avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


28 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Oxyvia
wędrowiec
opowiadania
dodano:
29 stycznia 2010, 00:49:02


Świat według Młot-Stupolskich

Wodzisław był niewyróżniającym się w tłumie, ciemnym blondynem. Ukończył szkołę średnią bez zastojów i studia historyczne bez niespodzianek, z wynikiem także średnim.
O każdej narodowości wiedział dużo. Szczególnie o jej ukrywanych zamiarach. Na przykład o dążeniach tajnej ogólnoświatowej organizacji Żydów. Rozumiał, po co maskują swoje pochodzenie i że knują zawładnięcie światem od wielu lat.
- Taki Barak Obama – mówił – Murzyn, a Żyd. Czytałem o tym w Internecie. Jak myślicie: po co jest Murzynem? Żeby ukryć swoje żydostwo! A po co je ukrywa? Nie trzeba nikomu tłumaczyć! Mafia judajska ma swoje wtyczki w rządach całego świata!
Od dziecka lubił historię. Ojciec często rozmawiał z nim o polskich dziejach. Opowiadał mu zdarzenia, o których Wodek nie mógł wspominać na lekcji. Takie były czasy. Ojciec zawsze umiał mu wytłumaczyć, co można mówić przy ludziach, a czego nie. Rozmawiali przyciszonymi głosami, z daleka od drzwi i okien (bo Ubecy, a i Mosad - najlepszy na świecie wywiad - na pewno podsłuchiwali, co się mówi w domu Młot-Stupolskich). Chłopiec uwielbiał te opowieści, czuł się wtajemniczony, lepiej znający historię i politykę niż zwykłe dzieci. Bardzo wciągały go gawędy o tym, jak Polacy przez wieki byli napadani przez sąsiednie mocarstwa, bo zawsze nasza kultura kłuła w oczy barbarzyńskie nacje; jak prześladowani byli w dobie żydokomuny; jak walczyli o swoje prawa, wolność, jacy z dziada-pradziada są bohaterscy, odważni, bogobojni; jak poświęcali się „za wolność Waszą i naszą”, zaś inne narody nigdy nie odpłaciły tym samym. Słuchając tego wszystkiego, Wodek czuł się świetnie: był coraz bardziej świadomym patriotą, godnym synem swojego rycerskiego Narodu i Tatusia, prawdziwym Polakiem i Katolikiem – i w tym tkwiła cała jego wartość. Podsycał w nim tę dumę ksiądz, nauczający wówczas religii w podziemiach kościoła. (A wiadomo, że ksiądz wyjawia Słowo Boże, więc wszystko wie prosto z Nieba).
Ojciec kiedyś zmarł, zgodnie z koleją rzeczy. W pamięci syna utrwalił się jako coś na kształt posągu, niezmiennego, twardego i olbrzymiego, nie do obalenia.
Bardzo brakowało mu Ojca. Musiał znaleźć kogoś, kto by mu Go trochę zastąpił.
Pierwszy raz zobaczył doktora W. na Uniwersytecie. Czekał wtedy na egzamin, do którego nie był przygotowany, w dodatku nie mógł odpędzić wspomnień Taty, niedawnego pogrzebu, wieńców… Doktor podszedł do niego, przedstawił się, podając rękę i powiedział:
- Wiem, co cię gnębi, młody człowieku. Jakoś to załatwimy. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Bądź tylko dobrym Polakiem, żyj w zgodzie z Tatą i Panem Bogiem, a wszystko będzie dobrze.
Potem wszedł z Wodkiem do sali tortur i podpowiadał mu udając, że czegoś szuka w szafie za jego plecami. Nie wszystko Wodek dokładnie słyszał, ale trójkę dostał. Później próbował znaleźć swego wybawcę, żeby mu podziękować, kilkakrotnie pytał o niego w Katedrze Historii XX Wieku, ale nikt nie kojarzył doktora W.
Zresztą szybko pochłonęły Wodzia wydarzenia lat osiemdziesiątych i zapomniał o profesorze. Wówczas walczył za wolną Polskę jak porządny patriota. Strajkował miesiącami, chadzał na manifestacje, roznosił bibułę i literaturę drugiego obiegu.
Po wybuchu narodowej „Solidarności” nadeszła rozpacz stanu wojennego: zawieszenie działalności NSZZ; internowanie przywódców w luksusowych ośrodkach wypoczynkowych; koniec strajków, manifestacji i innych zawodów drużynowych; powrót do nudnej i żmudnej pracy, nauki; tanki i armatki wodne na ulicach; rozmowy kontrolowane; godzina policyjna; prohibicja. Co za straszne to były czasy dla Polaków! Jaką haniebną zdradę popełniono wobec Kraju nieograniczonych wolności! Jaki potworny grzech wobec Boga, Papieża i Kościoła, który tak gorliwie przyklaskiwał walce przeciw bezbożnej komunie!
Wodek już nigdy nie otrząsnął się z tego. Trauma pozostała na całe życie. Życzył autorowi „wojny Jaruzelskiej” rychłej śmierci w mękach i zapomnieniu, najlepiej w ciemnicy. Ubliżał z daleka Zomowcom od hitlerowców i wiał przed armatkami wodnymi za róg. Malował hasła antykomuchowskie na murach. Niestety nigdy nie wpadł i nie został internowany, ale i tak czuł, że spełnił dobrze obywatelski obowiązek. Chociaż niejednokrotnie zazdrościł prawdziwym męczennikom, nie mówiąc już o pomordowanych… Dlatego często powtarzał z naciskiem:
- Ja jestem patriotą i prawdziwym Polakiem, Katolikiem. Walczyłem za wolność Ojczyzny. Z żydokomuną. Wiem, jak było ciężko.
- A kto to taki ta… żydokomuna? – pytaliśmy.
- Nie wiecie?! Żydy to żydy! Komuchy! Nie odróżniacie prawdziwego Polaka od żyda?! No to nie mamy o czym rozmawiać! – zakańczał trzaskiem drzwi, czyli drzwiaskiem.
Zwariowałby z rozpaczy i wściekłości, gdyby nie… doktor W. Zaszedł mu kiedyś drogę rankiem, kiedy student wracał do domu z jakiejś smutnej libacji.
- Witam! – zawołał raźno – Czym się tak strasznie przejmujesz, młodzieńcze? Duch w narodzie nie ginie! Przetrwaliśmy zabory, okupację, dwie wojny niemieckie, jedną ruską… Tę wojnę też przetrwamy. Zobaczysz, Młot-Stupolski – poklepał Wodka po ramieniu.
- Dziękuję – bąknął młodzian – Przepraszam, zapomniałem: jak pan doktor się nazywa?
- Nie pamiętasz? – roześmiał się, a potem zniżył głos do konspiracyjnego szeptu, dlatego Wodek znów usłyszał tylko pierwszą głoskę jego nazwiska – Jestem W… Masz dużą rolę do odegrania. To przecież nie przypadek, że Bóg powołał cię do życia właśnie w tym czasie i miejscu. No jak myślisz? Taki człowiek jak ty! Jesteś właściwą osobą na właściwym miejscu! Chodzi o bezkrwawy przewrót, o rewolucję bez ofiar, wiesz. To, do czego dążył Wałęsa. Musisz mu teraz pomóc, teraz, kiedy go zamknięto jak dzikie zwierzę!
- Co mogę zrobić? – zapytał Wodek z błyszczącymi oczyma. Ale doktor nieco rozczarował go odpowiedzią:
- No, muszę już lecieć – wrócił do zwykłego tonu – Do widzenia, drogi Młot-Stupolski! I nie przestawaj wierzyć!
Odszedł szybkim krokiem i zniknął we mgle.
Ale to wystarczyło, żeby obudzić w Wodku ducha na nowo. Przez następne lata całą swą energię poświęcał temu, by porwać ludzi ku bezkrwawej rewolucji. Organizował ruch podziemny; zwoływał tajne spotkania w swoim domu; pisał i wygłaszał przemówienia, w których nauczał patriotycznej postawy, tłumaczył sens historii, wykładał chrześcijańskie wartości. Stawał się przywódcą coraz większej grupy ludzi, którzy myśleli jego myślami i oddychali jego powietrzem, którzy mu klaskali do obrzęknięcia prawic, bo tak świetnie spełniał ich aktualne zapotrzebowanie na bożyszcza. Czuł w sobie Boską Charyzmę. To wszystko utwierdzało go w przekonaniu, że ma bezwzględną rację.
- Przygotowuję grunt pod rozmowy z komuchowem – mówił na spotkaniach - Moim celem jest doprowadzenie do tego, żeby „Solidarność” urosła w siłę, a rząd PRL musiał się z nami liczyć. Aby musiał poważnie rozmawiać. By czuł się zmuszony do demokracji. I żeby wprowadził zdrowy kapitalizm, i jeszcze zdrowszą konkurencję zamiast wspólnoty.
- A dlaczego kapitalizm ma być bardziej demokratyczny od socjalizmu? - pytaliśmy, mając w pamięci pisane przed wojną, szkolne lektury o biedzie i głodzie, jednak Wodek natychmiast odparowywał nerwowo:
- Popatrzcie na Zachód! Jaki tam dobrobyt! Ludzie mają wszystko, co chcą! To jest raj! Wszyscy są właścicielami!
- To tak jak w PRL – rzucaliśmy nieśmiało, choć nikt już nie słuchał.
Wodzik boczył się też, kiedy go podpuszczaliśmy, że Jaruzelski sam z siebie zaproponował Rozmowy Okrągłego Stołu i pierwsze demokratyczne wybory. Wodo uważał, że generał czegoś się wystraszył i dlatego raptem skapitulował. Złościł się okrutnie, kiedy wysuwaliśmy hipotezę, że Jaruzel nikogo nie musiał się bać, mając za sobą wojsko i policję.
- Czymże jest wojsko i policja wobec Boga?! – grzmiał – A choćby i wobec potęgi Ameryki, która ma nas w swojej opiece?
- Gdzie nas ma? – tłumaczyliśmy – Ameryka nigdy nie nadstawia karku tam, gdzie nie widzi solidnych korzyści materialnych. Nie pamiętasz, jak Tatuś ci mówił, że nigdy nikt nie walczył za wolność naszą, a tylko my za waszą?
Ale i tak nic go nie przekonywało. Tak to jest, kiedy ktoś bardzo musi wierzyć.
Jakaż była szaleńcza radość, kiedy wybory na prezydenta wygrał namaszczony przez Matkę Boską Klapną Lech Wałęsa! W końcu kto miał wygrać, jeśli nie On, naznaczony Noblem przez Europę i Amerykę? Ba! – z którym sam Papież rozmawiał na szczycie Tatr! To były Boskie znaki, jakim żaden prawdziwy Polak nie ośmieliłby się przeciwstawić!
A więc powiodła się bezkrwawa (prawie) rewolucja. Więc żadne ofiary nie były daremne. Wodek pękał z dumy, że i on miał w tym swoje zasługi! Wiedział, że Bóg go za to nagrodzi, jeśli nie w doczesnym życiu, to na pewno w wiecznym.
Pragnął jednak być nagrodzony także i w tym istnieniu, zresztą czuł ciągle w sobie Charyzmę i Powołanie d/s Narodowych. Dlatego postanowił kandydować do Sejmu. Zebrał odpowiedni sztab ludzi, a oni zebrali odpowiednią ilość podpisów, w czym pomógł ksiądz, który także przyczynił się do zebrania odpowiedniej kwoty na kampanię. Wodzisław szalał z samozachwytu, myśląc, jaki jest wspaniały, skoro Wielcy wraz z Bogiem pomagają mu wspinać się na szczyty!
Na pewno zwariowałby ze szczęścia, gdyby nie przyszedł mu z pomocą… doktor W.
Odwiedził go kiedyś w nocy. Po prostu wszedł nagle do pokoju.
- Witaj, chłopcze! – zawołał familiarnie, siadając na fotelu – Ile to lat już się nie widzieliśmy?
Wodek milczał chwilę, usiłując policzyć.
- Ach, nieważne! – zaśmiał się doktor – Jakieś dziesięć bez mała. Najważniejsze, że czasy się zmieniły. Inna epoka. I z tym właśnie do ciebie przychodzę.
Wodek usiadł na drugim fotelu i ciekawie nadstawił ucha. „Ten człowiek zupełnie się nie starzeje” – pomyślał.
- Wiesz – ciągnął gość – coś mi podpowiada, że nie wszyscy w tej waszej „Solidarności” są uczciwi. Niektórzy być może dążyli tylko do władzy i pieniądza. Może nawet… Strach pomyśleć, ale… Może wśród solidarnościowców są poukrywane żydokomuchy? Ty przecież wiesz, jak oni potrafią się maskować!
- E, panie doktorze!… - zaśmiał się Wodek, ale jego rozmówca od razu uciął:
- Popatrz, co dzieje się wokół ciebie! I w całym kraju! Nie bądź zaślepiony pochlebstwami fałszywych przyjaciół!
Wodzisław chwilę się zastanowił. Tak, rzeczywiście - od jakiegoś czasu dostrzegał rzeczy dziwne: a to, że czasem koledzy z prawicy głoszą takie same hasła jak lewica (równość, demokracja, zabezpieczenia socjalne, opiekuńczość państwa nad obywatelem i kontrola nad nim), a to, że komuna głosi takie same idee jak Kościół (afirmacja równości w ubóstwie, wiara w niepodważalne dogmaty, bezwzględne posłuszeństwo jednemu władcy), a to, że Kościół nagle zaczyna głosić takie postulaty jak kapitaliści (na przykład zwrot dóbr dawnym właścicielom, w tym Kościołowi)… Zakręciło mu się w głowie.
A kiedy się odkręciło, doktor zniknął. Drzwi zaś były zamknięte na klucz. Dziwne…
Przez następne lata Wodzisław tropił ukrytych żydokomuchów i zdrajców w „Solidarności”, Sejmie, Rządzie, prasie, telewizji, radiu - wszędzie. Ale nie chciał ich widzieć w Kościele, a tym bardziej w Watykanie.
I nigdy, nigdy nie pragnął uwierzyć, że choćby tylko jednym z celów Jana Pawła II było poszerzanie wpływów Watykanu na świecie. Albo że choćby nie jedynym powodem wprowadzenia religii do szkół było wychowywanie dzieci na wiernych dawców forsy i innych dóbr Kościołowi. A drugim z powodów – inwigilacja środowiska nauczycielskiego, od którego wychowanie całego narodu zależy. Wodzio tak bardzo pragnął w to wszystko nie wierzyć, że zabiłby każdego, kto próbowałby mu udowodnić, że Kościół jest instytucją polityczną, a nie kawałkiem Nieba i Pana Boga.
Toteż kiedy Papież umarł i zaczęto wywlekać na światło dzienne wszystkie Jego cuda, Wodzisław chwycił się ich jak ostatniej żyletki ratunku. Żarliwie począł wierzyć, że Patriarcha uzdrawiał dotykiem, że czytał w myślach, że… chodził po wodzie? Sam już się mylił, co było cudem Jezusa z Nazaretu, a co – Karola z Wadowic. Zresztą różnice okazywały się coraz mniejsze z każdym dniem przed telewizorem. „Ach! – myślał rozmarzony – Przecież muszą Go beatyfikować! Wtedy Polska urośnie w siłę! Pokażemy materialistycznej Europie, jakie są wartości chrześcijańskie! Będziemy się liczyć najbardziej na kontynencie i w pobożnej Ameryce!” Te marzenia miło rozmiękczały jego umysł. Widział siebie jako posła do Sejmu najważniejszego kraju w Europie. Być może nawet jako deputowanego do Unii?…
Ponieważ tropienie zakamuflowanych komuchów okazało się trudne, a rzeczywistość zagmatwana, w dodatku do złudzenia przypominająca czasy przedrewolucyjne – toteż Wodek nabrał przekonania, że w historię wkradł się sam szatan. I że trzeba go wypłoszyć chytrym sposobem. Wpadł więc na pomysł publicznego ogłoszenia, że ma jakieś tajemne teczki, w których posiada dowody na to, kto kiedy kolaborował z Sami-wiecie-z-kim.
Nie spodziewał się, że idea teczek zrobi taką furorę! Raptem okazało się, że inni też mają teczki. Zaczęła się wojna teczkowa. Istne szaleństwo!
Ostatecznie – ponieważ trwało to niepoważnie długo – prawica zażądała ujawnienia, kto z osób publicznych podpisał kiedykolwiek cyrograf z Bezpieką.
Prawdy, która tu wypłynęła, Wodek już nie przełknął. Niektórzy herosi okazali się cienkimi bolkami! Jak to możliwe?!
Nie pomógł nawet profesor W., który odwiedził go kiedyś w gorączce.
- Wodek, nic nie jest czarne ani białe, ani stanowczo czerwone – mówił - Mickiewicz też podpisał, a jednak jest bohaterem narodowym. Nie ma świętych! Za to w kręgach przeciwników zawsze znajdziesz poczciwian uczciwych jak małe dzieci. Poszukaj tylko!
Szukał. Znalazł. Oto sekretarz Zakładowego Oddziału PZPR wielu młodym rodzinom „załatwił” mieszkania – bez niego te lokale dostaliby partyjniacy, a tak – małżeństwa z dziećmi, gniotące się wcześniej w M2 z rodzicami i rodzeństwem. Oto działacz ZMS udostępnił wielu studentom stypendia, kiedy rodziców nie było stać na utrzymanie dorosłych dzieci w wynajętych pokojach. Oto okazało się, że wiele łożono na kulturę, naukę, sztukę. Studia zaoczne były za darmo. Ciężkie leczenia i operacje też, nawet dla starych ludzi. I nie było bezdomnych, bezrobotnych, bezpańskich.
No to gdzie tu prawdziwa prawda? To po co ta rewolucja?
Wodek wiedział, czyja to sprawka, przecież nie był wariatem: żydokomuchy! Wszędzie, są wszędzie! Każdy naród wystrychną na dudka!
I po co to całe życie?…
Postanowił skończyć ze sobą w tak efektowny sposób, żeby potrząsnąć narodem i przebudzić go, a samemu zająć piedestał Bohatera. Samospalenie!
Wybrał sobie odpowiednio liczną publiczność: międzynarodowy mecz futbolowy. Za pazuchą wniósł dwie butelki rozpuszczalnika. W przerwie – zapalniczka i… Koniec.
Profesor W. przyjechał po Wodka ERką i stwierdził zawał. Bez pomocy alkoholu. A nawet rozpuszczalnika.
Pakując ciało do auta, uśmiechnął się sardonicznie jakoś… A natrafiwszy na nasz zatroskany wzrok, podał nam rękę i przedstawił się:
- Woland jestem. Nie martwcie się, historia idzie zgodnie z planem. Zaopiekuję się rodem Młot-Stupolskich, trafia ich do mnie coraz więcej. Rewolucja? Zawsze kończy się swoim lustrzanym odbiciem, i to w krzywym zwierciadle. Wolność? Trzeba ją mieć w sobie. Od wewnątrz. Bardzo miło mi było poznać.


komentarze
avatar sasza
stasicaonet.eu
2010-02-06, 19:12:36:
wędrowiec
Oxy, bardzo ciekawie piszesz, przeczytałamz zainteresowaniem
świetnie,
--
każdy potrzebuje bohatera dla przystani zbawiennej

avatar Oxyvia
2010-02-07, 01:14:11:
wędrowiec
O, Stasia! No to bardzo mnie ucieszyłaś, bo myślałam, że nikt już nie czyta opowiadań dłuższych niż jedna strona! (A moje ma aż cztery). :-)))
Buziaki serdeczne!
Joa.

avatar kade
kade
2010-02-09, 08:55:56:
mechanik liryczny
[komentarz edytowany przez autora wpisu]
cóż powiem, świetny przemyślany tekst, przeczytałem go bez wytchnienia:)...nie ma ideałów

avatar Oxyvia
2010-02-09, 20:43:31:
wędrowiec
Kade, bardzo dziękuję za miłą opinię o tekście. Tak, dokładnie: nic nie jest czarne ani białe.
Pozdrawiam.
Oxy.

avatar amk
2010-05-22, 05:05:04:
antracyt
;) "prowokatorka"
I tak myślę sobie, mędrkuję, czy nie w szarości siła...
--
Ceń cień (Jan Sztaudynger)

avatar Oxyvia
2010-05-26, 22:51:19:
wędrowiec
Andrzeju, dziękuję za miły koment. Tak, jestem prowokatorką. :-)
Ale ta szarość? Czy ona jest gdzieś w tym opowiadaniu? Mnie się zdaje, że fanatycy wszelcy są raczej kolorowi...
No, ale to tylko moje odczucie, być może całkiem mylne.
Siłę niestety mają, o tak. Weźmy za przykład faszystów albo wszelkie wojny krzyżowe.

O utworze:

wyświetleń:443
komentarzy:6


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Oxyvia
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.