avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


24 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Zofka
fiubździu
opowiadania
dodano:
23 sierpnia 2003, 02:30:56


Wojna.

W pomieszczeniu było ciemno. Nie byli nawet do końca pewni czy było to pomieszczenie, ale raczej tak, biorąc pod uwagę widok jaki oglądały ich oczy gdy od czasu do czasu zapalano im słabą jarzeniówkę, prawdopodobnie tylko po to, by nie oślepli zbyt szybko. Zostało ich tam około czterdziestu. Zdążyli się już nawet nieźle poznać odkąd tu trafili, w większości nie wiedząc w jaki sposób i kiedy. Łatwo stracic rachubę czasu, gdy chwile mijają bez światła czy jakiegokolwiek zajęcia. Z początku, gdy było ich tu znacznie więcej dochodziło oczywiście do gwałtów, aktów agresji, nawet do dwóch zabójstw, ale po paru latach ci mocniejsi przyzwyczaili sie do nudy, a tych słabszych już nie ma. Albo zmarli z wycieńczenia, albo wykończyli ich inni, albo sfiksowali i sami popełniali samobójstwo. Tych ostatnich było zresztą najwięcej. Do smrodu rozkładających się ciał nie musieli się przyzwyczajać, bo gdy ktoś umierał to go zjadali. Świeże mięso wszystkim smakowało po dniach zjadania żab, których z niewiadomych przyczyn było tam pełno. To dało im do myślenia, jeżeli procesy zachodzące w ich wyniszczonych mózgach można było nazwać mysleniem; w każdym razie doszli do wniosku, że gdzieś niedaleko pomieszczenia, w którym się znajdowali musi coś być, nie moze ich w końcu otaczać sama pustka. Dlatego zaczęli kopać. Gdzieś w końcu musięli się dokopać!! Ale gdy dokopali się do wody, to zaprzestali kopania, bo przecież w końcu by ich zalało. Teraz po wodzie pozostała tylko wilgotna gleba na wysokości jakichś dziesięciu metrów poniżej poziomu ściań i przyszło im do głowy, że możeby znowu zacząć kopać?? I wtedy właśnie otworzyły sie drzwi. Były dobrze zamaskowane, bo do tej pory nie wiedzieli, że tam są, mimo, że dosyć dokładnie obmacali ściany, gdy obudzili sie wewnątrz. No więc teraz ich zdziwienie było tym większe, że przez cały ten czas nikt do nich nie wchodził, nie mówił, nie podawał nawet jedzenia i jedyne co robił, to zapalał jarzeniówkę. Teraz natomiast ich oczy z zaskoczeniem zwróciły się w kierunku oślepiającej w ich mniemaniu plamy światła, na tle której ujrzeli zarys ludzkiej postaci. Ta, z początku stała nieruchomo, potem poruszyła się niespokojnie i z powrotem zatrzasnęła drzwi. Po chwili zamknęli rozwarte w zdumieniu usta i otworzyli je z powrotem, zaczęli się przekrzykiwać, każdy chciał wyrazić swoje zdanie na temat człowieka, którego ujrzeli. Znów pojawiła się nadzieja na wyjście z tych cisnących ścian. Przez dłuższy czas nic się nie działo, potem drzwi otworzyły się na nowo, lecz tym razem kotłowało się za nimi więcej ludzi, którzy zaczęli rozwijać w dół sznurkową drabinkę i spuszczać się na niej do środka. Uzbrojeni po zęby, ubrani w czarne stroje przypierali każdego po kolei do muru napierając na niego całym ciałem tak, by nie mógł się ruszyć, choć i tak nie był do tego zdolny ze względu na coraz bardziej rosnące zaskoczenie. Gdy wszyscy byli juz obezwładnieni na tle światła znów stanęła jakaś postac, a ktoś z dołu zameldował:
- Nie stawiają oporu!!!
- Teraz nie stawiają, za chwilę mogą stawić. Wyprowadźcie ich na górę. I zostawcie na Boga te kałachy! Rozumiem, że jest wojna, ale przecież Ci ludzie są zbyt wykończeni żeby kiwnąć małym palcem. Chociaż, dołek wykopali niezły.
Postać obdarzona niskim głębokim głosem, odwróciła się na pięcie i stracili ją z oczu. Mężczyźni na dole byli widać dosyć silni, ponieważ każdego wnieśli na górę. Wokół rozciągał się szumiący, pachnący słońcem, wiatrem i ściółką las, a oni stali w obrębie jakiegoś niedużego gospodarstwa w pobliżu sporego dwupiętrowego domu, do którego każdy z nich został doprowadzony. Weszli po sześciu kamiennych schodkach poprzez przedsionek i drewniane drzwi, do ciasnego jak na czterdzieści osób przedpokoju. W środku wszystko wyglądało po ludzku. Dawno nie mieli przed oczami tak ludzkiego widoku. W ogóle dawno nie mieli przed oczami jakiegokolwiek widoku. Zza drzwi, których wokoło było jak dla nich nienaturalnie dużo, wyszedł brodaty mężczyzna ubrany w dżinsy.
- Nie chcę na nich patrzeć. Wyjdźcie z nimi na dwór i każdego po kolei umyjcie w łazience, ale niech nie stoją tu tak stłoczeni, ubrania leżą naszykowane na górze. Przyprowadźcie ich tutaj gdy juz będą czyści, z obciętymi włosami.
Mężczyzna, mimo nie znoszącego sprzeciwu tonu głosu i zawartej w nim pogardy dla nowoprzybyłych sprawiał wrażenie miłego. Zaczął wchodzić z powrotem za drzwi, gdy gwałtownie cofnął się jakby coś sobie uświadomił. Ze zdziwieniem, lecz pozytywnym spojrzał na stojącą nieco z tyłu postać.
- Dziecko?? Skąd tu dziecko??
- Jakbyś siedział siedem lat w zamknięciu, też byś sobie zrobił dziecko - odezwał się damski, ironiczny głos zza drzwi. Mężczyzna tylko się uśmiechnął i wyszedł. Wypchnięto ich z powrotem na dwór i tylko jedna osoba została w środku i zaprowadzona do łazienki. Błękitne kafelki, wanna, toaleta - jak to w łazience. Rosły młodzieniec, który jej pilnował zdjął czarny uniform i został w samej koszuli i spodniach które miał pod spodem.
- Masz siłę, by umyć się samemu??
- Tak, chyba tak - odezwał sie niepewny damski głos.
- Więc rozbierz się i wejdź do wanny - wskazał jej mydło i położył na pobliskim krzesle ubranie. Kobieta zaczęła zdejmowac z siebie szmaty, które jeszcze jej pozostały, nie czujac wstydu po siedmiu latach przebywania w zamknięciu z obcymi ludźmi, którzy teraz nie byli jej już obcy. Chłopak jednak mimowolnie zaczął się odwracać, lecz przypomniawszy sobie o nakazie pilnowania powstrzymał odruch. Kąpiel trwała dość długo. W następnym pomieszczeniu obcięto i uczesano jej włosy. Ze zdumieniem spojrzała w lustro widząc w nim niemalże obcą twarz. Potem znalazła sie znów w przedpokoju skąd poprowadzono ją za drzwi, zza których wcześniej wyszedł mężczyzna. Znalazła się w stosunkowo wąskiej kuchni, z której było swobodne przejście do pokoju gdzie stał nakryty stół. Mężczyzna siedział na kanapie.
- Proszę usiąść - wskazał je krzesło - Proszę, proszę, niech się pani nie krępuje - zachęcał.
Usiadła, choć z lekką dozą nieśmiałości, skrępowana i ogłuszona jeszcze nieco powiewem cywilizacji. Po około czterdziestu minutach przyszła następna osoba, a potem zaczęli schodzić się inni. Przy drzwiach wciąż czuwał uzbrojony człowiek. Gdy weszli wszyscy zamknął drzwi na klucz i oznajmił:
- To już wszyscy.
- Świetnie, podajcie więc obiad. - mężczyzna w dżinsach podniósł się z kanapy i zasiadł dopiero gdy wszyscy inni to zrobili. Zabrali się do jedzenia, mężczyzna spojrzał z niesmakiem.
- Proszę państwa, bardzo proszę nożem i widelcem...
Ludzie, choć niemrawo, wytarli ręce w serwetki i chwycili za sztućce, wygrzebując z zakamarków swych umysłów podstawowe zasady dobrego wychowania. Gdy obiad dobiegał końca, podano herbatę i kawę, mężczyzna odsunął sie od stołu, wyciągnął nogi i przemówił:
- Proszę państwa wiem, że choć na takich może nie wyglądacie, to z pewnością cisną się wam na usta setki pytań. - omiótł pokój wzrokiem - I z przykrością muszę stwierdzić, że na żadne z pytań nie mogę udzielić państwu odpowiedzi. Jestem jednak winien wyjaśnienia, biorąc pod uwagę fakt co spotka was w najbliższej przyszłości. Otóż świadom państwa nieswiadomości - tu zachichotał - poczuwam się w obowiązku wyjawić państwu kilka faktów. Najważniejszym z nich jest ten, iż toczy się tutaj wojna.
- Tutaj, to znaczy gdzie!?- podniósł się gniewny głos.
- Wyraźnie powiedziałem, że nie mogę udzielić państwu odpowiedzi na wszystkie pytania. - mężczyzna przybrał ostrzejszy ton głosu - i proszę byście to państwo uszanowali. Jak powiedziałem, toczy się wojna, więc nie będziecie mogli u mnie pozostać przez dłuższy czas. Prawdę powiedziawszy chciałbym abyście opuścili moje domostwo po przespaniu kilku godzin, bo spodziewam się, że sen będzie wam potrzebny. Rzecz jasna wyposażę państwa w odpowiedni sprzęt. Dostaniecie broń, prowiant, nieco lepszy niż ten, którym raczyliście się pozostając w zamknięciu. Mogę wam również dać do dyspozycji jeden traktor, lecz nie sądzę by mógł się on przydać w lesie, podczas partyzanckiej walki. Wypatrujcie ludzi odzianych w podobne stroje jak ci, którzy was tu przyprowadzili, tyle że zielone. Oni nie są waszymi przyjaciółmi - uśmiechnął się - Tak więc dobranoc i powodzenia w walce.
- Dokąd mamy pójść?? - zapytał ktoś.
- Och proszę państwa, przecież mówiłem, że nie mogę udzielić odpowiedzi na wszystkie pytania.
* * *
Tak więc zostali. Znowu zupełnie sami w środku lasu, z niepotrzebnym traktorem nie wiedząc nawet dokąd pójść. Z początku jechali, bardzo powoli, ale zawsze jechali, lecz potem zdali sobie sprawe z tego, że tylko marnują benzynę i postanowili rozbić prowizoryczny obóz. Nie bardzo wierzyli w tę wojnę, ale cały świat wydawał im się jeszcze trochę nierealny. Ponieważ nie dochodziły do nich żadne niepokojące dźwięki, poszli spać. Zbudziły ich odgłosy napadu. Ktoś wziął benzynę z baku traktora i podpalił ich obóz. Zaczęli pierzchać każdy w inną stronę, rozdzielili się w szalonej ucieczce przed postaciami w zielonych uniformach. Ci, którym udało się w porę zbiec słyszeli za sobą odgłosy karabinów maszynowych, krzyki ludzi, trzaski płomieni. Uciekali nie tylko przed atakującym ich komandem, ale też przed pożarem. Ktoś wziął na ramiona dziecko. Nie wszyscy mieli dość siły by w porę uciec, jednak ci, którzy to zrobili, a dźwięki śmierci za nimi ucichły, postanowili odnaleźć jakiś krzak, który dałby im choć minimalne schronienie, by móc doczekać rana. Jednak poranek nie przyniósł nic nowego - jedynie drażniący swąd spalenizny. Wydawało im się, że usłyszeli kroki - rzucili się do biegu nie bacząc na to czyje to kroki i czy w ogóle kroki. I tak mijał każdy dzień, o głodzie, zmęczeniu, w strachu i niepewności, pozbawieni resztek nadziei, uczynili ucieczkę raczej mechanicznym odruchem, niz drogą do ocalenia. Krążyli po lesie bez przerwy mając wrażenie, iż miejsce, w którym są teraz już kiedyś widzieli. Czując przerażenie po każdym, nawet najlżejszym podmuchu wiatru, który delikatnie poruszał listkami letnio-zielonych drzew. Aż w końcu, któregoś kolejnego dnia dotarli do wąskiej, zarośniętej drogi. Stanęli na jej środku, nie zdając sobie sprawy z tego na jakie niebezpieczeństwo wystawiają się pozostając w otwartej przestrzeni i zaczęli zastanawiać się dokąd pójść. Ponieważ droga ta wydawała im się obca po tygodniach spędzonych w lesie, to postanowili do niego wrócić. Nie okazało sie to jednak trafnym wyborem gdyż tam pozostałe po wielu dniach walki ostatnie cztery osoby zaatakowało piećdziesięciu doskonale zamaskowanych mężczyzn. Nie mieli szans, nie wiedzieli nawet w zasadzie czemu ci ludzie walczą przeciwko nim. Znów zaczęli biec oszalałym pędem, czując jak gałęzie drapią ich po twarzy, jak ich siły słabną. Kogoś trafiła kula. Zostali więc tylko we troje, lecz nikt nawet się nie obejrzał. Partyzanci zaczęli ich otaczać, nie wiedzieli co robić, więc jeszcze bardziej przyspieszyli kroku. Krąg zacieśniał się coraz bardziej, gdy wtem ujrzeli drogę, prawdopodobnie tę, która odkryli przed kilkoma dniami, krzyżującą się z jakąś inną. Wybiegli więc na nią rozpędzeni, prawdopodobnie tylko dlatego, że nie mieli gdzie skręcić gdy przed oczami stanął im prawie pełen traktor. Nie mieli czasu na zastanawianie sie kto siedzi wewnątrz pojazdu, ale urządzenie to samo w sobie wywołało w nich raczej pozytywne skojarzenia, więc pobiegli w jego strone. Maszyna zwolniła, pasażerowie, zobaczywszy kto goni uciekinierów, pomogli wdrapać im się do środka, zdziwili się jedynie, że jest z nimi dziecko. Starali sie jechać jak najszybciej, i mimo że gdy mowa o takim rzęchu, to słowo "szybko" nie oznacza zbyt wiele, zawsze było to szybciej niż wysportowani, acz zmęczeni biegiem ludzie. Gdy oddalili sie na pewną odległość od prześladowców, odetchnęli świeżym powietrzem, rozejrzeli się wokół i nagle poczuli się nieswojo wśród przyglądających się im ludzi.
- Skąd wracacie? - spytała ich mała dziewczynka o jasnych włoskach.
- Jak to skąd wracamy?- krzyknęli z oburzeniem.
- Normalnie. Skąd wracacie. My na przykład wracamy do domu z pola.
- Z pola? I nie boicie się na tak na otwartym polu? - pytanie skierowano tym razem do dorosłych.
- Czego mamy się bać?- roześmiała sie kobieta w szarej sukience.
- Czego? Przecież jest wojna!!
- Wojna??


komentarze
O utworze:

wyświetleń:1126
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Zofka
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.