczyła twarz w uśmiechu. Jednak Juliusz Słowik nie dostrzegał jej warg, równych zębów ani poświęcenia, nie wspominając o idealnym stole specjalnie zamówionym na okazję szkolenia. Juliusz Słowik od dłuższego już czasu walczył ze snem. To pewnie przemęczenie – myślał – kiedy wszędzie, w pracy, w samochodzie, na ulicy – wszędzie dopadało go niczym nie wytłumaczone znużenie. Teraz ogarnęło go również. Wzrok wbity miał w czystą kartkę papieru, którą przytrzymywał łokciem, podczas gdy jedną dłonią podpierał brodę a w drugiej ściskał ołówek szkoleniowy. Padające na kartkę mocne światło lampek zawieszonych u góry w równych rzędach, mieszało się z pierwszymi promieniami wiosennego słońca, tak, że od kartki bił jaskrawy blask, w który Juliusz Słowik gapił się jak zahipnotyzowany. Po dłuższej chwili, gdy i to go znudziło, twardym ołówkiem zaczął wśród całej tej jaskrawości kreślić czarne koła, najpierw małe, potem coraz większe, starannie, jedno na drugim, jakby wszystko co powstanie na tej płaszczyźnie miało zostać wchłonięte przez coś jeszcze i jeszcze większego, ale nie większego niż pozwala na to kartka – i w chwili gdy o tym pomyślał usłyszał cichy zgrzyt, dobiegający gdzieś z pobliża. Ale w panującym na sali szumie nie mógł określić skąd dobiegał, był jednak pewien, że go słyszał, ten specyficzny zgrzyt który zawsze sprawiał, że jego ciałem wstrząsał nagły dreszcz. Ścisnął mocniej ołówek i narysował kolejne koło, właściwie wszystko o czym najczęściej myślał było okrągłe, kobiety, monety, krople, jedna za drugą, myśli uderzały o taflę wody, zataczały kręgi aby zniknąć, a potem wyłonić się i powtarzać ten proces pojawiania i znikania w nieskończoność – aby doskonalić się – był o tym przekonany, jednak gdzieś w głębi niepokoił go fakt, że wszystko nie wybiegało poza jego małą kartkę, zawierającą dokładnie i bezpiecznie domknięte koło. Koło Deminga, jakość – przemknęły mu przez głowę hasła, a może tylko dobiegł go głos kobiety, sam już nie wiedział, przetarł zmęczone oczy, wszystkie nałożone na siebie koła zlepiły się w jedno. Spojrzał do tyłu, drzwi były otwarte. Jego wargi poruszyły się wyrzucając z siebie ukradkiem jakieś słowa, gorączkowy szept pełen chaosu, nie mający nic wspólnego z bezpieczeństwem ani z higieną, o których śliniąc się, opowiadała kobieta z psią głową. Zapakował pendrajwa z Rrzeczpospolitą, której znów nie miał ochoty rano przeczytać. Wstał z ergonomicznego krzesła, zdziwiony dotkliwym bólem kręgosłupa, nóg, całego ciała. Kiedy szedł w stronę wyjścia miał wrażenie, że na wszystkich gapiących się na niego twarzach zaczęły zanikać różniące je szczegóły – zmarszczki, linie, rysy. Twarze jakby wygładzały się, rozjaśniały, stopniowo rozmywały. Kim są ludzie, których widywał codziennie. Wiedział, co zamawiają na obiad, czym pachną, o czym stale opowiadają, ale nie wiedział o czym myślą, nie znał prawdziwego zapachu ich ciała, nie poznał też tego co najważniejsze, a o czym nigdy nie wspominali. Teraz, kiedy zamykał za sobą drzwi ujrzał jak znów opadają ich głowy, znikając w papierowym morzu materiałów szkoleniowych, w rozmazującej się drukarskiej farbie skrywającej miliony haseł, kodów dostępu do nieosiągalnych dla nich stanów umysłu. Szedł na oślep. Korytarzem. Ulicą. Wszędzie mijali go ludzie, widział ich buty, tylko buty, szedł po ich śladach, pochylając się coraz niżej, aż zwinięty jak spirala, ku własnemu zdziwieniu, stanął u wrót supermarketu. Drzwi rozsunęły się jak kurtyna i miał wrażenie, że jakaś niewidzialna siła wciągnęła go do środka. Wszedł między pierwsze lepsze ciała, podobne do tych wyszkolonych, które znał, które kochał, kiedyś, bo teraz zlewały się wszystkie w jedną nieznajomą, niewiadomą, przeterminowaną, zalegającą na półce jakby od zawsze, wiedząc, że i tak wyciągnie dłoń, i tak kupi wszystko. Mijał mięso, towar na półkach zdawał się krzyczeć, dotknij mnie, poliż, najniżej, najtaniej, musisz zapłacić taką cenę, aby tu być, spacerować chłodnymi alejkami, bezpiecznie i higienicznie, pomiędzy masmixem a zmiksowaną masą, mdłą wanilią spływającą ze świec a rybami na stoiskach niczym fiordy. Wszystko było doskonałe i piękne, pragnął, wyciągał ręce po idealnie posegregowane, dobrze ułożone, czekając aż później wypełni się nimi.
Już czas powrócić do domu, rozebrać się – marzył. Ale gdy tylko został sam, poczuł to samo zmęczenie, i jakby jeszcze większy ból nogi, ból, który nakazywał mu przystanąć choć na chwilę. A kiedy zatrzymał się, ujrzał coś, o istnieniu czego nie miał pojęcia. Oto z jamy w goleni wyciekała ropa, wykruszały się kości toczone próchnicą. Był ranny. Jak to możliwe. Czy to wszystko dzieje się naprawdę? Żeby tylko przedostać się do domu, zapaść w sen. Brnął przez pustkowia, przez lasy, rzeczne jary i bagna, na których, mógłby przysiąc, jeszcze wczoraj stały osiedla. Przecierał oczy spoglądając w przecierające się niebo, wypchane po brzegi plastikowe torebki ciążyły coraz bardziej, miał teraz ochotę wszystkie je wyrzucić, ale brakowało mu odwagi. Ból pojawiał się i zanikał, pulsując. W chwilach wyostrzonej świadomości, wśród zdrewniałych przejść przypominających bramy, odnalazł wyżłobienie, ślad prowadzący do domu. Wiatr niósł zapach dymu, naprowadzał i pchał do przodu. Odnalazł dom, przekręcił klucz w zamku i kiedy znalazł się po drugiej stronie, trzasnął drzwiami - jakby chciał odciąć się od całego świata, zapomnieć. Juliusz Słowik tkwił teraz nieruchomo w ciemnościach, w zupełnej ciszy. Jednak nagle, z tak dobrze znajomego zapachu domu, wyłonił się inny, obcy zapach, nieznośny, słodkawy odór, o coraz większym natężeniu, duszący. Chwiejąc się na nogach podążył jego śladem, odór prowadził do szybu wentylacyjnego. Zatrzymał się, teraz widział wyraźnie. Z dziury w ścianie wystawało skrzydło ptaka. Kiedy otworzył kratkę, posypały się na jego głowę czarne kości, rozsypując w nim obrazy, myśli z puchu, resztki ciała. Cholerny ptak. Co on tu robi.



komentarze
avatar zorza
2013-03-01, 12:27:47:
debiutant
z przyjemnością przeczytałam,bardzo ciekawy przypadek człowieka na rozdrożu.

avatar zlewkrwi
2013-03-01, 15:05:27:
neutrino taonowe
dzięki!
--
"Sztuka jednego się tylko boi - letniości." W. Gombrowicz

avatar zorza
2013-03-01, 16:13:08:
debiutant
To bardzo dobre opowiadanie.

O utworze:

wyświetleń:498
komentarzy:3


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

zlewkrwi
          lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.