avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


28 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Veles
każdy inny wszyscy różni :c
opowiadania
dodano:
3 listopada 2010, 11:37:10


zabawki drogowe*

"Nie mam nic do powiedzenia, więc piszę"

Aglaja Veteranyi

Jest tak, jakbyśmy śnili, a jednak wszystko dzieje się na jawie. Coś się musi dziać, więc sytuacja przedstawia się następująco: siedzimy na kortach, a wraz z nami grupka ludzi obcych mniej lub bardziej, małe ogniska, wokół których krąży jakaś nieokiełznana energia, w domyśle powoli zachodzące słońce i przysłaniające horyzont osiedla; wyznaczają granicę królestwa, a my permanentnie dysponujemy nim wedle własnego uznania, zachowując przy tym jednak pewien wyćwiczony, nabyty przez te wszystkie lata umiar, kotłujące się gdzieś w nas przeczucie, że to, co nieosiągalne, nie ma racji bytu i nigdy nie stanie się namacalne. I chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę z tego faktu, nikt z nas nie wypowiada tego głośno, jakbyśmy wierzyli, że niektóre rzeczy nie istnieją po to, by się o nich mówiło.

Młody zbija bata, narzekając na topa, a ja chciałbym wierzyć, że w tym filmie, bo jak inaczej to nazwać, jestem jedynie zagubionym turystą, którego ratuje świadomość, iż w szerszej perspektywie jest z tego wszystkiego wyłączony.

- Ale chuj - odzywa się Młody, grzebiąc w woreczku.

- Kto? - pyta Szecio, wpatrując się w ekran komórki. Po chwili z telefonu wydobywają się dźwięki i ulatują w powietrze jak dym z fajek, które palimy jedna za drugą. LUC

- Ten top, jebany

Młody zawsze zbija. Nie żeby był jakimś specjalistą. Po prostu to on montuje, my dajemy mu kasę, a on przychodzi z woreczkiem - skondensowaną formą nadchodzącego w nas wieczoru, chociaż tak naprawdę każdy interpretuje to na swój sposób. Przyjęło się, tak jak wiele innych rzeczy. Szecio nadal spogląda w ekran swojej komórki, pisze z kimś, ostatnio strasznie jest zajęty tymi smsami, staje się nieobecny, wielka tajemnica, może po kryjomu pisze o tym wszystkim książkę. Cóż, nie jest więc jedyny, jednak trochę mnie to wkurwia, zresztą podejrzewam, że nie tylko mnie. Wszystko dzieje się bez większego entuzjazmu: montaż, bicie lufy, palenie. Nie mówimy wiele; zdajemy się na muzykę, która wybawia nas od dialogu. Oprócz naszej męskiej trójki jest jeszcze Karcia, Kasia i czasami Ola. Idealna proporcja. Wszyscy chodziliśmy do jednego liceum, wszyscy w tym samym roku opuścili jego mury i w gruncie rzeczy prawie nic się nie zmieniło. Jest tak, jakbyśmy na coś wyczekiwali, jakbyśmy wszyscy, kończąc szkołę, byli przekonani, że to, co w obiegu nazywa się życiem, dopiero przyjdzie i bez ostrzeżenia wybuchnie, uwalniając wszystkie swoje przymioty. Czas jest więc w naszej grupie materią, z której próbujemy zbudować jakąś skocznię.

- Zaczynasz? - pyta Młody, zwracając się do Karci, która bez słowa podaje mu fajkę i odbiera od niego lufę. Po chwili jest żar i skupienie, wydaje się, że szkło odbija światło zachodzącego słońca. Korty pogrążają się w cieniu i tym samym wydobywają na życie. Spotykamy się, by jakoś przekimać, dotrwać do następnego poranka; nie rozmawiamy, konsumujemy ten czas, w którego wir ktoś nieopatrznie nas wrzucił. Historia, tak jak wszystkich tutaj, omija nas szerokim łukiem i nie wiem czy jest to powód do czegokolwiek; notujemy każdą chwilę po to, by szybko o niej zapomnieć bez żadnego poczucia straty, chociaż zastanawiam się w jakie inne ramy ubrać to, co tutaj się dzieje.

Karcia podaje mi lufę, a ja zapalam, ściągam chmurę i czuję ciepło, jakie wydobywa się z lufki, dym wpadający najpierw do ust, a potem do płuc. Wstrzymuję oddech i podaję dalej. Myślę o powrocie, który jeszcze czeka mnie tego wieczoru, o podróży przez Podlesie i stawy, o zalepie, jaka we mnie panuje. Żadnego jebanego cudu.

Kasia natomiast nie pali, Kasia woli - jak mówi - pić. Mam wrażenie, że o wielu rzeczach nam nie mówi, że zamyka się w swoich myślach i nie wiem, brakuje jej odwagi, by wykrzyczeć wszystkie gromadzące się w niej przemiany. Jest tak, jakby była kierowcą zdezelowanego autobusu, którym jedziemy przez pola, rozmowa z kierowcą w czasie jazdy zabroniona, prowadzi nas przez ciemności za oknem jak wtedy, gdy wracaliśmy z Andrychowa z pewnego chujowego koncertu i zdawało się, że jedziemy wszędzie, tylko nie w stronę domu. Kierowca siedzi więc po turecku, noga no nodze, pije piwo i odzywa się z właściwą nam wszystkim częstotliwością. Czasami mam wrażenie, że w swoim towarzystwie jesteśmy zdolni już tylko do obserwacji, jakbyśmy chcieli sobie na siłę udowodnić, iż - podobnie jak cała reszta niedostępnego świata - również żyjemy i coś przeżywamy.

I nagle zamieniamy się w osamotnione wyspy, każda ze swoistym sposobem na ratunek; zbieram kamienie z plaży, muszle, badyle i układam na wybrzeżu ogromny napis SOS, bo tak robili ci wszyscy bohaterowie z zagranicznych filmów w nadziei, że znajdzie ich przelatujący samolot. Podsycamy ogień, by być w pełnej gotowości na chwilę, kiedy na płaskim horyzoncie pojawi się statek handlowy, gotowy, by zawrócić i przygarnąć nas na swój pokład. Obserwując łagodną lagunę, można odnieść wrażenie, że woda miesza się z niebem; zupełnie jakbyśmy istnieli wyłącznie jako bohaterowie na obcym obrazie. Czekamy na ratunek, bo cóż innego można zrobić?

Potem zabiera nas drewniana platforma i podróżujemy po Polszy, wyjeżdżamy za granicę. Odwiedzamy najpiękniejsze miasta Starego Świata: Londyn, Paryż, Wiedeń, Budapeszt, kierunek wschód, starówki i średniowieczne uliczki, niegdyś niedostępne jak niebo, odległe jak ocean. Obce połacie pól z rosnącym horyzontem, których widok napełnia nasze serca jakimś dziwnym, nieokiełznanym przeczuciem, że oto prawdziwie jesteśmy, i, chociaż rozłączeni, to jednak świadomi, iż bez wątpienia zostawiliśmy gdzieś po drodze wspólny ślad na linii prostej naszego czasu, odcisk buta na świeżym puchu. Egzotyczne perspektywy, jakie rozpościerają przed nami swoje skrzydła, mają jedno wyczuwalne przeznaczenie - istnieją tylko dla nas, po to powstały, byśmy wreszcie, w odpowiednim czasie, mogli zobaczyć je w całej swojej nieodgadnionej okazałości. Jesteśmy w ciągłym ruchu, dobijamy do portu wyłącznie po to, by przespać się na stabilnym gruncie, jakbyśmy podświadomie bali się jakiegoś osuwiska, maelstormu, który wciągnie nas gdzieś w nieznany wymiar, wir, albo burzy, która najpewniej zostawiłaby nas na samym środku morza bez steru, z posmakiem soli w ustach. Schodzimy więc na stały ląd, przeczesujemy miasta i dzielnice portowe tak, jak grabi się liście spod jesiennego, ogołoconego drzewa, stare fabryki, poprzemysłowe hale, szukamy znaków i odbić na murach, śladów istnienia, którego przecież zawsze tak drastycznie nam brakowało, by w odpowiednim czasie, kiedy zastanie nas już świt blady i pewny i kiedy słońce przypomni o sobie, zostawiając na naszej wysuszonej skórze pojedyncze bąble i małe obrzęki, wrócić na miotany przez fale morskie pokład, odbić od brzegu i zdać się na odpływ, na drogi powrotne; każdego poranka koczujemy na drewnianej powierzchni statku jak kraby, których całe hordy widzieliśmy na kamienistym wybrzeżu Chorwacji, skurczeni jak starcy, z podbitymi obliczami. I brakuje nam tylko muzyki, tak, muzyka powinna grać nieprzerwanie w czasie każdego rejsu. Pamiętam płonący ląd Bośni i Hercegowiny, który obserwowaliśmy z bezpiecznej odległości zaraz po zachodzie słońca. Pomyślałem o ludziach, zmuszonych, by biec i całym sobą oddać się okaleczonym nogom, zmuszonych, by uciekać przed pożarem i ogniem nieprzyjacielskich karabinów, o ich wierze w przetrwanie - na pewno wierzyli w życie tak mocno, jak my wierzyliśmy wtedy w naszą jedność na tym butwiejącym pokładzie - która w ostateczności doprowadziła ich przed oblicze samego Boga. I wtedy, mając cię przed sobą, powiedziałem, że brakuje tylko muzyki, która nie pozwoliłaby odrywać wzroku od tego obrazu, która utwierdziłaby nas w podziurawionych ciałach tamtych powstańców, tamtych rebeliantów. I potem widok ten zlał się w jedno z powietrzem i jeszcze przez długi czas odbijał się w wodzie niczym pokaz sztucznych ogni w kałużach starówki jakiegoś przytulnego miasta. Przyszła jednak pora, by ruszyć dalej, dalej w tą część zapomnianej Europy, w strach i kolejne widma ciemności, cienie wyrzucane na drogę jak zwłoki do wspólnej mogiły.

Potem wracamy przez pola i łąki, wszystko zgodnie z zapowiedzią, jest piękny, słoneczny poranek roku pańskiego, mijamy stawy, wydające się nie mieć kresu czarne pole. Gdyby kręcić gdzieś jakiś dokument o polskiej wsi, to miejsce byłoby idealne; za dnia mieni się wszystkimi odcieniami zieleni, a latające w powietrzu białe pyłki zatrzymują się w złotych łanach zbóż. Na dalszym planie horyzont kończą okoliczne góry, których szczyty z każdej strony otaczają wioskę. Wołek, Żar, Trzonka. Poza tym standardowo - pola, szerokie połacie ciemnej ziemi, tylko kilka razy w roku odwiedzanej przez ludzi, by zebrać plon i zasiać nowe ziarno. To tutaj przyszło nam żyć. Myśliwi często przyjeżdżają w te strony polować na bażanty; te lubią chować się pomiędzy wysoką trawą, zazwyczaj wiją swoje siedziby wokół pobocznej, kamienistej dróżki, jednej z odnóg, wiodącej do drewnianej wieży obserwacyjnej, która niczym moloch króluje nad okolicą. Kiedyś wchodziliśmy na nią i spoglądaliśmy na cały ten pejzaż z góry. Teraz idziemy tędy kompletnie zajebani, na skutkującym bólem głowy zejściu. Nic nie mówimy. Towarzyszący mi Młody coś majstruje w komórce, puszcza muzykę, która automatycznie wyznacza granicę naszej percepcji, która krąży wokół nas i dodatkowo koloruje otoczenie. Chociaż jakimś trafem znaleźliśmy się tutaj razem, obydwaj jesteśmy samotni, jednak zabijamy nawzajem to poczucie w sobie, ograniczając się do kurew wysyłanych w atmosferę. Sam środek braku metafizyki.

- Wiesz co zrobię, jak przyjdę do domu? - pyta Młody, spoglądając w moją stronę. Schował komórkę do kieszeni i jego dłonie są teraz zajęte źdźbłem trawy, którą mnie i łamie na wszelkie możliwe sposoby. Biorę głęboki oddech i zapach świeżego siana wrzyna mi się w nozdrza.

- Nie wiem. Wysrasz się? - odpowiadam pytaniem, bowiem to jedyne, co w tym stanie przychodzi mi na myśl.

- Lepiej, stary. Zrobię sobie tosty.

I w końcu schodzimy z tej orbity, by wejść na asfaltową, ale wąską Centralną i przekraczamy próg naszego domu (trzeba bowiem czytelnikowi wiedzieć, że Młody to mój brat i siłą rzeczy mieszkamy razem), nic specjalnego - taki sam sześcian jak każdy inny na tej ulicy, okropny, poziomy dach i okna z plastikowymi obiciami, w środku boazeria, relikt minionej epoki, którą - jak się okazuje - przyszło nam w pewien sposób odziedziczyć nie tylko w otoczeniu, ale również w sobie.

Myślę o śnie, chociaż nie mogę, zamykam oczy i nie potrafię pozostać w takim położeniu, miotam się, leżąc na tym skrzypiącym łóżku, brudna pościel i pośpiesznie zdjęte ubrania na podłodze. Ostatkiem sił zamykam drzwi i w następnej kolejności oczy; wreszcie powoli, acz konsekwentnie zapominam o tej nocy, ludziach, kasuję pamięć o tym mrozie, który wdzierał się poprzez cienkie ubrania do ciała i pocie, jaki wydzieliłem podczas drogi powrotnej, zapominam o muzyce z telefonów i całym kortowym gwarze; zachowuję bowiem w myślach świadomość, że ten hałas jeszcze nas dopadnie nie jeden raz i w ostateczności będzie to zapewne ostatni dźwięk, jaki usłyszę przed śmiercią. Na krótko przed naszymi narodzinami ktoś przyszedł i pokazał, że mamy wybór, nastały lepsze czasy, przynajmniej tak mówią w telewizji, tymczasem wszyscy jesteśmy skazani na ten sam pochuistyczny los, dzielimy go razem ze swoimi ojcami i kiedy o nich myślę, to aż trudno uwierzyć, że przyświecała im jakaś idea - wydaje się, jakby w przeszłości byli wyzuci z namiętności, podobnie jak my krążyli z punktu A do punktu B, czekając na życie, które ominęło ich łukiem tak szerokim, jak marynarze, powodowani mitami, omijają owiany złą sławą Trójkąt Bermudzki. Zasypiam.

*

Wakacje to mit, z którego jeszcze nie wyrośliśmy. Powietrze tonie w upale, a rosnące wokół drzewa kołyszą się pod jego wpływem jakby wolniej, ociężale. Chłopi spod sklepu wykupują nakłady tanich win, siedzą na schodach, palą tanie papierosy i przeklinają panującą aurę. Po Centralnej jeżdżą stare Ursusy, powodując szczekanie i ujadanie zamkniętych za płotami psów. Chociaż wydaje się, że wszyscy mieszkańcy chowają się szczelnie w domach, robota na polu wre. Zgarbione kobiety w chustkach na głowach gromadzą się przed kościołem, pokazując poskręcanymi od licznych chorób palcami w stronę bezwzględnego nieba, są jak słupy wycelowane w górę, przygotowane do odparcia jakiegoś wrogiego ataku. Czas wlecze się jak walec prowadzony przez pijanego kierowcę i panuje powszechne zezwolenie na tą uroczą stagnację; nikt nie wykracza poza ramy, jakie tworzy ta materia. Wieczorami cała okolica poddaje się rytmowi kumkających na stawach żab, a po pustych, oświetlonych ulicach przewalają się stada bezpańskich, opuszczonych kotów. Czasami któraś z przydrożnych latarni gasi swoje światło, by w chwilę później ponownie wybuchnąć matowym, martwym blaskiem.

Ludzie prowadzą swoje pługi. Stara Szymla krząta się po ulicy i zagląda do każdego domu niczym Jehowcy, prosząc o zbawienne szlugi i jakieś drobne. Wszyscy odprawiają ją z powrotem, bo sami nie mają, a z czegoś muszą żyć. Stara Szymla idzie więc w kierunku sklepu, którego wnętrze przypomina zapachem stary, zagracony strych, pełny bezużytecznego fajansu. Kiedy wychodzą klienci, podchodzi do nich i, zaglądając do przezroczystych reklamówek, ponownie prosi o jałmużnę. Gdy w końcu odchodzi z pustymi rękoma, dzieci chodzą za nią i rzucając w jej stronę kamieniami, dokazują i sypią przekleństwami usłyszanymi od dorosłych. Należymy do świata ludzi w sile wieku, chociaż zupełnie nie czujemy się powołani do tego kolektywu. Wszystko, co w przekonaniu wspólnoty ma tutaj jakieś znaczenie, narzucane jest bez większego dociekania. Żadnych pytań, za to proste odpowiedzi, gotowe recepty, których ciągłość od stuleci, z kilkoma wyjątkami, gwarantowana jest przez starszyznę. Panujące mity kształtują rzeczywistość, porządkują ją w sprawdzony sposób; myślenie lepiej zamienić w ciężką pracę.

Gzieś ponad wsią leci samolot, pozostawiając za sobą długie, białe smugi. Wyglądają jak cienkie, mentolowe papierosy; siedzimy nad brzegiem Soły, której szum wypełnia nasze uszy. Po drugiej stronie chłopi ładują łopatami kamień na przyczepę, ich pokryte potem ciała, jakby wykute w żelazie, lśnią w górującym nad tym wszystkim słońcu.

- Kasia pisze, że ma jutro spektakl - zaczyna Młody, siedząc na jednym z wielkich głazów, przytarganych tutaj niewiadomo skąd, może przez ostatnią powódź. Ma na sobie rozpiętą koszulę i krótkie, czarne spodenki, których kieszenie wypchane są po brzegi różnymi drobnymi rzeczami; komórka, paczka fajek, zapałki, portfel.

- I? - odpowiadam, obserwując chłopów po drugiej stronie.

- No nic. Jedziemy?

- Nie wiem. Pisałeś do ziomków? - ciągnę, wiedząc, że jutrzejszy wieczór można by spożytkowac w sposób radykalnie inny.

- Ola ma wpaśc, Karcia i Szetyn chyba też, ale mówi, że nie wie, bo źle się czuje.

- Kurwa, wszyscy umierają - kwituję, bo to prawda. Ostatnio Karci wyskoczył jakiś polip pod okiem, delikatna sprawa, ma jechac do szpitala, do Oświęcimia. I teraz jeszcze Szetyn.

- To co, pojedziesz? Ja się chyba wybiorę, i tak pewnie suszyłbym kija w domu

- No, pojedziemy, pojedziemy. Daj fajkę.

Zwijamy się. Spacerujemy. Wyrobiliśmy sobie pewną trasę: chodzimy przez wiklinę, która po powodzi wygląda jak jakaś zaśmiecona Puszcza Białowieska; pochylone drzewa i krzaki, strzępy różnego badziewia na ściółce. Idziemy w stronę Żwirowni, stawów hodowlanych, zupełnie zresztą zniszczonych po tej fali, jaka niedawno nawiedziła wioskę. Organizujemy dany nam czas. Kasia, która woli pić, udziela się w jakimś kółku teatralnym w okolicznym mieście o nazwie Andrychów. A cała specyfika Andrychowa, zresztą tak samo jak tych wszystkich innych gównianych miasteczek, opiera się na jednym - nie mają duszy. Te przytulne, aczkolwiek kompromitujące miejsca z małymi rynkami, wokół których gromadzi się całe wspólnotowe życie, zieją po zmroku pustką i są w tej pustce niemalże absolutne. Wszystkie opuszczone kawiarnie i knajpy, przejazdy kolejowe i rogatki na drogach charakteryzują się zupełnym wymarciem, jakby jako jedyne przeżyły cichą apokalipsę. I nie brakuje tylko cieni; ich szepty odbijają się w murach przynależnych do centrum. Chodniki, stworzone po to, by po nich chodzono, służą wyłącznie porzuconym zwierzętom i ludziom takim jak my - duchom, szukającym nadal swojej tożsamości w jakiejś Nibylandii, która rzekomo czeka ich w lepszej przyszłości.

Dotarliśmy na żwirownię, miejsce wędkarzy, którzy pomimo powodzi jednak nadal tłumnie odwiedzają swoje królestwo, zarzucają wędki i czekają, bo cóż innego im pozostaje. Przyjeżdżają na małych motorach i rozkładają swój kram; dżdżownice, chleb, czasami przenośne radio. W chwilę po ustawieniu się w odpowiedniej pozycji, powietrze drga od kiczowatych, przyciszonych rytmów najnowszych przebojów lata. To dziwne - pod wpływem powodzi cała okolica została zburzona jak stary, zakmnięty kościół obok ronda, niemalże zrównana z ziemią, a oni nadal koczują tutaj i, pomimo tego, iż prawdopodobnie większość ryb przepadła wraz z całym dotychczasowym ładem, wciąż zarzucają swoje wędki, jakby nie przyjeżdżali tutaj dla sportu, a dla samego bycia, uspokajającej obecności. Siedząc tak na swoich rozkładanych krzesłach, świetnie wtapiają się w ten krajobraz; są wklejeni w zniszczony las i góry w szerszej perspektywie, w te walące się wały i wieżę nowego kościoła w oddali. Przechodzimy obok nich i pozdrawiamy ich skinieniami głowy - wedle obowiązującej etykiety, wedle formy, w jaką nas dawno temu przyodziano. I kotłuje się gdzieś w środku ta niezwyciężona chęc ucieczki, wizja rychłego wyjazdu dokądkolwiek, byle gdzie, byle daleko stąd, z tego miejsca. Czuję się tak, jakbym stał przed pociągiem i nie mógł do niego wejść. Jestem, podobnie jak Młody, zakorzeniony w tej ziemi całym sobą, pnącza wyrastają z nóg i znikają gdzieś pod nami, krępując każdy ruch. Stoimy więc na bacznośc, by uniknąć bólu, jaki przy każdym ruchu automatycznie się pojawia; dławi nas uczucie, że spalimy się w tym złym słońcu, zupełnie jak ci chłopi, co zbierali kamienie, by jakoś przezimować nadchodzące miesiące i zapowiadającą się z wolna jesień. Bo najważniejsze jest przetrwanie; to chęć życia powoduje wszelkie czynności, jakim poddają się mieszkańcy. I poza tą chęcią nie ma niczego innego.

Jedziemy samochodem sześćsześćsześć kierowcy, mieliśmy zmierzać w stronę Andrychowa na Kasinowy spektakl, ale stwierdziliśmy, że nie, że wcale nam się nie chce, że pojedziemy gdzie indziej, w stronę radykalnie inną, bo na północ, w stronę ucieczki, dobiliśmy pełny bak i wyłączyliśmy komórki, mkniemy przez monotonny horyzont i morze trawy, a przed nami społeczeństwo śrubek wraz ze smukłymi kominami, które oddają w niebo swoje chmury pyłu. Wyszarpujemy wtyczkę, do jakiej podpięli nas nasi ojcowie; obserwujemy zmieniające się aury pogody, czasami deszcz wieszczy nadchodzącą jesień, a liście z coraz większą częstotliwością zatrzymują się na przedniej szybie samochodu. Mijamy ogołocone drzewa, rosnące wokół prostej, nieuczęszczanej drogi, jałowe pola, dziurawione przez hordy szpaków, umierające, pochylone strachy na wróble i pijanych chłopów celujących wiatrówkami w ich stronę z okien swoich kwadratowych, odrapanych domów. Zasypiam i po jakimś czasie budzę się w tym samym położeniu. Nagle pojawiają się przed nami delikatne rysy wieżowców, kontury drapaczy chmur, należące do wielkiego miasta. Lato rzeźbi dumne, ostre rysy na zjeżonej twarzy, lato przynosi zamęt i dym, który przez nas oddycha. Jest tak, jakbyśmy stale filtrowali ten sen; nie da się go złapać, uwięzić na suchej dłoni. Przewieźć, spakować, wywieźć w bydlęcym wagonie. Gdzieś pomiędzy kaskadami kropek i przecinków podobno istnieje śmierć, która jest, ale tylko dla chłopców.


__________________________________
*swoją drogą. dla większego lansu dodam, że txt otrzymał drugie miejsce w konkursie "Korespondencji z Ojcem". I trzy tysie przeleciały mi koło nosa. A byłoby na mieszkanie, na parówki bez momu, na majonez babuni


komentarze
avatar judzia
2010-11-03, 13:14:20:
Mało zdolna szansonistka
podoba mi się, jest w tym klimat - taki hippisowski ;)
--
Taka jest moja koncepcja, tak ja to widzę.

O utworze:

wyświetleń:458
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Veles
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.