zorianna
w w w . j e s t - l i r y c z n i e . a r t . p l


spis treści

origami
perłopław
(d)efekt
z dzikim ptactwem w tle
drugi raz w rzece
dożywocie w trawie
wiosna trzeci raz pakuje jima
anioł stróż miewa przerwy na fajkę
maj
poranna kawa z domieszką mgły
[i]ani żadnej rzeczy która jego jest[/i]
flisz
akwarium
chłodnik
czwarte piętro. dalej chłodny błękit
wyszeptane
strachy i chochoły*
echo nie cofa czasu, synku
wyrastanie z zieleni
wietrznie
nie zaczekałeś na jesień
anna m. stoi w oknie po zmierzchu
jabłka i węgierki
paper doll
we śnie wplatam jej wstążki, które gubi rano
bezpowroty


origami


obłęd zadzwonił głośno do drzwi, jak listonosz
(a mówią: nic dwa razy) z chichotem, z koncepcją
zbyt czytelną. tak łatwo złożył z niej hybrydę
kobiety i motyla. papierowe skrzydła
do góry nie poniosły, rozmokły na deszczu

młode mlecze z trawnika, spoza białej linii
(zdziwione ocaleniem) ozdobiły włosy,
deszcz strącił z parapetu lęk. zaledwie jedna
kropla więcej, tak miękko, z dziewiątego piętra
na ziemię. amarantem zabarwiła trawę

origami jest sztuką bez cięć i klejenia -
to trudne (nic dwa razy) mamy jedną kartkę


* * *

perłopław

rodzi iryzujące reakcje na dotyk
ciągle chłodnego wnętrza czyimiś palcami.
(pozwoliła im słuchać szumu wód płodowych,
nim z aragonitowych powłok je wyrwali)

a potem gasi tęczę obojętnym wzrokiem
i bez mrugnięcia powiek zostawia pod bramą,
zapala papierosa, czasami szerokiej
drogi życzy i znika. pod wiatr się turlają

w słońcu, w deszczu, bez czepka (w czepku urodzonym
nie przestają lśnić oczy) połysk matowieje.
nietulone, zmarznięte lecą prosto w ogień
z nadzieją, że odnajdą tam miejsce na perłę.


* * *

(d)efekt


doliny są przekrwione (jak oczy alicji)
gdy dojrzewa w nich słońce – zanim się wyłoni
zza wzgórz, alicja wróci do pustego domu,
zrzuci szpilki, sukienkę. zaraz potem zaśnie.
sny miewa niespokojne, pełne obcych głosów,
lepkich słów znad stolika w zadymionym barze,
czyichś rąk, ust, odprysków z lśniącego lakieru
(znów w chropowatą ścianę mocno wbiła dłonie).

zawsze bardzo starannie maluje paznokcie.
czerwień - prowokatorka pobudza do ssania
jak drażnienie palcami policzków niemowląt.
na ssaniu czasem można podjechać pod okno
gdzie kruchy świat alicji zatrzymał się w miejscu -
słońce cesarskim cięciem uwalnia z doliny
pierwszy krzyk (długa blizna przypomina dziecko).
wieczór znów ją otuli całą na czerwono -

liczy się efekt, noce mogą wiele zmienić,
cofnąć czas, kupić wszystko, co ważne. zapomnieć,
że tak wielu ją miało, nieznanych z imienia
i że jest gdzieś dziewczynka, która nie zna matki.

doliny są przekrwione, jak ślad na pościeli.


* * *

z dzikim ptactwem w tle

Panu Wacławowi


przychodził tu dość często dzielić się z nimi chlebem
opowiadał o strachu, żalu który nie blednie

o pasiastych apelach i odmrożonych stopach
o tym, co uleciało kominami. że spotkał

w tamtym roku kobietę, tak łudząco podobną
do tej, która została za drutami. i wojna

znowu ogniem dotknęła niewyklute pisklęta -
miały po dwa imiona (chciała, żeby pamiętał)

zapamiętał. pod mostem szary tłum dzikich kaczek
(głodnych, jak oni wtedy) cofał czas. zawsze patrzył

wzrokiem dziwnie wilgotnym jak chwytają okruchy -
która słabsza, ta wiosny nie doczeka. wiatr zdmuchnie

ciepło z piór, smutną barwę z życia rozsypanego
jak popioły, co rozpacz wyszywały na śniegu

kaczek nikt nie uprzedził - czekają na dłoń z chlebem.
jeszcze wczoraj je karmił. dziś transportem pojedzie

do niej wreszcie.


http://i2.fmix.pl/fmi288/8716c4000029f3e84965d93a



* * *

drugi raz w rzece

błysk - kolejny papieros, kolejne pięć minut
odwlekania słów, które pokaleczą ciszę.
jest za późno na wszystko i na nic modlitwy.
dym drażni oczy, jakby

wiedział, że nie umiem
płakać, kiedy się boję (pamiętam jak bardzo
baliśmy się szeptuchy, co wiosną, za lasem
wyciągnęła michała z lodowatej wody -
odżył od dziwnych zaklęć).

znowu jestem mała.
mam czerwone policzki i jasne warkocze,
mocno trzymam się trawy, jest gęsta, pozwala
wspiąć się wyżej. ubrania śmierdzą mułem, ciągną
w stronę michała. krzyczę -

wyrosła spod ziemi.
przypływam korytarzem (szpital jest jak rzeka).
michał wie, co oznacza rozszerzenie źrenic,
brak łez. ciszę kaleczą słowa: nie tym razem

ziemia strasznie zamarzła. szeptucha nie wróci.



* * *

dożywocie w trawie

/popr./

nie pamięta dokładnie kiedy dojrzał i upadł
bardzo blisko jabłoni. pamięta tylko trawę
w której chował motyle bez skrzydeł. była mokra
jak zwijane w pośpiechu prześcieradła, co rano
(od czasu gdy pięść ojca nauczyła jąkania,
skutecznie zamykając usta i oczy matce).

urodził się na nowo tamtego lata, w trawie,
przy jolce - czuła w miąższu nadmiar testosteronu,
wypalone sumienie, drewno i żar z ogniska,
mnóstwo wyrwanych włosów, dziecinnie poskręcanych
(bała się gdy próbował skręcać w podobny sposób
w poszukiwaniu metod na ciągły ruch endorfin).

zwyczajne korzystanie z jolki było drażniące -
nigdy się nie broniła. nadrabiał zabawami
ku pamięci dzieciństwa. ostatnia to labirynt -
szukanie receptorów bólu pod korą, w brzuchu
ojca. ślady na trawie (blond włosy, mleczne zęby)
wysoki sąd przemilczał. a przecież dożywocie

jest zwykłą formaliną - konserwuje nienawiść
jak białko (oczy ojca wciąż błagają o litość),
utrwala gniew, koszmary, co iskrami z ogniska
spadają obok jabłek w rudawo - mokrą trawę.




* * *

wiosna trzeci raz pakuje jima


nocą pęczniały szafki, skrzypiały podłogi,
piętrzyły się koszule wyprane z zapachu
(natrętnie wracał, oknem, z rozmoczonej ziemi
tuż po deszczu). wrzucałam wsteczny. w wielkim łóżku
bywało wtedy śmiało, gorąco. zbyt szybko
rozpuszczała się ciemność. o trzeciej nad ranem

zawstydzały mnie palce, roztapiały kostki
przez cienką ściankę szklanki. bielały cichutko
jak jim. bezwzględne świty znosiły do brzegu
nieopierzone wiosny, urwane wpół szeptu
wiersze - w maju tak trudno napisać o maju
niedokończonym, wstawić kropkę, gdy zmierzch zatarł

linie i marginesy. do trzech razy sztuka
składania kartek, koszul. dopóki kasztany

nie przekwitną bez sensu


* * *

anioł stróż miewa przerwy na fajkę

/popr/

podczas smażenia konfitur nie myśli się o ślepych
terakotowych uliczkach gdzieś pod kuchennym stołem.
sięgnęła po wieczko. słoik w sto kawałków, gra radio

hit stana b. wracaj anno. jutro zmyją z podłogi
resztę dnia. dzieci przywykną do sklepowych marmolad
szybciej niż się zapomina twarze i ciepły dotyk.

pyk pyk. karetka nie zdąży.



* * *

maj


deptak gwarem pęcznieje. tłumy w rajskim ogrodzie
sączą niebo przez słomki. w ustach smak curaçao.
déjà vu. wieczór pachnie bzowo, bzowo-nieznośnie

znad stolików, znad szklanek głośny śmiech się rozchodzi
z zeszłoroczną beztroską. nic się tu nie zmieniło,
jakby tamten maj nadal bawił w rajskim ogrodzie

śpiące łodzie czekają przy znajomym pomoście -
białobrzuche rumaki. tak zwyczajnie popłyną
świtem. wiatr wzburzy grzywy bzowo, bzowo-nieznośnie

mocno trzymać się siodła (i emocje na wodzy),
nie pamiętać że usta miały barwę zbyt sino -
fioletową, jak kwiaty tuż przy rajskim ogrodzie

drugi brzeg za daleko. jesteś kroplą na wiośle,
co przez kilka chwil trzyma formę nim, rwana siłą
przyciągania, toń zmąci bzowo, bzowo-nieznośnie

psa zabrano. nikomu nie dał podejść do łodzi,
wypatrywał cię w tłumie, jakbyś zaraz miał z rybą
wrócić, równo podzielić. czasem w rajskim ogrodzie
są kolejki. maj drażni bzowo, bzowo-nieznośnie.



* * *

poranna kawa z domieszką mgły

rano na szybach osiada intymność.
skrapla się w słońcu, wyrzutem sumienia
pełznie pod łóżko, gdzie sto niepotrzebnych,
wczorajszych rzeczy (zapomnieć, zapomnieć)
ołówek, kolczyk, cudzy guzik. pająk
poznaje nowe, jak dziecko, językiem

najbardziej boję się pająków
chyba

jesteś firanką w uchylonym oknie
chwiejesz się - zostać, nie zostać. powietrza
z mgłą się opiłeś (mgła zawsze przysłania
właściwy obraz). zgniotę noc, jak kartkę.
wystarczy miejsca w schowku na nieważne -
tam, gdzie ołówek, kolczyk, cudzy guzik

pająki boją się pomyłek
może





* * *

[i]ani żadnej rzeczy która jego jest[/i]


ten rodzaj troski sięga dolnych partii
brzucha
nie można wynająć oddzielnie bez niej
byłoby znacznie piękniej
gdyby tak bez czekania opróżnić skarbiec zabrać

najcenniejsze

nie potrafi kiełkować w cieple dłoni własnej
szklarni jałowej ziemi
nie pomógł nawóz trzeba
obcą karmić ptasim mlekiem
złotym
szelestem zagłuszyć sumienie

serce

kropelkę traci zaledwie
piankę ze świeżego udoju
cała reszta dla niej prócz zapachu oliwki

bambino

nie rozróżnia jeszcze piersi rąk imion
zabrane nikomu




* * *

flisz


miały chronić od złego nasz świat, więc niosę gorce
w kieszeniach. amulety ciążą kamiennie. jasny
sen stacza się ze szczytu, zmienia odcień, strukturę

łupków, zlepieńców. później formuje w zimne bryły
najbardziej miękkie słowa, najczulsze gesty, miłość -
przepustkę do puenty między udami. zanim

stwardniejemy na dobre, ułożeni warstwowo
(nie)bliscy, (nie)szczęśliwi, by błyszczeć w słońcu, wabić
wzrok kolejnych naiwnych, co ukruszą, zabiorą

kawałek ciebie - w kieszeń, na szczęście - lepiej spłynąć
z nocą (do końca świata nie dalej niż do świtu).
zarygluj drzwi. amulet zostawiam tuż przy progu

niech chroni świat przede mną, nim obrośnie ziarniną.



* * *

akwarium


[i]Ani[/i]

wsiąkaliśmy powoli w ekstatyczne noce.
wiotcy i długowłosi, podatni na sploty
rąk i staz na ramionach. jazgarze karmione
makowym mlekiem, ikrą. głosem janis joplin

wczoraj rozbiłaś szybę. nic tutaj dla ciebie,
mała. nawet nie próbuj wpływać w te rewiry.
euforia ulatuje, zwierzęcy strach chciwie
wsysa resztki oparów, aż po obłęd, odwyk

kolejny raz daleko od wody. najbardziej
bolą krótkie przypływy. bez sensu łatamy
matczyne sny o wnukach, nim zdąży zrozumieć,
że nidgy nie wrócimy pod ludzką postacią.

psujemy się od głowy. zdychamy na piasku.





* * *

chłodnik


zgniata w kieszeni czułość niebieskich tęczówek
jest całe mnóstwo innych dłoni jasnych włosów
pasma na palcach zwija ich miękkość nie w porę
budzi epizodyczną pamięć biegnie w chłodną

noc rozcieńcza w proporcjach jeden do trzech młodych
średnio pięknych i lekko wstawionych w sobotę
jak w plastikową ramkę kiczowatych aktów
po omacku w pozornie znajome akordy
wśród obcych ust potrójnych kuszeń na krawędzi

łyżki zbiorą śmietankę niepotrzebna reszta
zgęstnieje atmosfera na dnie wanny liście
laurowe się skleją powieki i dłonie
znajdą ciepłe szczeliny między listopadem
a pierwszym śniegiem stopniał czas jednak nie wyciekł

kolorem tamtych oczu szczelnie odpływ zatkał



* * *

czwarte piętro. dalej chłodny błękit


bez sensu rysujemy kwiatki i serduszka
podczas telefonicznych rozmów. w korytarzu
pomiędzy rezygnacją, a potrzebą walki

są nisze, gdzie zasypia strach, szeleści jesień.
po obiedzie spadamy jak kasztany, z piętra
dla mizernych na świeże powietrze. boiska
są pełne niestrzelonych goli, łokci, które
mogły torować drogę wprost na podium. zanim
przyjdzie zima, zdążymy zakopać się w liściach

poczuć zapach z pobliskich kartoflisk, pozbierać
rozsypane żołędzie, stworzyć kilka ludków
podobnych do nas - w czapkach z daszkiem. ustawione
na parapecie będą wysychać do wiosny,
przyglądać się jak wprawne dłonie w rękawiczkach
wyciągają z żył prawdę, jak z łóżka pod oknem

zabierają nadzieję w za dużej piżamie,
czekać na wycie erki. w piątek jeszcze ciepłą
szansę otrzymał jasiek. wyleciał z kolejki.

na kwiatki i serduszka wciąż mniej i mniej miejsca.




* * *

wyszeptane

[i]Mamie[/i]


twoje małe mieszkanko urosło tej zimy
aż do nieba. i teraz nie umiem odnaleźć
ciepłego miejsca. w ścianach pulsują na przemian
modlitwy i targ z bogiem o nagięcie czasu.

wiem, jestem egoistką – chciałam cię zatrzymać
mamo, chociaż płaciłaś zbyt słono za każdy
kolejny wschód i zachód, łyk herbaty. miłość
czasem bywa drapieżna – ogryza do kości.

tyle słów rośnie w gardle lecz potrafię tylko
szeptem chodzić po śladach, po schodach, po słowa
ukryte w zostawionych na stole tabletkach
i niewypranych jeszcze podkoszulkach. wybacz

że nie rozumiem ciszy, nie rozumiem nieba.



* * *

strachy i chochoły*

popr.


I potem

przyjechaliśmy wczesną wiosną. wyludniona wioska
czekała z otwartymi ramionami stracha na wróble. wyglądał
jak duch, którego nie chce niebo ani piekło.
to, czego pilnował rosło
karmione lękiem, prochem i białkiem
dlatego nikt nie pozbierał jabłek, nie chciał
wiśni. zgniły razem z żołnierzami z czterdziestego czwartego

w nowym ubraniu musiał poczuć się ważny, wtedy
gdy matka mówiła: nie zmarnuje się już
żaden owoc
.

pewnie nigdy nie odgadł dlaczego
zostawia go w sadzie na zimę, okrywa
dodatkowym swetrem.



II przedtem

gdy nie było już domu, matka dziękowała
wszystkim świętym, że cudem udało się zabrać

smacznie śpiące niemowlę z drewnianej kołyski
i za to gołe niebo, i że pod nim wszyscy

przy litewskiej granicy spłonął strach w ogrodzie.
józek miał furażerkę. w lesie moc poziomek

które do starej czapki rwaliśmy przejęci
by ludzkiemu niemcowi sprzedać za cukierki.

lecz zimą przyszli inni. józek za chochołem
ukrył się gdy strzelali. nie wiem - od poziomek

co wsiąkły w furażerkę, czy od krwi dziecięcej
splamiło śnieg i słomę przy chocholim sercu.



III zawsze

w krajobraz powtykane strachy i chochoły
jedne giną przed zimą, inne zmartwychwstają
i zmartwychwstaje cisza, i anioł zraniony
gdy śnieg maluje pola na biało, na biało
nie umiem go przekrzyczeć

kiedy otulam róże grubą warstwą słomy
wyostrzają się rysy, przed oczami stoją
chłopiec w za dużej czapce, matka z ocalonym
dzieckiem na rękach. ogień. czerwono, czerwono
noc chochoły kołysze.



*[i]ze wspomnień Genowefy M.[/i]


* * *

echo nie cofa czasu, synku

wiesz? z tego się wyrasta, wyrasta, wyrasta
tak jak ze ssania kciuka i zabaw z latawcem,
z czasem blednie w nas światło - czarodziejska lampka
co radość z małych rzeczy zapalała zawsze

potem tylko wycinasz, wycinasz, wycinasz
siebie z rudych pejzaży. bieganie po liściach
nie przystoi dorosłym, niezręcznie się schylać
po błyszczące kasztany. menu ktoś już wybrał

za nas. którejś jesieni, jesieni, jesieni
więcej żółci wytryśnie, a gęste gałęzie
zatrzymają latawce. i kasza się sperli
w ulubionej miseczce. miś z półki nie zejdzie

by ci mruczeć melodie, melodie, melodie
kołysanki ucichną, odpłyną daleko.
może wstecz się zapatrzysz, a echo przypomni:
czas jest miękki jak biszkopt zamoczony w mleku.



* * *

wyrastanie z zieleni

próg. czuję go wyraźnie, gdy wzrusza tańcząca na ścianie
julianna w kolorowej sukience. śpiewa [i]zaopiekuj się mną[/i].
odgłos rzutnika przenosi w zupełnie inne miejsce na ziemi
jak dalekobieżny pociąg. na stacji jelenia góra
zatrzymuję slajd.

wraca tamto deszczowe lato. kolejka na małą kopę
i bieg do utraty tchu. leżenie na trawie bardzo blisko
chmur pękatych od niepewności. jak deszcz natarczywe:
[i]zaopiekuj się mną[/i]. i on (w końcu rozmiękł od tego
śpiewu, wybrał juliannę).

rozczarowanie przyszło nagle. i nagle odjechało
pociągiem na północ. po szynach tykanie zegara
rozpędzony świt - bez sekretów pod szkiełkiem, bez
naiwnych marzeń, wspólnego zajadania się chlebem
ze śmietaną i cukrem

smakował jak
nie wiem co dokładnie odkryła miesiąc temu.
zaopiekował się całkiem inaczej niż chciała. zbyt mocno
otworzył jej oczy i zostawił otwarte jak nasz ostatni
sekret, nieporadnie ukryty przy akacji

trzeba przykryć szkiełkiem, zakopać
dziwne pomieszanie winy z ulgą, że wyrosłam
szybciej, niż nauczyłam się śpiewać jak julianna.
że wchodząc w inne kolory nie potknęłam się o próg.


* * *

wietrznie

"gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie,
będą miejsca w książkach i miejsca przy stole,
kasztan, kiedy kwitnie lub owoc otwiera(...)
wciąż będzie początek bo wszędzie są mosty"
/Jan Zych/



***

i nie ma już zieleni. spłynęła autostradą
kolejnym niespełnieniem zwyczajnych, ludzkich pragnień
gdzie zakręt przebił niebo. na moście całkiem biało
od mgły i dzikich koni. nie, zwabić nie potrafię

zapachem traw. kolana są z wosku. miękną w słońcu
aż zmienią się w czekanie na sen, na noc upchaną
w walizce pełnej piasku. wiatr mocniej daje odczuć
że najdrobniejsze ziarnka najgłębiej się wbijają

w oczy, gdy otrzepuję koc z barwnych pasków. powiek
już nie otwieram, czuję jak zmienia się obrazek -
ziemia wstrzymuje oddech na chwilę, kiedy słońcem
wychylasz się zza drzewa. i biegnie w błękit. dalej.




* * *

nie zaczekałeś na jesień

[i] "straceni od samego początku
poznaliśmy się
pożegnalnym pocałunkiem"

Kasabian "Goodbye Kiss"

http://www.youtube.com/watch?v=vZarE8_M3fc [/i]


mówiłeś: najpiękniejsze są subtelne przejścia
pór roku w inną barwę, ciche uchylanie
drzwi do złotoszelestu, gdzie można wymieszać
ostatnie ciepłe zmierzchy z chłodnym już porankiem

wciąż jeszcze pachnie latem. za oknem niebiesko,
łodzie gęsto wplatają w odległy horyzont
białe żagle. czy jesteś nad zieloną wyspą?
nie czekałeś na ptaki. na przydrożnym krzyżu

zostały srebrne nitki. może twoje włosy,
może słowa, marzenia, których nie zdążyłeś
poskładać w ciepłe wiersze. w modlitwę ułożyć
o jeszcze jedną wiosnę, o kolejną zimę

mówiłeś: lubię patrzeć jak świat kolor zmienia
właśnie teraz odchodzisz? chwilę przed jesienią?



[i]Elfowi +23.08.2009 [/i]


* * *

anna m. stoi w oknie po zmierzchu

I.

taki ktoś jak ja potrafi wejść głęboko
pod skórę. wstrzelić się dożylnie. co jakiś
czas zmienia kolor włosów. i tylko zbyt pospolite
rysy nie pozwalają stać się
jakimś cudem

ona była na wyciągnięcie ręki. ja mam już czwarte ciało
wypatrzone gdzieś na gwiezdnej. tkwię przy tobie odkąd
odkryłeś piękno w kołysaniu kobiecych bioder. dotkniesz
ubiorę sukienkę zupełnie nie w swoim stylu.

męczy mnie ciągła zmiana rekwizytów. twój upór
żeby z tęczy stworzyć coś trwałego. to ty
ważne zmieniasz w iryzujące bańki.

II.

opowiem ci czwartkowy sen. panna młoda nie była szczęśliwa
a on przysięgał że [i]zawsze[/i]. mogłabym wcielić się w nią, gdybyś
tylko dostrzegł między wyrazami [i]aż do śmierci[/i] zachłanne czekanie
na grom, błyskawicę, która przetnie obrazek na pół, wzdłuż linii białej
sukni. dotknąłeś. uśmiechem przybiegłeś do mnie. świeżo
urodzonej w przedostatniej ławce. tym razem miałam
rude włosy, kwiecistą, zwiewną sukienkę.

III.

kiedy śpisz anna m. staje w oknie. już wie - zapomnieć
trudniej niż policzyć urojone kroki wzdłuż chodnika
którym nie przyszedłeś pod jej okno. spokojny
oddech męża wciska ją w ramy, stapia
z szybą. przezroczyścieje
jak łza

będziesz płynął między kolejne anny. rozklejał
paski tęczy, dopóki nie przestaniesz kłaść
dla mnie poduszki. gładzić. nieistniejące
włosy kaleczą jak rozbite szkło.


* * *

jabłka i węgierki

znów kołnierze przy płaszczach chłodny ranek jesienny
unosi. plac targowy wonią sadów przesiąka
leżą w skrzyniach drewnianych świeże jabłka, węgierki

a w ogrodach i w parkach wciąż ubywa zieleni
(coś, bez związku zupełnie, powiedziałeś o pąkach
że wystrzelą). wilgotno - chłodny ranek jesienny

smutkiem skórę przenika. słońce dziś nie zamieni
niepokoju w uśmiechy, dziwnie z deszczem się splątał
wpada w skrzynie, jak w trumny, między jabłka, węgierki

mgła powoli opada, wbija dzień w miękkość ziemi
tyle warstw już zajętych (ona głodna, wciąż głodna)
myśli wronio tną niebo w chłodny ranek jesienny

przecież kiedyś spadniemy - którejś sennej niedzieli
może w środę (staruszek w stronę skrzynek podąża)
lot skończymy podobnie jak te jabłka, węgierki

oderwani od czasu, śladem rąk ocaleni
na gałęziach. pamięcią, zanim będzie bezdomna
nim zagubi się w sadzie, w chłodny ranek jesienny
gdzie na ziemię wiatr strąca świeże jabłka, węgierki.




* * *

paper doll

bo to tylko gra. przecież sam ją wymyśliłeś
czasem rzucasz kamieniem. i tyle już we mnie
pustych miejsc, przetrąconych świętości. próbuję
nie angażować wnętrza, nawet gdy palcami
sprawdzasz czy znów wysycham za szybko. te cięcia

bieli z mojego świata wciąż skracają drogi
do [i]game over[/i], zbyt gęsto usłane włosami
z wieczornych ceremonii. lubisz je najbardziej
nie dostrzegasz, gdy szarpiesz, że głos ci rdzewieje
a niełatwo przekrzyczeć tak rozdartą kartkę.



* * *

we śnie wplatam jej wstążki, które gubi rano


wczoraj śniłam się małej. po drodze do domu
w którym życie siwieje powoli, uchodzi
smugą dymu, zapachem suszonych owoców
i niedzielnej drożdżówki. kiedyś się nauczy

bez kołysania czekać na ciepło - choć przecież
ledwie skrawkiem zostało w pamięci głęboko
mam zimne dłonie, odkąd przełknęłam zbyt wiele
tabletek na sen dobry jak domowe ciasto

mała nie wie co znaczy domowe. i nie wie
że tutaj też bieleją włosy ze zgryzoty -
o krok za późno wyrzut dogonił sumienie.
droga w tło się wtopiła i nie ma powrotu.

nie moje ręce będą zaplatać warkocze
gdy słońce ją obudzi, dom wzleci nad ziemią.



* * *

bezpowroty


kiedy będę już ptakiem pozwól mi odlecieć
(ludzie zawsze zmieniają się w wędrowne ptaki)
najzwyczajniej - bocianio, żurawio lub gęsio

o cumulus zahaczyć, rozciąć czerń skrzydłami,
przywitać się z twardowskim. na zapleczu nowiu
wypić piwo (tak duszkiem) i puszkę zostawić

gdzieś na pasie oriona dla zbieraczy złomu
co przede mną czy po mnie - ale już ptakami.
i że tęcza jest tylko złudzeniem - przekonać

tę wrodzoną naiwność. wiesz? miłość potrafi
mrok przeczekać. kolory wtapiają się w pamięć -
nasycone, jak niebo z letnich fotografii

książkę - do góry grzbietem (na niedoczytanej
stronie z zagiętym rogiem) odłóż, wiatr dośpiewa
resztę, nim cię poniesie, nim ptakiem się staniesz.