avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


21 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Veles
każdy inny wszyscy różni :c
opowiadania
dodano:
12 maja 2010, 15:22:46


żniwa

[następuje akt płciowy zamknąć proszę oczy usta nosy wszystkie otwory]


Aniołek smakował wanilią, miał ładne pończochy i fartuszek, ale to nie było to, myśli Cezary, zakładając spodnie, to znaczy było, bo było przyjemne, ale jakoś nie-do-końca. Już poprosił ją o zrobienie kawki, kawusi, tak, kofeina zawsze wybornie mu smakowała po stosunku płciowym, jakaś kąpiel, świeży ręcznik, świeczki przy wannie, jazz. To jednak nie było to, myśli nadal Cezary, abstrahując od tej kąpieli ręcznika świeczek i czasu, wkładając skarpetki, zapinając koszulę. Novakoky czuje coś dziwnego, coś, z czym już bardzo dawno nie miał do czynienia. Podczas zbliżenia z pokojówką/ służącą miał nieodpartą ochotę szeptać jej do ucha "Marcinku" albo nawet "Och, Marcinie", myślał o tych Marcinowych barkach, które to zrobiły na arystokracie takie wrażenie, o całej jego pomiętej, pociągłej fizys, o tej uroczej żyłce na czole. Zdecydowanie coś w nim jest, kwituje Cezary, już zresztą ubrany, już gotowy do kawusi, którą Aniołek przynosi, dupcią ładnie wywijając, biust ładnie okazując, bezwstydnie doń chichocząc. Cezary zasiada do kawki, podchodzi do okna, obserwuje rozpościerającą się na zewnątrz polanę i regularną linię drzew, rozpoczynającą niewielki, tutejszy las, i myśli o troskach marcinkowych, o jego problemach z żoną niegodziwą i niedobrą, o konsekwencjach spoktania, do którego to - wedle tragicznych marcinkowych zapowiedzi - już musiało dojść podczas cezarowego stosunku płciowego. Musi być już po wszystkim, myśli więc Cezary, popijając kawusię, nic to, należy czekać i czekać na Marcina, och, czekać na niego, może się zjawi ten książe ten orszak anielski, on nadaje się na takiego niewolnika od bezczynności, na takiego niewolnika-przytulankę, który tylko leży na sofie i rozdaje winogron wprost do buzi, odziany w białe slipki z wystających przodem, z trójkątnym przodem, albo takiego chodzącego za swoim panem i czekającego na każdy jego rozkaz, ale czekającego tak naprawdę chętnie, tak potulnie, jak pies czekający na słowo gospodarza, jak wieśniak wyczekujący jałmużny od szlachcica. Marcin powinien być zamknięty w komórce pod schodami jak Harry Potter, marzy Cezary, zamykając oczy (w chwili słodkiego zapomnienia omal nie wypuszcza z rąk filiżanki z kawusią, łapie się na tym, ale nie rezygnuje z wizji), Marcin byłby mi potrzebny więc do tej komórki, czekający na mnie, na moją wyłączność, taki ładny, z amerykańską fryzurą, z ładnym zapachem, z równo obciętymi paznokciami i żadnymi wydzielinami w stylu POT GÓWNO MOCZ, nie nie, nic z tych rzeczy, taki bóg-sługa wolny od ciała, ale jednocześnie w ciele uwięziony, uwolniony od jego potrzeb i tych wszystkich niedoskonałości w stylu włosy na poligonie, między palcami i gdzie tam jeszcze, na klacie pod pachami, uwolniony od ropy w oku i gilów w nosie, wolny od tego wszystkiego. I taki oto tylko dla niego, uwiązany na złotej smyczy, och Cezary chwaliłby się takim szczęśliwym swoim niewolnikiem zabawką wśród znajomych, chodziłby taki dumny z nim po sali i potem, i potem! I potem gdzieś by się, pijany w trzy dupy, schował z nim tym niewolnikiem na smyczy, tą żywą maskotką uwolnioną od somatycznych niedoskonałości, zamelinowałby się z Marcinem w jakimś kącie i doszłoby do różnych pięknych rzeczy, do miłosnych uniesień, do amoków miłosnych, do poczucia obcowania z bogiem, do lizania ładnie wypielęgnowanych stóp i palców z kciukiem na czele, do ssania fiutków wolnych od smrodu i włosów, to byłoby coś, myśli Cezary, popijając kawusię, próbując nazwać to, o czym teraz myśli. Nie wie co to, ale to z pewnością coś nowego.
Nagle, stojąc tak beztrosko z filiżanką kawusi, Cezary zaczyna rozmyślać o żonie Marcina, z którą to ów jeszcze przecież nie załatwił wszystkich spraw, przynajmniej na pewno nie ze strony formalnej, to zwyczajnie niemożliwe. Przecież to heteryk, łapie się Novakosky, on do niej wróci, kobiety potrafią zostawiać przy sobie mężczyzn, takie są złe i podstępne, on z nią jeszcze zostanie, pustkę zupełną bogaczowi w głowie zostawiając, na straszliwe męki natury emocjonalnej go skazując. Och, Cezarego krew zalewa na samą myśl o tej wizji, w której on, szlachcic i bogacz, on, Cezary Novakosky, przegrywa bój o Marcina z jakąś pożal się boże chrześcijanką. Trzeba coś podziałać w tym kierunku, zapewnić lubemu uwolnienie się od tej przelętej baby, od tego babsztyla o iście konserwatywnych poglądach, zresztą nie tylko poglądach, z niej ten konserwatyzm bije jak zimno z lodu, na plakatach wyborczych wydała się Cezaremu niesamowicie nieprzystępna, no, ktoś gorzej od Cezarego wychowany z pewnością przyznałby, że chujem jej z oczu patrzy, bo patrzy w rzeczywistości, ba! ten przysłowiowy penis łypie jej z oczu na przejeżdżających przechodzących obok, on straszy, ma nieświeży oddech i żółte paznokcie, jest straszny; najstraszniejszy ze wszystkich dotychczas spotkanych, rodzi wycofanie, kieruje się dogmatem, ma skłonności autorytarne. Oj, trzeba coś z tym zrobić, myśli Cezary, popijająć kawusię, muskając ręką po uspokojonych już organach płciowych, leżących i śpiących spokojnie. Takie sprawy ciągną się jak walec prowadzony przez pijanego kierowcę, w tym chorym kraju dostać rozwód jest wcale trudno, ba, to proces męczący i psychicznie wyczerpujący. Och, gdyby tak zmienić oblicze ziemi, tej ziemi, gdyby ruszyć swoje szare komórki i wyjść ostatecznie z ukrycia, gdyby uciskane mniejszości tego kraju złączyły się w jedną, świadomą swoich praw większość, zdecydowaną podjąć walkę o normalizację stosunków władający-podwładny, wystarczy przecież po prostu chcieć i nie bać się nadchodzących zmian, łamać sztywne konwenanse i krępujące dogmaty! Dlaczego forma, w którą pakuje się każda mniejszość tego państwa, przyjmuje perspektywę zrazu pokrzywdzonych i pokiereszowanych, dlaczego my, jako szeroko rozumiana mniejszość, również dajemy przyzwolenie na kontynuowanie tego samego kultu martyrologii w naszych szeregach, dlaczegóż tak beznadziejnie budujemy swoją tożsamość na klęskach, porażkach, na potknięciach naszych? Dlaczego samowolnie mutujemy w tą szarą masę, nie! jaką masę, to, czym jesteśmy, to nawet nie masa! to jakieś niegodne żadnego tytułu i definicji truchło, postawione w kąt jak przedszkolak, bez możliwości apelacji, bez poszanowania zasady instancyjności sądów, bez kasacji, bez bez bez! Czyżbyśmy nie mieli ducha, panie i panowie? Czyżbysmy byli wyjałowieni z pragmatycznego rozeznania we własnej sytuacji? Czyż my jak ta tytułowa masa Gasseta, prawą ręką trzymająca ster, lewą głaszcząca się po brzuchu? Nie wierzę w to, kwituje swoje rozmyślania Cezary. Kawa wypita, przecież nic nie zrobię z tą jego żoną, co niby mam zrobić, niczego nikomu nie udowodnię, zbrodnia się zatarła, brak świadków, nie mam możliwości, taki właśnie jest ten chory kraj! Taki, że nawet mnie (mnie!) nie daje żadnej szansy na spełnienie swoich potrzeb, a trzeba dodać, że chodzi tu o potrzeby ważkie, bo akceptacji, bo spełnienia, bo wszystkiego, co nadrzędne! I cóż ja mam uczynić, jakimiż środkami dysponuję? Nie dysponuję żadnymi, mogę co najwyżej oczekiwać Marcina na dzisiejszej imprezie i oby się pojawił, oby!
A któraż już godzina, pyta sam siebie Cezary, musi być już strasznie późno. 16:20, pora iść pod prysznic, Aniołek już na pewno wszystko przygotował, nalał wodę i olejki eteryczne do wanny, rozpalił świeczki i tak, tak, już słychać ten jazz, co się ulatnia z okolic łazienki, te kojące nuty, och, jakież to szczęście, myśli Cezary, kierując się w tamtą stronę, że mam przynajmniej mojego prywatnego Aniołka, to cudne dziecko, bez niego moje życie byłoby o wiele trudniejsze, byłoby znacznie większą udręką. Będąc już w łazience, Cezary ściąga z siebie ubrania, prostuje się, rozciąga i hopsa, wskakuje do przygotowanej wanny. Piana, ciepło, muzyka. Do wieczora zostały jakieś dwie godziny.


komentarze
avatar Veles
2010-05-12, 15:23:42:
każdy inny wszyscy różni :c
z cyklu fragmenty
--

avatar mihaly
2010-05-16, 01:20:17:
   
jesteś i zdolny i zajebiście nudny
--
- aleś cham! - o wizerunek dbam

O utworze:

wyświetleń:492
komentarzy:2


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Veles
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.