avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


27 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Zofka
fiubździu
opowiadania
dodano:
23 sierpnia 2003, 02:30:20


Nasada tłoczna do zasilania urządzenia tryskaczowego.

Wsiadla do autobusu linii 519. Byl zupelnie pusty. Minela budowe tunelu, bank, Intraco, szkole muzyczna, Plac Bankowy. Zastanawiala sie przez chwile czy nie wsiasć do metra, ale doszla do wniosku, ze woli popatrzeć na oswietlone o tej porze latarniami miasto. Chlonela wzrokiem wszystkie budynki, Park Saski, Swietokrzyska, FuckDonald'a, Sklep, Domy Towarowe. Wysiadla. Zawsze kiedy wysiadala i patrzyla na Palac Kultury, na Marszalkowska, na tych wszystkich ludzi obok których przechodzila nie zauwazona, na jej usta wpelzal usmiech. Moze nie byl to usmiech szczescia, ale zawsze to cos. Nigdy nie zauwazona. Przeszla podziemiami, wolnym krokiem, usmiechajac sie do zaspanych ochroniarzy. Dopiero co otwarto kiosk, jeszcze nie przyjechala poranna dostawa gazet. Przeszla pustym chodnikiem, az za Sklep. Tam stanela przed cichym mglistym pasazem, zaciagnela sie powietrzem, poszla w przód, obejrzala galerie, poczytala ogloszenia. Zawsze zatrzymywala sie przy slupach i bacznie czytala wszystkie ogloszenia, o nowych plytach, spektaklach, festiwalach. Wrócila z powrotem do miejsca, w którym sie przedtem zatrzymala. Usiadla na lawce, wyjela muline i zaczela plesć bransoletke. W pewnym momencie jej uwage odwrócil ochroniarz, który wlasnie zszedl schodami wewnatrz budynku i zaczal otwierc tylne wejscie. Spojrzala sie na niego, ich wzrok sie spotkal, przez chwile na nia spogladal, lecz szybko odwrócil wzrok. Lubila peszyć obcych ludzi na ulicy, patrzac sie na nich bez skrupulów. Wszedl na góre, juz go nie widziala. Wrócila do bransoletki, lecz za moment jej skupione mysli rozproszyl jakis ruch. Piećdziesiecioletni mezczyzna, z trzydniowym zarostem, szedl w kierunku slupa. Z ciezkiego plecaka wystawaly zwoje papieru, w reku niósl wiadro z klejem i pedzlem. Zatrzymal sie, zaczal smarować slup i przymocowywać ogloszenia. Gdy zabraklo mu miejsca, wykorzystal przestrzeń na latarni. Z drugiej strony zjawili sie sprzatacze. Wyjeli smieci z kublów, zamietli ulice. Zauwazyli mezczyzne z plakatami.
- Spierdalaj stad, kurwa!!! Zrywaj natychmiast te ogloszenia!!!
- Chujaj sie!!!
- Spierdalaj kurwa mówie, nie bedziemy sie codziennie pierdolić z toba i tymi twoimi ogloszeniami!! Zrywaj je i spierdalaj, bo zaraz przyjedzie straz miejska!!!
Mezczyzna z ogloszeniami, poczal zrywac to, co przed chwila nakleil, widocznie z leku przed Straza Miejska. Za chwile wszyscy trzej znikneli. Znów powrócila do bransoletki. Po paru minutach zaczely sie schodzić ekspedientki pracujace w domach towarowych. Znów oderwała sie od swojego zajecia i poczela obserwować dziewczyny. Wszystkie dobrze ubrane, z torebkami typu "potolapki", umalowane z ufarbowanymi wlosami, precyzyjnie przygotowane do konfrontacji ze stadami rozwscieczonych klientów. Jedno co zauwazyla, to to, ze zadna z nich o tej porze nie miala jeszcze na twarzy tego slodkiego ociekajacego lukrem, sztucznego usmiechu. Pasazem zaczeli chodzić ludzie. Doszla do wniosku, ze dzień w miescie juz wstal i moze wracać do domu. Tym razem wybrala metro. Podróz powrotna zawsze fascynowala ja mniej niz ta w pierwsza strone. Wysiadla na stacji "Ratusz", przesiadla sie w autobus, usiadla na fotelu tuz przy drzwiach, ale inaczej niz zrobilby to cywilizowany czlowiek. Oparla sie o szybe odgradzajaca fotele od schodków, kolana podwinela pod brode i najpierw patrzyla sie przed siebie, ale gdy jakis nowy pasazer usiadl na siedzeniu tuz przed nia, odwrócila wzrok do okna i pograzyla sie we wlasnych myslach. Wysiadla na przystanku w poblizu domu. Zawsze gdy opuszczala autobus czekala na ten moment gdy on jechal w tym samym tempie, co ona szla. Byla to jedna z niewielu rzeczy jakie uwielbiala. Pokierowala swe kroki wzdluz chodnika prowadzacego do bloku, w którym mieszkala. Kazda podróz do centrum traktowala jak wyprawe, z której wynosila cos nowego, zawsze odkrywala jakis szczegól i wciaz gdy wracala wlasnie tym chodnikiem do domu, miala wrazenie, ze cos sie kończy, jakies oryginalne przezycie, którego nie mogla sprecyzować. Zazwyczaj gdy o tym myslala mijajac rzedy drzewek posadzonych w czasach socjalistycznych, kiedy zbudowano tutaj osiedle tych kilkunastu puszek, klatek, czy jakkolwiek inaczej to nazwać, to robilo jej sie nawet troche przykro, ze skończylo sie cos tak ulotnego i nieuchwytnego i nawet byc moze nigdy sie to nie powtórzy. Chociaz tak na prawde w glebi duszy wiedziala, ze powtórzy sie jeszcze wielokrotnie, po prostu nie lubila wracać do domu. Dom lubila tylko wieczorem, kiedy mogla zgasic swiatlo i nikt, ale to na pewno nikt jej nie widzial. Za to ona brala wtedy lornetke i obserwowala mezczyzne mieszkajacego na drugim pietrze w bloku na przeciwko. Jego postać ja zaintrygowala, bo kiedys zauwazyla, ze w jego oknach zupelnie nie ma firanek, na parapetach stoi mnóstwo kwiatów, a wnetrze mieszkania widac jak na dloni, zwlaszcza kiedy zapali swiatla, a z reguly zapalal od razu wszystkie. Lubila czasem go obserwować, a upodobanie to potegowal fakt, ze mezczyzna nie mial pojecia o jej istnieniu i w zwiazku z tym nie mial do niej pretensji o to co robi. Kiedys zdawalo jej sie nawet, ze chcialaby go poznac, czy zobaczyc, ale z czasem wykreowala sobie jego charakter, wyglad i gdyby wiedziala kim jest na prawde, to wszystko by sie zepsulo.
Tak wiec z niechecia wrócila do domu, zdjela kurtke, weszla do kuchni, napila sie wody i nie bardzo wiedziala co dalej zrobić. Postanowila zaczac od herbaty. Otworzyla szafke, wziela do reki dwa opakowania. Sencha z naturalnym aromatem wisni japońskiej i mieszanka czarnych herbat z kawalkami jablek, platkami blawatka i rozgrzewajacymi przyprawami korzennymi. Chwile trwala tak nie wiedzac na co sie zdecydować, az w końcu wziela koszyczek, wlozyla go do swojej ulubionej filizanki i nasypala dwie lyzeczki czarnej. Wybrala ja bo nieco zmarzla siedzac za Sklepem, a ona miala taki cieply, domowy smak. Wstawila czajnik z woda na gaz. Znala sie na herbatach i kawach, duzo ich pila. Czesto gdy byla na Krakowskim Przedmiesciu wstepowala do "TEAHOUSE" ' u. Nie uznawala szklanek, zawsze pila z bialej filizanki, na której recznie namalowane byly dwa kotki siedzace tylem na dachu, których ogony splatywaly sie ze soba. Nie uznawala równiez rozpuszczalnej kawy i kakao, które pila czesto wieczorem; tylko holenderskie z glinianego kubka z wyzlobionymi barankami. Gdy woda sie zagotowala odczekala chwile zanim zalala liscie (bo herbaty nie nalezy parzyc wrzatkiem), a gdy juz wreszcie skończyla ten jakze skomplikowany proces, wyszla do pokoju. Tam usiadla na kanapie, odetchnela gleboko, pociagnela spory lyk z filizanki, przez pare sekund delektowala sie smakiem napoju, gdy jej wzrok padl na wieze stereo. Muzyka. Tego jej bylo w tym momencie trzeba. Jakas spokojna, ciepla myzyka. Saksofon, z którego sacza sie delikatnie, powoli, waska smuzka, zamglone, oprószone zlotym piaskiem dzwieki. Gdy juz dokladnie wyobrazila sobie to czego ma ochote w tej chwili sluchać, odstawila filizanke, podeszla do stojaka z plytami, wybrala "Gotan Project". Byl tam jeden taki utwór, wlaczyla go i wrócila na kanape. Usiadla w jej kacie, herbate odstawila na podloge, zamknela oczy, a plynace z glosników nuty wlaly sie do jej wnetrza, zawladnely nia, oplotly. Poczula pustke. Pomyslala, ze dzis jest dobry dzień na medytacje. Lubila medytować, ale tylko wieczorem, kiedy byl bezwzgledny spokój, samochody nie jezdzily juz po ulicach, a swiat opanowywal mrok i cisza. Zapalala wtedy swieczke, siadala oparta o sciane i tak trwala przez dwie, czasem trzy godziny. Gdy muzyka ucichla,a filizanka opustoszala, wyrwala sie z odretwienia, spojrzala bezmyslnie na wnetrze mieszkania, potem w okno. Pogoda byla sloneczna, po niebie leniwie posuwaly nieliczne chmurki. Miala ochote cos zrobić, ale nie bardzo a wiedziala co dokladnie. Mieszkanie i tak bylo pedantycznie wysprzatane, nie zrobila co prawda jeszcze obiadu ale na jego gotowanie bylo jeszcze zbyt wczesnie. Miala do dokończenia tlumaczenie pewnej ksiazki, wiedziala ze musi miec ja gotowa na poniedzialek, i jesli teraz nie usiadzie do pracy, to zrobi to dopiero w nocy. Wstala, zaparzyla kolejna herbate, tym razem senche i usiadla do komputera. Przed oczami miala ostatnie czterdziesci siedem stron hiszpanskiego tekstu. Praca nie szla jej, co chwila cos ja rozpraszalo. Wziela wiec lap-top'a, usiadla wraz z herbata i ksiazka na parapecie i dopiero tam, pod wplywem porannych promieni slonecznych udalo jej sie skupić. Postanowila wreszcie skończyc z tym idiotycznym "dzielem" literackim, juz miala dosyć. Okropnie jej sie nie podobala ksiazka, która sie zajmowala. W ogóle nie lubila ksiazek o takiej tematyce. Wielkie problemy dzisiejszego pokolenia!! "Przespalam sie z nim, bo byl fajny, ale w sumie to nie wiem czy dobrze zrobilam, a wczesniej to wypalilismy po dwa jointy, wiec w ogóle nie wiem czy to byl on, och musze isc na dyskoteke zeby o nim zapomnieć bo on juz chyba nie zwraca na mnie uwagi, a potem sie upije i bedzie cool". Kto w ogóle miewa takie problemy? Podobno wszyscy - to przerazajace. Nawet jesli kiedykolwiek miala jakies problemy, to nigdy nikomu o nich nie mówila, bo dochodzila do wniosku, ze i tak na nikim nie zrobia wiekszego wrazenia. Powiedza tylko "Wspólczuje Ci, nie martw sie, bedzie lepiej, wszystko sie ulozy", wypija herbate, zjedza ciastko i sobie pójda. A potem wróca za dwa dni i beda przez godzine mówić o tym, ze "Ach podoba mi sie ta laska, powiedz co mam zrobić", ona da im jakas rade, kiwnie pare razy glowa i wszyscy beda szczesliwi, bo oni mysla, ze ona ich sluchala i to z duzym zainteresowaniem, a ona cieszy sie, ze nareszcie wyszli. I tacy sa wszyscy. Generacja nic. Wreszcie skończyla. Pojechala do wydawnictwa, zeby od razu pozbyć sie dziadostwa; zajelo jej to niezlych pare minut. Byla tak wykończona intelektualnie, po przetlumaczeniu tego szmatlawca, tego harlequina, ze nie miala nawet ochoty wstapić na mala kawe na Brackiej, nawet nie wygladala przez okno autobusu. Wrócila do mieszkania, rzucila klucze na szafke i poszla robić obiad, a w zasadzie kolacje. Wyjela dwa jajka, oddzielila bialko od zoltka, gdy wlasnie zadzwonil telefon. Wytarla rece w sciereczke i weszla do przedpokoju by odebrać.
- Slucham? - spytala jak to zwykle czynia ludzie podczas podnoszenia sluchawki telefonu. Wiedziala kto dzwoni. Rudy. On zawsze dzwonil wtedy, gdy tego chciala. Tak bylo i tym razem. Zawsze gdy chciala z kims pogadać, czy po prostu nie siedzieć samemu w domu, to dzwonil Rudy i proponowal, ze moze wpadnie. Dlatego teraz wyjela kolejne dwa jajka i usmazyla dwa omlety a nie, jak pierwotnie planowala, jeden. Rudy nie mial do niej daleko, poniewaz mieszkal w tym samym bloku co facet z drugiego pietra, prawdopodobnie wiedzial nawet jak wyglada, a moze nawet go znal. Mial dziecko, nie wiedziala z kim i nigdy o to nie pytala, czasem sie nim zajmowala gdy Rudemu wypadalo nagle cos waznego lub mial sesje na studiach. Przyniósl jej plyte Pearl Jam. Czesto wymieniali sie plytami, ksiazkami, czy komiksami, mieli podobne zainteresowania. W gruncie rzeczy móglby być jej chlopakiem, ale jakos zadnemu z nich nigdy nie przyszlo to do glowy. Czesto u siebie nocowali, sypiali ze soba, spedzali trazem duzo czasu, a jednak nie bylo w tym osobliwym zwiazku milosci. Jej nie przeszkadzaloby gdyby znalazl sobie dziewczyne. Wiedziala, ze i tak nic sie nie zmieni. Nadal beda razem robić to co zawsze, moze tylko bedzie mógl poswiecać jej mniej czasu, bo dziewczyny zazwyczaj sa osobami o dosć egocentrycznym nastawieniu do spoleczeństwa i wszystko musi być im podporzadkowane; z rozkladem dnia na czele.
Tak wiec przyszedl do niej, usiedli razem do omleta z pieczarkami. Wreszcie byl przy niej ktos inteligentny z kim moglaby pogadać o czyms wiecej niz z innymi. Zaczeli oczywiscie od tlumaczenia beznadziejnego utworu, ale potem rozmowa zeszla na inne tory. Lubila z nim dyskutować, w zasadzie ich rozmowy przechodzily czesto w przekomarzanki zakrawajace na klótnie, poniwaz Rudy byl tym typem czlowieka, który lubi stawiac na swoim, niezaleznie od tego czy ma racje, czy nie. Ona lubila takich przekornych i zlosliwych ludzi, czasem nawet chamskich. Gdy zjedli, razem zmyli naczynia. Zawsze mieli przy tym od groma smiechu, spiewali razem z wlaczonym radiem, a gdy ich wena muzyczna przekraczala mozliwosci radia, to wylaczali je i darli sie w nieboglosy bez jego wsparcia. Potem poszli do pokoju zgasili swiatlo i wlaczyli muzyke. Miala nagrana specjalna kasete, na której bylo duzo szybkich, hiszpańskich piosenek. Tańczyli przy tym przez póltorej godziny. Rudy swego czasu swietnie nauczyl ja tańczyć. Z poczatku tego nie lubila, byla sztywna, nie mogla wpasć w trans towarzyswzacy tańcu, nie mogla zlapac tego specyficznego stanu ciala, tej miekkosci, zawsze starala sie wszystko robic zgodnie z regulami, nie mogac pojać, ze w tańcu regul nie ma i ze to partner wlada jej krokami. Rudy jednak wiedzial, ze taniec to nie tylko ruchy ciala i cala sztuka polegala jedynie na tym, by ja o tym przekonać.
- Taniec jest jak seks. Jestes zespolona ze swoim partnerem, tworzycie jednosć. Pomysl jak wygladalby seks gdyby kazde z was robilo co innego? To nie mialoby sensu! Wasze ruchy sa podobne, twoje gesty uzupelniaja jego i na odwrót. Musisz nim nasiaknac, przestać mysleć o wszystkim i wejsć w jego dusze, rozluznić sie, uplynnić rytm swoich dzialań, uniesć sie i spojrzec na to z góry! Och, mysle ze tego sie nie da opowiedzieć, to trzeba poczuć!!!
Opowiadal o tym z taka ekspresja, takim zachwytem, iz w końcu uwierzyla w magicznosc tego zdarzenia na tyle, ze zapragnela go spróbować. Nie robilo jej w zasadzie wiekszej róznicy z kim to zrobi, ale sposób w jaki opisywal to Rudy, sklanial ja do podzielenia wlasnie z nim tego przezycia. I tak wlasnie zrobila. Od tamtego czasu czesto sie kochali i czesto tańczyli. Oboje to uwielbiali, co prawda ona nie robila tego z nikim innym,ale z jakichs wzgledów byla pewna, ze Rudy robi to w inny sposób niz inni mezczyzni. Moze dlatego, ze podchodzil do tego tak emocjonalnie i duchowo? A moze dlatego, ze smial sie w glos gdy szczytowala? I dzisiaj, gdy mieli juz dosć tańca znów sie zblizyli. Potem dlugo razem lezeli i rozmawiali. Opowiedziela mu o awanturze, której swiadkiem byla siedzac za Sklepem dzis rano.
- Och, mysle ze to bylo okrutne ze strony tych sprzataczy. Przeciez czlowiek zerwal sie rano i zarabial na chleb!
- A co za róznica: zarabial, czy nie? Mysle, ze to po prostu ciekawe co zobaczylam. Ciesze sie, ze tam dzis pojechalam. Nigdy wczesniej nie widzialam co dzieje sie w stolicy o ósmej trzydziesci rano.
- Ciekawe?? - uniósl sie z oburzenia na lokciu - Ciekawe?? Jak moze byc dla ciebie ciekawe nieszczescie innych ludzi? Spróbuj sie postawić na miejscu tego czlowieka...
- Odwal sie, nie mam ochoty stawiac sie na niczyim miejscu, mam w dupie to co czul ten facet, tak samo jak on myslalby o moich problemach gdyby mnie znal, ale mnie nie zna. I ja tez go nie znam wiec nic mnie on nie obchodzi. - wyszla z lózka zlapala koszule Rudego i poszla do kuchni napic sie soku, albo po prostu uciec od tej bezsensownej z jej punktu widzenia dyskusji.
- I kazdy kogo nie znasz ma dla ciebie takie samo znaczenie? A raczej nie ma zadnego znaczenia? - nie dal za wygrana i wybiegl za nia.
- No jasne, a czemu mialby mieć jakiekolwiek znaczenie?
- Moze chociazby dlatego, ze jest czlowiekiem?
- O nie chlopcze, to stanowczo niewystarczajacy powód - usmiechnela sie do niego slodko.
Gdy byla poirytowana zawsze mówila do niego "chlopcze" i slicznie sie usmiechala. Nienawidzil tego. Teraz tez sie zdenerwowal i wyszedl do lazienki pod prysznic. Nie zapalajac swiatla w kuchni postawila na gazie cisniwniowy ekspres do kawy. Poszla do pokoju. Położyła się na łóżku wzięła do ręki "Duży Format". Rudy wypadł w dżinsach z łazienki, złapał swój bordowy polar, związał włosy gumką i zaczął wiązać buty. Przez chwilę patrzyła na niego zdumiona.
- Już idziesz??
- A na co mam czekać??- powiedział ze złością.
Wstała z łóżka, oparła się o framugę drzwi. Nie była na niego zła, że wychodzi. Robił to zawsze w takich sytuacjach, od czasu kiedy ze złości rzuciła o podłogę talerzem. Tak więc omijając wszelkie zbędne formułki typu "do widzenia" lub "pocałuj mnie w dupę", wyszedł. Nie pozostało jej nic innego jak wypić kawę. Dużo kawy. Poza tym nie była sama, miała jeszcze Ernesta. Ernest był personą niezwykle dla niej wygodną, ponieważ po pierwsze mogła go zmieszać z błotem, zeszmacić, wyjsć z domu w stanie absolutnej wściekłości, a gdy wracała zawsze strzygł ze szczęścia uszami, po drugie zaś nikt o nim nie wiedział, a to z tej prostej przyczyny, że był goblinem i to w dodatku wyimaginowanym. Tak, wytworzyła go sobie, ze wzgledu na własne, egoistyczne potrzeby. Ale trzeba jej przyznać, że dbała o ten wytwór wyobraźni nadzwyczaj troskliwie. Wyrzeźbiła mu z gliny domek, w kształcie drzewa, czteropietrowy, co prawda bez łazienki, ale za to z pokojem przeznaczonym specjalnie do mycia. W środku była miska na stołeczku, malutki ręczniczek i nocnik- to na samej górze. Zaś pod umywalnią zanjdowała się sypialnia w, której stało łóżeczko i szafka nocna, a także komoda, na której siedział ulubiony miś Ernesta, a w środku były jego ubrania. Piętro niżej była kuchnia z kaflowym piecem i okrągłym stołem na środku, a na samym dole pokój dzienny, w którym stało łóżko na wypadek gdyby Ernesta chciał ktoś odwiedzić, co jeszcze nigdy sie nie zdarzyło, bo nie znał go przeciez nikt oprócz niej. Nie powiedziała o nim nikomu, bo po pierwsze bała się, iż ludzie oskarżą ją niesłusznie o jakieś zaburzenia psychiczne, o których oczywiście nie było nawet mowy, a poza tym był jedyną rzeczą, która należałaby tylko do niej. Mieszkanie, a siła rzeczy to co sie w nim znajdowało (w razie niewypłacalności) należało do spółdzielni, a nic poza mieszkaniem i jego zawartościa nigdy nie posiadała. Miała jeszcze miejski, holenderski rower, ale zawsze istniała mozliwość, że go ukradną, więc nie przywiązywała sie do niego zbytnio. I teraz właśnie postanowiła ubrać się jak człowiek, w jakąś normalna bluzkę. Zdjąć wreszcie z siebie tą koszule Rudego, która tak ją nie wiedziec czmu uwierała i w jakiś sposób dawała znać o swojej obecności. Jednak coś wreszcie poczuła, jakies rozgoryczenie, może irytację, ale nie było w tym nic z wściekłości. Zazwyczaj czuła jedynie wściekłość, buzującą w niej przez długi czas, kumulującą się wewnątrz, przetrzymujaca wszystkie wydarzenia, po których normalny człowiek, dawno miałby juz ochotę krzyczeć, wyć z wściekłości i uzewnetrzniającą sie w postaci jakiegos szalonego załamania i poczucia niemocy, które wybuchało w niej dopiero po tym gdy na przykład włożyła szelkę od spodni do kubka z kakaem, albo zepsuła jej sie szuflada i z tego powodu nie mogła zamknąć szafy. Dobijały ją jedynie tego typu drobnostki. Teraz natomiast, nie dośc, że nie czuła wściekłości, tylko mieszankę jakichś dziwnych uczuc nie poznanych nigdy wcześniej, to jeszcze te lawine wywołało takie drobne wydarzenie - sprzeczka z Rudym. Ile razy się z nim kłóciła i nie odczuwała żadnych konsekwencji, czy dalszych spieć pomiędzy nimi - wręcz przeciwnie, wszystko samo wracało do normy, nikt nikogo nie przepraszał. Ona w ogóle nigdy w swoim życiu nikogo nie przeprosiła. W tej chwili uczucia ja przerosły, więc wsiadła na rower i pojechała do centrum miasta, pod Sklep. Tym razem to ona nie widziała nikogo poza soba, czuła jakby jechała przez czarna dziurę. Dojechała w końcu na miejsce. Zawsze pobyt za Sklepem uspokajał ja, tym razem chodziła w ta i z powrotem, nie mogła usiąść, gdyz wtedy nie miała by co zrobić z rowerem. Zatrzymała się na rogu, w miejscu, w którym zatrzymywała się już tysiące razy i spostrzgła tam czerwoną, jakby urzędową tabliczkę, na której napisano "Nasada tłoczna do zasilania urządzenia tryskaczowego." Nigdy wcześniej jej nie widziała.
Wsiadła znów na rower. W jej głowie, plątały sie tysiace myśli o niej samej. Była trochę dziwna, obca wsród tłumu, inna, nieczująca, interesująca. Miała zbyt bogatą wyobraźnię. Rozpędziła sie do granic możliwości.

* * *

Taka była. Ale już jej nie ma.


komentarze
~amiga de tu hermana
2004-11-04, 11:22:02:
go��
Estoy impresionada. En serio tu lo has escrito?? Por favor, sabiendo cuantos ańos tienes, no lo puedo creer. Parece que pierdo mucha vida matutina. Saludos :)

O utworze:

wyświetleń:1196
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Zofka
          lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.