avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


20 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Veles
każdy inny wszyscy różni :c
opowiadania
dodano:
21 czerwca 2010, 21:39:57


w tytule musi być jakaś liczba


Trzymamy rękę na pulsie, bo niby gdzieżby inaczej można było ją położyć, mam ochotę wracać na nogach i właśnie deklaruję swoje zdanie, właśnie zarzucam tym szalonym pomysłem, wychodzę z inicjatywą, jest tornister jest zabawa, ale ktoś odpowiada, że mnie pojebało, więc zrezygnowany - rezygnuję, siedzę cicho, odpalam papierosa i myślę: mnie tutaj nie ma, schodzę z orbity i woduję na pustym oceanie, widzę latarnię i oznaki lądu, płynę więc wpław, rzucam się w ten odmęt, w tą taflę i kamienie pode mną, odbijam się, sięgam do kieszeni, w której panuje chłód i szkło, półlitrowa przyjaciółka, jedyna pamiątka, jaką wyniosę z tego miejsca, mgliste obrazki przelatują mi przez myśl jak odłamki granatu przez ciała rebeliantów. Potem sikamy na bank, hm, teraz nie przypomnę sobie nazwy, sikamy na mury i ściany, olewamy instytucję, kurs złotego i deficyt budżetowy, zadłużenie publiczne, Marka Belkę i strefę euro, strefę ERM II, punkty procentowe i EBC, Komisję Europejską i samego Barroso, coś się musi dziać, więc jest tak:

nadszedł piątek roku pańskiego, godziny wieczorne i autobus, który powinien tutaj być już jakieś dwadzieścia lat temu, a jednak wciąż uporczywie go nie ma i nie ma, wszystkie nastolatki wszechświata i muzyka z telefonów, która niedbale wrzyna się w to gęste powietrze, która róbi półobroty i piruety, ktora dochodzi do naszych uszu, a na którą w żaden sposób nie reagujemy, czekamy na autobus, kolejny raz pośrodku niczego, wokół gór, małe, skrępowane miasteczko o pospolitej nazwie, niskie chodniki i wysokie pobudki, lokalny patriotyzm, ziomki, gapie z balkonu i nieprzystępni, niegościnni tubylcy. Jeżeli coś nam dolega, to chyba ta najbliższa rzeczywistość: chorujemy na nią jak na cukrzycę i wszystkie inne fatalne zarazy, te wszystkie wypady, co się ich nigdy nie wspomina, okryte ciemnością pasma gór, całe to determinowane przez przypadek życie, do którego ktoś nas podstępnie wypluł. Na podbeskidziu nie interesować się motoryzacją to rebelia, wypaczenie i skaza, wszystkie te zakompleksione miejsca i próby szukania wyjścia, jakiegoś rozłamu, dziury w murze, który rośnie, który ginie za horyzontem, wznosi się i widać go z orbity ziemskiej, ciągłe kluczenie w rozkadach jazdy; jest w nich jakaś dyskretna nadzieja, jakaś szansa, chociaż tak naprawdę jesteśmy przecież dokładnie zaplanowani, my, oni, ludzie spotykani czasami na przystankach, obce i odległe jak Moskwa problemy, pozdrowienia rzucane w atmosferę niedbale, acz serdecznie. Cóż to za droga, chociaż wydaje się, że mogłaby trwać wiecznie, nie topić się w tej śmierdzącej rzece i żałośnie niskich-błagających o litość górach, z których błoto i powódź uchodzą w pierwszej kolejności. Błoto schodzi w dół, spływa i teraz musimy w nim brnąć, dreptać, z zasady przeklinać, gdy przedziera się przez cienkie warstwy czarnych butów, te podróbki wielkich marek, mały targ, na którym siedział Leon i powiedział, że jest okazja, że jest montaż.

I nagle wrzask, pisk kobiet i opon, autobus, bus, mała przestrzeń dzieląca nas od tego szaleństwa, zaparowane szyby, pot w kabinie. Kierowca ma wąsy i kasuje bilety, rusza, prędkość, odbieranie nielicznych bodźców zawsze dokonuje się na tej samej zasadzie: byle do przodu, byle do miejsca przeznaczenia, bo już doskonale wiemy, gdzie wylądujemy, z kim wylądujemy i jak. Wylądujemy w błocie, w cieknącej brei i długiej podróży w złym kierunku, bez sensacji ni owacji, obnażone plecy i ramiona, a na nich ślady po szczepionkach, zadrapania, stany zapalne, każda przebyta zima wyryta na czole, krótka spinka, która dziurawi nas tak, jak gwiazdy czynią to niebu. Kierowca, który ma wąsy, prowadzi nas przez najciemniejsze pustkowia: droga jest czarną, cienką linią prostą na układzie współrzędnych, na prawo i lewo roznoszą się kolejne punkty, sześciany i bryły z podbitymi oczami, z opuchniętymi oknami, zza których spoglądają dziwne twarze, zupełnie nic nie mówiąc. Przestrzeń, jaką zajmuję, mieści się w małym fotelu i teraz, spoglądając na tych towarzyszy podróży, czuję, że noc sięga zenitu, apogeum, że ona tutaj rządzi, dyktuje warunki i określa zasady, na jakich możemy funkcjonować, bez apelacji i kasacji, bez prawa do wnoszenia skargi. Pola, które przecinamy, giną gdzieś i znikną szybciej niż na dobre w nas zaistnieją, są ledwo zauważalne, wszystko przeciąga się i rozciąga, cała ta pielgrzymka do ziemi świętej, wyprawa powrotna na korty, gdzie w spokoju wypijemy to, co zostało, same niedobitki, odpalimy papierosy i ruszymy się dalej w wysokie pobudki, nie zdając sobie zupełnie sprawy z tego, że to wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej, w kompletnie innym miejscu, krótkie rachunki sumienia, nieodbyta pokuta.


Wyjedźmy stąd, Magot, rzućmy to wszystko. Te osiedla, wylewające rzeki, nieprzejezdne mosty, te odrapane ściany i walące się kamienice, remonty finansowane przez odległą Unię Europejską, wynieśmy się daleko poza ten płaski horyzont, spakujmy swoje rzeczy, znajdźmy walizkę, wepchniemy tam kilka książek, papierosy. Udajmy się w stronę dworca, a stamtąd złapiemy odpowiedni pociąg, pociąg do ciepłych krain, Magot, mam tego wszystkiego tak potwornie dość, tych parków i wyzutych z jakichkolwiek wniosków wieczorów, ptasiej grypy, przed którą bronią się ci wszyscy brzydcy ludzie na obcych klatkach, tych usłanych śmieciami pól i łąk pogrążonych w złym słońcu, nagrajmy na płytę najpiękniejsze piosenki świata, niech nam towarzyszą w podróży, zapomnijmy o tym, zacznijmy wszystko jeszcze raz, bo przecież istnieje coś takiego jak szansa, początek, wydzielmy sobie nową przestrzeń i do jakiegoś ciała przylgnijmy; deszcz spływa rynną, deszcz żyje samym sobą i opada na nasze głowy, stoimy w deszczu, miejsce, przystanek, szarość chodników i te betonowe stopnie, to powinno skończyć się o wiele wcześniej, już tyle tutaj straciliśmy, ale wszystko można naprawić, jeszcze pora, by zawrócić, co nas tutaj trzyma, czego jeszcze oczekujemy, wyjdźmy stąd, zostawmy otwarte drzwi i klucz w zamku, przekroczmy tą granicę, o której tyle się mówi w telewizji; mówię do siebie w tym deszczu, ze słuchawkami na uszach, przytupuję nogą i kto, Magot, może mnie o coś takiego podejrzewać, kto może mieć pojęcie, kiedy czekam na samochód, by przyjechać do ciebie, obserwując kropelki, sprawdzając rozkład jazdy?


komentarze
O utworze:

wyświetleń:426
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Veles
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.