avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


25 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Veles
każdy inny wszyscy różni :c
opowiadania
dodano:
14 stycznia 2010, 21:44:38


towarzysze i towarzyszki



[poza tym mam się niczego nie bać, to tylko kolejny niedobór witaminek fajek kasy chęci, wszystko się ułoży, bo zawsze jakoś się układa, chociaż nigdy ten niedobór nie zamienia się dobór, nasycenie, och, chcę być jak i wy, bracia moi, kolejnym zadowolonym z siebie, sytym kretynem, rzygam z głodu żółcią, zbieram niedopałki, mierzę ciśnienie. opadam na fotel, powodowany tym niedoborem, oprócz którego nic nie pamiętam, renta zawsze była cienka, kaska nigdy sie nie sypała, szafa wiecznie pusta, z tych braków lepiłem swoje dni, składałem je w całość, poznawałem przez nazywanie, ale było to przecież poznawanie jałowe, skupiam się na potrzebach, potrzebuję, pragnę, muszę i nie mogę, tego system nie przewidział, o tym pan nie mówił, czuję się osaczony moim pędem ku konsumpcji, moim pociągiem do cielesności, do uspokojenia tej bladej, żałosnej powłoki, jestem zmuszony więć kombinować tak, jak zawsze kombinowałem; zawsze z tym kurewskim przeświadczeniem, że coś jest nie tak w całym zamęcie, że to wszystko jakieś nieprawidłowe, kalekie, niepełnosprawne, wbrew sobie, wykonuję akcje, o ile są wbrew mnie, wszystkie są wbrew mnie, żyję życiem, które nie ma ze mną nic wspólnego, pędzę za spełnianiem się na najprostszych płaszczyznach, nie mówiąc już o grubszych rozkminach, tak, grubsze rozkminy są tym, o czym marzę, ale najzwyczajniej w świecie nie mam na nie czasu, nie potrafię znaleźć tego czasu, jest w tym pewna prawidłowość, masłow przewidywał paradoksalną nadrzędność potrzeb niższych, tak, tak, teraz mi się to przypomina, więc przynajmniej tą z dupy wyjętą teorią mogę jakoś usprawiedliwić swój żal, swój niepokój, swoje całe gówniane jestestwo, które funkcjonuje jak pies o imieniu bambo, z tą tylko różnicą, że sypia w łóżku, że śni i wyciąga z tych snów dramatyczne wnioski, w zasadzie to nic dobrego, dramatyzm napędza moje potrzeby, przyspiesza ich obieg i termin zdatności do spożycia, kurwa, powtarzam, siedząc w pokoju, kurwa, mówię, otwierając oczy, wieczna, permanentna kurwa, kurwa jak rewolucja, boję się wstać, od samego początku napędzany potrzebami, mający świadomość niemożności ich spełnienia, wzbijam się w dzień, który jest tylko przedłużeniem snu, który tak naprawdę nie wydarza się, który jest pieski, chwilowy, odarty, wyzuty ze swoich właściwości, powodujący pogłębienie deficytu dnia. dzień uwstecznia, pogrąża, gdybym miał wymienić pozytywy cyklicznego następowania po sobie dnia i nocy, byłbym skonsternowany, nawet nie chcę się wysilać, takim sposobem do niczego nie dojdę, wręcz przeciwnie - uduszę się w tym obiegu, wypadnę z toru, ha, jakaż perwersja, myślę o rozkminach, wiedząc, że pogrążyłyby mnie one ostatecznie, nie zostawiłyby suchej nitki na mnie, niewiedza to błogosławieństwo, od którego chcę uciec, otoczony ciężkimi idiotami i tymi bezsensownymi rozmowami o perfidiach, kurwa, znowu powtarzam, w ogóle jakże można robić coś przeciwko sobie, wyczuwam tutaj jakąś sprzeczność, jesteśmy różnicą pomiędzy tym, kim chcemy być, a tym, kim jesteśmy, tak jest, ja już wiem: jestem wypadkową wszelkiej lipy, otaczającej mnie aury, powtarzam się i tylko jej filtr należy do mnie, on też jest ściśle określony i zawsze ma ten sam wydźwięk. czasami zdarzają się momenty, ale one nie są warte zawierzenia, tymczasem zawierzam tym momentom jak przedszkolak, całkowicie się im oddaję, no, łaknę jakiejś jasności, to jest mój język, to zawierzenie też stanowi jeden z czynników chujni, wszystko się nakłada i jest zajebiście jasne, bez przewrotu puczu zamachu stanu na najwyższym szczeblu niczego nie zmienię, nie ucieknę od wizji postępujących wymiocin. to tak jak zeitgestowy samonapędzający się popyt, nic nowego, fakt dokonany, cykliczna rotacja, powroty, opadanie w sen, zupełnie jakbym został zeslany na sybir i spędził w jarcewie kilka lat, taka szkoła, więc to opadanie w sen, krótkie wizje, och, tylko sen ratuje mnie od tego zezwierzęcenia i chociaż jest najbardziej iluzoryczną formą rzeczywistości zastępczej, poddaję się mu służalczo. przebudzenie, to są zawsze niepodobne do niczego poranki, mówiłem: przedłużenia nocy, odzyskuję świadomość, potrzeby wchłaniają mnie i właśnie wtedy, kiedy wstaję, wykonuję te wszystkie ludzkie czynności, następuje najbardziej emocjonalna chwila dekady, chcę wyjść na górę, na najwyższy szczyt, przerwać to, utonąć w tym krzyku, roznieść się na wietrze, zacząć żyć, zacząć.]


komentarze
O utworze:

wyświetleń:490
komentarzy:0


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Veles
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.