avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


27 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
waikhru
mechanik liryczny
opowiadania
dodano:
28 września 2010, 22:14:56


Mizoginizm palców

- Ty beznadziejny głupku! To ja się męczę z tobą przez dziesięć cholernych lat, a ty wygadujesz takie rzeczy o mnie przy obcych?! – Zamachnęła się, ale w porę uchwycił jej rękę.
- Kochanie, uspokój się, proszę… To przecież twoi rodzice, nie żadni obcy ludzie. Poza tym powiedziałem tylko, że to ty jesteś głową rodziny i tutaj rządzisz. Nie jest tak? – Próbował się uśmiechnąć do żony, ale ona wciąż krzyczała.
- Więc co?! Źle ci? Możesz znaleźć sobie inną i w końcu ty porządzisz! – Wybuchła płaczem. Zbliżył się do niej, próbując przytulić. W tym momencie usłyszeli kroki na schodach. Kobieta wyrwała się z objęć.
- Puść mnie! To boli! – krzyknęła i upadła na podłogę, gdy do pokoju weszła jej matka.
- Na litość boską! Co ty jej robisz?! – Starsza kobieta szybko podeszła do córki i pomogła jej wstać. – Chodź skarbie. Zrobię ci herbatę. Już dobrze, dobrze… Nie pozwolę cię skrzywdzić… Za chwilę wszystko mi opowiesz.
Gdy wychodziły z pokoju, żona odwróciła się i spojrzała na Marcina. W jej oczach nadal grasowała furia, ale usta wykrzywiły się w uśmiechu. Trzasnęły drzwi.
- Jaka błoga cisza – pomyślał. Już dawno nauczył się wypierać z myśli złe wydarzenia. Zbyt często miały miejsce, żeby je długo przeżywać i roztrząsać. Coś się jednak zmieniło. Tym razem posunęła się dalej, mieszając w to swoją matkę. Podejrzewał, że tłumacząc domowe awantury sąsiadom przedstawia własną wersję, ale to były tylko podejrzenia. Teraz przekonał się ostatecznie, że w jej historiach katem był on.
- Gdyby to tylko była prawda… - Westchnął i zdziwił się, jakie to przyjemne odczucie, choć przez chwilę tak o sobie pomyśleć. W jego rozważania wdarło się pukanie. Zza drzwi wychyliła się łysawa głowa teścia. Mimo wieku, wciąż był postawnym mężczyzną, jednak jego oczy były non stop przepełnione dziwną obawą.
- Mogę? – Nie czekając na odpowiedź usiadł na kanapie. – Ze mną było tak samo. Nie martw się, w końcu człowiek się przyzwyczaja, że w domu ma kobietę bardziej temperamentną od innych. Takie sobie wybraliśmy. – Roześmiał się, jednak bardziej przypominało to nerwowe westchnięcie. – Dasz radę, zobaczysz.
Wstał z trudem i poczłapał do wyjścia. – Już, już. Idę, kochanie! – krzyknął w reakcji na piskliwy głos dobiegający z kuchni.
Marcin stał przy oknie i przypatrywał się swoim dzieciom, które bawiły się w piaskownicy. Złotowłosa, pulchna dziewczynka i szczupły, wysoki jak na swój wiek chłopiec. Nagle dziewczynka wstała, wzięła garść piasku i sypnęła nim prosto w twarz brata, w odpowiedzi na różowy język, który jej pokazał. Chwyciła zabawki i pobiegła w stronę domu. Mężczyzna patrzył jak syn powolutku wytrzepuje resztki piasku z włosów, który w połączeniu ze łzami stworzył błotny ślad na twarzy.
- Przepraszam, synku… - szepnął i przyłożył czoło do chłodnej szyby.







Kolacja, ku zdziwieniu Marcina, upłynęła w spokoju. Kilka kąśliwych uwag Marty, były przecież niczym w porównaniu z jej wściekłością. Gdy teście wyszli, mężczyzna poszedł do swojego pokoju. Chciał odpocząć, a praca była najcudowniejszym relaksem. Zestawienia, tabelki, wykresy – to wszystko swoim wykalkulowanym spokojem pomagało Marcinowi zapomnieć. Przed północą zdał sobie sprawę, że żona pewnie znów zrobi awanturę. Nie lubiła zostawać sama w łóżku wieczorem. Zdziwił się, że jeszcze do niego nie przyszła z pretensjami. Z westchnięciem wyłączył laptopa i poszedł do sypialni. Drzwi były zamknięte. Gdy je uchylił spostrzegł, że wąskie cienie tańczą na ścianie.
- Świece? – Jego zdziwienie było jeszcze większe, gdy zobaczył Martę ubraną w prześwitując, koronkową koszulkę. Nie miała bielizny.
- Czy zawsze muszę tak długo czekać? – szepnęła mu do ucha, gdy usiadł na krawędzi łóżka. W jej głosie nie było wyrzutów. Oplotła jego talię nogami, a szczupła dłoń powędrowała w kierunku rozporka. Marcin drgnął.
- No co? Chyba nie jesteś na mnie zły za to nasze małe nieporozumienie? Wiesz przecież, że przed okresem zawsze jestem trochę nerwowa…
- Wiem. – Spojrzał na jej okrągłą twarz, odrobinę zbyt mocno przypudrowaną. Czerwone usta przysunęły się do jego szyi. – Możemy porozmawiać, skarbie? – Powoli odsunął się od kobiety. W jej oczach pojawiła się złość.
– Niby o czym? Co jest znowu nie tak? – Pełne wargi wypluwały słowa z coraz większą mocą. - Więc? O czym chcesz rozmawiać?!
Mężczyzna wstał. Na chwilę jego czoło pokryło się poziomymi bruzdami.
– Właściwie już o niczym. Ślicznie wyglądasz – powiedział, zsuwając spodnie. Po kilku minutach, gdy piersi żony falowały nad jego głową, pomyślał, że może tym razem naprawdę to się skończy. Będą cudownym, normalnym małżeństwem. Ciało mężczyzny zalała fala gorąca, tak obezwładniająca, że nie poczuł nawet, jak paznokcie żony wbijają się w jego ramiona.




*



- Powiedz mi, Krzychu, u was też tak jest? – Szósty kufel piwa sprzyjał szczerym, męskim rozmowom. – Też jej odwala przed okresem?
- Okres? Jak ja go, kurwa, nienawidzę. Dlaczego akurat wtedy ona musi tak podniecająco pachnieć? Jej skóra i…
- Nie to mam na myśli. Czy twoja żona też dostaje wścieklizny? No wiesz, wrzeszczy, rzuca wszystkim, co ma pod ręką? – Marcin miał coraz większą ochotę opowiedzieć przyjacielowi o wszystkim. On by na pewno zrozumiał.
- No co ty! To znaczy czasami, ale jak, kurwa, wrzasnę, to się od razu hamuje i uspokaja. Nie udawaj takiego kochanego męża, pewnie też potrafisz ją skutecznie, no wiesz…uspokoić? – Krzysztof zaśmiał się głośno i jednocześnie pokazał barmanowi, że dno jego kufla przygląda mu się żałośnie.
- Zresztą. Słyszałeś, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije? Czy jakoś tak…
- Nie pierdol, że bijesz Ewkę?
- Żartowałem. Chamem jeszcze nie jestem, ale nie pozwalam jej wejść sobie na głowę. Musi wiedzieć, że to ja mam w spodniach penisa w naszym domu. A ty z tą swoją, to znaczy Martą… Wiesz, co ci powiem? Weź zgrabną cegłę i następnym razem stuknij ją w łeb, uspokoi się na trochę. – Roześmiali się oboje. Szybko zmienili temat, ale Marcin jeszcze długo uśmiechał się do swoich myśli. Po kilku kolejnych kuflach Krzysztof wstał od stolika mamrocząc coś o złości swojej żony i ewentualnej karze, jaka go może spotkać za takie zbyt późne powroty. Potykając się, wyszedł z baru. Marcin został sam. Był porządnie pijany, ale jednocześnie szczęśliwy, tym specyficznym szczęściem pijących w niedzielny wieczór. Spojrzał na lustro, wiszące przy jego stoliku i uśmiechnął się do własnego odbicia. Przez chwilę intensywnie patrzył samemu sobie w oczy. Spojrzenie było tak agresywne, że gdyby było skierowane na innego mężczyznę, z pewnością odebrane byłoby to jako zaczepka. Z trudem podniósł się i za przykładem Krzysztofa poczłapał do wyjścia.



*


Kilka kolejnych dni minęło w spokoju. Marta znów stała się wzorową matką i kochającą żoną. Marcin po raz kolejny chciał uwierzyć w prawdziwą przemianę małżonki. Przecież w końcu zawsze się układa. Jeżeli tylko chce się coś naprawić. Marcin bardzo tego chciał. Nie wyobrażał sobie życia bez dzieci i żony. W czwartek przypadała ich rocznica ślubu. Wszystko starannie zaplanował już miesiąc wcześniej. Dziećmi mieli się zająć jego rodzice, dla których każda okazja zobaczenia wnuków była świętem. Marta nie lubiła, gdy maluchy jeździły na wieś zbyt często. Wspominała coś o niekorzystnym wpływie takiego środowiska na rozwój. Zdecydowanie wolała korzystać z usług opiekunki, która przy okazji zostania z dziećmi w domu na kilka godzin, uczyła ich angielskich słówek. Ale tym razem to Marcin chciał wszystko zorganizować. Zamówił bilety na wieczorny seans w kinie, po którym mieli udać się do restauracji, na romantyczną kolację. Z szampanem, kwiatami i płomieniami świec.
- Skarbie, czy naprawdę musimy dzisiaj wychodzić? – Marta stała przed lustrem w sypialni i przymierzała czwartą sukienkę. – Cholera! Musiała wstąpić się w praniu! Pomóż mi z tym zamkiem…
- Myślałem, że się ucieszysz. Rzadko wychodzimy razem, a kiedyś przecież to uwielbiałaś.
- No tak, ale kiedyś, to było kiedyś. Teraz przecież są dzieci, a właśnie! Mogłeś mnie uprzedzić, że mają jechać do twoich rodziców. Wolałabym nie zawracać im głowy i wziąć na tę kilka godzin opiekunkę. Wiesz, ile mała ostatnio słówek poznała? No tak, przecież ciebie to w ogóle nie interesuje…
- Jasne, że interesuje. Taksówka będzie za dziesięć minut. – Mężczyzna sprawnie zawiązał krawat i spojrzał z przyjemnością na swoją żonę. Była piękna. Podszedł do niej i przytulił. Jego ręka powędrowała na udo kobiety, które sukienka odkrywała kusząco.
- Przestań! Będę musiała poprawiać makijaż. Co w końcu powiedział twój szef?
- Na razie nic nie wiadomo, poza tym, że będą zwalniać. Nie chciał powiedzieć kogo.
- Mówiłam, że trzeba było iść do tej firmy, którą poleciła dwa lata temu moja mama. Tam na pewno nie musiałbyś się obawiać o zwolnienia.
- Wiem, wiem. Chodź, chyba taksówka podjechała.







Restauracja była naprawdę urocza. Mimo wielu zajętych stolików, panował nastrój intymności. Wybrali miejsce przy oknie – zaśnieżone ulice wyglądały pięknie w rozmytym świetle latarni.
- Jest naprawdę cudownie, dziękuję kochanie. – Chwyciła dłoń mężczyzny i delikatnie musnęła wargami. – Myślałam, że po tylu latach małżeństwa trudno będzie przeżywać takie miłe chwile, a tu proszę. Też czasami się mylę. – Marta zaśmiała się, odchylają do tyłu głowę. W uszach zabłyszczały przed chwilą podarowane kolczyki. – To zabawne, ale ja wciąż cię kocham. Tak samo jak na początku.
- I ja ciebie, wiesz przecież. I nie uważam, że to zabawne. Chyba wręcz normalne?
- Może. Dlaczego zawsze musisz mnie poprawiać? Zauważyłam to już od pewnego czasu. – Oczy kobiety zwęziły się groźnie na kilka sekund. Paznokcie zaczęły nerwowo skubać brzeg obrusa.
- Przepraszam, nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało. Naprawdę.
- Nieważne. Zamów jeszcze jedno wino, a ja pójdę do łazienki. – Marcin popatrzył na łagodnie falujące biodra żony i z satysfakcją zauważył, że wiele męskich spojrzeń podąża w tym samum kierunku.
Gdy wsiadali do taksówki, mającej odwieźć ich do domu, musiał podtrzymywać Martę ramieniem. Siedem kieliszków wina, to było zbyt wielkie obciążenie dla jej głowy. Siedząc już w samochodzie, kobieta nagle zaczęła płakać.
- To nie miało być tak, Marcinku… Dlaczego tak musi być? Ja nie chcę… - Wodoodporny, podobno, tusz już zaczął rysować na policzkach ciemne szlaki. – Mieliśmy być tacy szczęśliwi.
- Przecież jesteśmy. Uspokój się skarbie, nie płacz...
- Nie. Nie jesteśmy. JA nie jestem! Moja mama nigdy cię nie lubiła, a ja głupia chciałam zrobić jej na złość. Na złość, wiesz? – Marta płakała coraz głośniej. Marcin zauważył spojrzenie taksówkarza we wstecznym lusterku, ale uspokoił go skinięciem głowy. – Chciałam być taka dorosła, sama decydować. A potem już nie było innego wyjścia, bo wpadłam. Wpadliśmy.
Marcin milczał. Starał się za wszelką cenę skupić na domach, które mijali. Przypatrywał się trawnikom, kolorowym roletom i cieniom migającym za nimi. Zrobić cokolwiek, byle tylko nie słyszeć.
- Czuję się przytłoczona. Ja nie mam swojego życia! Wciąż tylko ty, dzieci, twoje sprawy, problemy. Słuchasz mnie w ogóle?!
- Tak, kochanie. Chodź, wysiadamy.
Z trudem doprowadził Martę do domu. Ubraną położył na łóżku, zdejmując jej tylko czerwone szpilki. Popatrzył chwilę na twarz umazaną tuszem do rzęs i krwistą szminką. W końcu po cichu poszedł do kuchni. Wiedział, że dzisiaj nie zaśnie.



*



- W poniedziałek jadę na szkolenie, do Warszawy.
- Jak to?! Dopiero teraz mi o tym mówisz? – Marta ze złością rzuciła szmatką o stół.
- Ciesz się, że w ogóle ci powiedziałem. – Minął tydzień od dnia ich rocznicy, po którym w Marcinie coś pękło. Najchętniej zostawałby dłużej w pracy, byle tylko nie musieć patrzeć na żonę. – Jak będziesz jutro na zakupach, to kup mi jakąś koszulę.
Mężczyzna wyszedł trzaskając drzwiami, zostawiając Martę z podniesioną ręką i otwartymi ustami, z których nie zdążyły wysypać się słowa. Cały wieczór Marcin spędził z synem, układając niebotyczne wieże z klocków, a gdy syn zasnął, poszedł na spacer – byle tylko uniknąć obecności żony. Weekend upłynął w ciszy – tak cicho jeszcze nigdy nie było w ich domu - nawet dzieci bały się ją zakłócić. Gdy w niedzielę, jak co tydzień, zjawili się rodzice Marty, Marcin wyszedł z kolegami na siłownię. Bez zbędnego tłumaczenia.
W poniedziałek rano Marta nie wytrzymała.
- Porozmawiamy w końcu? – Kobieta odsunęła walizkę męża i podeszła do niego. Chciała się przytulić, ale on stał bez ruchu. – Wiem, że musiałam powiedzieć coś nie tak, wtedy po kolacji. Nie pamiętam, ale to na pewno były głupoty. Przecież wiesz, że po alkoholu nigdy nie mówię z sensem. Przepraszam, słyszysz?
- Możesz dać mi spokój? Nie zdążę się spakować.
- Kasia powiedziała mi wczoraj, że się ciebie boi, jak tak nic nie mówisz. Do czego chcesz doprowadzić?
- Może chociaż ona będzie w przyszłości bardziej szanowała mężczyzn. Skoro matka nie daje jej przykładu, to ja się poświęcę. – Marcin pospiesznie ubrał płaszcz i chwycił walizkę, kierując się do wyjścia.
- Kocham cię, pamiętaj o tym. I wróć z tej Warszawy, jak nie dla mnie – to dla dzieci.



*


- Ona jest suką, wiesz? Starzejącą się psią kurwą. – Marcin utrzymywał głowę nad poziomem stołu, tylko dzięki coraz bardziej chwiejnej dłoni, podtrzymującej ją.
- Przestań! Za mocno ją kochasz. Może jednak wszystko się ułoży?
- Jasne. Tyle razy chciałem, żeby się ułożyło. Najchętniej, to ułożyłbym ją w grobie.
- No, no! To już brzmi groźnie! – Mężczyzna zmarszczył brwi.
- Chuj mnie obchodzi, jak to brzmi. Mówię, jak jest. Najbardziej żal mi syna. On będzie tak samo pomiatany, już to widzę. Nawet z młodszą siostrą nie daje sobie rady. Ona bardzo przypomina matkę. Rośnie taka sama zołza. Współczuję zięciowi. – Marcin czknął potężnie, aż zachwiał się filar jego dłoni.
- Musisz mu pomóc! I dlatego trzeba być z nimi dalej. Żeby za dwadzieścia lat młody nie przychodził żalić się ze łzami w oczach.
- Ona była kiedyś taka cudowna… Taka seksowna i milutka. Można było się nabrać na tę jej dziecięcą buźkę i wydęte usteczka.
- Nadal takie ma… - Mężczyzna rozmarzył się i sięgnął po następny kieliszek.
- Więc wypijmy za nie! – Ręka Marcina powędrowała przed siebie i stuknęło szkło o szkło. Lustro zachwiało się.









Przyjechała po niego na dworzec. Nawet ucieszył się, chociaż nadal nie chciał dopuścić do siebie myśli, że tęsknił. Marta była wyjątkowo miła. Nie uciekał więc przed przytulaniem i pocałunkami, zaproponował nawet, żeby poszli gdzieś razem, ale stwierdziła, że boli ją głowa i ma iść sam. Chętnie skorzystał, zwłaszcza, że był pewien obecności Krzysztofa w barze.
- I jak? Cegła nie była potrzebna? – zapytał, gdy Marcin usiadł obok niego.
- Nie. Ale zbuntowałem się i… Jest naprawdę lepiej. Chyba w końcu jest dobrze.
- Widzisz. Kobiety muszą, kurwa, wiedzieć, gdzie jest ich miejsce. Inaczej wariują. – Krzysztof był już trochę zalany. – Jeszcze kolejkę?
- Nie mogę. Obiecałem, że wrócę wcześniej. Zresztą, na szkoleniu trochę za dużo piłem. Czas odwyknąć – Mężczyzna mrugnął porozumiewawczo do przyjaciela.
- No, ale jak to? Na przywitanie z kumplem nie popijesz, kurwa? – Zanim zareagował, Krzysztof już napełniał kieliszek. Wieczór zapowiadał się naprawdę wesoło, zwłaszcza, że Marcinowi było wyjątkowo lekko na sercu. Znalazł sposób na swoje małżeństwo. Dziwił się, że chodziło tylko o to, żeby być bardziej stanowczym. „Teraz będzie już na pewno dobrze.” – pomyślał i uśmiechnął się na myśl o pełnych piersiach żony.




*



Nie pamiętał jak trafił do domu, a później do łóżka. Marta spała, odwrócona twarzą do ściany. Ucieszył się, że tym razem wszystko się udało. Jednak cegła nie była potrzebna. – Z rozbawieniem przypomniał sobie słowa Krzysztofa. Nazajutrz rano obudził się spóźniony o pół godziny i z potwornym bólem głowy. Żony już nie było, na stoliku nocnym leżała kartka „Kanapki są na kredensie w kuchni.”
Z pracy wrócił późno. Dochodziła dziewiętnasta. Po drodze kupił jeszcze róże – białe, bo takie Marta lubiła najbardziej. Gdy wszedł do domu, ku jego zdziwieniu, dzieci nie przybiegły, żeby go przywitać. Zajrzał do ich pokoju, ale nikogo nie było. Zobaczył córkę i syna, gdy wszedł do kuchni. Siedziały przy stole ze spuszczonymi głowami. Marta stała przy zlewie.
- Cześć, skarby. – Marcin uśmiechnął się niepewnie.
- Popatrzcie, dzieci. To jest właśnie przykład bardzo złego taty. – Oczy kobiety były martwe, tylko usta poruszały się na kształt wypowiadanych słów. – Nie lubimy takiego taty, prawda? – Mówiąc to, podeszła do Marcina i uderzyła go w twarz. Chłopiec, wciąż siedzący przy stole, zaczął płakać. Dziewczynka uśmiechała się.
- Co ty sobie myślisz?! Że możesz wracać nad ranem, pijany jak świnia?! Pomyślałeś o dzieciach?! Że będą wstydzić się takiego ojca?! – Marta wpadła w furię, chwyciła leżący na suszarce talerz i cisnęła nim o podłogę. Kawałki porcelany rozprysły się po podłodze. Kobieta sięgała po następne naczynie, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi.
- Dzieciaki, do pokoju! I żeby mi tam cisza była! A ty co tak stoisz?! Idź gdzieś, nie wiem, gdziekolwiek!
Marcin oszołomiony wziął teczkę z podłogi i poszedł do łazienki. Gdy Marta spojrzała przez wizjer, zobaczyła na progu przyjaciółkę. Otworzyła drzwi.
- O! Cześć, kochana.
- Co tu u was się działo? Już piętro niżej słyszałam jakieś krzyki.
- No wiesz… Marcin wrócił z pracy w kiepskim humorze i nie zdążyłam zrobić obiadu, więc troszkę się pokłóciliśmy. Ale to nic, wiesz, że zawsze w końcu go udobrucham. – Przyjaciółka uśmiechnęła się i ze zrozumieniem pokiwała głową.
- Swoją drogą, nie wiedziałam, że Marcina stać na coś takiego – powiedziała, patrząc na resztki talerza, które Marta zaczęła zmiatać. – Zawsze wydawało mi się, że to raczej spokojny i ustępliwy człowiek, prawda? No popatrz, nawet ja łapię się na takie pozory. Może chcesz, żeby mój Robert z nim porozmawiał? W końcu niby facet facetowi lepiej przemówi do rozsądku, prawda?
- Nie trzeba, to naprawdę drobiazg. Taka już chyba rola kobiet, żeby znosić te męskie fanaberie.
Marcin siedział oszołomiony w łazience. Nie miał siły nawet zdjąć marynarki. Miał ochotę wyjść, wykrzyczeć przyjaciółce Marty całą prawdę, spakować walizkę i więcej nie pojawić się w tym domu. Przypomniały mu się słowa Krzysztofa. Ładnie by teraz wyglądał w oczach kumpla. „To jakieś porąbane”- pomyślał. W głowie mu się nie mieściło, że nie potrafi nic zrobić w swojej obronie. Jakby go murowało za każdym razem. Nawet jednego, pieprzonego słowa. Złość wezbrała w nim gwałtownie. „Teraz, teraz. Wziąć coś ciężkiego i po sprawie” – szeptał cichy głosik w głowie. Musiał usiąść na brzegu wanny, bo uczucie wściekłości prawie ścięło go z nóg. Oddałby wszystko za łyk wódki. Wstał gwałtownie, otworzył drzwi i wszedł do salonu.
- Cześć, Marcin – Magda przywitała się z mężem przyjaciółki, wymieniając z nią jednocześnie porozumiewawcze spojrzenia. – Jak tam w pracy? Stresujący dzień, prawda?
- Jasne – warknął mężczyzna i podszedł do barku. Wyjął butelkę i skierował się do sypialni.
- Może usiądziesz z nami, kochanie? Przestań już się na mnie gniewać. Przecież mogłeś zjeść coś w pracy. – Marta uśmiechnęła się do męża, ale ten wyszedł bez słowa, trzaskając drzwiami.
- O Jezu. Faktycznie coś z nim nie tak, prawda?. Czasami ci współczuję, Martuniu. Ja bym chyba nie wytrzymała z kimś takim. A właśnie! Wiesz, co mi powiedziała Kaśka? Ta kumpela Rudej. Swoją drogą, widziałaś ostatnio jej torebkę? Chyba z zeszłego sezonu, prawda?



*



„Tylko spokojnie. Uspokój się, a wszystko będzie dobrze” – powtarzał jak mantrę, chodząc w kółko, po beżowym dywanie w sypialni. Nagle wpadł mu do głowy pomysł, dzięki któremu mógł chociaż na chwilę wyjść z domu. Wszedł do pokoju dzieci. Na policzkach syna nadal widoczne były ślady po łzach. Córka bawiła się lalkami.
- Co powiecie na kino? – Marcin starał się, żeby jego uśmiech wyglądał jak najbardziej beztrosko.
- Ja bym chciał iść, tatusiu. Ale mama pozwoli?
- Pewnie, że nie pozwoli! – burknęła dziewczynka. – Nie słyszałeś, jak mówiła, że mamy z nim nigdzie nie wychodzić? – Ośmiolatka z wyższością spojrzała na brata. Tego Marcinowi było za wiele. Prawie biegiem wpadł do przedpokoju, gdzie Marta zamykała drzwi za przyjaciółką. Z przestrachem spojrzała na męża.
- Co ty sobie, kurwa, myślisz?! – Zdziwiony wzrok żony sprawiał mu przyjemność. – Że możesz mną pomiatać, nawet przy dzieciach?! Kim ja jestem? Twoją zabawką? Żywicielem? Ofiarą? – W sekundę znalazł się przy kobiecie i mocna szarpnął za ramiona.
- Marcin, przestań! To boli przecież! – Marta płakała. Próbowała odsunąć mężczyznę od siebie, ale była zbyt słaba. Mężczyzna szarpnął po raz drugi, odkrywając jaką przyjemność sprawia mu wykrzywiona w bólu twarz żony. Chciał jej pokazać, jak czuł się on przez te ostatnie trzy lata. Ocknął się dopiero wtedy, gdy usłyszał łomotanie w drzwi, a później krzyki przyjaciółki, która najwidoczniej zdążyła jeszcze usłyszeć kłótnię i zawrócić. Oprzytomniał i spojrzał na zapuchnięte od płaczu oczy Marty. Na jej ramionach zaczęły pojawiać się sińce. Przerażony tym, co się wydarzyło chciał przytulić kobietę do siebie. W tym momencie wpadła do mieszkania przyjaciółka Marty, która sama otworzyła drzwi.
- Matko Boska! Martuniu, Martusiu! – Podbiegła do przyjaciółki i zaprowadziła kobietę do pokoju. Znalazła torbę i spakowała ją, kierowana instrukcjami Marty. Po dziesięciu minutach w domu został tylko Marcin. Przed oczami majaczył mu widok syna, którego kobiety wyprowadzały siłą, bo chłopiec chciał zostać z ojcem. „ Nie wiadomo, co ci może zrobić, kochanie!” – to były ostatnie słowa skierowane do pięciolatka, jakie usłyszał.



*



Leżąc w nocy, kompletnie pijany, Marcin wspominał początki znajomości z Martą. Wszystko było takie cudowne. Przez pierwszy miesiąc nie odstępowali się na krok. Rodzice Marcina od razu zaakceptowali jego wybór. Marta miała być idealną synową, która zaopiekuje się ich trochę nazbyt nieśmiałym synem. Zastanowił się, czy cokolwiek wcześniej zapowiadało zmianę, jaka miała nastąpić w kobiecie. Być może to częste pragnienie posiadania zawsze racji, które on uważał po prostu za pewność siebie. Wtedy imponowało mu to. Był dumny, że wszyscy szanują i podziwiają jego ukochaną. A może to był tylko strach przed jej wybuchami? Coraz więcej przypominanych wydarzeń, wskazywało na to, że zmiana w Marcie nigdy nie zaszła. Ona była taka od zawsze, ale zakochani mężczyźni często widzą mniej lub nie to, co należy. Poczuł się słaby i głupi, że dał się tak łatwo wciągnąć w to wszystko. Mógł spróbować porozmawiać z nią, może znaleźć jakiegoś specjalistę, który pomógłby rozwiązać ich problemy. Zamiast tego posłużył się jej bronią. I przegrał. Przegrał dzieci. Syna… W końcu Marcin usnął, ukołysany własnymi łzami.



*



Wstał koło południa z potężnym bólem głowy, spowodowanym alkoholem i wyrzutami sumienia, który dręczyły nawet bardziej niż etanol. Nie pomógł zimny prysznic, ani garść tabletek. Pomyślał, że być może chłodne, wilgotne powietrze na zewnątrz go otrzeźwi. Wyszedł z mieszkania. Postanowił udać się do parku, posiedzieć w ciszy i przemyśleć całą sytuację. Może uda się jeszcze wszystko naprawić i nakłonić Martę do powrotu. Zaczął obmyślać plan, w którym znalazł się kosz pełen kwiatów i wspólne, zagraniczne wakacje. Nie zauważył postaci, która szybko zbliżała się w jego kierunku. Odzyskał trzeźwość myślenia, dopiero gdy otrzymał solidny policzek od kobiety stojącej już naprzeciwko niego.
- Ty skurwielu – wysyczała blondynka. Marcin spoglądał na nią, zastanawiając się jak taka drobna osoba może mieć tyle sił. Na jego policzku pojawił się czerwony, piekący ślad.
- Przepraszam panią, ale o co chodzi? – Starał się uśmiechnąć.
- Jeszcze masz czelność śmiać się?! Chwała Bogu, że Marta zrobiła wczoraj obdukcję. Z takimi dowodami rozwód będzie tylko formalnością. Damski bokser! – kobieta krzyknęła po raz ostatni i odeszła, machając czerwoną torebką z taką złością, że omal nie uderzyła staruszki przechodzącej obok.
„Damski bokser” – pomyślał Marcin i mimo woli na jego twarzy pojawił się uśmiech. Poszedł w kierunku swojego osiedla, dużo pewniejszym krokiem.


komentarze
avatar samsung
2010-09-30, 12:48:24:
debiutant
bo faceta trzeba trzymać krótko! ;)
z ogromną przyjemnością czytam twoje teksty

avatar noita
madziol00wp.pl
2014-11-28, 00:54:46:
debiutant
Cóż więcej powiedzieć. Niesprawiedliwość? To za słabe słowo.
--
mag

O utworze:

wyświetleń:611
komentarzy:2


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

waikhru
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.