avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


21 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
okhan
duszę się miewa
opowiadania
dodano:
18 grudnia 2011, 18:22:53


Pomocna dłoń


1.

To była zwykła ręka. Niezbyt długa, niezbyt chuda, trochę owłosiona. Na jej skraju znajdowały się zwykłe palce. Trochę owłosione, niezbyt chude, niezbyt długie. Jedyną niezwykłą rzeczą w całej tej ręce było to, że nie posiadała ona właściciela. Przynajmniej nie w chwili, w której znalazł ją Seba. A właściwie, to nie tyle on ją znalazł, co ona znalazła jego.

Cała sytuacja była dość skomplikowana, ponieważ Seba nie znajdował się w miejscu, w którym brutalnie wyrwane z ciała ręce próbują odnajdywać nowych właścicieli. Jeśli w ogóle istniała gdzieś taka tradycja, to na pewno nie tutaj. Nie w kościele przy ulicy Niebyłej 17. Komplikacyjnej pikanterii dodawał wszystkiemu fakt, że ręka wleciała tu przez okno. Po prostu w pewnej felernej sekundzie, ni stąd, ni zowąd, powietrze przeszył tępy dźwięk tłuczonego szkła. Przepiękny, dziewiętnastowieczny witraż utracił swą pierwotną strukturę na rzecz ręki, która wleciała do środka przez okno, rozbijając przy okazji szkło na setki drobniejszych kawałków.

Niszcząc szybę, ręka okaleczyła się trochę. Jednak zważywszy na okoliczności, nie należało martwić się, że ręka się wykrwawi. Można było odnieść wrażenie, iż jest jej wszystko jedno. W trochę gorszej sytuacji był natomiast Seba. Ilu z was od razu wiedziałoby jak się zachować, gdyby wam przytrafiło się coś takiego? Cóż. Na szczęście prawdopodobnie nic takiego wam się nie przydarzyło. Sebie natomiast tak. I co zrozumiałe, był lekko sparaliżowany absurdem tej sytuacji.

Był późny wieczór, po raz pierwszy od kilkunastu lat, trzydziestoletni Sebastian T. wybrał się do kościoła w desperackiej próbie odnalezienia wiary. Właściwie, to nie chodziło nawet o wiarę samą w sobie. Chodziło o cokolwiek. Na tym polegała „desperackość” tego aktu, że Seba potrzebował czegokolwiek. Znajdował się w takiej sytuacji, że gdyby pewne rzeczy byłyby łatwiejsze, a decyzje podjęte w ciągu kilku sekund – wiążące, to prawdopodobnie jechałby już uzbrojony po zęby na najbliższą misję pokojową do jakiegoś egzotycznego kraju. Tam, gdzie kobiety są albo tak piękne albo tak brzydkie (nie wiadomo), że muszą zakrywać sobie twarze, a z kranów zamiast wody leci ropa. Rzeczy przeważnie nie są jednak tak proste, nie można ot tak zaciągnąć się na misję, nie mając nigdy przedtem nawet najbardziej podstawowego przeszkolenia wojskowego.

Nie chodziło zresztą o bieganie z karabinem w ręku. Seba potrzebował zrobić coś szalonego. Wojsko, skok na bungie, wylot na drugą półkulę, syberyjskie safari połączone z polowaniem na niedźwiedzie. To wszystko wymagało zbyt dużych nakładów – wysiłku albo pieniędzy, a przede wszystkim czasu. On potrzebował czegoś teraz, zaraz. Poszedł więc do kościoła.

Desperacko pragnął, aby jego życie wreszcie wskoczyło na jakieś tory, aby przestało być nijakie. Aby było widać wyraźny kierunek. Aby był jakiś głębszy sens. Jakieś znaczenie. Może wystarczyłoby pójść do psychiatry i załatwić sprawę kilkoma pigułkami, jednak Seba nigdy nie mógł się na to zdobyć. Zresztą, często powtarzał, że wcale nie jest z nim tak źle. I rzeczywiście, obiektywnie rzecz biorąc, nie było. To nie tak, że co drugi dzień próbował skakać z okna albo wieszać się w swoim pokoju pod nieobecność żony.

Jednak momenty kryzysowe zdarzały się. Był nerwowy, gniewny. Łatwo się irytował, często wybuchał. Na wpół martwe plemniki dyndające bezwładnie wewnątrz osocza gdzieś tam w okolicach jego jąder, również nie ułatwiały sprawy. Jakiś czas po ślubie okazało się, że nie może mieć dzieci. Było to częstym zaczynem do kłótni z żoną. Przeważnie kłótnie te wynikały z jego winy. Niepłodność w związku to jedno, a poczucie własnej ułomności to drugie. Być może to było bezpośrednią przyczyną tego, jak się czuł. Być może, bo o ile pamiętał, to specyficzne poczucie pustki towarzyszyło mu od bardzo dawna. Czasem tylko udawało mu się o tym uczuciu zapominać na krócej bądź dłużej, ale zawsze wracało. Czasem sobie wmawiał, że może podświadomie od zawsze czuł, że jest bezpłodny.

Możliwe, że był to bardzo daleki strzał na ślepo, ale postanowił spróbować odnaleźć swoje miejsce, swoją misję – idąc do kościoła. Głupie? W tamtej chwili raczej nie tak bardzo. Jednak kwadrans później, kiedy ta makabryczna ręka wleciała do środka, gdzieś w połowie "Ojcze nasz"... Seba nie był już pewny.

W pierwszej sekundzie odruchowo podniósł się na nogi, ale gdy już zobaczył, co wleciało do środka, stanął jak wryty. I nie zrobił absolutnie nic więcej. Może wybiegłby na zewnątrz i sprawdził o co chodzi, ale w zasadzie to się... bał. Może wezwałby policję, ale wiedział, że raczej nie ma tu zasięgu. Przez chwilę przeszło mu nawet przez myśl, że być może jest to znak od Boga. Tylko jak chore trzeba mieć poczucie humoru, aby w ten sposób wyciągać do kogoś pomocną dłoń?

A jednak w pewien perwersyjny sposób - to działało. Dojmujące poczucie pustki i braku sensu, nie miało już żadnego sensu, żadnego znaczenia. Nie było na to czasu, nie było odpowiedniego kontekstu, aby myśleć o takich pierdołach jak beznadziejny kierunek w jakim podąża gatunek ludzki. Hej! Tutaj, dwa metry przed nim, leżała wyrwana, ludzka ręka, cholerna, pieprzona ręka, która spadła z nieba!

Z perspektywy czasu, tego, co wydarzyło się później, Seba nie był w stanie wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób. Nie wiedział, czy adrenalina może działać jak narkotyk, ale najwyraźniej działała, bo wszystko pamiętał jak przez mgłę, a nic, co pamiętał, racjonalne nie było.

Pamiętał, że pojawiła się w jego głowie taka myśl... że przypomniał sobie, iż wpadł do kościoła tylko na parę minut, miał chwilę posiedzieć, a potem zaraz wyjść, zanim rozpocznie się ostatnia tamtego dnia msza. Nie chciał, aby ludzie zobaczyli go stojącego nad wyrwaną, ludzką ręką. Było to stosunkowo zrozumiałe, jednak to, czego nie rozumiał, była to myśl, może bardziej uczucie... pragnienie, aby nikt tej ręki nie zobaczył. Nie, to nie tak. Nie żeby nie zobaczył. Żeby nikt jej nie zabrał. Żeby nikt jej ani nie zobaczył, ani tym bardziej nie zabrał. Jednak najbardziej chore i niewytłumaczalne było to, że miał w sobie bardzo silną potrzebę, aby zapewnić jej... Bezpieczeństwo?

Pamiętał, że chyba wyjął ze swojego plecaka papier śniadaniowy. Taki zwinięty w kulkę, chyba ten sam, który jeszcze z rana służył do owinięcia kilku kanapek, a który miał wyrzucić przy najbliższej okazji. Teraz zawijał w niego ludzką rękę. Teraz chował ją do plecaka, by po chwili udać się szybkim marszem w kierunku wyjścia. Kompletnie nie miał pojęcia, ile trwała cała sytuacja, ale chyba na nikogo się nie napatoczył.

Zupełnie nie pamiętał, jak wrócił do domu. Czy wrócił taksówką? A może szedł pieszo? Dzwonił do drzwi, czy sam sobie otworzył i wemknął się niepostrzeżenie do domu? Ile czasu minęło? Czy żona już spała? Czy to się w ogóle wydarzyło?

Nie był już pewien. Gorąca kąpiel działała kojąco. Im dłużej o tym myślał, tym mniej możliwe to wszystko się wydawało. Postanowił rozstrzygnąć tę kwestię definitywnie. Wyszedł z wanny, ubrał szlafrok i poszedł do kuchni. Wiedział, że jeśli ta mglista, surrealistyczna, kotłująca się w jego głowie historia jest prawdziwa, to ta cholerna ręka znajduje się w lodówce na górnej półce. Wziął głęboki wdech i otworzył lodówkę. Na górnej półce nie było żadnej ręki. Całe szczęście...

Ręka znajdowała się na półce dolnej.




komentarze
avatar Damon Nomad
ni ma
2011-12-21, 13:43:43:
suspended
Zamiast rozbijać okno na setki "drobniejszych" kawałków, może wystarczą "drobne"? No i bungeE, czyli dwa E ;) Jeszcze chyba coś widziałem, ale teraz nie mogę znaleźć.

Ogólnie fajnie się czyta. Sprawnie łączysz codzienne sprawy z odrobiną makabry i humoru. Jedynka na początku zwiastuje, że chyba będzie więcej części, a to dobrze, bo zaciekawia ;]
--
Bethlehem Abortion Clinic

avatar noni
2011-12-26, 14:17:02:
tacze mają dziób
podoba mi się, ale ilością szczegółów zanudza nieco, brak temu tekstowi dynamiki :)

O utworze:

wyświetleń:591
komentarzy:2


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

okhan
  poprzedni   lista utworów          

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.