avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


26 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Kyo
Faszystowska Świńska Świnia[tm]
opowiadania
dodano:
4 września 2008, 11:29:16


Wola Ojca - 8.

8.

Nocny stróż wychylił się z portierni, kiedy Marek otwierał kodem drzwi do firmy. Rozpoznał go, uśmiechnął się i wrócił przed włączony telewizor.
- A co pan tak nie może żyć bez pracy, panie Marku? – zapytał żartobliwie ściskając mu rękę.
- Chcę odebrać pocztę od Pawełka, a nie bardzo mam ochotę płacić za połączenie z domu, bo to duże pliki. Zresztą pan, panie Sławku, też chyba niespecjalnie lubi wieczory przy kominku. – mruknął Marek z uśmiechem.
- Haha, pan młody jeszcze jest. – zaśmiał się stróż – W moim wieku też będzie pan przed żoną uciekał. Ja panu wcale nie życzę, ale sam pan wie, babom odbija na starość.
Marek wyjął z szafki klucz do swojego pokoju.
- Nikogo już nie ma, panie Sławku?
- Ano nie ma. – stróż pokręcił głową – Sam prezes wyszedł pół godziny temu. Pusto.
- To ja będę u siebie, jakby co.
- Jasne jak słońce, panie Marku.
Dwuzłotowa moneta z brzękiem wylądowała w automacie.
Kawa ze śmietanką.
Ostrożnie, żeby nie poparzyć się plastikowym kubkiem Marek wszedł na górę. Odstawił kawę na półkę z kwiatami, otworzył drzwi do swojego pokoju, zapalił światło.
Komputer ożył z głuchym pomrukiem.
Marek napił się kawy czekając na uruchomienie się systemu, nawet nie patrząc na ekran wpisał login i hasło sieciowe.
Nieprawidłowe.
Westchnął.
Złośliwość rzeczy martwych.
Wpisał hasło ponownie. Powoli, znak po znaku.
Błąd logowania: serwer nie może być znaleziony.
Marek zaklął pod nosem.
Zbiegł na dół.
- Panie Sławku, schodzę do serwerowni, coś się chyba popsuło.
- Ależ proszę bardzo. – odpowiedział stróż nie odrywając wzroku od telewizora.
Zapalił światło w piwnicy. Przesunął kartę przez szczelinę czytnika, zielona lampka, stuknął odblokowany zamek.
W chłodnym, klimatyzowanym wnętrzu było ciemno, mrugały tylko kontrolki osprzętu sieciowego, obydwa serwery pomrukiwały z wnętrza metalowej szafki.
Świetlówka ożyła z cichym syknięciem zalewając pomieszczenie jaskrawym, białym światłem.
Marek włączył monitor serwera, poruszył myszą aby odblokować pulpit konsoli. Ekran zamigotał i zgasł. Zapaliła się pomarańczowa lampka trybu oczekiwania.
Coś było bardzo nie tak.
Uderzył kilka razy w klawisze, komputer odpowiedział mechanicznym piskiem.
Pochylił się.
Biała plamka na ekranie monitora. Niewielka, o średnicy może trzech milimetrów. Coś musiało się przykleić.
Wyciągnął rękę, aby strząsnąć zabrudzenie, a plamka zwinnym, rozmazanym ruchem uciekła mu spod palców. Przemknęła przez czarną powierzchnię i zatrzymała się w lewym górnym narożniku ekranu.
Marek zmarszczył brwi.
Ponowił próbę, lecz plamka znów uniknęła jego dłoni i tym razem przytuliła się do prawego dolnego rogu.
To wydało mu się nawet zabawne. Parsknął śmiechem.
Jakaś cholerna anomalia magnetyczna, czy cokolwiek innego. W każdym bądź razie – zabawna.
Potrzebuję odpoczynku.
Wyprostował się, nacisnął palcami nasadę nosa.
Znienacka wyciągnął rękę i jednym płynnym ruchem przyszpilił plamkę do ekranu w jej rzekomo bezpiecznym, lewym dolnym rogu.
Nie poczuł pod palcem nic poza gładkością szkła. Zupełnie jakby kropka znajdowała się nie na zewnątrz, ale w środku monitora. Jednocześnie wiedział, że biały punkt wierci się i wiruje pod naciskiem, starając się wyrwać na wolność. Mrowienie w opuszku palca. Delikatne, ale nieprzyjemnie uporczywe. Nie podobało mu się to uczucie.
Kropka znieruchomiała.
Monitor wyłączył się całkiem. Z głuchym pomrukiem w jego ślady poszły obydwa serwery oraz reszta sprzętu. Kontrolki zgasły.
Zapadła całkowita cisza.
Marek cofnął palec, podniósł go do oczu.
Na jego czubku widniała mała, biała plamka.
Urządzenia w serwerowni ożyły. Ekran zamigotał, rozjarzył się ekranem z pytaniem o login i hasło.
Marek przyglądał mu się przez chwilę w otępieniu.
Zalogował się na konto administratorskie.
Uruchomił panel konfiguracji kont użytkowników, otworzył swoje własne konto i na wszelki wypadek zmienił hasło.
Surjan Akrasjel.
To musiał być Tomek. Tylko on mógł zmienić mu imię i nazwisko we właściwościach konta.
Ale po co?
I dlaczego akurat na takie?
Brzmiało jakby po ormiańsku. Albo po turecku.
Tomek miał odchyły, ale chyba nie do tego stopnia.
Boże, jaki jestem zmęczony.
Nieważne. Grunt, że wszystko działa, że nie musi dzwonić do Tomka, co zapewne skończyłoby się kolejną nocą zarwaną w pracy przy reanimacji serwera.
W sumie nawet i tak miał ochotę do niego zadzwonić zapytać o tego, jak mu tam... Surjana Akrasjela.
Mniejsza z tym. Jutro też jest dzień.
Zablokował konsolę i zgasił światło w serwerowni.
- I co, wszystko w porządku? – zapytał stróż i zerknął na niego ciekawie – A co pan taki blady, panie Marku?
Marek uśmiechnął się.
- W porządku, panie Sławku. Jestem przemęczony. Gdybym teraz poszedł spać, obudziłbym się w sierpniu.
- To niech pan rzuci to wszystko w cholerę i idzie na urlop. – doradził stróż – A co ma pan z siebie flaki wypruwać?
- O ba, żeby to było takie proste. – odpowiedział Marek – Póki co, idę na górę, zabiorę co mam zabrać i wynoszę się do domu.
- Słusznie, panie Marku, bardzo słusznie. W pracy pan się jeszcze zdąży nasiedzieć.
Marek wrócił do swojego komputera. Zalogował się, tym razem system wpuścił go bez żadnych problemów.
Uruchomił klienta poczty. Dwa nowe maile, jeden od Pawełka – głównego programisty, drugi – tego Marek się nawet w głębi duszy spodziewał – podpisany jako „Anais”.
Wsunął swojego pendrive’a do portu USB. Czekając aż skopiuje się na niego mail od Pawełka otworzył drugi list.

„Piszę szybko, bo zaraz wychodzę z pracy. Nie mam ochoty siedzieć dłużej niż ode mnie wymagają, mam coraz bardziej dosyć tej firmy i tych ludzi.
Ale, Kochanie, przecież nie piszę po to, żeby truć Ci o moich przebojach z szefem, prawda?
Zamierzam wybrać się dzisiaj w kurs po sklepach. A co, dostałam premię. Kupię jakąś ciekawą bieliznę, bo chyba już widziałeś całą kolekcję mojej bielizny, hm? Może coś w nietypowym kolorze. Wiem, że Ty lubisz albo czarną, albo białą, ale w końcu przyda się i Tobie i mnie jakaś odmiana, nie sądzisz?
Do tego pończoszki. Koniecznie pończoszki. Ostatnio wariuję na samą myśl o kupieniu sobie pończoszek, wiesz, Mareczku? I wariuję na samą myśl o pokazaniu się w nich Tobie.
Boże, nie powinnam przychodzić więcej do pracy bez majtek. Od tego lęgną mi się w głowie same głupie myśli.
Całuję tam gdzie lubisz, i tak jak lubisz,
Magda.”

Marek uśmiechnął się pod nosem.
Magda.
Znali się w sumie od końca podstawówki, i zawsze coś ku sobie mieli. A że nigdy im na dłuższą metę nie wyszło, może to i lepiej przy aż tak drastycznej różnicy charakterów. Magda była bowiem do-kładnym zaprzeczeniem Marka. Ambitna do bólu, wybitnie złośliwa, uparta jak wyjątkowo pyskaty osioł i wręcz patologicznie impulsywna. Ogólnie rzecz biorąc jedyną cechą, którą mogli uznać za wspólną, była inteligencja.
Dlatego też ograniczali się do dość nieregularnego sypiania ze sobą podbudowanego sporadycznymi flirtami. I chociaż Magda – wysoka, szczupła brunetka o pociągłej buzi i pełnym, dojrzałym ciele - nawet nie była w typie Marka, to mimo wszystko miała w sobie to coś, co tak go do niej przyciągało.
A oprócz „tego czegoś” miała również męża. Sporo od niej starszego biznesmena-pantoflarza, wiecznie zajętego, wiecznie w podróży. Ten fakt dodawał smaczku ich związkowi, a poza tym stanowił nader wygodną przeciwwagę dla Agnieszki, która oczywiście o niczym nie wiedziała.
Zresztą ani Marek, ani Magda nie nazywali tego „zdradą”. Przecież nie kochali się. I raczej nie było szans na jakiekolwiek uczucie z gatunku tych poważniejszych. Uprawiali jedynie epizodyczny, satysfakcjonujący seks, to wszystko, kropka.
I wystarczy.
Marek wyjął pendrive, wsunął go z powrotem do torby. Z uśmiechem przeczytał jeszcze raz list od Magdy, po czym skasował go bez wahania.
Wyłączył komputer, a zimną kawą podlał stojącego przy oknie fikusa.
„Surjan Akrasjel”.


komentarze
avatar zabij.ze.mną
zabijzemnao2.pl
2008-10-20, 15:21:44:
mechanik liryczny
"Ostrożnie, żeby nie poparzyć się plastikowym kubkiem Marek wszedł na górę."
Nie wiem czy dobrze rozumiem, ale żeby się nie oparzyć to na górę wszedł? Brak przecinka, albo inaczej przebudować należałoby zdanie.

Niekonsekwencja?
Tu:
"Złośliwość rzeczy martwych."
Gdy był w supermarkecie, tam, co widział ową niewidzialną dziewczynę:
"Złośliwość przedmiotów martwych."
A może się po prostu czepiam.

"do-kładnym"

--
Kulecko, oklasky!

O utworze:

wyświetleń:508
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Kyo
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.