avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


22 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Veles
każdy inny wszyscy różni :c
opowiadania
dodano:
31 października 2009, 09:48:05


biuro

- To moje ciastko. - mówi Małżonka, przysuwając do siebie mały talerzyk z ostatnim ciastkiem. Marcinek już od rana jest skołowany, Małżonka nie przyszła w nocy, więc Marcinek musiał obejść się smakiem, ze smakiem, został zmuszony do zadowolenia się ręką, czego nie lubi, Małżonka nawet nie wyszła do kuchni napić się mleka dziesięć minut po położeniu się do łóżka, jak miała to w zwyczaju, całą noc przespali oddzielnie. To zły znak, z nią naprawdę coś jest nie tak, to coś poważnego, więc Marcinek nie oponuje, gdy ta odbiera mu jego ciastko, ostatnie ciastko w domu, pomimo, iż stanowi ono dla niego najlepszy dodatek do porannej, jaką właśnie się raczy. Jak pojedzie do pracy, wyjdę do sklepu, myśli Marcinek, kupię takie najdroższe i schowam przed nią, niech ma, niech sobie nie myśli, że może mu bezczelnie ciastka kraść, nawet pomimo panujących między nimi złych stosunków. Marcinek podnosi głowę i spogląda na Małżonkę, która z niezwykle skupioną miną wpatruje się w monitor laptopa (och, jakże to zabawne, zawsze wygląda wtedy jak srający pies, chichocze w myślach Marcinek), coś wstukuje w klawiaturze, znowu patrzy, nie zważając zupełnie na Marcinka. Piją więc kawę w milczeniu, aż nagle ona z tragizmem i wściekłością w głosie, nie odklejając wzroku od ekrani, mówi:
- Co za brednie tutaj wypisują, idioci z tvnu, cała ta żydowska masa, niech ich piekło pochłonie.
Marcinek wie o co chodzi, albo przynajmniej podejrzewa. Wczoraj późnym wieczorem z powodu braku innej alternatywy, oglądał jakiś program publicystyczny (w tvn24, w ramach prostestu!), w którym dziennikarze rozprawiali o sytuacji wewnątrzpartyjnej, określając eurowybory jako potwierdzenie początek końca owej partii, będąc przy tym (Marcinek tylko w myślach może sobie pozwolić na tak śmiałe i nielojalne względem Małżonki stwierdzenia) zabójczo zabawni i dosadni. Marcinek więc wie dobrze o co chodzi, zresztą nie trzeba było ogladać tego wczorajszego programu, by zdawać sobie sprawę, w czym rzecz, od jakiegoś czasu bowiem Małżonka nie mówi o niczym innym, cały czas prawi monologi o niesprawiedliwości i propagandzie wymierzonej przeciwko prawdzie, która rzecz jasna była, jest i będzie przy stronie jej świętej partii. Poniekąd jej wyjazd na konferencję i jego w sprawach biznesowych uznał za dobrą okazję do wakacji od tego gadania. Marcinek dobrze wie, że powinien teraz zapytać, odezwać się, przyznać jej rację, Marcinek zdaje sobie sprawę, że siarczyste przekleństwa Małżonki są prowokacją, mającą na celu wzbudzić w nim zainteresowanie i oburzenie a może nawet rozmowę, jednak dzisiaj nie osiągnie swojego celu, ponieważ Marcinek uznał, że nie będzie się w ogóle odzywał, nic nie powie, będzie milczał jak grób, zupełnie na tą tragedię nie zważając, dając jej tym samym do zrozumienia, że sprawa jest poważna i że ostro, zdecydowanie się na nią obraził. Marcinek wznieca bunt, postanawia być niegrzeczny i zdawkowy a jego głównym celem jest zwrócenie jej uwagi na jego dziwne zachowanie, co następnie ma prowadzić do skruchy Małżonki i mocnych postanowień poprawy. Zresztą co się będzie w ogóle przejmował, nie samą Małżonką człowiek żyje, Marcinek ma dzisiaj wolne i cały dzień będzie wypoczywał, wylegiwał się, pomajsterkuje coś przy samochodzie, gdzieś tam poszpera, pójdzie na spacer, och, tyle możliwości, tyle drobnych uciech go czeka! Pierwszą z nich będzie zakup najdroższych ciastek w sklepie, tak. Małżonka właśnie konsumuje to ukradzione, mlaskając przy tym niemiłosiernie i obrzydliwie. Jedz sobie, jedz, myśli Marcinek.
- Zaraz wychodzę. - oznajmia Małżonka, wyłączając laptopa i kładąc go na sąsiednim krześle. Dopija kawę i zrywa się od stołu, pospiesznie wkłada płaszcz i szuka kluczy, nigdy nie może ich znaleźć, one zawsze się gubią, nigdy ich nie ma na swoim miejscu.
- No gdzie te cholerne klucze? - pyta samą siebie, przechodząc pospiesznie przez kuchnię, salon, wchodząc na górę; miotając się po mieszkaniu. Tymczasem Marcinek siedzi spokojnie przy stole i dopija kawę.
- No gdzie one są!? Może byś tak wstał i mi pomógł, co!? Siedzisz jak ten pajac! - już krzyczy wściekła Małżonka, odwracając głowę w każdą stronę. Marcinek nie reaguje. Sama se szukaj. Nagle Małżonka sięga do kieszeni swojego płaszcza, puka się w czoło i mówi:
- Dobra, mam. To idę, pa.
Idiotka, myśli Marcinek. Idź w cholerę. Pewnie zaraz dostanę smsa dlaczego się nie odzywam. Sposób komunikowania się poprzez smsy należy chyba do jej ulubionych. Wszystkie ważne sprawy załatwia z nim przez komórkę, wszystkie ich kłótnie kończą się obopólną zgodą na wyświetlaczach telefonów. Gdyby istniała taka możliwość, pewnie porozumiewaliby się ze sobą tylko w taki sposób. Od dłuższego czasu naprawdę nie da się z nią wytrzymać. Co prawda po tych pięciu dniach rozłąki Marcinek miał nadzieję na jakieś miłosne zbliżenie, ale jak zwykle okazało się ono nadzwyczaj głupie i naiwne. Dość tego, myśli Marcinek, nie będę jej odpisywał, potem ewentualnie powiem jej, że nie miałem komórki przy sobie albo coś, ale nie odpiszę. Nagle dochodzi do niego pewna trzeźwa, niepokojąca myśl: jeżeli jej nie odpiszę to już się obrazi na amen i dopiero wtedy się zacznie, dopiero wtedy jej gniew powiększy się do prawdziwych rozmiarów, co skutkować będzie przecież wieloma dodatkowymi niedogodnościami, np. pernamentnym celibatem, żadnych uciech, żadnego kochania, piersi, waginy, och, Marcinkowi tak strasznie się chce, jego libido pragnie uwolnienia, uwstecznienia, dogodzenia i Małżonka jest w tym wszystkim jedyną osobą, która mogłaby mu dać ulżyć, a mogłaby to zrobić tylko wtedy, gdyby nie była zła i naburmuszona, to jakaś katastrofa, jakiś koszmar, ślepa uliczka, Marcinek czuje się wpędzony w kąt, obawia się, że jest na pozycji przegranej, że nie ma żadnych szans, tym bardziej, że - jak już wiemy - Ania na konferencji, którą zainteresował się nader nader, odrzucała jego zaloty w sposób niepozbawiający żadnych złudzeń, och, gdyby tylko inaczej by się to potoczyło, może gdyby dał jej i sobie trochę więcej czasu, gdyby podszedł do tego z innej strony, może coś by z tego nawet, (Marcinkowi trudno w myślach wypowiedzieć te słowa) nawet, nawet wyszło i mogłoby stanowić światełko w tunelu dla jego nieszczęśliwego losu, och, mogło być tak pięknie, a nie jest. Nic to! Marcinek, dopijając kawę wczesnym rankiem pierwszego wolnego dnia po konferencji w sprawach biznesowych dochodzi do wniosku, że pomimo wszelkich przeciwności będzie walczył, a zacznie od obiecanych sobie ciastek. Odkłada więc kubek do zlewu i wychodzi do sklepu.
Cóż za wspaniały poranek! Dni wolne od pracy są piękne, Marcinkowi już dawno potrzebny był taki mini-urlop, jest strasznie przepracowany, zajęty, nie ma czasu zająć się sobą, wziąć się w garść i uporządkować parę rzeczy w swojej głowie, teraz nareszcie będzie mógł to zrobić, naprostować kilka trapiących go od środka spraw, wyjaśnić wszystkie powstałe w ciągu ostatniego miesiąca problemy, szczególnie żale, jakie żywi do postawy Małżonki, zresztą nie tylko do jej postawy, ale również do sensu tego całego związku, który od dawna wisi na włosku, rozdmuchiwany przez wiatr i niepogodę. Jest chłodny, mokry poranek jesieni roku pańskiego, pierwszy prawdziwie jesienny dzień, jakim Marcinek może się nacieszyć. Przed wyjściem wyjrzał za okno i spojrzał na termometr, a zobaczywszy ten charakterystyczny nieurodzaj na zewnątrz, szczerze się uradował, pomyślał bowiem, że to dobra okazja do ubrania nowego płaszcza, zakupionego zresztą specjalnie na taką okoliczność, do tego postanowił, że dobrze będzie owinąć się grubym, długim szalem, jakoś zabezpieczyć szyję. Marcinek lubi taką pogodę, przez całe lato tęsknił do jesieni, do złotego dywanu liści, do wiatru, do mrozu, więc czuje się nader kontent. Idąc ulicą, Marcinek wpada na pomysł, że skoro aura jest tak sprzyjająca jego oczekiwaniom, do pełni szczęścia brakuje mu tylko papierosa, którego teraz wyjmuje i zapala. Tak, papierosy w taką pogodę smakują jakoś inaczej, uchodzący z nich dym ma inną barwę. Może zamiast ciastek kupię czekoladę, zastanawia się Marcinek, i zjem ją całą, tak, czekolada to dobry pomysł, szczerze mówiąc nie chce mi się ciastek. Marcinek mija po lewej i prawej ścianę do połowy ogołoconych drzew piętrzących się wokół jego ulicy. Wtem do jego umysłu podkrada się dziwna, niepokojąca myśl: dlaczego Małżonka jeszcze nic nie napisała? A może napisała, a Marcinek nie poczuł wibracji, nie usłyszał dzwonka? Sięga do kieszeni. Nic. Żadnego połączenia, żadnej wiadomości. To dziwne. Małżonka powinna już dojeżdżać do pracy, w której komórką posługiwać się raczej nie może, zazwyczaj pisała w drodze do niej, w samochodzie (stwarzając przy okazji, rzecz jasna, niebezpieczeństwo na drodze, odrywając, rzecz jasna, uwagę od drogi i kierownicy. Jaka ona nieogarnięta, Marcinek nigdy by tak nie zrobił, bezpieczeństwo przede wszystkim, w ostatecznym rozrachunku sms może zaczekać!), w połowie drogi, około w pięć minut od wyjścia z domu. Teraz minęło już jakieś piętnaście minut i cisza! Czyżby, podobnie jak on, ona również postanowiła walczyć, zawziąć się, wziąć w garść i ochłonąć? Nie godzi się! To nie w jej stylu, zauważa Marcinek, zawsze się poddawała, zawsze prędzej czy później (raczej prędzej!) przepraszała i błagała o litość, o zrozumienie, no, ogólnie przełamywała się i przychodziła ze spuszczoną głową, z bezradnością i skruchą w sercu, och, jakże Marcinek lubił te chwile, jakąż radość i przewagę czerpał z nich bezwzględnie, przytulając ją mocno i rolę miłosiernie wybarczającego odgrywając. Nie chodziło wtedy, rzecz jasna, o samo poczucie przewagi i wyższości, chodziło również (może nawet przede wszystkim) o namiętność, jaka panowała pomiędzy nimi, o tą stale podsycaną podobnymi aktami świadomość, że ten związek skrycie jeszcze pełen jest emocji, które tylko czekały na uwolnienie, na ujście pośrodku, między nimi. Teraz jest jakby inaczej, składa się na to co prawda trochę więcej czynników, ale jednak jest inaczej, stali się jacyś obcy i nieznośni dla siebie, pomimo ciszy królującej między nimi aura stała się bardziej obojętna, zimniejsza, chłodna. Marcinek, który myśli i analizuje, Marcinek, który z myślenia i analiz czerpie przyjemność, wierzy, że to chwilowy kryzys, nic innego nie może tu wchodzić w grę, w końcu nie jeden kryzys mają za sobą, więc wszystko się jakoś ułoży. Małżonka, której partia i działalność polityczna też jest w kryzysie, w poważnym kryzysie, musi jakoś znosić całą sytuację, ba! jako osoba publiczna wyjść z zachowaną twarzą, z podniesionym czołem. Może powinienem ją wspierać, a nie dodatkowo tworzyć problemy, zastanawia się Marcinek, stojąc już przed sklepem, po co tworzyć jakieś sztuczne napięcia, nie, to jest jednak bezsensowne, bezcelowe, nie jestem teraz pępkiem jej świata, ma inne sprawy, w których w żaden sposób jej nie pomagam. Dlaczego to musi być takie skomplikowane? Marcinek, pomimo chęci, jakoś nie potrafi ją wspomóc, nie jest w stanie, nie zna się na tym, och, Marcinek lubi dramatyzować, być dramaturgiem tego związku, musi podsycać płomień, podcinać włosek tępymi nożyczkami. W końcu lubi drobne przyjemności.
Jak ta czekolada. To jest drobna przyjemność. Marcinek otwiera ją, mleczna, ciemna czekolada, ta najdroższa, bez orzechów, ale za to ze specjalnym opakowaniem, które można w każdej chwili zamykać i otwierać. Marcinek chowa czekoladę do obszernej kieszeni płaszcza, odrywając w regularnych odstępach czasowych po jednej kostce. Jedząc je, Marcinek wywija ustami, młuci, nie gryzie, pozwala im rozpływać się. Pod wpływem jej wykwintnego smaku na chwilę zmieca na bok niepokój związanymi z milczeniem Małżonki. Przez chwilę przechodzi mu nawet przez myśl pomysł, żeby sam do niej napisał, jakoś tak niewinnie, coś w stylu 'co słychać, jak tam?', nie ujawniając tego niepokoju, skrywając go skrzętnie pod chitynowym pancerzykiem optymizmu i niewiedzy.
Marcinek wraca do domu, przestaje zwracać uwagę na myśli o komórce. Postanawia cieszyć się jesienią, jej nieprzyjaznym, przynoszącym dragnia obliczem. Gdyby nie było tak mokro, przeszedłby się na spacer na leśną. Pomimo atrakcyjności leśnej, Marcinek czasami rezygnuje z przechadzek w tamtą stronę i to nie z powodu złych warunków pogodowych, lecz z powodu zgoła innego, który jednak wywołuje w nim straszną irytację. Chodzi tutaj o diabła, tak, diabła. O grzesznika. Ten bogaty fagas, Novakosky. I jego willa. Jej marmurowe posadzki, wysoki, gruby mur, parkan, basen, spadziste dachy, duże okna, całe to miejsce, w którym tylu niewinnych ludzi wodzi na pokuszenie. Novakosky stał się solą w oku Marcinka, sama jego obecność, która zakłóca rytm życia normalnych obywateli, jego nieróbstwo (Małżonka już dawno dowiedziała się, że on nie pracuje, och, przed nią nic nie umknie) i te zabawy niemalże każdego wieczora, muzyka, muzyka, która nie daje zasnąć. Dlaczego ktoś taki musiał wprowadzić się akurat tutaj, pomiędzy zwykłych, szarych ludzi, jak ktoś mógł być takim egoistą, by budować pałacyk na środku chętnie uczęszczanej polany? Marcinek, myśląc o Novakoskym, dostaje jakiegoś nieokreślonego szału, frustracji, jakże on nie lubi takiego stanu, ten człowiek, z którym nigdy nawet nie rozmawiał, przyprawia go o dreszcze, jego tak eksponowana wyższość i niedostępność wywołuje w myślach zapracowanego Marcinka konwulsje. Może po prostu mu zazdroszczę, może chciałbym być jak on? E. Nigdy! Ja? Prowadzić tak zgniłe, powierzchowne, składające się tylko z przyjemności, życie? Hedonista! Ha! Ja hedonista! W cholerę z tym hedonizmem! Jeżeli tylko chce, niech się plugawi, niech się szmaci i zatraca! Szkoda tylko, że musi to robić na moich oczach. Zresztą nie tylko na moich, przecież cała okolica mówi o jego wyczynach, on nawet nie zdaje sobie chyba sprawy, jak bardzo już się tutaj ludzie na nim poznali, już wiedzą kto on, już wiedzą z jakich on. Hedonista! Pewnie w Boga nie wierzy.
Dość tego, miałem się dzisiaj nie wyprowadzać z równowagi, stay smart, stay cool, nie mam na co narzekać, no dobra, mam, ale przynajmniej jestem dzisiaj wolny i to jest najważniejsze. Pocieszony tą myślą, Marcinek wchodzi do domu. Ściągając płaszcz, wyjmuje z jego kieszeni zjedzoną już do połowy czekoladę i komórkę. Nic. Nadal zero wiadomości. Nic to. Marcinek wchodzi do domu. Poczyta książkę, miesiąc temu kupił pewną sensacyjną pewnego lubianego i szanowanego autora i dotąd nie miał czasu, by ją przejrzeć. Teraz zrobi sobie herbatę z miodem, rozsiądzie się wygodnie w fotelu i przystąpi do lektury. Och, momentalnie zimno zrobiło się w domu, niedługo trzeba będzie pomyśleć o jakimś węglu, dlaczego jeszcze dotąd tego nie załatwiono, dlaczego nie zamówiono węgla na opał, do pieca, przecież jesień to późno, o wiele za późno. Jutro się to załatwi, zamówi, wynajmie paru meneli, żeby się dali do łopaty, da się im na wino. Tymczasem Marcinek postanawia się owinąć w gruby, marynarski sweter i założyć na nogi ocieplane, skórzane papucie, które kiedyś kupił w Zakopanem. Dobra. Gdzie ta książka? W sypialni. Marcinek wchodzi po schodach na górę, do ciemnej sypialni, niegdyś miejsca ekscesów cielesnych z Małżonką, ech, teraz przykrego tylko pokoju z niepościelonym łóżkiem, na którym zarysowały się wyraźnie dwie części - Marcinkowa i Małżonkowa. Książka, półka. Tak. Marcinek bierze książkę i czym prędzej schodzi na dół, gdy wtem, w jednej chwili słyszy jakiś dźwięk. To dzwonek telefonu, lecz nie jego telefonu. To dzwonek jakiejś obcej komórki, komórki Małżonki! Marcinek kieruje się za dźwiękiem i, zauważszy wibrujący, mieniący się dziesiątkami kolorów telefon, bierze go do ręki i sprawdza, któż to do próbuje się dodzwonić. Sebastian. Sebastian? Co to za Sebastian? Marcinek, wpatrując się dalej w wyświetlacz, chce przypomnieć sobie jakiegoś znajomego Piotra, ale nie udaje mu się. W ogóle dziwne, że Małżonka zapomniała telefonu wziąć ze sobą, to też nie w jej stylu. Już wiadomo dlaczego nic do niego nie pisała. Wkrótce komórka przestaje dzwonić, połączenie zostało nieodebrane. Może to ktoś z partii? Marcinek nie orientuje się w partyjnych znajomych Małżonki, w ogóle raczej nikogo z tego środowiska nie zna. A może by tak coś sprawdzić, dla świętego spokoju, na wszelki wypadek, zastanawia się Marcinek, doskonale zdając sobie sprawę z karalności czynu, jakiego chce się podjąć. Może tak sprawdzić smsy, kto do niej pisze, co pisze, jak pisze. Tak po prostu, bez powodu. Marcinek wchodzi w skrzynkę odbiorczą. Jeden sms. Od Sebastiana. Od S-e-b-a-s-t-i-a-n-a! Wczoraj o dwudziestejtrzeciej, tak późno! Treść: I co, żałujesz? Przyjedziesz jeszcze? Przyjedź.
Spokojnie, tylko spokojnie. To na pewno o jakieś sprawy partyjne chodzi, nie warto się emocjonować, może pisał w sprawie tego konwentu, tak, z pewnością chodzi o to, o co innego mogłoby chodzić? No, o co innego!? Hę? Marcinkowi serce zbliża się do gardła, bije jak oszalałe, jak młot, jak bokser, Marcinkowi zaczynają trząść się ręce, czuje dziwne pulsowanie w głowie, nagle przyśpieszony przepływ krwi, tylko spokojnie, chce się opanować, to jest jego dzień, nie chce wpędzać się w kąt, to na pewno nic, nic się nie dzieje, dlaczego daję się prowokować!? Marcinek nie może ustać w miejscu, myśli o różnych zbereźnych rzeczach, niepokoi się, martwi, już obmyśla, co zrobi, a czego nie zrobi, jak postąpi i co jej powie, o co zapyta, niechże ona tylko wróci z tej pracy! Jezu, jezus jezus, jeżeli ona w ogóle jest w pracy! Może jest zupełnie gdzie indziej, okłamuje mnie i insynuuje!
Marcinek traci przytomność i upada na podłogę


komentarze
avatar rybak
jejku
2009-10-31, 10:11:34:
mechanik liryczny
popraw kilka ortów i będzie cacy.

avatar Veles
2009-10-31, 11:02:01:
każdy inny wszyscy różni :c
cieszę się, rybaku, że (chyba jako jedyny!) czytasz dział opowiadania. i komentujesz!
--

avatar rybak
jejku
2009-10-31, 15:23:08:
mechanik liryczny
bo mnie wciągnęły mrożące krew w żyłach perypetie Marcinka, a i jego metafizyczne łkania i bole pozwalają ukochać go jak brata. czekamy na więcej, I and I.

avatar selfreality
memento155wp.pl
2009-11-01, 12:23:27:
naprawdę
Zbytnio toto podobne do kreacji tej lalusiowatej postaci w 13 Świetlickiego, odległe echa pana Grzesia też wyczuwalne.

Niby satyra na konsumpcjonizm, niezgorzej podana, ale ileż razy można raczyć się tym samym daniem.


No dobra, warsztatowo jest b. sprawnie, nie mogę jednak opędzić się od wrażenia że wszystko to,oo czym piszesz już było. I zwyczajnie nudzi. Nie ocenia się jednak książki po okładce, nie?

Podoba mi się swoboda w prowadzeniu dialogów.

Powo.


avatar Veles
2009-11-01, 15:06:28:
każdy inny wszyscy różni :c
satyra na konsumpcjonizm? nieee. autor nie miał tego na myśli. to fragment tej książeczki mojej, co ją piszę, luźno wyrwane. marcinek jest marcinkiem, ja tutaj raczej widzę więcej kuczoka niż świetlickiego
--

avatar rybak
jejku
2009-11-01, 15:51:17:
mechanik liryczny
[komentarz edytowany przez autora wpisu]
podeślij mi więcej fragmentów, jeśli istnieją. a w ogóle, Adamus do mnie ostatnio trochę z dupy dzwonił z informacją, że skończył pisać swoją powieść. ma to ktoś?

avatar Veles
2009-11-01, 18:56:40:
każdy inny wszyscy różni :c
nie ma tego dużo, cały tydzień nic nie pisałem teraz. www.ijedzieszdalej.blogspot.com tutaj jest całość.
właśnie też do mnie dzwonił jakiś tydzień temu, mówił, że prześle mi tą książkę, dałem mu adres, ale skrzynka pusta do dzisiaj. nie wiem.
--

avatar rybak
jejku
2009-11-01, 19:44:28:
mechanik liryczny
[komentarz edytowany przez autora wpisu]
rynek wydawniczy mnie chyba rozpieścił, ale chujowo mi się czyta bez podziału na akapity. ale będę się w to wgryzał, zaprę się i zewrę. rada -> mniej bogowania i mniej masłowskiej, chociaż zajebiście Ci wychodzi, co nie. znaczy widać progres: Krystyna masłowską ocieka, z Krystyny bóg się leje i skrapla jej spracowane czoło, później jakby się wydestylował i uciekł, nie wiem, wykręciłeś go. póki co najlepszy Twój kawałek prozy z tego cyklu. i, na moje oko, Świetlickiego tu nie ma, i nie ma, i nie ma.

avatar Veles
2009-11-02, 22:16:13:
każdy inny wszyscy różni :c
dzięki, dzięki, dzięki. mam straszną ochotę na napisanie czegos nowego, zbiera mi się dalszy ciąg, ale nie mam kiedy przysiąść i przelać to na papier. kurwa!
masłowska, to się zdziwiłem! być może. to wszystko luźne jest, luzackie
--

avatar selfreality
memento155wp.pl
2009-11-03, 19:18:15:
naprawdę
A na moje jest, i jest.

Choćby z racji na intensyfikację pewnej symboliki, jes. Ale spoko, nie mówię że mam rację, Myszki.

avatar Kita
2009-11-15, 17:31:40:
tacze mają dziób
Veles, zajebiste teksty piszesz, co ja tu mam więcej komentować. Chociaż i tak nie wpadasz w moje preferencje czytelnicze i nigdy bym nie kupiła Twojej książki, to nie zmienia faktu, że przyznaję - dobry jesteś. Pozdrawiam.

avatar Veles
2009-12-17, 15:36:17:
każdy inny wszyscy różni :c
dylu skojarzył ze świetlickim bo biuro w opisie. nie wszystek umrę
--

O utworze:

wyświetleń:600
komentarzy:12


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Veles
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.