avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


16 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Veles
każdy inny wszyscy różni :c
opowiadania
dodano:
6 listopada 2009, 15:05:44


biegiem migiem

14:29

Ten rynek, to miasto, jak potulnie nazwał tą dziurę Czarek, ten park, kamienice, to wszystko jakaś tragedia, myśli Bastek, obserwując widok rozpościerający się za boczną szybą samochodu. To jakieś nieporozumienie. Przytulne, acz kompromitujące miejsce. Bastek ma dość tej imitacji, coraz częściej dochodzi do wniosku, że nie w smak mu ta imitacja życia, miasta, towarzystwa. Bastek chciałby coś zmienić, och, jakże cudnie byłoby się stąd wyprowadzić, zmienić miejsce zamieszkania, stać się sobą, osobą niezależną, nie muszącą jeździć po wsparcie finansowe ojców na pocztę, przecież ja mam trzydzieści lat, wiek prawie chrystusowy, po tych trzydziestu latach wciąż krążę wokół szpitala, gdzie wypluto mnie na ten świat, ciągle mam go przed oczami, to jakieś nieporozumienie. Bastek marzy o wyspach kanaryjskich, nie chce chcieć tylu rzeczy, ale jednak chce, pożąda, chcenie przejmuje nad nim kontrolę i skutkuje niesamowicie przykrym samopoczuciem, och, jakież to wszystko daremne, starzy, kiedy to wyjechali do U-eS-A, zostawili mu we władanie dawne mieszkanie, które on znienawidził z całych sił, które to stało się symbolem jego upadku, jego osobistej porażki. W sumie Bastek ma za złe to, że rodzice nie wzięli go ze sobą, Boże, mija już piąty rok, odkąd wyjechali, wrócili tutaj tylko dwa razy, ostatnio jakieś sześć miesięcy temu, on w garniturze, ona w eleganckiej, acz skromnej sukience, uśmiechnięci, wybieleni na zębach, z błyskiem w oczach, zupełnie obcy, tak, Bastek nie mógł ich poznać, najpierw myślał, że to może jacyś starzy znajomi, których nie pamięta, ale jednak nie, to byli oni, oni, rodzicie, lepsi, nowocześniejsi, pozmieniani. Jeszcze do tego ta okropna naleciałość angielszyzny, ten obleśny akcent, jaki się do nich przykleił. Na początku wydawało się to nawet zabawne, ale po zaledwie kilku godzinach stało się jakimiś nieumykającym uwadze, przykrym detalem. Przyjechali więc, zostali na parę dni, odwiedzili paru miejscowych znajomych, zapytali o zdrowie, zostawili trochę pieniędzy i odlecieli, Bastek pamięta ciszę, jaka panowała przez następny dzień w mieszkaniu, była jakaś taka nie-do-zniesienia, niewiarygodna w swej ciszy, abstrakcyjna. Ojciec bowiem pod jednym względem został taki sam, jak dawniej: był niezwykle gadatliwy. Głos jego był twardy, głośny i w istocie męski przez duże M, co (jak zawsze zresztą powtarzał) było jego niewątpliwą zaletą. No więc cisza i spokój, jakie zastały Bastka po ich odjeździe, przysporzyły mu wielu problemów natury nie tylko psychicznej, ale również egzystencjalnej. Nie mógł ich znieść, więc postanowił uciec w alkohol. W ciągu tygodnia bilans owej ucieczki był następujący: miliardy pustych flaszek po wódce porozrzucanych w nieładzie po mieszkaniu, drogi, modny garnitur, zakupiony pod wpływem pijackiej namiętności, jaką jednego z tych wieczorów Bastek poczuł oraz nowy znajomy: niejaki Cezary Novakosky. No i, rzecz jasna, kac-gigant, którego zrozpaczony bohatera pamięta najwyraźniej. A nader ciekawa sprawa wiąże się z Czarkiem, z którym to wybrał się teraz, w czasie rzeczywiście rzeczywistym, do miasta. Otóż do sklepu, gdzie podchmielony Bastek tamtego pamiętnego wieczora kupował marynarkę wszedł jakiś zataczający się mężczyzna. Bastkowi, który w tym momencie przymierzał jeden z wielu interesujących go krojów, owy mężczyzna od razu wydał się jakoś dziwnie podejrzany, więc raz za razem spoglądał na niego. Nowo przybyły gość przeglądał różne stroje, oglądał wystawiony towar, zamieniał słowa z kasjerem, od razu można było poznać, iż jest porządnie zalany. Bastek, uświadomiwszy sobie ten fakt, od razu poczuł do niego ten rodzaj pijackiej sympatii, tym bardziej, że przez ostatnie dni raczej z nikim (oprócz z samym sobą!) nie rozmawiał. Mężczyzna w pewnym momencie zbliżył się do przymierzającego garnitur Bastka.
- Witam szanownego pana. Zastanaaaaawia się pan nad kupnem nowego garnituru? - zapytał z szerokim uśmiechem na twarzy. Bastka zamurowało, bowiem przez te parę dni mowa ludzka wydała mu się jakaś obca, nienaturalna. W głębi serca poczuł jednak radość wynikającą z faktu, że owy wzbudzający zainteresowanie mężczyzna rówineż zainteresowanie ukazał. Więc chwiejąc się, odpowiedział:
- Ano, szuka się, szukasię.
Nieznajomy wyprostował się i spojrzał Bastkowi w oczy. Jakaż promienista twarz, jakież szlachetne rysy!, pomyślał Bastek.
- Proponuję panu więc inny krój. - odezwał się towarzysz-w-piciu, ściągając ze ściany jeden z garniturów. - Ten mianowicie.
Bastek spojrzał najpierw na znajomego a potem zwrócił wzrok w stronę owego stroju, który w jednej chwili wydał mu się faktycznie wspaniałym, o wiele ładniejszym niż ten przymierzany. Jakież ładne falbanki, fikuśne dodatki, do tego te dyskretne kieszenie!
- Biorę. - zdecydował, nie ukrywając podniecenia i zachwytu. Wyrwał z rąk Nieznajomego proponowane przez niego ubranie i poszedł do kasy. Usłyszawszy cenę najpierw zaniemówił, jednak po chwili stwierdził, że 'raz się żyje raz kozie śmierć kto nie ryzykuje ten nie aplikuje nie ma chwały bez zwycięstwa nie ma wygranej bez strat' i kupił. Do tej pory stara się nie myśleć o pieniądzach, jakie w przypływie euforii i podniecenia zmieszanego z działaniem alkoholu, wydał.
Obydwaj panowie wyszli ze sklepu.
- Dokonał pan właściwego wyboru. Wyborny garnitur, doprawdy świetny. - zachwalał transakcję Nieznajomy. - Teraz jest pan gotów. - dodał.
- Na co? - zapytał zdziwiony Bastek, niosąc w prawej ręce reklamówkę.
- Na kulturalną imprezę. Zapraszam do mnieee. - odpowiedział Nieznajomy.
W tym momencie Bastek zdał sobie sprawę dlaczego owy mężczyzna wzbudził w nim zainteresowanie. Toż to ten cały Novakosky! wprowadził się tutaj całkiem niedawno, willę wybudował i terroryzuje okolicę hałasami, jakie się z niej wydobywają. Niemalże codziennie gra tam muzyka i słychać podniesione ludzki głosy (na Leśnej wszystko niesie się po okolicy z zwielokrotnioną siłą). I oto teraz ten właśnie pan Novakosky zaprasza go do siebie? Ale dlaczego? Z jakiej okazji? Bastek poczuł mętlik w głowie, przez chwilę się wachał, przez chwilę nie odpowiadał, udając, że papierosa chce odpalić, niezadowolone miny z niemożności dokonania tej akcji czyniąc. Nic to, diabła lepiej mieć po swojej stronie. Właściwie to dlaczego miałby tam nie iść?
- Nazywam się Cezary Novakosky. - rzekł Nieznajomy, jakby w ramach sprostowania całej sytuacji.
- Wiem, domyśliłem się. Sebastian. - opowiedział Bastek. Podali sobie rękę. - Proszę, niech pan prowadzi do siebie.
I wtedy się to zaczęło.
Pierwsza impreza u Cezarego, który z czasem zamienił się w Czarka. Miliony pięknych kobiet, piękna pokojówka, dobry alkohol, porządna muzyka, wykwintne stroje. Cała ta ceremonia. Bastek szybko nawiązał dobry kontakt z gospodarzem, stając się coraz częstszym bywalcem na jego przyjęciach. Szybko poznali się w miarę dobrze, jednak Novakosky zawsze zostawał jakiś taki odległy, nieprzewidywalny, dostojny. Dziwny.
To było sześć miesięcy temu. Teraz Czarek parkuje na parkingu za rynkiem, ustawia swoje AUDI. Gasi silnik, wrzuca wsteczny i zaciąga ręczny. Wyciąga kluczyki.
- To jak, Bastek, dwadzieścia minut?
- Jasne.
Otwieranie drzwi, wychdozenie na zewnątrz, w zewnątrz.

*

11:44

Dzwonienie, pikanie, wibrowanie. Marcinek otwiera oczy. Komórka oszalała, wydaje z siebie dźwięki, brzęczy, syczy, rozkazuje. Marcinek czuje się słabo, leży na podłodze, sięga ręką po telefon, który przy upadku wypadł mu z kieszeni i leży na podłodze. Pan Jerzy. Zastępca prezesa. Zastępca prezesa, pan Jerzy? Ten siwy kurdupel z brodą mikołaja, ten spasły, pachnący kalwinemklajnem nerwus? Marcinkowy przełożony? Po co dzwoni, czego chce? Marcinek, uświadomiwszy sobie z kim przyjdzie mu za moment rozmawiać, w trybie natychmiastowym próbuje przywołać się do stanu użyteczności, ostatkiem sił zrywa się na równe nogi, przełyka ślinę, chce brzmieć pewnie i rzeczowo. Jakby nic sie nie stało, jakby cieszył się z życia i nadchodzącej rozmowy. Jeszcze przez chwilę wpatruje się w ekran telefonu. Odbiera.
- Słucham. - zaczyna, starając się, by jego głos brzmiał pogodnie i potulnie.
- Witam. Dzwonię, ponieważ mam panu, panie Marcinie, coś ważnego do zakomunikowania, otóż zdaje pan sobie sprawę, że od poniedziałku miał pan objąć kierownictwo nad naszą filią w Kętach, tak? - odzywa się Jerzy, pan Jerzy, każde ze słów wypowiadając, jak zresztą zwykle, bardzo pośpiesznie, ale też przejrzyście, rzeczowo. Jakże Marcinek go nienawidzi! Poza tym do tego poniedziałku miało nie być żadnych telefonów z firmy, rozmów służbowych, dodatkowych obowiązków.
- Tak, oczywiście, proszę pana kierownika. - ochoczo, pomimo wielu psychicznych oporów, odpowiada Marcinek.
- To świetnie. Mam nadzieję, że nie jest pan aktualnie niczym zajęty. - O nie. To zdanie zwiastuje jakieś kłopoty, problemy, to zdanie zapowiada przyjdzie czegoś, czym trzeba będzie się zająć już dziś już teraz. Świetnie.
- Nie. To znaczy siedzę w domu, wie pan, hehe, nie mam żadnego ważnego zajęcia. - niby to pobłażliwie, niby to humorystycznie, niby ochoczo, ale w rzeczywistości dławiąc ostry przypływ nienawiści i niechcenia, oznajmia Marcinek.
- W takim razie proszę słuchać. Jak pan zapewne wie, filia jest już całkowicie przygotowana dla klientów, jest również podłączona do sieci firmy. Tak się składa, że wczoraj dostaliśmy całkiem obiecujące zlecenie. Klient, który się z nami skontaktował, mieszka w pańskim mieście. Musi więc pan być dzisiaj w pracy, wiem, że miał pan mieć wolne, ale rozumie pan, że obowiązki przede wszystkim. Obsłuży pan tego klienta, ma przyjść do biura o piętnastej, sporządzi pan umowę i ustali jak najlepsze dla firmy warunki.
- Ale... - zaczyna Marcinek
- Ale? - słyszy po drugiej stronie groźny, zaniepokojony przejawem niesubordynacji głos.
- Oczywiście, panie kierowniku. - kończy Marcinek. Jest w rozsypce. Miał mieć wolne, miał wypocząć, odetchnąć od tych wszytkich głupich, w rzeczywistości w żaden sposób nie zajmujących go spraw. Dzisiaj miał być osobą prywatną! Dlaczego nie wyłączył komórki, mógł to zrobić, wtedy nie doszłoby do tej rozmowy. Dzień już jest stracony, już stał się szary, chociaż miał być kolorowy, och, tyle sobie podczas tej boleśnie wydłużającej się konferencji w Bielsku obiecał, wypoczynek, masę wypoczynku, lenistwo, radość, hedonizm, beztroskę. Jeszcze Małżonka i ten SMS od jakiegoś Sebastiana, życie się wali, wszystko stracone, ratunku!
- Proszę się nie spóźnić.
- Oczywiście. Do usłyszenia.
Koniec rozmowy.
Marcinek spogląda na zegarek. 12:00. Samo południe. Nie ma sensu wstawać, ruszać się, robić cokolwiek, ma jeszcze trzy godziny wolności, no, jaka to zresztą wolność, to jakby czekanie na wyrok, orzeczenie, od którego nie można się odwołać do wyższej instancji. Marcinek nie widzi w tym wszystkim sensu. Marcinek jest dramatycznie zrezygnowany. Marcinek rozpacza, jego dusza krwawi i płacze nad obecnym stanem rzeczy. Ciało postanawia więc położyć się na ziemi, poleżeć sobie, popatrzeć w sufit, wyłączyć się, zregenerować, zjeść do końca czekoladę. Pomyśleć, że nad ranem wszystko wyglądało tak inaczej, ranek był nadzieją, rankiem ten dzień był przez Marcinka widziany z zupełnie innej perspektywy, przez różowe okulary, nawet pomimo spięć z Małżonką, która prawdopodobnie ma jakieś tajemnicze kontakty z tajemniczym Sebastianem, najgorsze jest to, że Marcinek nie może do końca określić rodzaju tych kontaktów, nie może też niczego odrzucać, to mogą być sprawy partyjne, normalne, jakieś tam interesy, jednak może się również okazać, że Małżonka, Boże, Małżonka, która na ślubie w obecności dziadkow i rodziców i teściów i księdza obeciała mu dozgonną wierność, miłość i uczciwość, teraz kombinuje na boku, kręci, nawiązuje podejrzane kontakty, pisze z nieznajomymi, no, nazwijmy rzecz po imieniu, nie uciekajmy od prawdy, to znaczy nie prawdy, ale tej możliwości, otóż być może nawet, może być tak, jest takie podejrzenie, podejrzewa się, eh, eh, eh, no więc może być tak, że ona go zdr-zdra, że ona go zdradza albo chce go zdradzić, puścić się z kimś na boku, och! Pomimo wszystkiego wyobrażenie takiej sceny bardzo mocno uderza w biedne, nadwyrężone, Marcinkowe serce, o niesamowity ból je przyprawiając, ból nie-do-zniesienia wyrządając. Marcinek nie znosi takich chwil, kiedy wszystko się wali, a wali się, wali, wali się coraz częściej i coraz gwałtowniej, takie chwile, kiedy trzeba znosić nie tylko sam fakt ich zaistnienia, ale również kiedy trzeba borykać się i radzić sobie z bezradnościa i niemożnością ich naprawienia. Według Marcinka istnieją bowiem dwa rodzaje żalu/przykrości/bólu: pierwszy to taki wymaginowany, prowadzący do faktycznego porozumienia i zbliżenia (przez lata stosował tą metodę wobec Małżonki, pewne pozytywne emocje w ten sposób na niej wymuszając) oraz druga, czyli żal/przykrość/ból prawdziwy, niezamierzony, trwały i nienaprawialny, ostateczny. O ile pierwszy rodzaj tych fochów Marcinek polubił, o tyle drugi zawsze był czymś koszmarnym. Zresztą zdrada sama w sobie jest jakaś nie w stylu Małżonki, nie, nie może być, ona nie posuwa się do tak dramatycznych i niemoralnych czynów, Bóg jej nie pozwala, tak, ta wewnętrzna bariera nie pozwoliłaby jej wskoczyć do łóżka obcego faceta. Ale skoro tak to w jakim interesie, oczywiście przy założeniu, że nie w sprawach partyjnych czy biznesowych, nawiązała kontakt z tym mężczyzną, po jaką cholerę pisze do innego faceta? W tej chwili do Marcinka dochodzi straszna, ale nader realna obawa. Może ona już go nie kocha? Może ma już dosyć tego wszystkiego, w końcu kryzys małżeński dopadł ich nie dziś, lecz już od jakiegoś czasu trawi ich pożycie, może więc ona po prostu chce odejść od niego, zostawić go samego, w samotności zostawić na łaskę losu, na pożarcie? Może łączy ją z tym całym Sebastianem coś więcej niż tylko cielesne pożądanie, może jej emocje są ulokowane właśnie w nim, a może dopiero się lokują, przechodzą przez obcy próg? Jakiż to koszmar dla Marcinkowe umysłu te wszystkie myśli, od których nie może uciec! Sprawę dodatkowo pogarsza ten fagas Jerzy, jebany komuch, który rozkazuje i rozporządza wolnym marcinkowym czasem, podobno przed osiemdziesiątymdziewiątym należał do PZPR, takie chodzą pogłoski, pomyśleć, że taki zbrodniarz stoi wyżej od Marcinka, który to nigdy nie był przekonany do komuny, który pomimo nieletności, jaką się pod koniec PRLu cieszył, potrafił pojąć, że to wypaczony, bluźnierski, zły system, sam syf i bida, gdzie tu jest więc sprawiedliwość w tej 'wolnej' Polsce, gdzie sprawiedliwość dziejowa, Marcinek zawsze był uczciwy i nigdy niczego nie osiągnął na stałe, zawsze coś było nie tak, zawsze coś przeszkadzało, och, to jakiś koszmar, to jakiś koszmar. Marcinek sięga do kieszeni po kostkę czekolady, została ostatnia, trzeba będzie pomimo wszystkiego wstać i iść, wstać i iść, zapierdalać, martwić się, zamartwiać, wykonywać czyjąś wolę.
Jedząc ostatni kawałek czekolady Marcinek czuje, że po policzku spływa mu łza. Nie może jej opanować, powstrzymać. Poddaje się, ma dosyć.

14:00

No więc Marcinek poleżał jeszcze trochę, zrobił sobie tosty, posprzątał w pokoju, żeby cokolwiek robić, pokrzątał się trochę po mieszkaniu, wyszedł zapalić na balkon (chciał, jakże chciał zapalić w domu w ramach prostestu, w ramach pokazania przed sobą, Bogiem i nieobecną na tą chwilę Małżonką swoją cichą rozpacz, swoje niepogodzenie, już odpalał od kuchenki papierosa, ale wtem zdał sobie sprawę, że przecież w całym domu będzie śmierdzieć tym okropnym dymem, co doprowadzi do furii Małżonkę i sprawi, że już zupełnie nie będzie chciała o nim porozmawiać, zrezygnował więc, tłumacząc sobie, że z drugiej strony w ogóle po co palić w domu, to nic nie da, będzie mu tylko nieprzyjemnie siedzieć w dymie, w tym smrodzie, zrezygnował więc, pocieszając się swoją zaradnością i prewencją, zapobiegawczym sposobem). Właśnie nadeszła pora, więc Marcinek, pełny bożego miłosierdzia i politowania wobec własnej osoby stwierdził, że trzeba się zbierać, ubierać, wychodzić, jechać, spełniać obowiązki i oczekiwania, w pewnym sensie to nawet dobrze, że ktoś jeszcze coś od niego wymaga, gdyby nikt nie niczego od niego nie chciał, byłoby już całkowicie źle, no, beznadziejnie, nieodwołalnie beznadziejnie. Wkłada więc swoją czarną kurtkę, ubiera wypastowane wcześniej buty, sprawdza jeszcze położenie krawatu na szyi przed lustrem. Och, i to był chyba błąd. Stojąc przed lustrem zobaczył swoją twarz, nie było ucieczki od niej, jego twarz stanęła przed nim i Marcinek miał wrażenie, jakby jego własne oblicze bezczelnie śmiało się z niego, jakby nim pogardzało, jakby skrycie miało go za nic, oto błazeńska twarz dorosłego faceta, który przez całe życie, zgodnie z robolskim swoim przeznaczeniem, jest popychany przez osoby trzecie, przez osoby obce, zobaczył swoją twarz, która nie wyraża niczego, która jest która jest która jest jakaś bezpańska, nieokreślona, bezpłciowa, obojętna, neutralna, niewyraźna. Twarz, która w zasadzie nie mówi nic i niczego nie rząda, zarówno w czasie teraźniejszym, jak i przeszłym. Cała ta kontestacja trwała zaledwie kilka sekund, jednak wyraźnie i nieuleczalnie odbiła się na Marcinkowym odbieraniu świata zewnętrznego, czyniąc świat zewnętrzny, jeżeli to w ogóle jeszcze możliwe, jeszcze bardziej szarym i jednostajnym. Z drugiej strony jakaś nieśmiała ckliwość, jakaś skryta nadzieja biła z tego widoku, oto on, oto Marcinek, dla niektórych nawet PAN MARCIN (panie marcinie, pana marcina, panem marcinem) stoi i spogląda w swoje odbicie, którym w zasadzie mógłby kierować, które mógłby naginać i rozciągać według własnych kryteriów, które mógłby zmienić, które mógłby pogrzebać. Nie wiadomo dlaczego to odkrycie, zamiast podnieść na duchu, jakoś tak zasmuciło Marcinka, jakby nie budowała go możliwość wolności i niezależności, być może ja muszę do kogoś należeć, muszę być określony, muszę mieć swoje miejsce, być może nie potrafię żyć tak, jak kiedyś sobie obiecałem (a obiecywałem, obiecywałem nie tylko przed sobą, ale również przed niemalże wszystkimi ludźmi, z którymi przyszło mi się spotkać), to jest nie mogę być samotnym jeźdzcem, izirajderem, autonomicznym bytem, wolnym duchem. Och, to był błąd, to spojrzenie w lustro, refleksja nad swoją twarzą, to był błąd, którego Marcinek nie powinien popełniać, ponieważ czyn ten nie przyniósł żadnych korzyści, zasiał tylko wątpliwości, poddał w dodatkową wątpliwość całe marcinkowe jestestwo.
Nic to, trzeba wychodzić i gnać. Wychodzenie. Pogoda nie zmieniła się zbytnio, cały czas wieje i na nowo zaczęło kropić, teraz ta jesienna prawidłowość wcale nie wydaje się taka ckliwa, miła, pozytywnie sentymentalna. Marcinek otwiera garaż, wchodzi do samochodu, odpala silnik, wyjeżdża. Włącza radio, jest kilka minut po czternastej, więc zdąży jeszcze usłyszeć chociażby końcówkę wiadomości. Po chwili jest już na drodze, musi dostać się do centrum, do miasta, na rynek, gdzie w świeżo wyremontowanym lokalu otwarto nową filię firmy, jego własne królestwo, Marcinek wyobraża sobie siebie jako króla, jest ubrany w grube, czerwono białe szaty, z koroną na głowie, jego palce zdobią liczne sygnety, twarz jego jest dostojna i wyniosła, tak, podoba się Marcinkowi to wyobrażenie, jest mu ono miłe, siedzi na zapleczu na pozłacanym, wygodnym tronie, gdyby był królem, jadłby tylko czekoladę, miałby obok siebie niewolników (albo lepiej! niewolnice, piękne niewolnice), którzy podawaliby mu ją prosto do ust, taką najdroższą, tą z milki. Zresztą Marcinek tak naprawdę nie jest królem, on jest tylko namiestnikiem, co z tego, że zarządza filią, i tak ma nad sobą pana Jerzego. Eh, zawsze będzie miał kogoś nad sobą, zawsze.
Marcinek przejeżdża przez most, zauważa plakat wyborczy Partii Jedynie Prawej i Sprawiedliwej, na którym widnieje duże, uśmiechnięte i pogodne w swym surowym jednak obliczu zdjęcie Małżonki, kandytatka numer 3, lista numer 10, och, jakże małżonkowo Małżonka wygląda na tym zdjęciu, jest taka dostojna i ciepła jednocześnie, Marcinek zwalnia, wrzuca dwójkę i przejeżdżając obok plakatu spogląda na niego, nie da się uciec, ona zewsząd będzie na mnie spoglądać, jej reklamy są porozwieszane w cały mieście, ba, w całej okolicy, poza miastem też, w Bielsku zresztą to samo, gdziekolwiek się uda, jej oblicze będzie podążać za nią, będzie go prześladować. Teraz ta twarz nie przynosi miłych skojarzeń, ta twarz oznacza wiele przykrych, falszywych (chociaż to nie jest pewne!) wspomnień, całe życie, staje się symbolem przegranej, ileż Marcinek by dał, żeby się opanować, żeby przestać myśleć w ten zgubny sposób i ośmielić się na jakiś korzystny kompromis zarówno w swoich emocjach, jak i w relacjach Marcinek-Małżonka, stanowczo rząda wyjaśnień, tak, wyjaśnień, jednak niepokoi go ta niespokojność w wyjaśnień chceniu, wolałby podejść do całej sprawy z dystansem, po luzacku, och, kolejny plakat, ledwo przejechał paręset metrów i znów napotyka to oblicze, dość tego, mam robotę, nie mogę się rozklejać, myśli Marcinek i dodaje gazu, dobrze byłoby być na miejscu trochę wcześniej, oswoić się przed przyjściem klienta, może nawet zapalić kolejnego papierosa na zapleczu (palenie na zapleczu, w ogóle palenie podczas pracy jest takie niegrzeczne, takie nie w jego stylu, ale nagle mu się spodobało) i ochłonąć. Ochłonąć i spisać umowę.


komentarze
avatar tentatio
2009-11-11, 14:48:51:
świadomość różnorodności
To by się nadawało na kolejny odcinek z serii Koterskiego. O jaki Bielsku mowa w tekście?
--
W imię wolności odbiera się życiu wszelką spójną strukturę. Rozpada się ono na wiele drobnych oddzielnych części, pozbawionych jako całość wszelkiego sensu.

avatar Veles
2009-11-11, 16:53:54:
każdy inny wszyscy różni :c
wpisz w goglach bielsko-biała
--

avatar tentatio
2009-11-11, 16:57:07:
świadomość różnorodności
Wiem, gdzie jest Bielsko-Biała, pytałam dla orientacji, bo takich Bielsków jest kilka, ot i wszystko.
--
W imię wolności odbiera się życiu wszelką spójną strukturę. Rozpada się ono na wiele drobnych oddzielnych części, pozbawionych jako całość wszelkiego sensu.

avatar Veles
2009-12-19, 18:09:41:
każdy inny wszyscy różni :c
sprawdzałem. jest tylko jedno. konkretne
--

O utworze:

wyświetleń:529
komentarzy:4


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Veles
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.