avatar
niezalogowany
użytkownik:   hasło:    
pamiętaj mnie zapomniałem hasła
 
Jest-Lirycznie
poezja wybrana
poezja
poezja - szuflada
opowiadania
teksty
tłumaczenia
galeria
Społeczność
Wsparcie dla JL
download / last: 15
na marginesie
regulamin
test przeglądarki
FAQ
archiwum forum
forum
lista członków JL (2098)
znajdź osobę
Szukaj




Miniatura

ostatnio dodane obrazy:


4001 4000 3999 

Zmień skórkę


16 użytkownik(ów) na stronie

w tym zalogowani:
[brak]
avatar
worek kości
Who's the fella owns this shithole?
opowiadania
dodano:
13 lipca 2008, 22:28:25


Anioł

Damian pomyślał potem, że gdyby to był czystej rasy wilczur a nie niewyrośnięty kundel, skończyłoby się na wizycie w szpitalu. Co najmniej.
- Zabierz pan tego psa!
- Przecie widzi, że mnie nie słucha! Do nogi Dingo! Do nogi!
Starzec w brudnej, bladozielonej wiatrówce niemrawo skakał i pokrzykiwał na Dinga, ale Damian był przekonany, że cholerny dureń tak naprawdę cieszy się w myślach ze sceny, jaką wywołał jego pies. Chłopak już nawet przestał zwracać uwagę na swoje spodnie pokryte mokrymi plamami śliny i piany z pyska wściekłego zwierzęcia, oraz śladami zabłoconych łap. A pies był zły jak sam diabeł! Nie sięgał mu nawet do kolan, ale nadrabiał skocznością jak jakiś zmutowany królik. Rozdarł mu nogawkę dżinsów, a teraz szarpał go za rękaw skórzanej kurtki. Najgorsze było to, że wokół nich zdążyło już się utworzyć spore zbiegowisko, złożone w większości ze studentów i uczniów pobliskiego technikum. Aleje Racławickie to jedna z ruchliwszych ulic Lublina i popołudniami pełno tu ludzi. Część z nich obserwowała właśnie walkę studenta z psem. Damian dałby głowę, że niektórzy z nich kibicowali psu.
- Po co go denerwował? Teraz ma za swoje! – Starzec przekrzykiwał śmiechy i gwizdy grupy młodych chłopaków. Za nimi, odgrodzony niewysokim murkiem i dziwnie kontrastujący z hałaśliwą awanturą spokojem cichych alejek, rozciągał się Park Saski. W oddali, spomiędzy drzew przedzierała się drewniana kopuła amfiteatru.
- Panie, panie, zabierz pan tego psa!
- Dingo! Dingo!
Pierdolony Dingo. Z daleka już widział nadjeżdżający autobus. Niepotrzebnie biegł, pomyślał. Zdążyłby na piechotę. A teraz się spóźni, bo sprowokował tego psiego psychopatę. Co za pierdolony pech! Odstawiał obłąkany taniec z chorym umysłowo kundlem dopingowany przez skaczącego wariata w fajansiarskiej wiatrówce i tłum roześmianych studentów. Pomyślałby kto, że obok jest katolicka uczelnia, tylko jakoś nikt nie spieszy mu z pomocą.
Nagle pies odczepił się od chłopaka i zsunął się z powrotem na łapy, trzymając w żółtych zębach oderwany strzęp skóry z rękawa kurtki. Damian pomyślał, że wścieknie się trochę później za zniszczoną odzież, bo właśnie ma niepowtarzalną okazję na rewanż. Zanim pies zdążył ponownie skoczyć i zachlapać go błotem i śliną, chłopak zacisnął żeby i z całej siły kopnął zwierzę ciężkim zimowym butem w zapadnięty bok. Wściekłe warczenie umilkło gwałtownie, by ustąpić miejsca przeraźliwemu zawodzeniu. Dingo wybiegł na ulicę z podkulonym ogonem wyjąc wniebogłosy jakby go właśnie żywcem wykastrowano, wzbudzając tym samym żywiołowy wybuch radości i gorący aplauz wśród zebranej widowni. Brakuje tylko hiszpańskiej fali, pomyślał Damian.
- Ty bandyto! – Wydarł się staruch, zamierzając się pięścią na chłopaka. – Psa kopie! Bandyta!
- Spierdalaj pan za swoim śmierdzącym wszarzem!
- Ja ci dam! Uhhh – chłopak bez trudu sparował uderzenie i automatycznie odpowiedział szybkim, krótkim pchnięciem. Starzec odleciał do tyłu wymachując ramionami i z plaśnięciem wylądował na zabłoconym trawniku między chodnikiem a jezdnią, wywołując kolejną falę śmiechów. Studenci w gromadzie mają naprawdę świetne poczucie humoru, skonstatował Damian, jednocześnie oceniając przelotnie szkody wywołane przez cholernego Dinga.
- Studencik! – Krzyczał starzec, podnosząc się niezdarnie z ziemi. – Jebane studenty! Policja, biją, biją! Znajdę cię, gówniarzu!
- Zamknij pan mordę i niech pan idzie po psa zanim jeszcze kogoś pogryzie!
Damian odwrócił wzrok od mężczyzny i rozejrzał się po roześmianych twarzach. Nie dostrzegł nikogo znajomego. Autobus odjechał, więc jedyne, co mu teraz przychodziło do głowy to wynieść się w cholerę z tej areny wstydu. Podniósł z ziemi porzucony wcześniej plecak i wbił się w tłum, wysłuchując żałosnych gratulacji od roześmianych kretynów. Czuł się parszywie. Nie czekał na zmianę świateł tylko przebiegł przez ulicę i skierował w stronę uczelni. Miał zamiar dorwać się do jakieś łazienki i jako tako doprowadzić do porządku zniszczone ubranie. Pomyślał, że musi wyglądać idiotycznie w wyświnianych psią śliną i błotem spodniach oraz postrzępionej kurtce.

Idąc na uniwersytet, Damian nie poświęcił zbyt wiele czasu pomysłowi, by wyrwać od mężczyzny odszkodowanie za zniszczenia dokonane przez psa. Może i znalazłby świadków, którzy poświadczyliby, że to on został zaatakowany, ale wymagałoby to zbyt wiele zachodu i musiałby wrócić tam, do tych śmiejących się idiotów i szalonego starca w zielonej wiatrówce. Nie, zdał sobie sprawę, że nie warto. Nic mu się nie stało, a ubranie można wymienić na nowe. Wystarczy zadzwonić do rodziców. A jeśli chodzi o tego kundla to miałby szczerą ochotę go zastrzelić. Chociaż po zastanowieniu się, to lepszym pomysłem byłoby jednak zabicie jego właściciela.
Zerwał się wiatr, szumiąc w koronach potężnych klonów rosnących wzdłuż Alei Racławickich, rozrzucając po ulicy zeschnięte liście. Damian szedł zabłoconym chodnikiem sprawnie manewrując w gęstym tłumie studentów wracających z uczelni lub właśnie zmierzających do niej, albo po prostu krążących bez celu po miasteczku akademickim. Po prawej minął kościół, który mignął mu przelotnie zza ciężkiej żelaznej bramy. Przed sobą miał wysoki, szklany budynek – Collegium Jana Pawła II, a z daleka widział już pomnik Cypriana Norwida, dziwnie ustawiony bokiem do ulicy; za nim znajdowało się wejście na Katolicki Uniwersytet Lubelski.
Chłopak zatrzymał się, tknięty nagłym przeczuciem. Mijający go ludzie bez skrępowania wpatrywali się w jego brudne spodnie, jedni z pogardą, inni z teatralnym współczuciem. Ale nikt się nie zatrzymał, aby zapytać, co się stało. Na szczęście.
Nagle, bez ostrzeżenia przeczucie zmieniło się w przeświadczenie, że za chwilę stanie się coś niesamowitego. Rozszedł się zapach ozonu jak podczas burzy z piorunami, a Damian poczuł jak jeżą mu się włosy na karku. Powietrze wydawało się falować, jakby rozgrzane jakimś niewidzialnym ogniem. Po chwili wszystko ucichło stłumione, jakby powietrze zgęstniało, blokując rozchodzenie się w nim fal dźwiękowych. Wrażenie pogłębiał widok ludzi, zwalniających, urywających wypowiadane zdania w pół słowa. Nawet ruch na ulicy zamierał, samochody zatrzymywały się tworząc szybko gigantyczny korek na całej długości ulicy. Niektórzy kierowcy wyszyli ze swoich samochodów i rozglądali się wokół jakby w oczekiwaniu na coś, co miało nieuchronnie nastąpić.

Za plecami chłopaka błysnęło, a wszystko utonęło w oślepiającej bieli, poszatkowanej czarnymi jak sadza promieniami cienia, rzucanego przez rosnące wzdłuż ulicy drzewa, betonowe latarnie i znaki drogowe.
Damian zakrył twarz w dłoniach, przed oczami tańczyły mu jaskrawe ogniki. Chwilę stał bez ruchu, zastanawiając się, czy ten blask nie jest przypadkiem produktem jego wykończonego umysłu. Ostrożnie otworzył oczy i spojrzał przez palce; kilka osób klęczało na ziemi, podobnie jak on osłaniając się przed ostrym światłem. Gdy blask nieco osłabł Damian odważył się odjąć dłonie od twarzy. Następnie odwrócił się, mrużąc oczy i spojrzał w stronę światła.
Przed sobą, w odległości niecałych stu metrów zobaczył pulsującą złocistą kulę, niby miniaturowe słońce, unoszące się kilkanaście metrów nad ulicą. Lśniące zjawisko tkwiło w powietrzu otaczane przez leniwie krążące złociste smugi, przypominające wybuchy na powierzchni Słońca. Kilka metrów dalej Damian dojrzał przystanek autobusowy, przed którym wcześniej zaatakował go pies. Wewnątrz oszklonej budki widział niewyraźne zarysy kilkunastu osób, rozmyte w oślepiającym blasku. Ponad ulicą, w światłości niknęły kable trakcji trolejbusowej zanurzone w niej jak we lśniącej mgle.
Po chwili kula zaczęła się deformować. Dolny brzeg rozciągnął się i opadł w stronę jezdni niczym smuga anielskich włosów. Gdy linie wysokiego napięcia pękły z przytłumionym trzaskiem i opadły na ziemię sycząc i wijąc się jak zdekapitowane węże, złocista kula dotknęła ziemi i w jednej chwili asfalt pod nią rozgrzał się i stopił. Z ziemi buchnęły kłęby gęstego, czarnego dymu, a od strony przystanku autobusowego doleciały przerażające wrzaski.
Damian nie potrafił dostrzec, co tam się dzieje. Odwrócił się plecami do oślepiającego blasku. Z podrażnionych oczu zaczęły mu spływać łzy. Przed nim stał znajomy z roku, o ile dobrze pamiętał, nazywał się Marek Barański. Marek z otępiałą miną wpatrywał się podrażnionymi oczami w jaśniejącą kulę. Jego usta drgały nerwowo, a Damian był pewny, że usłyszał jak ten szepce do siebie: anioł, anioł o kaszmirowych włosach…
Podszedł do niego i potrząsnął nim za ramiona.
- Hej, Marek! Marek! Popsujesz sobie wzrok! Chodźmy stąd!
- Piękna… - Wyszeptał, nie odrywając wzroku od świetlistego zjawiska. – Jestem tylko człowiekiem… Tylko człowiekiem…
- Człowieku, to coś stopiło asfalt! – Wykrzyczał mu w twarz i odwrócił się za siebie, a jego wzrok spoczął na znajomym starcu w zielonej wiatrówce. Mężczyzna wciąż nie mógł złapać psa. Zwierzę tym razem z wściekłością obszczekiwało krąg światła, niebezpiecznie zbliżający się w ich kierunku. Starzec podbiegł do psa, osłaniając jedną ręką twarz przed blaskiem, gdy z gorejącej sfery wystrzeliła złocista smuga trafiając mężczyznę prosto w pierś.
W powietrze trysnęła szkarłatna fontanna. Mężczyzna z twarzą wykrzywioną w niemym krzyku zatoczył się do tyłu. Na jego torsie niczym egzotyczny kwiat wykwitła potworna rana, rozszarpana, krwawa linia biegnącą od mostka aż po pachwinę. Z rozerwanego brzucha wylewały się sinobiałe jelita zwisając jak kable u zepsutego robota. Gdy mężczyzna upadł na chodnik, rozerwana wiatrówka szeleściła na wietrze jak postrzępiona chorągiew.
Dingo jakby stracił zainteresowanie świetlistą kulą, bo podbiegł do swojego pana. Mężczyzna wyciągnął do niego zakrwawioną dłoń jednak pies zignorował ją i złapał zębami krwawe wnętrzności, które zdążyły już zabarwić na różowo płyty chodnikowe.
- Dingo… Dingo zostaw! Zły pies… – Łamiącym się głosem charczał starzec, a pies zaparł się przednimi łapami i wyciągał z brzucha mężczyzny kolejne centymetry jelit niczym jakieś koszmarne spaghetti. Damian oniemiały odwrócił spojrzenie, gdy starzec zaczął ciągać po chodniku swojego psa, usiłując mu wyrwać z pyska kawałki swoich wnętrzności. Zbyt wyraźnie kojarzyło się to z przeciąganiem liny podczas jakiegoś krwawego festynu na dworze Szatana.
Chłopak sądził, że Marek widząc coś takiego otrząśnie się z zamroczenia, ale ten jak wryty wciąż wpatrywał się w żarzące się centrum świetlistej kuli. Z kącika ust ciekła mu strużka śliny.
Damian miał zamiar ponownie potrząsnąć kolegą, ale świetlista kula zgasła nagle, zupełnie jakby jej nigdy nie było. Chłopak otworzył już usta by ponaglić Marka, ale zanim to zrobił zza jego pleców doleciał go rozdzierający wrzask. Odwrócił się w stronę tego dźwięku. Przed sobą zobaczył młodą dziewczynę, zapewne studentkę. Stała wyprostowana z wytrzeszczonymi oczami, a jedyną jej aktywnością było wydobywanie z siebie tej potwornej tyrady. Damian powędrował wzrokiem za jej spojrzeniem i kiedy zobaczył wreszcie to, co zdawała się dostrzegać jedynie ta nieszczęsna studentka, ugięły się pod nim kolana.
Przystanek autobusowy wyglądał jak rzeźnia.




komentarze
avatar justullas
2008-08-26, 00:20:16:
Mało zdolna szansonistka
[komentarz edytowany przez autora wpisu]
.
--
Taka jest moja koncepcja, tak ja to widzę.

O utworze:

wyświetleń:835
komentarzy:1


Nawigacja:

Wszyscy autorzy
  poprzedni   lista utworów   następny  

worek kości
  poprzedni   lista utworów   następny  

 
 

Akcje:


Wykonanie serwisu (C) Jacek Jursza (projektowanie stron). Wszelkie materiały zamieszczone na stronie są własnością ich twórców.