avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


20 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
worek kości
Who's the fella owns this shithole?
opowiadania
dodano:
13 października 2008, 12:37:49


Zmniejszenie I, II

Rozdział I

1

Szczupła brunetka uśmiechnęła się, a Piotr dostrzegł w jej okularach refleksy świateł latarń, jedynych jasnych punkcików w pogrążonym w mroku mieście.
- … ale następnym razem to ja wybiorę film. – Powiedziała.
- A wiesz że nawet nie mam nic przeciwko. – Odparł zaczepnie, chociaż mówił prawdę; szczerze wierzył w dobry gust swojej dziewczyny. Uśmiechnął się. Ten wieczór był bardzo przyjemny, a tak się bał, że Agnieszka nie zgodzi się z nim wyjść. Kurczę, tego dnia miał ochotę zgodzić się na wszystko byle dostać zapewnienie, że spędzi z Agą resztę swojego życia.
- Do zobaczenia na uczelni, wampirko.
- Do zobaczenia, do zobaczenia. – Przedrzeźniała go. - Pa, dobrej nocy… Żywy trupie.
- Już ja bym ci pokazał, jak bardzo żywy! – Krzyknął i złapał Agnieszkę w pasie wywołując burzę chichotów.
- A ja bym to chyba chętnie zobaczyła… - Powiedziała, wijąc się w objęciach Piotra. - Ale chyba powinniśmy…
- Chyba powinniśmy. – Powtórzył. - Idź już. – Dodał i puścił dziewczynę. Obejrzał się na damski akademik, który podobnie jak całe miasto powoli pogrążał się w ciemnościach.
- Tak, lepiej już pójdę… - Zgodziła się Agnieszka. - Jeszcze trochę i nie będą chcieli mnie wpuścić.
- No, to wtedy już byś się nie wymigała.
- Od czego?
- Od nocowania u mnie, draculko. Już ja bym cię wymęczył. – Odparł i wyszczerzył zęby.
- A kto powiedział, że ja się przed tym migam… Igorze. – Spojrzała na niego z zawadiackim uśmiechem. – Tylko nie wiem, czy twoja bryka ma odpowiednie siedzenia. – Wskazała ręką na przypięty do metalowej barierki rower, na którym kilka godzin wcześniej przyjechał do niej żeby zabrać ją do kina.
- Chodź no tu, dręczycielko! – Chłopak rzucił się na dziewczynę jak wygłodniały potwór na swoją ofiarę, z tą tylko różnicą, że ofiara wyglądała na całkowicie zadowoloną z faktu, iż za chwilę ma zostać pożarta. Gdy ją puścił, odetchnęła głęboko i spojrzała mu w oczy.
- Lubię się z tobą droczyć… - Powiedziała i spuściła wzrok. Chłopak nawet w słabym świetle zobaczył, że się zarumieniła. Pochylił się i pocałował Agnieszkę w usta. Zaledwie musnęli się wargami, chociaż w tym momencie, dla nich, nie było to ani zaledwie ani tylko, a Piotr szalał w duchu z radości, że się odważył, bo dziewczyna odwzajemniła pocałunek zupełnie jakby czekała na niego przez cały wieczór. Gdy odsunęli się od siebie, Agnieszka odwróciła się i wbiegła do ciemnego budynku żeńskiego akademika, który był jej domem podczas ich wspólnych studiów na wydziale filozofii.
Chłopak z zadowoleniem odprowadził ją wzrokiem. Później podszedł do roweru i zdjął zapięcie. Przekładał nogę przez ramę, gdy w kieszeni zadzwonił telefon komórkowy. Wyjął go. Ekranik informował, że dzwoni mama. Odebrał.
- Cześć mamo. – Przywitał się z wymuszoną wesołością.
- Gdzie jesteś? – Standardowe pytanie, którego nie mogło zabraknąć. Dziś wieczór zadane agresywnie i szybko, co znaczy, że piła alkohol.
- W statku kosmicznym, w drodze na Marsa.
- Co? Jesteś u siebie? – W tym stanie całkowicie ignorowała wszelkie żarty. Przynajmniej jeśli chodzi o niego.
- Właśnie jadę. – Powiedział ze znużeniem. Już wiedział, o co zapyta teraz.
- A gdzie byłeś? – Już miał powiedzieć, że na audiencji u papieża, gdy usłyszał głos swojego ojca. Ucieszył się.
- Jest ojciec?
- Co? Nie. A czemu…
- Wydawało mi się, że go usłyszałem w słuchawce.
- Nie, to nie był twój ojciec… Cicho. Nie teraz, poczekaj... To mój znajomy! – Doleciało do niego poprzez szmery i trzaski tych ponurych i smutnych igraszek jego matki z jakimś obcym facetem. - Gdzie jesteś? – Zapytała wreszcie, zasapana, a Piotr uznał, że już ma wystarczająco popsuty wieczór.
- Mamo, idź spać. Muszę już kończyć, rano wcześnie wstaję, mam do przeczytania moją pracę na seminarium.
- Jaką pracę?
- Z filozofii. Muszę spadać. Dobrej nocy, cześć.
- Co? Czekaj... Piotrek?
- Dobrej nocy, pa.
Rozłączył się. Ręce mu drżały. Ciekawe gdzie był teraz jego ojciec? Może też ze swoją kochanką. Piotr był mu wdzięczny, że przynajmniej on nie dzwoni do niego jak sobie wypije.
Dojechał do swojego mieszkania w piętnaście minut. Podczas jazdy próbował podśpiewywać jakieś zajmujące umysł piosenki. Chłopaki nie płaczą. Jestem z miasta. Kiedy byłem małym chłopcem…
Wprowadził rower do windy i wyjechał na ósme piętro. Otworzył drzwi własnego dwupokojowego mieszkania, za które płacili jego rodzice. Powiesił rower na haku w przedpokoju. Nastawił wodę na herbatę, ale się rozmyślił i wyłączył gaz. Zdał sobie sprawę, że nie ma ochoty ani na książki, ani nawet na Internet. Umył się i przebrał w piżamę. Wyjął telefon z kieszeni z myślą, że zadzwoni jeszcze do Agnieszki żeby usłyszeć od niej coś miłego, ale zmienił zdanie. Niepotrzebnie zwróciłby uwagę jej koleżanek, a nie lubił zwracać na siebie uwagi. No i jest jest późno, więc, no, i tak nie wypada. Napisał tylko krótkiego smsa:
„dobrej nocy bejbenko”
Bez żadnych dodatkowych znaczków.
Nie odpisała mu.

2

Obudził go telefon komórkowy, ale poprzez resztki snu nie mógł sobie przypomnieć, czy ktoś do niego dzwoni czy to tylko melodyjka od alarmu. Był środek nocy, więc w pokoju panował nieprzenikniony mrok, no, jeśli nie liczyć słabej poświaty włączonej komórki. Nie sądził, by nastawiał budzik na taką szatańską godzinę, więc na ile pozwalał mu jego zamroczony umysł, wywnioskował że coś się musiało stać.
Sięgnął po omacku po dzwoniący telefon. Na małym kwadratowym ekraniku wyświetlała się informacja, że numer jest nieznany. Piotr nacisnął kciukiem przycisk z narysowaną na nim zieloną słuchawką i przyłożył komórkę do ucha.
- Halo? Kto mówi? – Aż sam się przestraszył, jaki zachrypnięty miał głos. Przełknął ślinę i ponowił pytanie, ale po drugiej stronie panowała głucha cisza. Po chwili usłyszał dźwięk jakby ktoś westchnął, zrezygnowany i połączenie zostało przerwane. Przez moment trzymał jeszcze aparat przyciśnięty do ucha, usiłując pozbierać i uspokoić błąkające po głowie myśli. Sen opuścił go chyba na dobre. Zaczęło być jednak duszno.
Wstał z łóżka i poszedł do drugiego pokoju, nieco większego, z wbudowanym w szeroki regał płaskim telewizorem i z kompletem foteli oraz kanapą. Boso skierował się w stronę balkonu. Otworzył drzwi i wyszedł w chłodną noc, oddając się z przyjemnością delikatnym, orzeźwiającym podmuchom wiosennego wiatru. Stał podziwiając widok wygaszonego miasta i światła latarń, wyrywającym mrokom zarysy ulic i kontury cichych budynków.
Z zamyślenia wyrwało go chrząknięcie. Spojrzał w tę stronę i zobaczył unoszący się w powietrzu, rozżarzony na czerwono punkcik. Po chwili rozróżnił zarys młodej dziewczyny opartej o balustradę sąsiedniego balkonu.
- Zapalisz? – Zapytała.
- Nie, dzięki, nie palę... Ania, prawda? Masz na imię Ania?
- No. A ty nazywasz się Piotrek Mularczyk.
- Tak…
- Nocni goście?
- Co? Nie rozumiem…
- Czemu mnie nie zaprosisz do siebie?
Próbował odpowiedzieć ale jakieś tajemnicze głosy zaczęły tak natarczywie przypominać mu o spaniu, że burkną tylko coś niezrozumiałego i wycofał się do mieszkania. Przypomniał sobie jeszcze o nocnym telefonie, ale głosy były zbyt napastliwe. Nie było sensu stawiać im oporu, więc odłożył telefon na biurko i z ulgą opadł na poduszkę. Jego ostatnią myślą było, że być może to Agnieszka go sprawdzała, ale uciekająca od niego świadomość nie pozwoliła mu rozwinąć dalej tego przypuszczenia. Po chwili już spał, a do rana zdążył o wszystkim zapomnieć.

3

Obudził się goły jak święty turecki. No, nie całkiem goły; miał na sobie koszulkę, ale brakowało najważniejszej części piżamy - spodni. Spojrzał na swoje chude nogi i próbował sobie przypomnieć ostatni sen, jednak bez powodzenia. Rozejrzał się po pokoju i znalazł brakujący element garderoby na dywanie przy łóżku. Już nie fatygował się żeby nałożyć go z powrotem. Od czterech lat, czyli odkąd przyjechał do Lublina na studia, mieszkał sam, więc nie miało większego znaczenia jak się prowadzi.
Wstał i wyjrzał przez okno. Z ósmego piętra rozciągał się wspaniały widok na panoramę miasta. Słońce stało już wysoko w górze i mimo gorących, wczesnowiosennych promieni, zmroziło go chłodem.
- Zaspałem! – Krzyknął do siebie. Ściągnął podkoszulek i teraz już całkiem goły pobiegł do łazienki i wskoczył do wanny. Odkręcił zimną wodę, jęknął ale wytrzymał torturę zaciskając zęby. To go zupełnie rozbudziło. Po prysznicu, energicznie wycierając się ręcznikiem wyszedł na przedpokój. Nie spojrzał nawet w wiszące tam lustro. I tak wiedział co zobaczy - wysokiego, bladego kościotrupa z czarną czupryną za długich już włosów.
Jego mieszkanie składało się z dwóch pokoi, kuchni i łazienki, połączonych ze sobą niewielkim holem. Wszystko było opłacone przez jego rodziców, ponieważ Piotr miał się martwić tylko o studia. Domyślał się, że ich hojność w przeważającej mierze wynikała z faktu, iż od dłuższego czasu byli w separacji.
Chłopak wszedł do mniejszego pokoju i zaczął się ubierać szukając wzrokiem komórki. W końcu ją wypatrzył. Leżała na dywanie, przy łóżku, podobnie jak wcześniej jego spodnie od piżamy.
- To chyba jakaś epidemia. – Mruknął pod nosem i podniósł telefon. Tak jak przypuszczał, był pełen wiadomości. Agnieszka wydzwaniała do niego na zmianę z puszczaniem smsów. Nawet odpisała mu na wieczorną wiadomość, ale później było już tylko gorzej. Od „wstawaj śpiochu”, poprzez „spóźniasz się na seminarium”, do „czuję się olewana”, by skończyć na „nie odzywaj się do mnie” i „nie chcę cię znać”. Całe spektrum emocji, a przecież jest dopiero…
- Czternasta siedemnaście. – Przeczytał na głos godzinę, obojętnie wyświetloną na ekraniku komórki, a jednak w jakiś sposób stanowczą i surową jak oskarżenie.
Pomyślał, że wbrew smsowym zapewnieniom, Agnieszka lada moment może tu przybyć. Przypomniał sobie jak wczoraj był gotów spędzić z nią resztę swojego życia. Do licha, wciąż chyba tego chciał, ale dziś to przeświadczenie było racjonalnie chłodne, w przeciwieństwie do ostatnich gorących namiętności.
Włożył dżinsy i bluzę i poszedł do kuchni wymyślić sobie coś do żarcia, chociaż nie miał większego apetytu. Zrobił w końcu trzy kanapki z żółtym serem i leniwie przeżuwając poszczególne kęsy pogrążył się w myślach próbując stworzyć jakąś sensowną wymówkę. Nie dawał znaku życia bo zaspał - to oczywiste. A zaspał bo… No właśnie, odpowiedź nasuwała się sama - zaspał, bo się chwilowo rozchorował, no ale już mu lepiej. To powinno załatwić sprawę, pomyślał, i z lepszym humorem zabrał się do pałaszowania ostatniej kanapki. Nie zwrócił tylko uwagi na swoje ubranie, które zadawało się wisieć na nim odrobinę bardziej niż zwykle.

4

Z rozmyślań wyrwało go pukanie. Wstał od stołu, ale zaledwie zrobił kilka kroków, ze stóp spadły mu gumowe klapki. Zaklął pod nosem, ale nie wrócił się żeby nałożyć je z powrotem. Podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku. Na klatce stała wysoka blondynka, której Piotr w pierwszej chwili nie rozpoznał.
- Hej, Piotrek, mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam, bo musisz mi szybko pomóc z komputerem.
- O, cześć Aniu, nie poznałem cię. – Piotr był przyzwyczajony do tego, że na dziewczyny zawsze patrzy z góry, więc od razu zwrócił uwagę na niecodzienną sytuację, gdy tym razem to on musiał nieco unieść głowę, aby odnaleźć oczy nastoletniej sąsiadki. - Masz buty na wysokim obcasie? – Zapytał, kierując spojrzenie na stopy dziewczyny.
- Nie, jestem w samych skarpetkach, zobacz! No chodź, bo marznę!
- Poczekaj, nałożę sobie ciapy.
Wrócił po klapki i tym razem od razu zauważył, że są na niego za duże. Dziwne rzeczy się dziś dzieją, pomyślał, i poszedł za dziewczyną, która zdążyła już wrócić do swojego mieszkania. Zanim nacisnął klamkę, zapukał.
- No wejdź! Otwarte! – Usłyszał zza drzwi. Kiedy znalazł się w pomieszczeniu, które sąsiadowało z jego mieszkaniem, z miejsca dopadła go Ania. Jednak tym razem, zamiast powodzi skarg na głupi komputer, stwierdziła rzeczowo:
- Strasznie schudłeś.
- Co?
- Ubranie na tobie wisi. Jak na wieszaku.
Piotr spojrzał na luźne rękawy swojej bluzy. Rzeczywiście była na niego ewidentnie za duża. Co najmniej o jeden rozmiar.
- Pewnie się rozciągnęła w praniu. – Powiedział z wahaniem w głosie.
- Piotrze, w praniu ubranie się zazwyczaj kurczy.
- Oj, nieważne. – Odparł Piotr i podwinął rękawy. Miał już dość kierowania wzroku w górę. Nawet gdy był w klapkach to Anka wciąż wydawała mu się wyższa. Niewiele, ale jednak. Takie rzeczy się czuje. Dziwił się tylko, że dziewczyna jeszcze nie zauważyła, że on wcale nie schudł tylko… No właśnie, tylko co? Zawsze był od niej wyższy, więc co się stało? Przecież się nie skurczył w praniu! Od tej myśli, aż go ścisnęło w żołądku. Musiał szybko zmienić temat, zanim Anka za bardzo skupi się na jego kondycji fizycznej.
- Pokaż mi, co się dzieje z tym twoim komputerem.
Dziewczyna zaproponowała, żeby usiadł na krześle i nachylając się nad nim pokazała mu palcem pliki wyświetlające się na monitorze, które powinna przesłać mailem koleżance. Oprócz tego Piotr dowiedział się, że jej rodzice pojechali do dziadków i ona teraz sama musi niańczyć swoją siedmioletnią siostrzyczkę.
- Normalnie jestem uwiązana w domu na amen! – Podsumowała całą sprawę. – Przynajmniej mogę spokojnie palić na balkonie, co nie?
- A w ogóle, to gdzie się podziała Natalia? Chyba jej nie zgubiłaś, co? – Zapytał Piotr.
- No weź przestań. Jest w szkole. Za chwilę muszę pójść ją odebrać.
Piotr bez trudu wysłał mail pod wskazany adres. Kilka kliknięć myszką i gotowe. Zastanawiał się, czy nie był to tylko pretekst, żeby go zwabić do mieszkania podczas nieobecności jej rodziców. Ale ze mnie Narcyz, napomniał się w myślach. Odwrócił się do dziewczyny i powiedział:
- Melduję wykonanie zadania.
- O, wielkie dzięki! – Wykrzyknęła dziewczyna.
- Służę z radością. – Odrzekł Piotr, a w tej samej chwili na biurko wskoczył czarny kot.
- Wiktoria, sio! – Warknęła dziewczyna, rzucając się z rękami na zwierzę.
- Nie wganiaj jej. Uwielbiam koty. – Powiedział chłopak i pogłaskał zwierzę, które wydawało się całkowicie ignorować wrzaski swojej właścicielki.
- Skoro tak… A napijesz się może herbaty, albo czegoś? Mam piwo w lodówce, jak chcesz…
- Nie, dzięki Aniu, dzięki. Muszę spadać, naprawdę. Mam mało… - Urwał i poczuł jak znów jeżą mu się włosy na karku. Mało. Jest tylko jedno wyjaśnienie tej całej sprawy – ktoś sobie z niego żartuje. Zaczął podnosić się z krzesła, ale nastolatka przytrzymała go za ramiona, tak że ponownie klapnął na siedzenie.
- Ale masz chudziutkie ramionka. Prawie jak u Natalii…
- C-co? Co powiedziałaś?
- Że jesteś strasznie szczuplutki… Hej, gdzie uciekasz? – Piotr zerwał się na równe nogi i tym razem jego wzrost nie pozostawiał już cienia wątpliwości.
- O Boże! – Jęknęła na jego widok dziewczyna.
Chłopak oniemiałym wzrokiem patrzył się na, do niedawna drobną, nastolatkę, która przewyższała go teraz o dobre pół głowy. Ale nie tylko ona, bo wszystko, wszystko było jakby przesunięte w górę i… napęczniałe. Wszystko było powiększone!
- Piotrze, ty się skurczyłeś!
Zakręciło mu się w głowie i pochłonęła go ciemność.

5

Piotr był na wykładzie i słuchał profesora, który mówił coś w niezrozumiałym języku. Aula była wypełniona studentami. Wszyscy pochyleni nad zeszytami skrzętnie, niemal symultanicznie notowali każde słowo płynące z mównicy. A słowa dosłownie płynęły, unosząc się w powietrzu. Zapisane z liter jakiegoś pradawnego alfabetu, wychodziły z ust wykładowcy i przepływały przez aulę, raz powoli i dostojnie, innym razem jak pociski wystrzeliwane z karabinu maszynowego przelatywały z furkotem odbijając się od ścian i sufitu, gdzie rozpryskiwały się na jeszcze mniejsze słówka. I nagle profesor zwrócił się wprost do niego, a chmara słów wysypująca się z ust wykładowcy uderzyła go i porwała w powietrze. Poczuł że leci bezwładnie, niesiony prądem wykładu i widział że pędzi wprost na ścianę, na której za chwilę niechybnie się roztrzaska. A wtedy...
Otworzył oczy i ujrzał nad sobą zatroskaną twarz.
- Gdzie jestem? – Zapytał i spróbował wstać. Silna ręka nie pozwoliła mu na to.
- Nie podnoś się. Jesteś u mnie w domu. Zemdlałeś. – Powiedziała Anna, cicho, głosem pełnym troski i współczucia.
- Jak… Jak długo byłem nieprzytomny?
- Około godziny. Przeniosłam cię na łóżko i poszłam po Natalię. Jak wróciłam, to jeszcze spałeś.
- Przeniosłaś mnie na łóżko?
- Nie chciałam żebyś leżał na podłodze… Nie byłeś zbyt ciężki.
- Muszę, muszę iść do siebie.
- Chyba nie myślisz, że cię teraz wypuszczę?
- Nie będę z tobą dyskutował. – Usiadł na łóżku i odsunął kołdrę. Spojrzał na swoje nogi i doznał wrażenia deja vu, z tą różnicą, że tym razem miał na sobie spodnie, chociaż jego stopy ginęły w nogawkach dżinsów. Sięgnął do nich rękami i podwinął je podobnie jak to zrobił wcześniej z rękawami bluzy. Zrobił to odruchowo, gestem typowym dla chudzielca, który zawsze musi poprawiać spadające mu z tyłka spodnie. Gdy skończył, zsunął się z łóżka na podłogę i zdążyło mu ulżyć, gdy z góry spojrzał na dziewczynę, by za chwilę znów poczuć jak przeszywa go dreszcz.
Ania siedziała w kucki. Podnosząc się na proste nogi rosła Piotrowi w oczach jak wielki, nadmuchiwany balon. Wyprostowana była wyższa o dobre pół metra. Ledwo sięgał jej do piersi.

6

- Mam nadzieję, że nie zemdlejesz znowu, chociaż wcale bym ci się nie zdziwiła. – Ania przerwała ciszę, podczas której dłuższy czas stali w milczeniu, patrząc na siebie. Dziewczyna z mieszaniną ciekawości i rozbawienia, natomiast Piotr z rosnącym przerażeniem.
- Nie bój się, nie zemdleję. – Mruknął chłopak.
- Nie boję się. Chętnie cię znów zaniosę do łóżka.
- Bardzo zabawne.
- Wcale nie. Powinieneś pójść do szpitala.
- Do szpitala? – Piotr zastanawiał się czy mogliby tam cokolwiek poradzić na jego sytuację. Wyobraził sobie swoją wizytę na izbie przyjęć i to jak oznajmia dyżurnej pielęgniarce, że potrzebuje pomocy, bo się zmniejsza. Potrząsnął głową. – Z tej opcji raczej nie skorzystam.
- Moim zdaniem robisz się coraz mniejszy.
- To miło, że dzielisz się ze mną swoim zdaniem, ale ja załatwię to po swojemu.
- Nie zostawię cię samemu sobie…
Z pokoju obok dobiegł dziecinny śmiech.
- To Natalia? – Zapytał Piotr.
- Tak, ogląda telewizję.
- Nie chcę, żeby mnie zobaczyła w tym stanie. Przestraszy się.
- Żartujesz? – Anna zrobiła ogromne oczy, jakby wpadła na znakomity pomysł. - Będzie w siódmym niebie! – Wykrzyknęła, po czym odwróciła się i pobiegła do drugiego pokoju, by zawołać młodszą siostrę. - Natalia, chodź tutaj szybko! – Krzyknęła, po czym zwróciła się do Piotra: - Zaczekaj, zaraz ją przyprowadzę.
Piotr nie miał zamiaru stać się ciekawym okazem zoologicznym dla dwóch nastolatek, więc skorzystał z chwili nieuwagi Anny i pobiegł do drzwi. Nie martwił się już o swoje klapki, które były teraz o wiele na niego za duże. Nacisnął klamkę i wybiegł na korytarz, a stamtąd wprost do swojego mieszkania. Gdy się w nim znalazł, zatrzasnął drzwi i zamknął je, nie bez wysiłku, przekręcając stalowy klucz w zamku. Po chwili usłyszał tupot stóp Anki, która wybiegła za nim, po czym bez pukania zaczęła forsować wejście. Może i była większa od niego, ale wciąż za mała żeby wyłamać drzwi z zawiasów, więc krzyczała tylko coś o tym, że musi się nim zaopiekować. Gdy zignorował jej wrzaski zaczęła mu grozić, że pożałuje tego że się przed nią ukrywa, a później, najwyraźniej znudzona robieniem z siebie idiotki, wróciła do domu.
Gdy Piotr usłyszał trzask zamykanych drzwi opadł na dywan w holu, oparł się plecami o ścianę i spróbował przedstawić sam sobie sytuację w jakiej się znalazł, oraz ewentualnie obmyślić jakiś plan działania. Do kogo mógłby zadzwonić? Do rodziców? Nie, to stanowczo nie wchodziło w grę. Oni mieli wystarczająco dużo problemów ze sobą żeby im dostarczać nowych. W takim razie została mu tylko Agnieszka. Ale jej również nie chciał się pokazać w takim stanie. Z drugiej strony nie znał nikogo, kogo mógłby jeszcze poprosić o pomoc. Oczywiście Anna, zanim zwariowała, miała rację. Powinien zadzwonić do szpitala. Postanowił jednak, że najpierw spojrzy prawdzie w oczy. Musi przekonać się, jaka jest jego sytuacja.
Wstał i poszedł do kuchni. Otworzył szafkę, gdzie trzymał zupełnie nieużywany zestaw krawiecki, prezent od jego mamy z okazji postawienia pierwszego kroku na drodze do samodzielności. Sięgnął po niego rękami, które okazały się za krótkie. Piotr stanął na palcach, ale i to nie pomogło mu dosięgnąć schowanego tam pudełka. To nie wróżyło najlepiej na przyszłość.
- Boże, co się ze mną dzieje? – Zapytał pustą kuchnię. W jego zachowaniu nie było jednak nerwowości. Panika, która zaatakowała go podczas spotkania z Anną, postanowiła najwidoczniej pozwolić mu na złapanie oddechu. Odwrócił się powoli na pięcie, chwycił taboret i podsunął go pod szafkę. Gdy się na niego wdrapał, dosięgnięcie zestawu krawieckiego przestało być trudnością.
W małym pudełeczku, między szpulkami nici i kolekcją igieł w każdym rozmiarze, odnalazł to, czego szukał – metr krawiecki. Spojrzał na zwinięty wąż żółtej taśmy jak na narzędzie tortur z którego musiał właśnie skorzystać. Z szuflady wyjął czarny flamaster. Chwila prawdy, pomyślał i podszedł z obydwoma przedmiotami do ściany w holu. Oparł się o nią plecami i opierając flamaster o czubek głowy narysował na ścianie poziomą kreskę. Następnie odwrócił się i rozwinął metr krawiecki.
Mierzenie przebiegło sprawnie, ale rezultat był przerażający.
Według swojego dowodu osobistego powinien mieć jeden metr osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu. Natomiast według miarki krawieckiej, jego wzrost wynosił jeden metr i dwadzieścia siedem centymetrów. Czyli w ciągu jednego popołudnia skurczył się o ponad pół metra. I wyglądało na to, że z każdą chwilą zmniejszał się coraz bardziej.

7

Gdy czekał na połączenie telefon ciążył mu w ręce jak cegła. Nie wiedział, jak Agnieszka zareaguje, ale jeśli ta dziewczyna miała dla niego jakieś znaczenie nie mógł się przed nią ukrywać. Czuł że musi z kimś porozmawiać. Czy to czary? Czy ja śnię? Po czwartym sygnale przerwał połączenie. Tym razem to ona była nieosiągalna.
Upuścił komórkę, a urządzenie upadło między jego bose stopy. Spodnie odrzucił pod ścianę w krótkim napadzie furii, gdy po raz kolejny spadły mu z tyłka i wydawało się, że tym razem na dobre. Kolejne mierzenie metrem krawieckim nie pozostawiało złudzeń – Piotr kurczył się coraz gwałtowniej. A może to czas zaczął dla niego płynąć szybciej? Nie wiedział. To nie miało teraz znaczenia. Teraz obchodził go jego wzrost, który diagnozowała kolejna pozioma kreska zakreślona coraz większym, czarnym flamastrem. Chłopak przeczuwał, że wkrótce te kreski stanął się dla niego odmianą więziennego odliczania. Odliczania, tylko do czego?
- Aż zniknę. – Wymamrotał w odpowiedzi. Spojrzał na wynik mierzenia apatycznym wzrokiem. Sto dwanaście centymetrów. Piętnaście centymetrów w pół godziny. Pięć milimetrów w minutę.
Przez jakiś czas chodził po pustym mieszkaniu podziwiając wszystko z nowej, niższej perspektywy. Dywan zdawał się prosić o przystrzyżenie, meble stały się dekoracją z opowieści o czarodziejskiej fasoli, a dwudziesto jedno calowy telewizor zamienił się nagle w domowe kino. Ale gdy zaplątał się w swoje dżinsy, wpadł w szał. Chwycił je, gruby, sztywny materiał z trudnością deformował się pod jego palcami, i niezbyt imponującym rzutem posłał w kąt. W diabły. Później wyplątał gumkę z bokserek, które zaczęły mu już sięgać do kolan, rozciągnął ją na ile dał radę i zawiązał w supeł. Ta sytuacja przypomniała mu nowelkę Prusa, Kamizelkę, i to skojarzenie rozbawiło go na tyle, że zamiast tłuc pięściami w bezsilnej złości we wszystko co zdołał dosięgnąć, zebrało mu się tylko na płacz. Usiadł na skrzyżowanych nogach i jeszcze raz spróbował połączyć się z Agnieszką. Tym razem, gdy w słuchawce zabrzmiał pierwszy buczący sygnał, w odpowiedzi rozległa się przygłuszona melodyjka dobiegającą zza jego drzwi. A po chwili, gwałtowne pukanie.
- Piotrze, zanim ci pozwolę mnie olać, najpierw cię zabiję. – Usłyszał damski głos, na dźwięk którego mimowolnie się uśmiechnął. – Otwieraj, wiem, że jesteś w domu. I mam nadzieję, że jesteś umierający, bo innego wytłumaczenia nie przyjmę.


Rozdział II


1

Piotr usłyszał odgłos otwieranych drzwi na korytarzu. Ania, pomyślał. Anka postanowiła wtrącić się w zamieszanie. Agnieszka przestała pukać i dziewczyny wdały się w rozmowę, ale chłopak nie potrafił zrozumieć o czym gadają. Przystawił ucho do miękkiego obicia, jakim powleczone były jego drzwi wejściowe, jednak i to nie pomogło mu uszczknąć z rozmowy ani jednego słowa. Jedynie bełkotliwy szum zwielokrotniony echem korytarza.
Chwilę stał w miejscu, rozważając swoje położenie. Nie może wiecznie udawać, że nikogo nie ma w domu, pomyślał. Był niemal pewny, że Anka czatowała pod jego mieszkaniem, gotowa rzucić się na niego gdyby wyściubił chociaż nos poza próg. Musiał założyć, znając długi język sąsiadki, iż powie Agnieszce, że schował się w mieszkaniu. A wtedy, jeśli wciąż będzie milczał, Aga pomyśli o najgorszym. A to z kolei oznacza jeszcze więcej zamieszania, którego wolał za wszelką cenę uniknąć.
Westchnął. Spojrzał na świat za oknem. Na dworze zaczynało zmierzchać. Ze swojej perspektywy mógł jedynie obserwować niebo, minuta za minutą pogrążające się w coraz głębszej czerwieni. Wszedł do swojego pokoju i podniósł z podłogi komórkę. Dochodziła dwudziesta. Gdy odkładał telefon, podwinięte do tej pory rękawy poluzowały się i rozwinęły aż do samej ziemi, przemieniając bluzę w rozwiązany kaftan bezpieczeństwa.
- Mam nadzieję, że oszalałem. – Mruknął Piotr i zdjął z siebie za duże ubranie. Teraz miał na sobie tylko bokserki ze zwężoną gumką i podkoszulek, który wyglądał na nim jak suknia balowa. Tak, przyjąłby obłęd z otwartymi ramionami.
Na korytarzu ucichł szum rozmowy, a Agnieszka znów podeszła pod jego drzwi. Tym razem nie zapukała. Przez moment stała, niezdecydowana, po czym odezwała się, znacznie spokojniej niż poprzednio, jednak nie mniej stanowczo:
- Jeśli nie otworzysz drzwi, zadzwonię po pogotowie.
Chłopak wiedział już, że dłużej nie może zwlekać.
- Nie dzwoń. Za chwilę otworzę. – Odpowiedział, a coś w jego głosie przebiło się przez maskowany spokój Agnieszki.
- Jezu, Piotrze! – Krzyknęła. - Czy ty leżysz na ziemi?
- Nie, dlaczego… - Dlaczego tak myślisz, miał zapytać, ale sprawa wydawała się jasna. Dla Agnieszki jego głos docierał z dołu.
- Poczekaj, już otwieram.
- Przestań mnie straszyć do cholery! Mam dość tych głupich gierek! Dlaczego nie odpowiadasz na moje smsy? Piotrek? Piotrek!
- Cicho… - Agnieszce wydało się, że powiedział to przez zaciśnięte zęby, jakby robił coś, co wymagało od niego wielkiego wysiłku.
- Ale za chwilę będziesz biedny…
Rozległ się zgrzyt przekręcanego w zamku klucza. Agnieszka nie czekała na zaproszenie, lecz od razu nacisnęła klamkę otwierając szeroko drzwi do mieszkania swojego chłopaka.

2

Mieszkanie tonęło w mroku. Przywodziło na myśl jaskinię lub nawiedzony dom, a złe przeczucia, które zawładnęły umysłem Agnieszki dały o sobie znać jeżąc jej włosy na karku. Dziewczyna sięgnęła ręką do włącznika. Chwilę szukała go dłonią, macając ścianę na lewo od wejścia. W końcu odnalazła kontakt i zapaliła światło. Rozżarzona żarówka oślepiła ją jak nagły błysk słońca po wyjściu z ciemnego tunelu. Agnieszka zakryła dłonią oczy, aby uporać się z zawrotem głowy i z mroczkami, które przesłoniły jej widoczność purpurową mgiełką. Po chwili wzrok powrócił do dawnej ostrości, a dziewczyna zobaczyła istotę, która wyszła jej na spotkanie.
Przed nią stało małe dziecko w sięgającym mu do ziemi za dużym podkoszulku jakby po starszym rodzeństwie. Wydawało się wychudzone. Niemal zasuszone i Agnieszce przyszły na myśl filmy, w których szamani voodoo kurczyli ludzkie głowy do rozmiaru grejpfruta. Bo dzieci mają przecież wielkie głowy, w porównaniu do reszty ciała, a to tutaj…
To nie było dziecko.
To był…
- Piotrze? – Zapytała, czując jak wszystkie kontrolki w jej umyśle zapalają się na czerwono.
- Anka ci nie powiedziała? – Odparła istota.
Agnieszka zamrugała oczami. Przed nią stał człowieczek o proporcjach ciała należących do młodego mężczyzny, natomiast wzrostem przywodzącym na myśl czterolatka.
- Piotrze? – Przełknęła ślinę. – Piotrek?
Chłopak poczuł, że idiotyczne niedowierzanie malujące się na twarzy Agnieszki, zamiast wpędzać go w jeszcze gorsze przygnębienie, w jakiś niewytłumaczalny sposób zaczęło go śmieszyć.
- To ja. – Odparł. A gdy dziewczyna na miękkich nogach zaczęła się do niego zbliżać, pochylając się lekko, uniósł rękę, zatrzymując ją tym gestem. – Zamknij za sobą drzwi. – Powiedział. - Nie chcę, żeby ta wariatka zza ściany zaraz tu wparowała. I rozbierz się, do licha, zostawiasz ślady błota wielkie jak u słonia!

3

Piotr znów doznał uczucia dejavu, gdy tak stali z Agnieszką, w milczeniu przyglądając się sobie. Z tą różnicą, że w tym momencie Agę należałoby uznać nie tyle za wysoką, co po prostu olbrzymią. Z jego perspektywy wzrost dziewczyny wynosił na oko ze cztery metry. Ledwo sięgał jej do pasa. Jej szczupłe nogi, zakryte ciasnymi dżinsami, wyglądały jak napęczniałe kolumny na których unosiła się szczupła, ale jednak potężna talia zwieńczona krągłościami piersi, i która przechodziła następnie w smukłość szyi oraz uroczą, spoglądającą z góry twarz Agnieszki. Jak Atena. Jak jego bogini, przeszło mu przez myśl, ale szybko przywołał się do porządku. Poprzez lęk, chłopak poczuł również iskrę pożądania.
Postanowił przerwać milczenie.
- Przepraszam, że nie dawałem znaku życia. – Powiedział i podrapał się w czubek nosa. - Jak widzisz, mam tutaj mały problem.
Agnieszka nie odpowiedziała lecz gwałtownie skoczyła do przodu, przykucnęła przed chłopakiem i złapała go za ramiona. Spróbował się wyrwać, ale jego ciało wydało się jej bardzo kruche i delikatne, a opór, ledwo wyczuwalny. Miała wrażenie, że bez wysiłku skruszyłaby jego kości.
- Ej, Agnieszka! To boli! – Chłopak zrobił ogromne oczy. Wciąż tliło się w nim napięcie wywołane nieoczekiwanym widokiem dziewczyny, jednak teraz wypierała je wzbierająca panika. Przypomniała mu się Anka i przeszło mu przez myśl, czy przypadkiem jego stan nie wywołuje u ludzi szaleństwa. Bał się, że to samo spotkało Agnieszkę, lecz tym razem czuł się bezradny. Jej ogromne dłonie miały miażdżącą siłę. Naprężył mięśnie, ale nie potrafił się wyswobodzić z uścisku. Poczuł, że za chwilę się rozpłacze.
- Agnieszka! Agnieszka, puść mnie!
Dziewczyna rozluźniła uchwyt.
- Przepraszam. – Powiedziała. – Chciałam się upewnić, czy jesteś rzeczywisty. Czy to… Czy to wszystko jest prawdziwe.
Chłopak odsunął się do tyłu o kilka kroków. Mimo iż przykucnięta, dziewczyna wciąż była od niego większa i z góry patrzyła na niego niewidzącym wzrokiem. Jej rozmiary zaczęły go przerażać. Nagle pożałował, że ją wpuścił. Zapragnął uciec.
- Jak to się stało? – Zapytała.
- Nie wiem.
- Nie wiesz?
- Nie. – Zamyślił się. Czuł, że jest coś, o czym zapomniał, a co powinien był wiedzieć. Coś bardzo ważnego. A może to tylko taka głupia nadzieja, że prawda jest tuż za rogiem, gdy faktycznie odpowiedź w ogóle nie istnieje. - Wiem tylko tyle, że…
- Że co? Że co, Piotrze? – Dopytywała się dziewczyna nieświadomie przyjmując postawę jak przy rozmowie z małym dzieckiem.
- Że kurczę się coraz bardziej. – Wymamrotał drewnianym głosem. Gdy wypowiedział na głos to, co od kilku godzin jedynie obijało się toksycznymi myślami po jego umyśle, poczuł realny strach.
- Ja chyba umieram…
- Nie umierasz, głupku.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Usiadła na podłodze krzyżując nogi i oparła głowę na dłoni. Piotr stał przed nią, wyprostowany, ale pełen lęku, przed ogromem jej ciała, które z każdą chwilą wydawało się coraz bardziej go przytłaczać. Jej wyciągnięte do przodu kolana sięgały mu do połowy piszczeli.
Dziewczyna przerwała milczenie.
- Kiedy to się zaczęło?
Chłopak opowiedział jej w skrócie o tym, że zaspał i że na początku nie wydarzyło się nic niepokojącego. Nawet gdy mu spadły klapki. Po prostu nie zwrócił uwagi żeby działo się coś dziwnego. Pierwszym sygnałem była jego bluza, nagle o rozmiar za wielka, i komentarz sąsiadki, że strasznie schudł. Przemilczał tylko, jak salwował się potem ucieczką przed dziewczyną, której nagle odbiła palma na jego punkcie. Zakończył na tym, że zaczął odmierzać postęp jego malejącego wzrostu na ścianie w przedpokoju.
- Chodź, zobaczysz. – Zaprowadził dziewczynę do miejsca, gdzie dokonywał pomiarów. Agnieszka nie fatygowała się żeby podnieść się na nogi. Poszła za Piotrem na czworaka. W tej pozycji lepiej go słyszała.
Chłopak ustawił się pod ścianą. W ręce trzymał czarny flamaster, ale jego palce były za krótkie by pewnie go utrzymać nad głową, nie wspominając już o manewrach.
- Mogę? – Zapytała dziewczyna. Piotr bez słowa podał jej markera, ale Agnieszka nie potrzebowała zakreślać kolejnej poziomej linii by stwierdzić, że od poprzedniego mierzenia chłopak zmniejszył się o jakieś… pół metra. I nie wiele się pomyliła. Mierzenie metrem krawieckim nie pozostawiało złudzeń. Piotr liczył sobie już tylko siedemdziesiąt jeden centymetrów wzrostu.

4

Siedzieli na kanapie oglądając telewizję. Chłopak stanowczo odmówił, gdy Agnieszka chciała go podsadzić, i o własnych siłach wdrapał się na miękki mebel. Usadowił się jednak w maksymalnej odległości od dziewczyny. Jej rozmiar go niepokoił.
Nie rozmawiali wiele. To co przytrafiło się Piotrowi było tak nienaturalne, że Agnieszka nawet nie protestowała, gdy ten zadeklarował całkowitą niechęć do wszelkiego kontaktu z lekarzami. „To głupie”, powiedział wtedy, „ale wydaje mi się, że to nie dzieje się przypadkiem. Po prostu poczekam na rozwój wydarzeń”. Poprosił, żeby została jakiś czas. Ona odparła, że chyba mózg mu się skurczył jeśli myśli, że zostawi go teraz samego. Uśmiechnął się. Poczuł gwałtowny przypływ miłości do tej kobiety. Uczucie to gorącą falą rozeszło się po jego ciele, grożąc eksplozją klatki piersiowej i żołądka. Z przyjemnością oddał się tej emocji. Ale nie miał odwagi spojrzeć na Agnieszkę. Zamiast tego powiedział:
- W tym tempie do jutrzejszego wieczora pewnie przestanę istnieć.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Chwilę siedzieli w milczeniu, wpatrując się w telewizor. Właśnie leciała reklama jakiegoś samochodu – nowy i ulepszony, teraz zmieścisz w nim wszystko. Chłopak przerwał ciszę.
- Coś mi się przypomniało.
- Co takiego?
- Wiesz, co mówią tomiści o istnieniu? – Zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. – Mówią, że Bóg udziela istnienia. Udziela go swoją miłością.
- Do czego zmierzasz?
- Może po prostu Bóg powoli przestaje mnie kochać…
- Boże, Piotrek, ale to głupie! I w ogóle to tomiści mówią coś zupełnie innego!
- No nie wiem…
- Piotrze, jeśli wierzysz… Jeśli wiesz, że to co się z tobą dzieje ma jakiś cel, to trzymaj się tej myśli i będzie dobrze.
- A może tym celem jest to żebym zniknął, co?
- A może powinnam cię zgnieść jak pomarańczę? – Odparła dziewczyna i zbliżyła się do niego wyciągając w jego stronę dłonie z rozcapierzonymi palcami. – A wiesz jak niecierpię pomarańczy!
Chłopak odruchowo spróbował się odsunąć, ale siedział przy samym oparciu kanapy więc tylko się skulił.
- Ojej, nie bój się, przecież ja tylko żartowałam.
- To wcale nie było śmieszne. Popatrz na siebie.
- A co jest ze mną nie tak?
- Jesteś… Jesteś ogromna. – Wyjąkał.
Dziewczyna roześmiała się.
- To ty jesteś mały. – Stwierdziła. - I gadasz głupoty.
- Ja po prostu mówię jak jest. – Odparł chłopak i zrobił urażoną minę. - I nie nazywaj mnie małym.
Siedząc ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i skwaszoną miną, a stopami nie sięgając nawet poza krawędź kanapy wyglądał tak rozkosznie, że Agnieszka znów wybuchnęła śmiechem. Tym razem nie powstrzymało jej jego przestraszone spojrzenie. Przysunęła się do niego i wsunęła jedną dłoń pod jego uda, a drugą wsadziła za jego plecy, po czym uniosła go bez wysiłku w górę. Chłopak krzyknął, ale nie szarpał się, tylko złapał asekuracyjnie za materiał jej koszulki na piersi. Dziewczyna wstała i trzymając go w ramionach, zaczęła kręcić się wokół własnej osi zaśmiewając się do rozpuku.
- Już ja ci wybije z głowy te głupoty! – Krzyczała.
- Dobra, starczy! Starczy! – Darł się chłopak, ale Agnieszka wciąż się śmiała tańcząc po pokoju z Piotrem na rękach.
- Dość, Agnieszka! Starczy! Mam dość!
- Będzie dość, gdy ja o tym zadecyduję! – Wyszeptała i podrzuciła chłopaka w powietrze. Złapała go, zakręciła jeszcze jeden piruet i zasapana opadła na dywan odstawiając wreszcie Piotra z powrotem na ziemię.
- Wariatka! – Krzyczał, odbiegając od rozbawionej dziewczyny. – A gdybym to ja tak ciebie zaczął szarpać i podnosić i w ogóle tarmosić po pokoju?
- Jak chcesz to proszę bardzo! Jestem cała twoja! Bierz mnie! – Mówiła ze śmiechem i aby uwiarygodnić swoje słowa, rozłożyła ręce w geście bezradności i uległości. Piotr spojrzał na dziewczynę, która mimo iż siedziała na ziemi, przewyższała go teraz niemal dwukrotnie.
- Przestań, proszę cię. Zachowujesz się jak ta kretynka zza ściany. Dla niej też nagle stałem się tylko zabawką, ciekawym obiektem do oglądania...
Agnieszka przestała się śmiać.
- Nie denerwuj się, przepraszam. Chciałam tylko żebyś się nie zamartwiał.
Przysunęła się do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Znów poczuła, jak drobne było jego ciało.
- Dobra, nie ma sprawy. – Odparł cicho nie patrząc jej w oczy, kierując wzrok na swoje gołe stopy. – Sprawiasz, że czuję się taki…
- Hej, popatrz na mnie. No? – Dziewczyna podłożyła palec pod brodę chłopaka i uniosła jego małą twarzyczkę ku sobie. – Jestem tu. Nie musisz się bać…
Uśmiechnęła się do niego, nachyliła i pocałowała go w usta lub, by być bardziej precyzyjnym, w połowę twarzy.
- Ale ja się po prostu boję… - Powiedział chłopak.
- To przestań… Obronię cię. – Szepnęła cicho i znów go pocałowała.

5

Zapadł zmrok. Dochodziła północ. Wczoraj o tej porze stałem z Agnieszką przed jej akademikiem i proponowałem żeby zamieszkała ze mną. A dziś chyba właśnie się spełniło moje życzenie. Przypomniał sobie, jak był pewien, że jest gotów zgodzić się na wszystko byle tylko mógł spędzić z nią resztę swojego życia… Uważaj, czego pragniesz, bo twoje życzenie może się spełnić, prawda? Ponura ironia losu, pomyślał. Modlił się, aby nie była prawdziwa.
- O czym myślisz?
Drgnął na dźwięk jej głosu. Spojrzał w górę. Agnieszka siedziała bokiem na złożonych nogach. Jedną ręką podpierała się o podłogę, natomiast drugą przeczesywała swoje piękne, czarne włosy. Piotr stał o kilka kroków od jej dłoni, podziwiając w osłupieniu ogrom dziewczyny. Przed chwilą skończyli kolejne mierzenie. Uparł się, że musi wiedzieć, a Agnieszka mu w tym pomogła, bo o własnych siłach nie był w stanie unieść markera.
Czekali. Nie wiedział na co, ale to nie miało znaczenia. Po prostu czekali. Czuł, że coś się musi wreszcie wydarzyć. Coś musi nadać sens temu, co mu się przytrafiło. Trzymał się tej myśli z desperacją człowieka, który dryfuje na ostatniej desce roztrzaskanej łodzi poprzez bezmiar oceanu. Trzymaj się i żyj, lub odpuść i daj sobie szansę w nowym wcieleniu. Piotr nie chciał się poddać, chociaż na dobrą sprawę nie wiedział, co innego mu pozostało oprócz czekania.
Tak więc przez jakiś czas rozmawiali ze sobą. O tym, co słychać na uczelni i jakie mają plany na przyszłość. W pewnym momencie chłopak poprosił, aby Agnieszka włączyła telewizor. Jej odbierające dech rozmiary peszyły go coraz bardziej. Ale nie tylko ona. Meble, ściany… Nie miał odwagi wyjść na balkon.
Wszystko widział tak dokładnie. Najdrobniejsze szczegóły każdego materiału były powiększone jakby nosił umocowaną na stałe do twarzy lupę. Kurz puszysty jak wełna i wielki jak piach. Włosy jak grube, gładkie nici. Wszystko wyolbrzymione i przysadziste. Piotr widział kiedyś w telewizji program o wystawie powiększonych makiet przedmiotów codziennego użytku, ale to czego doświadczał teraz było zupełnie czymś innym. Świat był realny. To on czuł się tak jakby został w nim umieszczony przez przypadek.
W pewnym momencie krótki t-shirt zaczął mu przeszkadzać. Tonął również w bokserkach. Zwężanie gumki nie miało już sensu. Agnieszka to zauważyła i w kilka minut, korzystając z jego przybornika krawieckiego, uszyła mu prowizoryczny kombinezon z dwóch kawałków wyciętego materiału. Powiedziała, że wygląda uroczo. On odpowiedział jej żeby się wypchała.
Rozmawiał z dziewczyną albo z zamkniętymi oczami, albo wpatrując się w ekran telewizora. Później zrobiła mu herbatę, ale jej nie wypił. Wcześniej poszedł się odlać na ścierkę w łazience. W tej sprawie nie był w stanie poprosić Agnieszki o pomoc.
- Nie odpowiedziałeś.
- Co?
- Pytałam o czym myślisz.
- Myślę o tym, że wreszcie spędzisz ze mną noc. – Odpowiedział i uśmiechnął się smutno. Ale rzucił jej tylko przelotne spojrzenie.
Stał pod ścianą, która była jego kartą pacjenta. Jego wyrocznią.
- Jak się czujesz, co? Piotrze?
Nie odpowiedział.
Odwrócił się szybko w stronę podziałki, ale wynik go nie zaskoczył. Był tylko formalnością.
Uniósł głowę i napotkał spojrzenie Agnieszki. Ona również uśmiechała się, ale jej oczy nie były wesołe. Odsunął się od jej dłoni. Był senny. Skierował się do pokoju. Dziewczyna powoli poszła za nim.
Trzydzieści pięć centymetrów.
W cztery godziny skurczył się o połowę.

6

- Nie dam rady. – Jęknął. - Położę się na podłodze.
- Nie wygłupiaj się. Chce cię mieć na oku. – Piotr usłyszał jednak: nie chcę cię przypadkiem rozdeptać.
- Nawet nie wiesz, jakie to dla mnie upokarzające. – Mruknął.
Chłopak stał przed kanapą, ale miękka gąbka, którą była obita, skutecznie uniemożliwiała mu wdrapanie się na łóżko. Odwrócił się w stronę dziewczyny. Agnieszka zdążyła już się przebrać. Wyjątkowo skromnie, skonstatował w myślach Piotr z mieszaniną zdumienia i satysfakcji. Dziewczyna miała na sobie jedynie majteczki i krótką bluzeczkę na ramiączkach seksownie napiętą przez krągłości ukrytych pod nią piersi. Piotr zobaczył cień w kształcie półksiężyca wokół przebijających się przez koszulkę sutków i musiał znów odwrócić się w stronę kanapy, aby ukryć wzbierające w nim podniecenie.
- O czym ty mówisz? Popatrz na to pod kątem… frajdy. – Powiedziała.
- Frajdy. Jasne.
- No pewnie. Dobra. Nie ruszaj się.
Chłopaka zakrył cień przykucniętej za nim olbrzymki, a w powietrzu rozszedł się delikatny zapach kobiecych perfum. Poczuł na plecach ciepły dotyk wielkich dłoni Agnieszki. Po chwili jej palce, wielkości jego ramion, zacisnęły się mocno ale delikatnie na biodrach chłopaka. Sekundę później poczuł lekki, przyjemny ucisk i stracił kontakt z podłogą. Dziewczyna uniosła go w górę. Piotr nie widział jej twarzy, gdyż trzymała go odwróconego do niej plecami, ale miał przez mgnienie oka nieprzyjemne wrażenie, że Agnieszka napawa się swoją przewagą nad nim, podczas gdy on dyndał bezradnie w jej uchwycie, przebierając w powietrzu nogami i kurczowo trzymając się jej palców. Jednak po chwili Agnieszka bez słowa postawiła go na kanapie.
- I jak, nie bolało, co?
- Nie bolało. Dzięki.
Dziewczyna przypatrywała się Piotrowi. Mimo iż siedziała przykucnięta na dywanie, a on stał na kanapie, wciąż go przewyższała. Chociaż bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że dziewczyna nad nim dominowała, w każdym sensie tego słowa.
- Co się tak gapisz? – Zapytał zmieszany.
- Nie wiem. Tak jakoś… Myślę o czymś. – Odparła dziewczyna mrużąc oczy. Ten gest jednoznacznie skojarzył się mu z jakąś konspiracją. Albo z podstępnym spiskowaniem.
- O czym myślisz, wielkoludko, hm?
- Nie chcesz wiedzieć.
- Oj, uwierz mi, że chcę. I to bardzo.
Dziewczyna uśmiechnęła się. Przez cały czas siedziała w kucki, nachylając się lekko nad Piotrem. Teraz jednak zaczęła się powoli podnosić. Chłopak spróbował cofnąć się w głąb kanapy, ale potknął się o fałdę poduszki, zachwiał i przewrócił.
Spadał.
Po chwili padł na niego cień dziewczyny, gdy przesłoniła świecący pod sufitem żyrandol. Uniosła ręce nad głowę, prężąc przed Piotrem swoje monumentalne ciało. Była olbrzymia, ale o Boże, jaka piękna. Była przerażająca, ale jakże seksowna. Bogini, pomyślał i przeląkł się, przyszło mu do głowy bowiem, że tak właśnie myśli o sobie Agnieszka, patrząc na niego znad nieosiągalnych wyżyn, z tajemniczym uśmieszkiem.
- Wiem, o czym myślisz. – Powiedziała namiętnym szeptem. - Wiem, co chciałbyś mi zrobić.
- Agnieszka, przestań.
Zaśmiała się.
- Ależ proszę… Oto masz szansę, samcze. Widziałam twoje lubieżne spojrzenia.
- Nie mów tak. Mylisz się.
- Możliwe… Ale nie przejmuj się tym co mówię. Jestem cała twoja.
Dziewczyna sięgnęła dłońmi do koszulki. Zaczęła gładzić wypukłości swoich piersi. Jedną rękę położyła na majteczkach.
- O co chodzi, maluszku? Nie chcesz mi pomóc? – Znów się zaśmiała. – Jesteś taki żałosny. Nie możesz dosięgnąć? A może to ja powinnam pomóc tobie?
Dziewczyna nachyliła się nad nim. Jedno ramiączko koszulki opadło odsłaniając pierś, która jak gigantyczny balon zawisła nad chłopakiem. Agnieszka wyciągnęła rękę w jego stronę. Spróbował się odczołgać, ale silne palce złapały go za łydkę i przyciągnęły do siebie z powrotem. A potem dziewczyna uniosła dłoń, a Piotr zaczął się unosić razem z nią. Unosić.

7

Nie.
Nie unosić.
Spadał.
Alarm.
Spadał.
Odzyskał świadomość w momencie, gdy w plecy uderzyła go podłoga. Miękki dywan zamortyzował upadek. Dzwoniła komórka.
- Nic ci się nie stało? – Agnieszka chciała się przeciągnąć, gdy Piotr zaplątał się nagle w fałdy pościeli i spadł z kanapy. Dziewczyna nachyliła się gwałtownie, ale zabrakło jej refleksu, żeby złapać chłopaka, więc ten nieźle wyrżną o podłogę.
- Jesteś cały?
- Chyba tak… - Wymamrotał, podnosząc się. - Nic mi nie jest.
Dzwoniła komórka.
- Agnieszka, możesz pójść odebrać?
- A co mam powiedzieć?
- Nie wiem. Odbierz i połóż telefon na ziemi. Może jakoś sobie poradzę.
Poszła. Jej kroki zadudniły głucho. Z przedpokoju dobiegł jeszcze jej głos:
- Ciekawe, kto to może dzwonić w środku nocy? Może coś się stało...
- Nie wiem. – Mruknął do siebie Piotr, ale po chwili po raz niewiadomo już który dzisiejszego dnia doznał tego nieznośnego uczucia, że już to kiedyś było. Alarm. Coś się stało.
- Nie wiem… - Powtórzył. Środek nocy. Coś się musiało stać.
Czekamy.
Czekamy aż coś się stanie.
- Nie odbieraj tego telefonu! – Ryknął i rzucił się biegiem do swojego pokoju. Przeskoczył próg w przejściu, leżący jak absurdalny, niepotrzebny kawałek schodów i wbiegł do swojego pokoju. Przy jego łóżku niczym sekwoja wznosiło się olbrzymie ciało Agnieszki. Odwrócona do niego tyłem trzymała przyciśnięty do ucha aparat telefonu.
- Agnieszka?
Odważył się do niej podejść trochę bliżej. Jej gładkie, szczupłe, a jednak potężne nogi wydawały się wznosić na kilkanaście metrów w górę. Piotr sięgał swoim wzrostem niewiele ponad pięty dziewczyny.
- Agnieszka? – Powtórzył pytanie.
Drgnęła.
- To nic. – Powiedziała. – Głuchy telefon. Chyba pomyłka.
- Dobrze się czujesz?
- Jestem bardzo senna. Chodźmy spać.
Odłożyła telefon na biurko. Zrobiła krok w stronę Piotra. Nie zdążył zaprotestować, gdy nachyliła się nad nim z wyciągniętą ręką i chwyciła go palcami w pasie. Bez trudu uniosła chłopaka w powietrze.
- Muszę cię pilnować… - Powiedziała sennym głosem. Piotr nawet nie próbował się siłować z dłonią, w której był uwięziony, całym ciałem wyczuwając ogrom siły zawarty w tych, do niedawna, delikatnych, dziewczęcych palcach. Agnieszka zaniosła go do drugiego pokoju, usiadła na kanapie, wciąż trzymając go w dłoni, po czym po prostu nieprzytomna upadła na poduszki pogrążając się w nieświadomości.
Piotr spróbował podważyć palce dziewczyny by wydostać się z jej dłoni, gdy usłyszał pod drzwiami jakieś głosy, a po chwili rozległ się dźwięk przekręcanego w zamku klucza i wejście do jego mieszkania stanęło otworem.


komentarze
avatar ;
2009-05-24, 01:44:29:
Mało zdolna szansonistka
[komentarz edytowany przez autora wpisu]
.
--
Taka jest moja koncepcja, tak ja to widzę.

O utworze:

wyświetleń:817
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

worek kości
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.