avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


25 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
Kyo
Faszystowska Świńska Świnia[tm]
opowiadania
dodano:
4 września 2008, 11:28:19


Wola Ojca - VI.

VI.

Achazriel czekał na niego w Wielkiej Hali, dumnie wyprostowany w szarym, doskonale skrojonym uniformie, z opartą o poręcz schodów smukłą dłonią w jedwabnej rękawiczce. Skinął Raguelowi głową, kiedy ten oddawał swoją czarną opończę jednemu z Młodszych Braci, po czym wziął go pod ramię i poprowadził marmurowymi, krętymi schodami w górę.
- Skąd tu tyle straży? – zapytał półgłosem Raguel – Co tu się stało?
Strząsnął niewidoczny pyłek z jednolicie czarnego munduru opatrzonego na kołnierzu pojedynczą srebrną gwiazdą.
- Zabili Ramiela. Wewnątrz Cytadeli.
- Wewnątrz Cytadeli?!
- Wewnątrz Cytadeli. - Achazriel wzruszył ramionami – Zresztą Michael opowie ci wszystko ze szczegółami.
- Nie jest za bardzo szczęśliwy ostatnimi czasy, co?
Odźwierny milczał, kiedy mijali puste, surowe, pogrążone w półmroku korytarze. Wnętrze Cytadeli wydawało się całkowicie wyludnione, wszędzie tylko zimny kamień i ciężkie, granatowe zasłony nie pozwalające słońcu objąć w posiadanie dusznych sal.
- Michael wziął na siebie bardzo dużą odpowiedzialność. – odezwał się w końcu Achazriel, a Raguel dojrzał w jego łagodnej, młodzieńczej twarzy rzeczywistą troskę – I myślę, że czasami sam ma wątpliwości co do tego, czy da radę jej podołać.
Raguel parsknął śmiechem.
Achazriel spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale nie odezwał się.
- Przepraszam. – powiedział po chwili Raguel – Zatroskany i niepewny jutra Michael przywodzi mi na myśl kiepską karykaturę Ojca.
- Michael nie lubi, kiedy kpisz z Ojca.
- I to właśnie najbardziej mi w nim Ojca przypomina.
Achazriel westchnął.
- Kiedyś takie słowa nie uszłyby ci na sucho.
Raguel zatrzymał się gwałtownie i chwycił go za ramię.
- O czym ty mówisz, do ciężkiej cholery? – wybuchnął – Co, już zapomniałeś, z czyjej ręki zginął Samael, bo Michael podejrzewał, że jest w spisku z Abaddonem? Kto zaszlachtował jak prosiaka kogoś zupełnie niewinnego, bo taka była Jego wola? I ty twierdzisz, że to ja kpię z Ojca? Mam na rękach więcej naszej własnej krwi, niż ty...
- Dobrze, wybacz. – przerwał mu łagodnie Achazriel – Nikt nie kwestionuje twoich zasług ani twoich czynów. Ale czasy się zmieniły.
Raguel spojrzał w spokojne, jednolicie srebrne oczy Odźwiernego. Achazriel wytrzymał spojrzenie, żaden mięsień nie drgnął na jego twarzy.
- Czasy się zmieniły. – przytaknął Raguel – Ale tak czy inaczej, nie pozwolę Michaelowi kwestionować mojej lojalności.
- Lojalności wobec Ojca? – zapytał Achazriel. Jego twarz pozostawała całkowicie nieruchoma.
- Lojalności wobec Ojca. – powtórzył sucho Raguel.
Achazriel bez słowa obrócił się na pięcie i ruszył w górę, miarowo stukając wysokimi, lśniącymi butami o kamienne schody.
Dalszą drogę pokonali w milczeniu. Dopiero przed samym wejściem do Biblioteki Odźwierny podniósł wzrok i popatrzył na towarzysza.
- Michael czeka. – oświadczył zupełnie płaskim głosem – I nie miej mi za złe...
Raguel uciszył go gestem dłoni.
- Nie ma o czym mówić, Achazriel. I dziękuję za towarzystwo.
Położył dłoń na chłodnej, metalowej gałce. Zawahał się przez chwilę czując na plecach skupiony wzrok Achazriela, wreszcie otworzył drzwi i wszedł do środka.
Półmrok. Jak zawsze. Mętny i duszny, wydawałoby się: próbujący zdusić światła lamp za-wieszonych pod wysokim stropem. Granatowy, miękki dywan, niczym ścieżka w labiryncie regałów wypełnionych tabliczkami, zwojami, księgami, płytami, każdym rodzajem utrwalonego pisma, jaki tylko ludzkość zdołała wymyślić. I cisza. Martwa, dzwoniąca w uszach cisza.
- Michael? – odezwał się półgłosem Raguel.
Przez chwilę wydawało mu się, że ten niemal fizyczny, mięsisty półmrok pochwycił jego głos, zdusił go po drodze i pochłonął.
- Tutaj.
Głos był głęboki i dźwięczny lecz szorstki, i w żaden sposób nie dało się wywnioskować z niego wieku właściciela, co było rzeczą wśród aniołów powszechną, szczególnie zaś wśród Serafinów.
Michael siedział przy dużym biurku z czarnego drewna nad dwoma otwartymi tomami, kilka innych ułożonych w staranny stos po lewej stronie. Słaby płomień świecy kładł cienie na jego ostrą, pozbawioną znamion wieku twarz. Ze swoimi wąskimi, ciemnymi brwiami, ostrzyżonymi na wojskową modłę włosami oraz krótką bródką okalającą usta wyglądał jak zwykły, zmęczony śmiertelny człowiek w wieku lat równie dobrze dwudziestu jak i pięćdziesięciu. Dopiero kiedy podniósł wzrok i blask świecy odbił się w jednolitym srebrze jego oczu, wrażenie prysło. Zaś promieniująca z niego aura potęgi i mądrości wydawała się niemal fizycznie namacalna.
Nie czekając na pozwolenie, Raguel przysunął sobie krzesło i usiadł, odgradzając się od Michaela granicą biurka.
- Podobno ktoś dostał się do Cytadeli i zabił Bibliotekarza. – powiedział beztroskim tonem, choć nigdy nie był w stanie poczuć się całkiem swobodnie w towarzystwie najstarszego z Braci.
Michael nie zareagował. Ostrożnie zamknął książki, odłożył je na szczyt stosu i upewnił się, że grzbiety są w absolutnie idealnym porządku.
- Dzisiaj w nocy. – odezwał się w końcu spokojnym, przyciszonym głosem.
- Kto?
- Ktoś z nich. Nie wiem.
- Wydostał się?
- Tak.
Raguel pokręcił głową.
- Fuszerka, Michael.
Serafin nie odpowiedział.
- Może powinieneś ich w końcu wypuścić?
Michael zignorował zaczepkę. Oparł łokcie o blat biurka i zapatrzył się w punkt tuż nad ramieniem Raguela.
- Byłeś w Gehennie. Nic nie rzuciło ci się w oczy? – zapytał.
Raguel poczuł ukłucie niepokoju.
- O co ci chodzi, do cholery?
Twarz Michaela pozostała doskonale nieruchoma.
- Zadałem proste pytanie, na które chyba potrafisz odpowiedzieć.
Raguel uniósł się z krzesła.
- Wiem przecież, że podejrzewasz mnie...
Michael uniósł dłoń.
- Siadaj.
Raguel opadł ciężko na krzesło, zanim zdał sobie w ogóle sprawę z tego, co robi.
Serafin powoli przeniósł wzrok na jego twarz. Srebrne oczy, niczym dwa noże, dokonywały precyzyjnej wiwisekcji wydobywając na wierzch lęk i niepokój bezwolnego pacjenta.
Jednak w tym też jest podobny do Ojca – pomyślał Raguel i zacisnął zęby, próbując utrzymać swoją słabość na wodzy. O nie, za nic nie chciał dać mu tej satysfakcji.
Kąciki ust Michaela uniosły się odrobinę. Jednak widział.
- Obecnie – Serafin szczególnie zaakcentował to słowo – Obecnie nie interesuje mnie to, co podobno wyprawiasz w Gehennie poza przydzieloną ci misją. Wiesz o czym mówię, prawda?
Raguel przełknął ślinę. Dźwięk rozszedł się po cichej Bibliotece niczym dźwięk dzwonu.
Michael skinął głową.
- Masz znaleźć Abaddona. Znaleźć – i pozbyć się go raz na zawsze. Bez fuszerki, jaką odstawiłeś ostatnim razem. Potrzebujesz motywacji? No to słuchaj. Tej samej nocy, której zginął Ramiel, skradziono Klucz.
- Klucz? – zdziwił się Raguel.
- Klucz.
- Po cholerę komuś Klucz?
Michael westchnął ciężko.
- Abaddon. Nie wiem, po co mu Klucz, ale widocznie zamierza pojawić się tutaj, wejść na szczyt Cytadeli i użyć Klucza do odczytania Woli Ojca. Dla każdego innego byłby bezużyteczny.
- Dlaczego zatem po prostu na niego tutaj nie zaczekać? Po co tyle zachodu, co, Michael?
- Nie. – uciął Michael – Masz go znaleźć. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. Masz to po prostu zrobić. Wyrażam się zrozumiale?
- A kiedy już się z nim załatwisz – ciągnął, nie czekając na odpowiedź – Zdecyduję, czy przymknąć oko na twoje słabostki. Uprzedzam tylko, że jeśli jeszcze raz zostaniesz przyuważony przed takim czy innym zakończeniem misji – wyciągnę konsekwencje. A to zaboli. I to cholernie zaboli, Raguel. To wszystko. Możesz odejść.
Odwrócił wzrok, sięgnął z powrotem po książkę.
Raguel poczuł się jak motyl, z którego nagle powyciągano unieruchamiające go szpilki. Zapragnął jak najszybciej wynieść się z tego miejsca, oby dalej od Michaela, jego oczu, jego głosu, jego niekwestionowanej potęgi.
Znikał już w cieniu między regałami, kiedy Michael odezwał się ponownie.
- Wiem, że nie zgadzasz się ze mną w kwestii Gehenny, ale tak się składa, że obydwaj mamy w tej sprawie bardzo niewiele do powiedzenia. I wiem, że nie zgadzasz się ze mną również w paru innych rzeczach, ale tak się składa, że w nich z kolei ty nie masz do powiedzenia absolutnie nic. Pogódź się z tym, Raguel. Może zabrzmi to nieco na wyrost, ale nie potrzebujemy nowego Rozłamu.
- Wola Ojca. – powiedział sucho Raguel bardzo starając się pozbyć ironii z głosu.
- Właśnie. – przytaknął Michael – Wola Ojca.
Dopiero gdy znalazł się na zewnątrz poczuł, że jego mundur był przesiąknięty potem.


komentarze
avatar zabij.ze.mną
zabijzemnao2.pl
2008-10-20, 15:10:16:
mechanik liryczny
"I cisza. Martwa, dzwoniąca w uszach cisza. "
I cisza, która dzwoniła (uparcie?) w uszach.

"Wyrażam się zrozumiale?"
Myślę, że lepiej by było:
Wyrażam się jasno?

"oby dalej od Michaela, jego oczu, jego głosu, jego niekwestionowanej potęgi."
oby dalej od Michaela, jego oczu, głosu i niekwestionowanej potęgi.

--
Kulecko, oklasky!

O utworze:

wyświetleń:454
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

Kyo
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.