Regina
w w w . j e s t - l i r y c z n i e . a r t . p l


spis treści

kac z rumieńcem
Boga nie ma
Obudź się
modlitwa skrzata
pomarańczowy grymas
Ogród
Radio
Mam lat osiemnaście
zapomniałam
śniło mi się zeszłego kochania
moja gwiazda i ja
Rozpieszczone bilety
zdradzone gwiazdozbiory
kocham
trwać w rzeczywistości
Anna P.
wpadka na wieczność
bieg
klub anonimowych łez
Luna
odbijam sie w tobie
Franciszku
dzikie ptaki
magiku
zawsze ciebie
porcelanowa kobieta
Ja Magdalena
karuzela
czarodziejka
nie słowem
nic nie zdarza się dwa razy
martwe ołtarze
w ogrodzie
Ewa
szła dzieweczka do laseczka
wielki wóz patrzy na mały
chocholi taniec
stróżu proszę o błogosławieństwo
zawieź mnie do Itaki
niech dziewice pokutują za dewocję
opluj mnie - to nie boli
kochaliśmy się na podłodze
A jak, Polak potrafi
imbecyle z drugiego piętra
[wygnana z ziemi bez epilogu]
[wyrzucona z łóżka]
[m jak miłość]
[ a gdyby przynajmniej miało szanse zostać alkoholikiem?]
A więc nazwałeś mnie wariatką?
dziewice kochają najszczerzej
te żarty
ruch społeczny kobiet
z argentyńskiej ziemi
bywają niechciane spotkania, bywa że to miłość
każdy ślub kończy się samotnością w kuchni
[kocie łapy]
[z poślubnych rozterek]
zrzucanie życia
erotyk wyrwany z pamiętnika
stosunek przerywany
[czas święty, czas zajęty]
z tramwaju ( wersja II )
refleksje krakowskie z zimy [z Szewskiej]
kocham
krakowska refleksja ( II)
głoskowanie
refleksja krakowska ( ze Studenckiej) IV
[chce historie, a nie życie]
u Kapucynków
Dla Darrena ( za wszelkie zarzuty wszelakie)
refleksja z piaskownicy
Tychy-Kraków-Warszawa ( walentynka dla...)
samobójcy też mają przyjaciół
ma zima ma mnie
kazdy ma prawo do milosci i poezji
stara kobieta i człowiek
okazjonalnie ( dedykuję sobie:DDDD)
użyźniam ziemię
Emilka jest agresywna
starsza kobieta jest gorsza niż kurwa
Anna pisze o Annie
Do Tipsów najcnotliwszych
Emilka i jej nowe życie
człowiek
trumienki i stosiki
głębiutka poduszeczka na brzuszku
przestrzeń-czas-miejsce
Bracka kiedyś też umrze
erotyk
ciemny las gdzie jedno wyjście jest
dzień trzeci


kac z rumieńcem



Szczypnęło mnie w ucho
słowo wczorajszego dnia
lekko zahaczyło o niepotrzebne nerwy
powoli w świadomości układają się
się na poduszkach sumienia
puzle chorych zdarzeń

Zapijam wodą suchy smutek
a może to żal
sama nie wiem

tylko bezczas poranku
odbita biel w lustrze
świeżego powiewu
wzywają serce do usunięcia
echa uczuć



* * *

Boga nie ma

-Boga nie ma
położył ktoś napis bez słów
na betonowej drodze
ludzkich wyborów
nawet martwe liście
schowały się za zdesperowanym
spojrzeniem jesieni

Otuliły się w mgłę tajemnicze znaki
łzy wirujące w kształcie sumienia
a linie dłoni skrzyżowane przeznaczeniem
zamroziły kontury czasem

Wiatr rozpieszczony przez sny
wkręcił życia oddechy w usta
wydęte w stronę obojętności
na ludzkie myśli skradzione
słabością złych zdarzeń

i nic tylko duch
współczesności uśmiechnął się
cynicznie gdy deptał slogan

bez przekonania


* * *

Obudź się

Zaśniłam rzeczywistością góry bez szczytów
zaokrąglone wieże prowadziły ze mną dialog
- taka zwykła rozmowa z prądem rzeki
bez cienia wirujących płatów bieli

Zapieściłam skromnym myśleniem
słabo-silne fale biegnące nurtem popytu
na niedostępność szeroką i zuchwałą
jak ta która nie pozwala nie trwać a biegnąć

Stopiłam serce zamrożone logiką
nadal bezdźwięczna nuda przygrywa
niesłyszalną pieśń
żałosną nawet dla gwiazd co niby łączą
drogi ludzi łańcuchem marzeń
koszmarów


* * *

modlitwa skrzata

Odbijamy pędzącym chłodem
w żarzące łuny skocznych
leśnych magów
owijamy się w spojrzenia drzew
ukrytych w cieniu niskich progów
nie martw się duchu wrót strzegących
żaden z nas nie zna znaków
cudów rzek płynących
ani narodzin łzy w zielonym gaju
dobrze nas wykształcono wbrew naturze
snuć dziwactwa co zdziwaczają do powrotu
chciałbyś cichy stworze poza
promienistą wiarą widzieć
spojrzenie ludzkich ucieczek

wy to macie szczęście
nieczyste modlitwy
zawsze spełnione


* * *

pomarańczowy grymas

Szklanki brzegi zakreślone
kroplami soku
czasem były
bez wskazówek -
płynącym majem
zanurzone w promieniach pomarańczy
łzy skwaśniały do grymasu
ułożone w kryształowym wymiarze
niewygodnych spraw

gdzie miejsce dla Ciebie?

sekundą byłeś trwalszą
jak ta co miesiącami
rozciąga się w krąg smutnego monologu
- dzisiaj znowu telefon inwalidą
nie ma gołębia w plecaku
gorzkie krzyżówki nie do zamieszania cukrem
ustalam trwały post
czarna kawa
łyżka pozostanie w zlewie .


* * *

Ogród

Wolne palce tańczą z refleksją
wirujące ciepło ubiera
wstydliwe słowa w niezapominajki
oczy błądzą w świecie przypadkowych
linii dłoń co puszczone w ruch
wzrastają się korzeniami

wyszłam z miękkiego ogrodu
wyszytego kwiatami snów
kiedy odbita próba wtargnięcia
zabłysła w podejrzeniach

kto otworzył prywatność?

rozpieszczone gwiazdy uciekły
nie przygotowane do walki

a ty trwasz w ciszy
czekasz na nowy zapach
po burzy…



* * *

Radio

„ Radio”

Moje rzęsy wyłapują częstotliwość fali
jednej chwili co serce
w górę ciągnie

Dłonie minionego ciepła
zamarzają z niecierpliwości
by poczuć na nowo rytm
życia

każdy tak nieświadomie
szuka siebie wśród cudzych nut



* * *

Mam lat osiemnaście

Upadł liść zżółkły na ziemie, która daje życie

Tliły się tam kiedyś zielone świetliki młodych idei

Mam lat osiemnaście, widziałam i czułam śmierć.

Przeszły z wiatrem z północy co niesie strach – wieczna ciemność

W oddali słychać cichy gniew Boży- jeden grzmot tylko

Mam lat osiemnaście, miałam wiarę i mam ją nadal.

Trzymałam za rękę duszę bez ciała

Czystą, pokrytą różanych olejem cudu – nie zdarzył się.

Mam lat osiemnaście, miałam wiarę- czasami mi jej brakuje.

Słyszałam jak szeptał mu anioł słowa otuchy

I pojawił się uśmiech dziecka i pojawiły się nasze łzy

Mam lat osiemnaście, o jedno milczące serce za dużo.



* * *

zapomniałam

wkręcam w siebie twój oddech
lekkim zagarnięciem oczu

papiloty dłoni prostuje językiem
słonych wrażeń

pieszczę włosami mapę nieba
gdy odwracasz się zmęczony

a później głodny odkrywasz
mi skrzydła siłą lotu

poetka ze mnie
nie lubisz – zapomniałam
pójdę zrobić kawę


* * *

śniło mi się zeszłego kochania

Unieś powiekę w kierunku gwiazd
miły
tak już nie powie żadna
było dobrze - odpowie
- nie słyszała rozbitych kamieni
nie zna się
poza tym lubi to
ja natomiast mam uszy
które wyszły z mody
wargi lekko zaciśnięte
niepewne
jej kołyszą się w rytm
podniecenia
zbladłam nieco
za dużo śpię sama w nocy
w dzień da się wytrzymać
jesteś obok
na jej zapach jestem ślepa
ale powoli się leczę
to źle bo może otworzę
oczy i uwierzę
że to naprawdę
lepiej nie

pocałuj mnie
śpijmy





* * *

moja gwiazda i ja

Spadła gwiazda pewnej nocy na mój balkon
ze zdziwieniem stwierdziłam, że jak na gwiazdę świeci słabo
- nie to nie było tak
ona w ogóle nie świeciła
malutka
krucha
bez cienia szans – na życie nocne ( życie twardziela)
ale powoli pod moją opieką zaczynała odżywać
budować swoją legendę
podobała mi się jej odwaga
jej wrażliwość i ufność
we mnie
wiedziałam że zawsze będziemy razem
moja gwiazda i ja
aż pewnego dnia oślepił mnie jej blask
i znienawidziłam tę doskonałość
tak piękną
że trudną do zrozumienia

stoję teraz otoczona kręgiem czarnych dziur
i czekam
na przyzwolenie do wstąpienia




* * *

Rozpieszczone bilety

Wzdłuż półkola nudnych sprzeczności
rozdają bilety –darmowo- okazja
bierzcie!

zahaczyć tylko o brzeg – łapacz łez
ślad zostawić
zamoczyć widnokrąg snów
nie osuszając siebie nagością

nie wolno!

Co marudzisz?
każdy fragment ciała trzeba okryć kilometrem
męczącej drogi

tak myślałam
oszczędzasz od jutra

promocje nie są naiwne




* * *

zdradzone gwiazdozbiory

opuściłam łuki tajemnic twoim dotykiem
prószył śnieg

śniłam ciebie we mnie
zagapiona w drogę niezbadanych granic

szukałam w pyle gwiazd
rozchylonego gwiazdozbioru

tylko ciemność oddychała
ciężkim zachwytem

nie ukrywam podobało mi się

targnęła bez odbitego uśmiechu
na mnie
trochę brutalnie

nie umiesz już pić z cudzych dłoni
coś zarysowało krąg wyrzutów

mój drogi
to za późno


* * *

kocham

wzrosłam się w podniecone szepty wiatru
wieczorami kreślą na mych wargach słowa

jeszcze nie wiem czy dam im wolność

zdumiewa mnie Twój apetyt na banalność
muszę być zdobyczą która lubi ucieczki
z okręgu do łańcucha

gdzie płynność wlana w fale ciał ?
nie kłam że wtedy nie mam skrzydeł

i nie mów że fizyczność boli
nie raz ciepłą dłoń kładłam na rozgrzanej skórze

roztapiam się w Tobie z prawdziwą przyjemnością
wiesz o tym

tylko tak ciężko jest powiedzieć
napisać też


* * *

trwać w rzeczywistości

W moich dłoniach trzymam zapach
odbitej pieszczoty – mocnego uścisku

w myślach bawi się niepewność
ukryta za powiewem wiatru

tak szybko odchodzisz zapatrzony
w przyszłe spotkanie

czerwienie się od wewnątrz uśmiechem
Ty tylko marszczysz brwi ironią

weszliśmy w obce sny
złączone wścibskim czasem

poplątały się proste wskazówki dłoni
nie mamy tysięcy chwil na zgadywanie

na nierównych oddechach spacerujemy
twardo rysując kroniki

czy zdać można ten egzamin w samotności
Twojej we mnie?



* * *

Anna P.

W balowej sukni Anna P.
pieści oddechem skradziony dotyk
bez cielesności wdzięcznie kłania się
do wyimaginowanej widowni

Ciche usta Anny P.
pomalowane są na biało
lilie zgodziły się oddać krew
-zapłaciła kruszcami snobizmu

Wszyta w ciężki sen Anna P.
dziwi się że jej prawa ręka nie jest lewą
oczy pracują na zmiany
ciśnienie raz schyla raz unosi głowę

W pewnym pociągu spotykam Annę P.
nie poznam jej od razu
szukam poezji wbitej w tory
Upomina tylko swoje dziecko – norma



Włosy Anny P. śmierdzą szpitalem
to z nim tam byłam ( dziecko śpi)

nawet jak wstanie nie zobaczę
zdziwienia na czteroletniej twarzy
chociaż jestem obcym głosem

pierwszy przystanek jest moją stacją
odjeżdżają brudne paciorki
wyżarte chemicznymi łzami
on ma wiarę
ja nie


* * *

wpadka na wieczność

połykałam garście rozpieszczonych gwiazd
objąłeś nimi skórę motyla
ubrałeś w delikatność

lekko podnosiłam głowę
wykreślałeś konturem warg
białą konstelację

księżyc przerabiał słowa
na nuty wśnione w wieczność

rozsunęłabym te szklane godziny

dzisiaj
nerwy czuwają
wyręczają z kłopotliwej
konwersacji
to już miesiące puszczone z wiatrem

o czym?
( będziemy rozmawiać)
acha
czyli nadal o nas?



* * *

bieg

zbieram zaczarowane przypadki
w bukiety spojrzeń

szkoda że zalepione cukrem

przy neonowym świetle przezroczystość
nadal jest niewidzialna

pieszy nie zna kierowcy
pasażer potrąconego

z melodią przy duszy
wędruje noga przed nogą

serce zdradzone przez dłonie
wtula się w wiatr

wszystko wiruje między
zmęczeniem a ulgą

łapię stopa do domu
przebiegłam ciebie


* * *

klub anonimowych łez

wchodzę w każdy nerw
poparzona gwiezdnym pyłem

zapijam wypieszczone godziny
- zapisałam się nawet do klubu
anonimowych łez

czy wierzysz że ręce nieposłusznie
krzyczą twoje zdrady?

melodie połączonych rozkoszy
wyprzedziły czujność

mówiłam ci przecież tyle razy
że utulona skrzydłami aniołów

chowam w garść spadające motyle
zrzucone wstydliwym podmuchem rzęs

już nie jestem kobietą

jako dziecko przynajmniej wierzę

w poranek kiedy
oczyma kochałeś moją siostrę






* * *

Luna

księżycowy wiatr pychy
skrada się pocałunkami

rozbiera iluzję
wrzącymi palcami

wytapia skrzydlatą postać
z pierwszych śladów

postawionych bezmyślnie
na globie zmysłów

stąpa po miękkiej konstelacji
porzuconych gwiazd

wyłoniłam się z łona Luny
nie boisz się być ze mną?




* * *

odbijam sie w tobie

wypuszczasz oddech pocałunków
w tobie ukryłam siebie
lustrzanych świadków przekupujesz wodą
odkrywałam ręcznikiem moją kobiecość


wdychasz świeżą parę w łazience
kusą miękkością wchodzę w mgłę
szukasz zagadki w rozgrzanych obłokach

wypieszczona przez wilgoć
wstecz składam ramiona
tylko subtelność rozchyla
jeszcze?



* * *

Franciszku

A więc Franciszku puść moją rękę
kwiaty nie pukają do drzwi
czarną kawą tylko częstuje poranek
fotografie nie są świadectwem przypadku
spadają tylko przy otwartym oknie
uśmiech się marszczy
jaka jestem nieuważna
jaśmin wyprałam wraz z pościelą
nawet paznokci nie złamałam
ta nowocześność
Franciszku a może by tak obłożyć mnie pięściami?
żeby czytali z twarzy
nieprzespane dni
może nawet wzruszenie
a Ty znowu drwisz miłością
Franciszku….



* * *

dzikie ptaki

Dzikie ptaki śpiewały jedwabiem
lotem tkając nuty

wygłodzone przez wiatr
ukradły klucz

jak go posiąść?
uosobienie męskości – Morfeusza

właśnie mgłą badał
rozgrzane ciało

szepty krzyczały
noc dotknęła bladych ust

oszukały mojego pana
zniekształcone muzy

świt przywitały
wiotkie pióra w dłoniach



* * *

magiku

Szelest rzęs odkrywał
mlekiem ubrane piersi

wiatr ze wschodu usta
przybrał w szmaragdowe migdały

by sennym zapachem
uczuliły na brak jarzębiny

wplecionej w nadgarstki

magiku nie zarabiaj
moją kobiecością

opowiedz widowni o życiu

ze mnie zrób miejsce tajemnic
dla wszystkich zaklęć

nie posłuchałeś
każdy rozbiera mnie
oklaskami





* * *

zawsze ciebie

jak dwa psy merdające ogonem
odskakujemy od znaków

nieba co pieści nas obłokiem
w taką mgłę chce schować miłość

chorą psychicznie bo za tobą
wiodącą suchymi wargami

smutną nie dotkniętą
potem słów

nigdy nie sądziłam
że zaczarujesz mnie w kochankę

wyrzeźbisz ciało w rozgrzanych oczach
będziesz kowalem moich ud

teraz tylko cicha modlitwa
o przebaczenie

nigdy nie sądziłam
że zdradą będzie czułość

niewolą ciepła dłoń

spłakałam pościel gdzie razem
zdawaliśmy najcięższy egzamin dojrzałości

wpatruję się w zdjęcie jakieś młodej
brakuje mi….
no wiesz szeptu
słów ukrytych w milczeniu
muśnięcia serca Tobą

to dziwne
że po paru piwach

w knajpie w tłumie innych wartościach
nadal
tak
właśnie
ciebie.


* * *

porcelanowa kobieta

włosy pachniały śmiechem
dzikich duchów – zdrada?

wysłannik nimf obdarł wiatr
z subtelności by całować kochanki
miodem – moim!

szybkim oddechem wlałeś gwiazdy
w porcelanowe oczy – bolało

wyrzeźbiłeś uda dziewicy
ukryte w ścieżkach mlecznych dróg

czekam odziana w łańcuchy
lirycznej namiętności

nic prócz kobiet Rubensa
w szkle mikroskopu – widzisz

a jednak


* * *

Ja Magdalena

upadłam w przestrzeni ikaryjskiej
szklane skrzydła szepnęły kurtynie

że czas na nowo wejść w oklaski
że wertykalność wyznaczyli wzorem
pozioma kreska do kwadratu bezczasu
jeszcze nie znalazłam odpowiedniego bandażu
a już mi każą białą dłonią krzyżem tańczyć
jeszcze nie poczułam twojej opieki
a już obce głosy śnią cuda
módlmy się za świętą
powstała z ruin Niniwy
naga wołała wody
daliśmy szaty
przywdziałam
i płaczę ja Magdalena
i szlocham ukamienowana
i zaprzeczam ja Antygona
że życie nie szopką weselną
ni resztą bez milczenia
czynem z ducha
człowieka nie lalki


* * *

karuzela

Judasz przeszedł most lewą nogą
w trzydziestej trzeciej sekundzie zdrady

wzruszył się symboliką
tyle razy Mistrz mówił
tyś wybrany

sznurem nałożył aureolę
jestem jak każdy apostoł

bo przecież był jednym z dwunastu
jest święty
w cieniu wywyższonego anioła

i zapłakał gdy
ręka nad głową malowała zbawienie

był mentorem dla kręcącej się karuzeli
wiatrem budującym mur

zatrzymała się na godzinie czterdzieści pięć
mistrz już umiał
za późno nie-wybaczyć




* * *

czarodziejka

zbieram oddechy zmęczone
w łono układam
ja muza
zaczarowana czarodziejka

w śnie życia motyl skrzydłem
śpiewał pieśni na mą cześć

idę niebieskimi szlakami
od łabędzi pokorę wszywam
w dumne ramiona – za lasami tobą pachniały
za górami unosiły się omdlałe

w życia śnie podmuch pocałunków
zatrzymał się nie – magicznie
nie dla mnie ósmy cud świata



* * *

nie słowem

zniewolona skóra czyjeś dłonie rozgrzała
białe latawce hołd
ostatniej nimfie
dziewicy
oddały
skruszyły

za złoto wplecione w marzenia
za noc mojej kobiecości

jeszcze ciężej oddycham
tylko szept obłoków
waży więcej niż
nie
tej zdrajczyni nie wypowiem słowem

za zaklęcia wokół moich bioder
za dzień niewinnej przeszłości

nie tej zdrajczyni nie wypowiem słowem

tylko naga przed tobą
samo ciało otwiera usta
i płynie melodia
snuje się na zawsze

nie słowem
magią




* * *

nic nie zdarza się dwa razy

w oddali śpiew syreni
sokoli wzrok łapie nuty
tam przy brzegu
ktoś samotny jest
i stoi
może czeka na zbawienie
że wróci melodia echem
żal wpuściły tajemnice w powietrze
a on wdycha
i szuka
nic dwa razy się nie zdarza
ale przecież
niemożliwe
sercem rzekę zatrzymałem
prąd wpuszczony w sen
uciekał przed tabliczką dzielenia
myśli na słowa
słowa na czyny

nie upadł liść
znaków nie było

nic dwa razy
nigdy więcej nie zatrzymam





* * *

martwe ołtarze

Tetmajerem malowałam liryczność
w tanich romansach – poetyckich wachlarzach
szukałam niebieskich migdałów
poświaty
natchnienia
i nic prócz błaznów
kochanków wśród gwiazd

kiedy ogrodnikiem okazał się Leśmian
złapałam malinowy zapach chruśniaku
później razem z dusiołkiem
odprawialiśmy pogańskie obrzędy
wysokie drzewa jako fetysz
milczały
i nic prócz dumy
suchego pnia

przyszedł czas róż bez kolców
spartańskiej dyplomacji
w poetyckich obrazach
białej magii za mało
odkrył Kolumb
żeby mistrz
odbudował wiek reifikacji

uczyłam się latami życia
ubranego w słowa
cudzym mlekiem nakarmiona
szukam
znajdę
ależ proszę nie myśleć o mnie źle
pamięć przybiję do serca



* * *

w ogrodzie

spuściłeś powieki szare drogowskazy
tyle razy pieszczone różnymi głosami
zamyśliłeś się troszkę wczorajszego dnia
wybaczę
moja obecność tak działa
wiem
otworzę oczy miłością
żeby zobaczyć jakim wachlarzem jest serce mężczyzny
zamknę usta zazdrością
tylko raz zdradzisz
zabiję twoje imię sobą

dwa zmierzchy roczne zbierają żniwa
tak sobie wspominam
naiwność zanurzoną w słowa
zabiję
zapomnę
huśtawka rozciąga się leniwie
kochaliśmy się tam siódmy raz
nie powiem ostatni

pachną niezapominajki
w naszym ogrodzie


* * *

Ewa

snem kręcił film
przyszłam po
(to tylko ja
Ewa zmartwychwstała)
jedną kopię życia
połówka po klatce
klatka po ćwiartce
pleciony kęs na szyi Adama
nie wystarczy na mój głód

dał mi oryginał
trzymam w oczach czarno-białe ujęcia
bez nazwy numerów symboli
czekam na cud
wiecie taki współczesny

cykl zjadł swój pierwowzór
żadnych kolorów
sznur uciekł na drzewo
wąż połknął słowa
naga boję się powiedzieć chwilo trwaj

wielki wóz patrzy na mały
z wyższością daję mu odpowiedzialność
takie dziwy tylko na ziemi



* * *

szła dzieweczka do laseczka

szła dzieweczka do laseczka
gęste labirynty w ciętym czasie zatrzymane
wybijały takt
falująco
cicho głośnie
ziemsko
otarł się o uda otworzone miłością pielgrzyma
zatrzymał płynącą bielą
wpuszczone gwiazdy
drogą kluczem
wszystkim
szła dzieweczka do laseczka
pajęczyna zagubiona w dotyku
wbrew zasadom
puściła w niepamięć
dłonie oczy
może serca
szła dzieweczka w zapomnienie


* * *

wielki wóz patrzy na mały

rozpuściłam gwiazdy we włosach
żeby owiały biodra życzeniem twoich dłoni
spadają dumne godziny
szalone minuty
poproszę niebo o te same gwiazdozbiory
krzyknę
chwilo wróć
rozbierz mnie światłem
przykryj wstydem
mam prawo nie znać kobiety
której uda płaczą mlecznym pyłem
piersi słuchają mgły
zaparzonej w ustach

cicho
teraz modlitwa
nie dokonuj nowego aktu stworzenia




* * *

chocholi taniec

między blokiem a dniem
czarne dzieciństwo ubrane w dres
nie ma znaków szczególnych
może tylko podrobiona metka
z napisem egzystencja
everyman robi karierę poza miastem
wkrada się do rezydencji
kradzież jest złamaniem przykazania
nie można tworzyć nowej religii
uderzysz słowem w publiczność
jest rytm sława pieniądze
zagłuszone oklaskami chochoła



* * *

stróżu proszę o błogosławieństwo

w miękkich włosach malowałeś mapę
szlachetnych kamieni -
rozmawiały z nocą

dłoń prosiła błogosławieństwo o taniec
zdjęłam grzech pierworodny
- chór twych braci wtłaczał we mnie muzykę

urosłam w odbiciu skrzydeł
falochrony źrenic okrywały piersi cnotą
białym cieniem stróża

zdradziliśmy niebo – nagie lustro
spuściło powieki ze wstydu
ludzkiego pożądania

upadliśmy razem aniele


* * *

zawieź mnie do Itaki

zawieź mnie do Itaki
podobno każdy ma własną
żebym nie musiała dźwigać symbolicznej dziesiątki

na zdrętwiałych plecach
połóż gorącą podkowę
wypełnij wgłębienie żelazem

niech szczęście stwardnieje
to upadki może nie będą boleć

myślisz że sobie żartuje
modląc się o spokojny prąd rzeki
że jestem chora i muszę szukać lekarza

wczoraj chciałam żebyś nauczył mnie miłości kobiety
nauczycielu

dałeś mi zwierzę
byłam łatwą zdobyczą
tak jak trzeba
stosunek nieprzerywający gatunku

to dzisiaj tylko moją Itakę mi oddaj
niech jej obraz zejdzie się ze mną
bez zabezpieczenia oddam się cała
wiesz dla podtrzymania poetów


* * *

niech dziewice pokutują za dewocję

po wargach spływa litania
do najświętszej grzesznicy

w półmroku słychać atmosferę
zmęczoną ugięciem oddechów

chciałabym teraz zgwałcić
wszystkie białe ikony

filmem nakręconym
rozwartą nocą

niech wstyd biegnie po ciele
za każdy rok umierania

dobrze że mogę pokutować
- spuść niżej powieki

aż do lekkiego bólu



* * *

opluj mnie - to nie boli

nie słyszę modlitw wyrytych na suchych wargach
zwilżonych raz w tygodniu opluwaniem
tych których nie było albo byli i dali za mało

zboczeńców leczących prostatę u seksuologa
idioty który nie wie że ewangelia to nowina
bo życie przyśniło mu same
vanitas vanitatum et omnia vanitas
a później nie zabrano mu domu
nawet żony czy jednego bękarta
nie było czego dźwigać do góry
zwyczajność grzeszników jest taka ciężka

nie widzę krzyży w kościele
na mszy padam na kolana
ze zmęczenie po nocy
odmawiania różańca
ksiądz zasiedział się na kolędzie u sąsiadki

wierzę w oczy które nie mają czasu
umierają w szpitalnych salach
z rozchyloną modlitwą na półmartwych ustach



* * *

kochaliśmy się na podłodze

na nagich ścianach oparłam nogi
zaparzone powietrze przysłoniło niebo
było brudno od ciszy
nuda wychodziła z zaciśniętych pięści
namalowałeś misjonarski akt
nikt nie posądzi nas o gwiezdny kicz


* * *

A jak, Polak potrafi

ciężki tlen wylatuje z lotniska
w walizce za kilkaset złoty ogląda
kolorowe mniejszości europejskie
mikroskopijne stopki siana
wepchnięte w worek prymitywnego rolnictwa
kaznodzieja konwertyta święcić będzie wodą
niewiernych na dalekich polach
udowodni że Polak potrafi
zapić się na deliryczne życie



* * *

imbecyle z drugiego piętra

nie widzisz że ta miłość to jak slogan
wygięty w kierunku prawicy brudny zacofany
i śpiewający babciom pieśni
za chwałę Piłsudskiego który nie wiedział
że socjalizm wyleje Wisłę z mapy

nie czujesz tego fałszu kiedy mówiłam że mi dobrze
a bolało cholernie gdy wchodziłeś
do pokoju zaraz po wynikach na giełdzie
i nie widzę powodu do śmiechu
impotencja nie jest zabawna

nie sądzisz chyba że piszę to ot tak sobie
żeby zrobić na złość największej szui w tym mieście
mężczyźnie który nie wie co to stringi
tylko pasek między
nami była tylko jajecznica z rana zaraz po
cichych nocach

nie wierzę że teraz nie weźmiesz mnie znowu
do pokoju na romantyczny film
o dwojga imbecylach w środku miasta
którzy nie znają się na sztuce kompletacji życia
a tym bardziej poezji
ale przynajmniej mają udany
se
n



* * *

[wygnana z ziemi bez epilogu]

nie chciałabym nazwać tego szaleństwem bo się
wstydzę lekarzy którzy nie mają nazwiska ojca
imienia matki i sześć palców u nogi

powiedziałeś przy chrzcie że jestem wolna
i mam prawo grzeszyć dla odmiany
ale czemu nie uprzedziłeś o sinusoidzie humorów
emocjach które skracają wybory do pierwszych sekund

i teraz mi głupio mówić cześć
jestem normalna
bo nikt mnie nie uczył wyłączać telewizor
na wiadomościach
zalewać wrzątkiem nagłówki gazet
kolejny koniec świata
( no nie znowu )
pomodlę się teraz o bierzmowanie na które
nie starczyło czasu
i niech nikt nie obiecuje wakacji
w ogródku u babci ani pracy
przy zbieraniu jabłek
nie przeżyje dnia kiedy
zrozumiem że ziemia się kręci
nie w moim kierunku


* * *

[wyrzucona z łóżka]

bo nie jest łatwo z rana wstawać prawą nogą
wyczuć odpowiedni moment i zaatakować
podłoże tak jak to robimy zaraz po kolacji

nawet nie wiem czy i lewą dałabym radę
dojść po bułki do sklepu
rano tak strasznie boli głowa
znowu spaliśmy na jednej poduszce
nienawidzę jak zabierasz ostatnie co moje

ale później stanęłabym na głowie żeby
zapisać miejsce gdzie razem zdawaliśmy
najcięższy egzamin dojrzałości
a później oddałabym się ostatniemu
żebyś miał czas uzbierać odpowiednią ilość
ze mną było lepiej
ostatni raz zrzucam cię z łóżka


* * *

[m jak miłość]

przyszła późną jesienią
zastanawiało mnie zawsze dlaczego nie była to wiosna
początek i koniec
na grzbiecie zawiesiła się koniczyna
na opak miała tylko dwa liście
i bagaż biedronkę
przestraszoną szczęściem którego dać nie umiała

posprzątaj porządek i zabrudź każdy kąt duszy
siódmym skrzydłem motyla
rzęsami pajęczyn
oddechem wyrwanym przez wiatr

wstydzą się mego imienia
i nie wiem dlaczego
tyle języków świata odchodzi
dla Bóg złączył Bóg rozdzielił





* * *

[ a gdyby przynajmniej miało szanse zostać alkoholikiem?]

nawet niebo takie samo
czemu bohaterzy pisali na nim skargi

przy mnie powinno upaść jak człowiek
na nowo horyzontalnie : strona prawa i lewa
odejść od życia a później wrócić jak do pracy

po dniu wylegiwania się z kochankiem
jedynym przyjacielem który przynajmniej daje
troszkę siebie i bierze troszkę więcej pościeli

w osiemnastym wieku kobiety topiły się w jeziorach
ja wolałabym zostać alkoholiczką
zepsuć te skręty może podpalić

moje dziecko nie ma możliwości
być alkoholikiem to smutne
nawet niebo takie samo


* * *

A więc nazwałeś mnie wariatką?

nazwałeś mnie wariatką
za każdy dzień opłakiwania kiedy we mnie nie byłeś
takie nagrody teraz dostają najczulsze z najczulszych
nagie bardziej niż plakat na więziennych ścianach

a więc jestem wariatką ta przy której
uczyłeś się być mężczyzną
zbierałeś rumianek karmiłeś mlekiem z nieba
uda ubierałeś w gwiazdy
ramiona odchylałeś żeby lepiej słyszeć
całą miłość w przyspieszonym krwiobiegu

wariatka to słowo brzmi teraz tak dumnie
pelargonie w ogrodzie płaczą za moją skórą
pieściłeś nimi ciche jaskinie

a więc tylko tyle mi zostało
zapach z snów i modlitwa
o nowego kochanka
prawdziwego wariata

[jak to dumnie brzmi]


* * *

dziewice kochają najszczerzej


rozbierałeś mnie prostacko wzrokiem
nieśmiało przyznaję się do pewnej satysfakcji
z ciała można rzecz perfekcyjnego
małe piersi
przy twych ustach nabierały kształtu

tej jesiennej nocy ubrałabym się najchętniej
w spadające liście
bordo dzikie na skórze
zerwałbyś zanim
ach co za wspomnienia

pisałam o piersiach a nic o miejscach
zakazanych hipokryzja miłości
a czy wydawało mi się gdy
nazywałeś imieniem nasze tajemnice

ach jesień oszukuję kalendarz
na każdym egzaminie życie
dłonie trzymające długopis
kradły niezależność bezczelnie chciałam nas w sobie

naiwna przecież drzewa są suche
tylko przyroda wie czego chciał
Romeo a dziewica Julia



* * *

te żarty

późną jesienią tak jesienią wszedłeś

do pokoju gdzie siadywaliśmy przy wspólnym
myśleniu o tym że to nie ostatni raz
mylimy się kubkami kawy

nagie okno wypraszało te wpadki
ważne mniej w łóżku bolesne gdy
wychodziłeś z innym imieniem
miało być no jak a pięknie

wcale się nie wstydzę podziwiać
bieliznę leżącą na podłodze
przecież jeszcze sekundę
wcześniej poruszanych bioder nie wiedziałam

że takie żarty kończą się miłością




* * *

ruch społeczny kobiet

to chyba nie jest takie trudne
dać księdzu łapówkę żeby udzielił ślubu
chciałabym takie życie
słuchać o nim we własnym ciele
biernie leżeć i pachnieć szarym mydłem

tyle kobiet było zadowolonych
nie musiały nawet udawać że są podniecone
z tego nie rodzą się dzieci
przyjemność to tylko siedemnaście procent
w roku z obcym mężczyzną

a jeśli obrączka stanie się biedna i stara
to znak że nadeszło niebo
między nogami przejdzie całe życie

lekko zmieszane chwilą



* * *

z argentyńskiej ziemi

faszyści wychowani na argentyńskiej ziemi
odkryli nowe znaczenie słowa fenster
skrupulatnie wykradali łacinę z dialogów

w tym czasie mój ojciec kochał się z kobietą
której imienia nie pamiętał
a szkoda bo chciałabym wiedzieć kto pierwszy
miał szklaną skórę i czystą krew

z tego koktajlu jestem
ze szczepu przegranych

wczoraj spacerowałam Szewską
i podszedł Argentyńczyk
studiuję filologię klasyczną
mówi

nauczysz mnie być sobą?
klasycznie piękną


* * *

bywają niechciane spotkania, bywa że to miłość

takie spotkania twarz w twarz
mają swój chleb rozebrany do śladów
rzucanych przez los
i linie na drodze papilarne
horoskop prywatny
czas
w tłumie przepycha się łokciami
tak rzadko bywa wyjątkowy

przypomina to ogrodnika
jego odejście
kwiaty skazane na wodę i słońce

te oczy ślepe na świat
budują nowy


* * *

każdy ślub kończy się samotnością w kuchni

tej nocy horoskopy na niebie zabłądziły
szybciej niż zapominanie o magnoliach na ślubie
który tak ubogo brzmi zapisany na akcie rozwodowym

boję się znaków
czyż miłość nie była najważniejszym
a niechaj człowiek nie rozdziela
nawet kiedy susza zagości w łóżku
ziarno goryczy zamieni się w kilka
zużytych talentów do topienia obrączek
w lepkich pocałunkach obcych nam ludzi

w kuchni siedzę sama na tym taborecie
pierwszym zaraz obok drugiego
woda zagotowana sama rozlewa się do filiżanek
takie to proste marnować kawę
na przyzwyczajenia



* * *

[kocie łapy]


to się dzieje gdy dzień wypada z obiegu
momenty zapadają się w szczelinach życia
ważne i bezbronne często klęczą
wzajemnie przed sobą

to się dzieje kiedy świat zwalnia dla innych
a mnie przygarnia i bawi się datą urodzin
przypadkowym znamieniem
robi to jakby miał do tego prawo

to wszystko skrada się na kocich łapach
wybiera każde moje jestem
obok śpią ludzie
też szukają





* * *

[z poślubnych rozterek]

układałam tylko lotos w zapach
pościeli zmęczonej w tym pokoju
tyle mebli w nich szukania miejsca
dla innej szczoteczki do zębów
bukietu frezji od rocznicy
nie zapomnę miało mieć znaczenie

wprowadził się do mnie mąż
pierwszej nocy
byłam prawie gotowa powtórzyć przysięgę
frezje umarły

nie zrozumiał
ja też poczułam ten sam zapach lotosu
jesteś zbyt gościnna kobieto

ale przecież widziałeś
suknia ślubna była niebieska



* * *

zrzucanie życia

między tymi drogami ślady
po upadłych kotach
a jednak powstały
spróbować kolejnego umierania
ma smak pierwszego mleka
śmieci wygarniętych spod krzaków

porzucić niebieskie szczeble drabin
w centrum osiedla łasić się
i pieścić w liściach szukać
przeciągu słońca

szukać piątków w pajęczych
chwilach malować bródkę na biało
szaleństwo
biegać od lewej do prawej
zrzucać pech

na wycieraczkę sól
życie


* * *

erotyk wyrwany z pamiętnika

szarpały cykady wiatr ukryty
w suszonych ziołach
Bordeux strącał moje pocałunki
z ust pachnących mleczem

tłusty dym cygara był
gwiazdozbiorem spadającym
ziemią poślubioną niebu
mitem z czasopism

wersy życiorysu mają smak
kubańskiej autarkii
ukrywałam się w pościeli gdy
wplotłeś go w nadgarstki

te same które zdejmowałeś
z piersi proszących o cierpliwość

nie powinnam się gniewać
tylko lekki żal
że to nie był Paryż
a krew na łóżku nie błękitna


* * *

stosunek przerywany

już minęła ochota na omdlenia psychiczne
dołki wykopywane w pamięci
spadanie w fizyczną miłość

no nie żartuj sobie teraz że żyć nie umiesz
bez mojej ręki która pomagała odpinać stanik
a jednak myślisz : powstanie znowu z ciała i ciała

dla kogo miałabym wygrzebywać piersi z grobu
uda uczyć francuskiego
nie bądź taki pewny siebie
jeszcze może przytrafić się epilepsja
gorzej śmierć żeby tylko nie w trakcie
stosunku przerywającego nas na osobne
śniadania


* * *

[czas święty, czas zajęty]

cożeś wymyślił psie zbity
egotyczny darmozjadzie co nie umie sobie
koszuli wyprasować a podatek liniowy
to niby jak zrozumieć jak nie łupać w niego gorącą
płytą teflonową mózgownicą
że jeszcze tego ci trochę zostało to chyba przypadek

zardzewiało wszystko nawet stojak
co na nim nic nie wisi a może nie chce
i ty też jakiś taki rudy jesteś a przecież
nie w modzie kolor odcień fałszywy

co się tak patrzysz no słuchaj
nie widziałeś desperatki z wielkiego miasta
żyjemy ze sobą lat kilkanaście
no nie znowu zapomniałeś wyprać skarpetek

cholera piwo ino dawać siusiać też pomóc
ano nie chcesz to trudno
ale pamiętaj że niedziela dzień święty
odpoczywam a ty
na mnie





* * *

z tramwaju ( wersja II )

pozostanie tylko świadomość, błąkająca się
po krakowskich drogach, wrzosowiska obdarte
z kartek angielskiej prozy i ciało opuszczone
przez cirosstratus rzeźbiące niebo między nami

że jedziesz tramwajem. mając inną kobietę w sobie
jeszcze mnie nie poznałeś
w każdej kłótni zatrzymanej na szybie zawisną
pejzaże porzuconych latawców, krążących wokół
suszonych ziół, których ślady zostały na skórze
odbite wachlarze niewygodnej ziemi

ktoś wysiada. z myśli pewniejszych niż kolejne
kolizje z rzeczywistością, zachodem słońca odbitym
w jednym tylko kieliszku. wino dojrzalsze, krzewy pod
domem nabiorą fioletu. zamkniesz okno.



* * *

refleksje krakowskie z zimy [z Szewskiej]

po niespokojnych ścianach rynku przesuwa się między
dachami kamienic, rozluźnia kołnierz, mróz bije w kolejne
stopnie zegara . miedzianego staruszka uwikłali w patologie
słów zagubionych w minusie atmosfery. śmiech mija puste
pudła, zagracone ulice chciałyby nabrać zebrane grosze
w usta, wydmuchać każde przestraszone jestem.[tymczasem ona]
głaszcze kieszeń, sunie językiem po pistacjowej kawie. rozgrzaną dłonią,
jeszcze nie dała jałmużny, kręci kółka na szybach. szczęśliwa opada z sił
na ateistycznych schodach kościoła. zapomniała, świat wędruje, gra
w klasy ma swoje zakończenie. w domu ponownie zasłabnie
w zachwycie.




* * *

kocham

partykularne chmury pączkują nad czołem
każdego dnia wybór odpowiedniego zestawu
sałatek jest cięższy niż utrzymanie śmiesznych ambicji
na poziomie [i]w trakcie realizacji[/i]
śniadania często zatrzymują się w ostatnich godzinach

nie wiem jajecznica grzanki a może kubeł zimnej wody
w międzyczasie potykam się o obce powietrze
kogoś kto potrafił rozebrać we mnie nieśmiałość

na kobietę z oczekiwaniami
jestem spokojna kiedy wchodzisz
do kuchni gdzie każdy przedmiot
wydaje się być mądrzejszy

jaki inny mężczyzna powiedziałby




* * *

krakowska refleksja ( II)

pewnie też się krępujesz kiedy mijamy
dni przechodząc siebie po wykładach
mrugamy okiem cześć

na niebie tymczasem horoskopy
przeklinają przepowiednie
kłamstwo to tylko jeden przystanek
w drodze do pustych śniadań

troszkę się kochaliśmy tyle że za mało
było tej podłogi do wstępu
dialogu przy światłach
odpalony silnik już się nie zatrzyma

stanąłeś w barwach krakowskiej piwnicy
nie martw się rano język szybciej
opuszcza skrępowanie

spotkamy się na rynku pokłócimy
o ostatniego obwarzanka
tylko tyle obietnic trudnych
a ja bym chciała dzieci obrączkę i pejzaż
tego spotkania z pełnym
kieliszkiem

o tak dużo prosi
przypadkowa studentka
przypadkowego studenta


* * *

głoskowanie

przecież zmiany społeczne nie
będą nigdy źródłem utrzymania dla
każdego sapiens najważniejszy jest
śnieg pierwszy bałwan ulepiony
we własnej obronie

nie nazwiemy tego zjawiskiem
pociętym na pogodę z opadami
mrozu łączy nas wizja nieba

surowego małżonka bo
ziemia była za słona
żeby płodzić indywidualność

nie chce wiedzieć ile płynie
we mnie kierunków nauki
głowa miałaby być fizyką
a obrączka na palcu
połową kultury ?

nawet oczy zamknięte
to jakiś znak dla tych
co wiedzą jaki wpływ
ma nocnik i jego budowa
na głoskowanie
dziecka które mówi
tak mało myśląć


* * *

refleksja krakowska ( ze Studenckiej) IV

takich dzielnicach latarnie są bankrutami, stopy
wybierają zawsze środek ulicy. Na uboczu mój profil
byłby zbyt ryzykowny, z równowagi może być kolejna
filozofia. Wiatr zawsze ściska mi gardło, kiedy duchy
zmarłych są dziwnie prawdziwym wrażeniem. Jakby,

zazdrościły tego, że mogę się bać, reklamówki z
zakupami. Zapach drożdżowego ciasta to nie było
całe życie, ani część, ani jego margines. Pomyśl
kto powiedział że mąka jest mąką, jagody smakiem
które chciałoby się zlizywać z odpadających tynków.

gdybym wiedziała, gdzie teraz idę, jaki będzie mój
dom, pokój gościnny. Gdyby nie ten pieprzony strach,
zrobiłabym kolacje, zapaliła świeczki, znalazła w
dymie twarze, świadectwa.


* * *

[chce historie, a nie życie]

konsekwentnie wysunął lewą nogę, na podłodze
leżały resztki przesądów. Więc deptał z radością
dziecka instrukcje obsługiwania się z kotem, który
nie wie dlaczego jest czarny. Nie narzeka jak
wszyscy, którzy upierają się, że ubrania leżą na
prawej stronie ciała. Wyszedł z mieszkania, może

wreszcie przytrafi się historia, umrze chyba, że coś
lepszego. To była długa ulica z długą interpretacją
tego co powie wnukom. Tak oglądałem wiadomości,
wieczorami piłem z kumplami za wasze jutro. Sikałem
tymi bredniami o kaczkach, talibach, nagłówkach
wyborczej. No to będę udawał, że byłem społecznikiem,

kupowałem uczciwie łapówki, opisy na gg zawsze
zapalały świeczkę. W odpowiednim momencie
umiałem tak rzewnie, nie krojąc cebuli. Bywały
jeszcze takie dni jak ten, gdzie nawet myślałem o
potomstwie, nawet drugiej kolejce bachorów. Nie
zauważył kiedy wokół niego zjawiło się audytorium,
prawdziwe masy ludzi. Jakiś wypadek, przygoda
znowu mnie ominęła. Dalej już nie mógł mówić.


* * *

u Kapucynków

u Kapucynków

wie pani jak to jest. Eksmisja z mieszkania, teraz
dostaje chleb od kapucynów, widziałam jak się pani
modliła w tej spódnicy, fajna z pani babka. Też od nich
naprawdę taka elegancka, daj pani coś jeszcze na ząb. Za
rogiem jest sklep, niech pani uważa jak idzie.Upadła.

obietnice noworoczne codziennie kończą się przy
kościele z każdej strony udają, że jestem dorosła
i stać mnie na zbawienie. Gdybym była panią nie
patrzyłabym się jak ślepa w mięsisty lód na drodze
nie zaliczała niezdarnych potknięć. Trzymała profil

prosto i śmiała się piskliwie jestem panna i lubię
komorników, nigdy żadnego nie widziałam. A słowo
eksmisja zmieniłabym na komedię, stare kino, żeby
było zabawnie. W ogrodzie przy Studenckiej spod
kaptura wyłania się głowa, sepleni modlitwy, ja
przeklinam, że tego dnia uklękłam ponownie. W
sklepie trwają pertraktacje, przykro mi te zakupy
to jeszcze nie wódka
.


Kraków 1.II 2006




* * *

Dla Darrena ( za wszelkie zarzuty wszelakie)

Dla Darrena ( wobec zarzutów wszelakich)

wiesz,
ugryzłabym się w język, cholera, na wszystkie
języki polskich miast bocianich nasłałabym
bandę gryzoni. Uzbrojone stada wykręcałyby

słowa pazurami na sprośnie zabawne. Niech
migotają ich oczy, w moich ustach wreszcie
usłyszałbyś gwiazdy niepodobne. Te będą
toporne na słodycz na piersi wstydliwe,
zaklinam że mogą być wojenne dywizjony

Herkulesów spłaszczonych hektolitrami
czarnych dziur, utuczonych mlecznymi
krówkami. Tłuste mięśnie, w pocie chmur
będą pluły na tysiące baśni niewolnicy.

na oklapnięte rzęsy, które nie stoją
przy oku jako czarny rycerz tylko
biała wdowa. rymuj lepiej fiolet
mdławy alkoholika. Na wpuszczanie

dłoni w jej ciało znajdź miejsce w
sypialni. będzie zadowolona mój
drogi bardziej niżby miała wdychać
opary wersów z rezerwacją dla poetów



* * *

refleksja z piaskownicy

nawet Platon nie odpowiedziałby na
tyle pytań przemilczanych w myślach
bałabym się stwierdzić czy jesteś rzeczą
czy ideą? On miał z tym trudności pod

koniec życia na mnie spadają wątpliwości
z deszczem kiedyś bawiłam się w chowanego
był taki nieśmiały kiedy wkładałam mu palce
w oko wierciłam stopami dziury w kałużach

mieszkała moja miłość do świata olbrzymiego
jak plac zabaw – Czy było coś ważniejszego
od kręcących się krzeseł? Czy wierzysz w to
że pamiętam ciebie z pośladkami w piasku a

nie wiem jak się rozhuśtać? Na wysokości
drzew zrywać liście zębami? Jestem już troszkę
starsza głuptasie więc nadszedł czas żebyś
stał się wreszcie wyjątkowy dom miał

komplet prawdziwej porcelany – Czy będziesz
potrafił pisać o mnie felietony i narażać się
na śmieszność? Te romantyczko pomyliły
ci się chyba piaskownice ja się bawiłem tylko
z Adamem.



* * *

Tychy-Kraków-Warszawa ( walentynka dla...)

czy naprawdę śnieg w Warszawie strzepujesz
z ramienia dojrzale? Czy wierzysz, że te kilkadziesiąt
odmian spadających ptysi skrapla się na wargach równie
szybko? jak w domu, jak w oku skrzyżowania,
jak w ogrodzie orły, które tańczą najżywsze flamenco
śląskiej ziemi. Czy nasze kurtki z ogniami węgla, czy
ta spontaniczność nie jest zbyt piękna? żeby dziadek
Zygmunt śmiał się palcem, w ziewnięciu otwierał dla
nas miejsce i czas. Nie, nie możesz dysponować moją
miłością. Czy dałbyś radę przenosić wyciszone jaskinie
z Wawelu? Czy zjadłbyś z zazdrości smoczy ogon?
Nie wróciłeś jeszcze na wspomnienia - martwię się.
Czy jej ciepło było, czy zadawała te same pytania,
czy dłonie miała wilgotne? Czy stolicę z książek czy
z ciebie znała? Czy zanurzała twarz w suchym rękawie?
Czy uprawialiście moją historię bez głównej bohaterki?


* * *

samobójcy też mają przyjaciół


Mleko się gotuje, a ty chcesz rozmawiać w tej kuchni,
w tym domu, taboret w taboret, smród spalonego białka
kontra otwarte okno, tak? Słyszysz pokolenie i rżysz,

kwiczysz, mlaskasz śliną, więc mów. Nie płacz. Zacznij
śmiało jestem białym heteroelastycznym dupkiem XXI wieku.
Uksztusisz się biedaku jeśli zaraz tego nie wyplujesz. Kilka

słów z znaczeniem zalega jak sałatka jarzynowa na weselu,
więc czyń swoją powinność. Niech płyną jak marchewka,
groszki, jarzynki, niech tuczą sumienie majonezem. Na

poważnie miało być? A ja tu umieram ze śmiechu, mleko
mi świadkiem, że nie wiedziałem. Kurwa. Adaś ludzie z
tego wychodzą. Nie? Ale na pogrzeb przyjdziesz? Stary
jak ksiądz pozwoli, pytasz.


* * *

ma zima ma mnie

śnieg na nosie może być różny
prawda
pokłóćmy się o to kto robi większe
minusy na skórze zgrabniej wkłada
mróz do kieszeni
pluska palcami w wełnianych rękawicach
bo mnie nie chce świat w ciężkim kożuchu
ani guziki szwy szale berety żadne mody
zimy i historii
przylepiam język do cienkich rurek
znanych tylko komuś kto liczy sekundy
tam mam moje miejsce na
dachu czasu


* * *

kazdy ma prawo do milosci i poezji

kobieto. bo czyż nią nie jesteś, moją małą
kurewką. Miła, chociaż nie umiesz grać na
fortepianie, chociaż mylisz słowo wychodzę
na dochodzę, siedzisz mi dwiema połówkami
twej dupy w głowie. Słuchaj, widzę cię w obłoku
każdym pary znad garnka grochówki, każdej
spłuczce, domestosie, klozecie poobiednim i
rosołu oczach. Tak tłustych jak twoje wałki
zlane z wielkimi winogronami,jak krzywe
nogi, których nie widać zarysu,jak szyja,
która nigdy nie będzie łabędzia. Miła, ja
wierzę, że świat utoczony miłością, tępą
jak ty i ja. Dla nas dzisiaj będzie poezją.


* * *

stara kobieta i człowiek

w tych ścianach sny żyły szybciej niż codzienność. Jesteś?
I nawet więcej, moje siwiejące ciało, brwi, godziny, moje

kilkadziesiąt jestem wie co mówi. Świadomość często
kulała w przestrzeniach. Spuszczała te blade oczy, które

ryczały jak prawdziwa baba. Jak baba, cholera! A ty lubiłaś
jak wciskałem palce do ust ze strachu, jak moczyłem

czystą bieliznę ( jakby brudna była usprawiedliwieniem).
Wtedy byłem twoim wymarzonym partnerem, nie musiałaś

zakładać starych sukienek, udawać, że kobieta pięknieje
z wiekiem. Śpiewałaś za to kołysanki w nocy, tuląc każdy

pomarszczony palec z osobna. Jakby świat miał prawo
odebrać zabawkę starej kobiecie. Byłem. A Ty teraz kręcisz

karuzelę w innej bajce. Wiedziałem, że twoja połowa nigdy nie
stanie się całością, chociażby wciśniętą w kąt suchą miłością.

Kto by uwierzył, zwątpił tyle razy, żeby się wreszcie działo.
Jednak nadal ufam snom, ledwie dotykając ściany. Leżysz.



* * *

okazjonalnie ( dedykuję sobie:DDDD)

dzieje się wycierasz ciepłe mleko z sukienki
nogi lżejsze niż podeszwy ślizgają się na parkiecie
jak ślimak łapiesz się metalowych krawędzi
nie wiesz nawet ilu przed tobą miało wobec
tych ścian ambitne plany na życie
nieuczesane dziewczynki w pogiętych fartuszkach
zwijały drobne paluszki w pięści
mąka spadająca z włosów to też ich zasługa
wszystko za rogiem pierwszy zaliczony policzek
i mężczyzna a ty chcesz chodzić z geniuszami
na piwo w parku robić brzydkie
rzeczy bez ślubu nosić z dumą zardzewiały
pierścionek jak będziesz dawać sobie radę skoro
mylisz prawą stronę z lewą
chciałbym być na chwile twoją matką
przyssałabyś się do obrzmiałej piersi i z każdym
łykiem wiedziała czym dla mężczyzny ma być
kobieta


* * *

użyźniam ziemię

to takie ludzkie .użyźniasz ziemię głową dziobiąc
mogiłę, jeszcze nie wiesz czy będzie seks, czy będziesz
chciał zakopać się z kalendarzem, czy wytniesz swoje
nogi i ciepłe dłonie. Użyźniasz w ślepych rękawiczkach

miasto, mnie, gówna i ulice. Kamienie nie chcą spadać,
ani wchodzić na palcach pod kołdrę katedr i nowych
kuchenek. Nieważne, co brzmi dostojniej. To człowiek
i człowiek tylko miał wpisane w zmarszczki. W pajęczynie

cienkiej skóry chowali się mali ludzie. Jeszcze nie znali
słońca i zielonych barwników, a już wpychali w siebie
wszystkie materie. Był początek i będzie koniec. A ty
wchodzisz do jaskini, gdzie twardo i wilgotno i miłość.


* * *

Emilka jest agresywna

Emilia leży na podłodze
liczy baranie ślimaki schowane
w przestrzeniach lampionu

opowiada poważną historię
o tym jak działa światło odbite
na języku pęka w zgrzytanie zębów

w piąstkach trzyma obgryzione
pazury gotowe na wojnę
( telewizor jest wyłączony)

drapie tatuś na butelce


* * *

starsza kobieta jest gorsza niż kurwa

ona pisała, że jej majtki spadają
ze strachu. Tak było dla was lepiej
pobudzać nieodpowiedzialność i luźne
języki wiszące nad twarzą. Chowała się
w prześcieradle ( no popatrz jaka wstydliwa),
udając ślepą jaszczurkę wbijała krzywe
zęby w powietrze. Miała zapewne skórę
jak styropian, nie rozumiem tego zachwytu
nad skorupą dojrzałości. Tam musi być mokro
i to nie jest miejsce dla ciebie. Tak dużo wody
ciągnie z sobą nowe pokolenie. Jeszcze nas nie
stać na zdradę. Połóż się na moich małych
piersiach i ciesz się, że mleko znasz
tylko z reklamy.


* * *

Anna pisze o Annie

[ dla Anny, która pisze o Annie]

już dobrze. spróbuję wypłynąć z ust rutyniarzy,
wbiję się zębami w ich rozbieżnego zeza. Nie wiem
gdzie skręcają powieki, ale to się uda. Refleksje powoli

zaczynają moczyć pieluchy, założone na wszelki
wypadek ściskają obwisłe pośladki - już dochodzę
do pierwszego ssania kciuka. Nie widzi nikt

obgryzionych paluchów, szarpiących struny włosów,
nikt nie pamięta rekordzisty nocnych kolejek- pampersa
(zawodzi). Jak wszystko co sama nie upuszczę

dłońmi na lewą stronę. Skakanka wisi na szafie
łapie siniaki na zamówienie. Duże, płaskie odciski
czują się wreszcie jak w domu - schną pod doniczką.

Kraków, 23.03.2006


* * *

Do Tipsów najcnotliwszych

wystukaj spierzchnięte powietrze
złamanym tipsem - to jest mój świat,
nie rozumiesz?


nie zagramy w kręgle w poniedziałek
musiałabym sklejać paznokcie kosmetyczka
kosztuje stuka palcami w moje palce -
dupczące się obgryzione paluchy kobiet
znają swoje miejsce w szeregu
nie wychylacie nagich płytek
nie kąpcie się w ślinie
nie uprawiajcie miłości z zębami
nie wdrapujcie się na kutasy
nie jedzcie sadzonych jajek
nie dotykajcie prezerwatyw i plemników
zjedziecie do błotnistych maseczek
i ja razem z wami umrę w śluzie
rozszerzonych porów
latających zmarszczek
kiełbasianego orgazmu na twarzy
mam zawsze uśmiech
szczery

Kraków.


* * *

Emilka i jej nowe życie

Połóż rączki na półkach, na szklanym suficie
wiszą nienarodzone przestrzenie - w twojej
główce słońce może mieć kontury, świat jak orzeszek,
popatrz i ty górujesz nad nim. Ziarno samotnie

stukające stópkami o Ocean. Dam ci na chrzcie
białe korzenie i medaliony - zalążki zwykłej
godności będziesz miała od pierwszych pieluszek.
Może połkniesz wszystko na raz, mokre kamienie

nie zastygają w gardle tak szybko. Jest podwórko,
czekające na ciebie, poucinałam chwasty i złych
panów. Czekam na dzień, kiedy powiesz córeczko

- będę teraz pływać w błocie i gównie - mamo.



* * *

człowiek

Ty, którą mijałam z miastem wspólnie
(I pory roku i miesiąc i godzina były odpowiednie).

Ten czas cię wozi ciągle po jednym pokoju,
Gdzie jeden kot, uchylone okna, skóra cała w łoju.

W lepkim od śluzu zgięciu szlafroka
stukasz językiem: Do kogo należy ta epoka?

Nie ma odpowiedzi, kiedy w sens nie wierzysz,
pytania często za szybko rozbijają się w krzyż.

Z kieszeni wyciągasz grosze z skóry chleba,
oberwane w powietrzu wiszą martwe kry nieba.

Nikt nawet nie przyjmie tylu odchodów życia,
Jesteś dzisiaj dalej w tym poszukiwaniu nakrycia

na głupią gołą głowę. Dalej o jedno kalectwo,
wchodzisz do piasku szybciej niż nowe natręctwo

myśli nie zawsze wewnątrz rodzą choroby kwiat,
więc nie bój się świata, bo to ciebie boi się świat.



* * *

trumienki i stosiki

Ja się tej ziemi boję – rzuciła palenie na stosie
czarownic. Przytyła w stresie staruszka.,
rosną jej olbrzymie bomble herezji na nosie.
Nic co wiadome nie wychodzi z koniuszka

wskazującego palca. Nieba sprzedaje się hurtem
w plastikowych trumienkach. Tam jest i katarynka,
w ciasnych ściankach płyną melodie z nurtem
tkanek. Za lat kilka, pojawi się nowa maszynka

do otwierania wieka. Tam i bryły lodu sączyć
będą w glebie sole i siebie wyrzucać na wierzch
I ludzie dając kwiaty, nie potrafią skończyć
Ponurej zabawy w wiarę. A wiara jest jak zmierzch,

który trzeba oswoić, gdy zbyt późno przychodzi
człowiek chowa się w jaskiniach snów i dni,
ale są jeszcze wsie, gdzie bociany rodzi
ciągle ten sam czas. Wtedy za słońcem dudni

wyrwane pierze gawronów. Symbole nie znikają,
rosną w gniazdach, w ciasnych domach dusze.





* * *

głębiutka poduszeczka na brzuszku

Głęboko, jak bardzo głęboko wsadzą w nas kije? -
Ktoś przepchnie moje ciarki, ciarki moje zamilkną,
lubieżność wskoczy na ręce nieba. Na niebie będzie
główka i szyjka macierzy świata. Tak się posiądą na

dywanie chmur dwa zła. A po macierzy skakać będą anioły
pokwarkowe, polodowcowe, powojenne, pokomunistyczne
anioły płóciennej historii. My tam zrobimy oczy jak balony
i z palców kapnie deszcz potu. My tam nie chcemy zostawiać

śladów, bo ślady to kilkakrotne powroty i nudne uściski. Ciepło
już jest w domu, cieplej już nie będzie w ziemskich miasteczkach.
Ani w muzeum zórz polarnych, ani w hektolitrze kosmosu, ani w
poczwarce grawitacji. To nie strach, nie wygoda powstrzymuje

moje nogi od latania, nie mgliste widmo tunelu, obce jak bóg.
To się we mnie śmieją bunty i rozszerzają posejdony płynów.
We mnie miasteczka liliputy budują miasta giganty, nie ma
już paciorków i głupich ciotek. W zamian więcej niewiadomych.




* * *

przestrzeń-czas-miejsce

Chodzisz utykając gęstym ciałem w kotarze
świata (trzymasz się każdej fałdy). Ty mówisz:
jestem wszystkim i niepojęta jest we mnie wielość.
I wielokrotność znana abstrakcji. I ja wehikuł wśród
miliardów krążę wokół innych wehikułów. Jak proch
buduję wasze kości, domy, groby. Strachy, żem wielka
jak wielorybie półkule ziemi, jak oceany galaktyk i oni.

A oni są braćmi i rodziną teatru. To te fałdy w łuku
historii. Rozwarty materiał przy najważniejszych datach
- jak rulon, kiedy coś ( nieważne co) kazało źle czynić.
Kiedy kartki kalendarza potykały się o fakty, niezdarne
godziny w ilustracjach. Niezdarne i ślepe. Ty myślisz:
jaka ze mnie siostra, że cię w ramionach tuliłam, żadnej
naganny, cyrkulacji sztuczek, co by zatrzymały światło.

I jakie to dziecko, bękart nieba? Co by na tym świetle dom
budowało. Wieczne fundamenty, ściany ułożone miękko
w szyi siostry i rozrzucone czarkany. Pulsują świeższe już
zakamarki. Ono mówi: dźwigałem kosze śmierci, bataliony,
pułki krwi i serca różnej wielkości. Trwam ciągle, zmieniam się
w dzikie budynki, dzielnice i piaski. Niekiedy osierocony przez

człowieka. Co mieszka w korytarzach kosmosu.
W trzech miłościach wydaje ciągle te same polecenia.


* * *

Bracka kiedyś też umrze

uwierz mi
na brackiej dnia dwudziestego szóstego marca padały krople dżdżu
po chodniku szedł z parasolem długosz gwiżdżąc bogurodzicę
wystukiwał zębem tętent kopyt końskich spod grunwaldu
jak utwór na gitarę solo

Darren

Bracka. Wtedy wyobrażam sobie, że ktoś
idzie w tym deszczu, który może istniał
naprawdę dwudziestegoszóstego marca i tym kimś
na pewno nie jest Długosz, bo przecież
gdyby tak nagle ożył czy czytałbyś jego kroniki?
Ale sam fakt, że mogłeś o nim pomyśleć
kiedy ciało było mokre jak niebo, ale nic
o nim nie wiedziało, bo czy poeta zna się na fizyce?
Może ktoś powie tak: i doda, że często ją zmienia
jak miejsca i czas w swoim historiach, które mogłby się
zdarzyć, ale nie mają tyle siły przebicia. Zwolnij.
Bracka piecze mnie w oczy - to jakby sól mogła
parować w powiekach.

Teraz pojawia się Grunwald, wieś która nie mierzy
centrymentra na mapie, ale wiem, że jest ważny ten
nieużywany już skrawek ziemi. Tutaj nawet mądry fizyk
zabłądzi i powie: piętnasty lipiec pamiętam jak dziś.
A dziś wsadził dwa miecze w środek miasta,
które zciekało popiołem do rynny.
Bracka nadal trwa, bo nie pamięta dnia, kiedy zniknie.

I ty chyba też już nie wiesz kim byli ci wszyscy
co uprawiali cudze ogródki i palili trawę albo znasz
ich tak dobrze, że wrzucasz ich do najgorszych
wierszy. Ja się tylko prosze o jedno:
żebyś umiał robić kółka z dymu na zawołanie
i robił z tego prawdziwą poezję,
bo każdy inny dym śmierdzi historią i czymś
czego nigdy nie nazwę.


* * *

erotyk

Czy gdybym stanęła przed tobą nago naprawdę
nic byś nie poczuł? -
Lekki żal, że to nie ja cię rozebrałem pierwszy.


bo jest ciężko. Zapomnieć wszystkie rozłożone
równolegle horyzonty.W kierunku kilku zawsze
najważniejszych godzin, a może miejc - tak samo
to ważne. Gdzie mój puls działał uspakajająco.
Nie jest rzeczą możliwą wiedzieć czy słyszeć
innych w świecie, który dał temu początek.
Tylko czemu rozdawał bez żadnych wymagań?
Testów, badań, sprawdzianów dotyczących:
odporności, zapachu, czułości, lęku i jego braku.
Z całej garści pojęć wybrałabym cykliczność
zaczynającą grzać się w palcach. Nie znam jej
końca jeszcze, ale mam dziwne przeczucia,
że pewnego dnia nawet bóg nie odważy się wejść
do tak gęstego nieba.




* * *

ciemny las gdzie jedno wyjście jest

Nie mów, że nie potrafię kochać, gdybyś
widział we mnie każdy atom złą i wszystkie
glizdy zwinięte w słowa wiedziałbyś, że mogę kochać nawet szczury.


Zdrapałeś mokrą korę z miejsc, gdzie podobno
rodzi się czułość i strach przestaje istnieć. Gdzie
świętym nabrzmiewa krew, a oczy przestają widzieć
tą właśnie świętość. Ja z rzadka bywałam dobra -

ciało jak z żelaza zalegało na dnie brudnych
prześcieradeł. To tam mieszkały wcześniej
mikroskopijne grzechy innych mężczyzn,
samotne i niespełnione.

Nie mam na tym łóżku czy to podłodze
czy innym miejscu, gdzie można
udawać wzruszenie, miejsca dla ciebie.

Nie ma i nie będzie.


Jesteś jak droga, która nie ma końca -
twój cel jest wątpliwy, twój cel po drodze zjadł mój.


Gdy byłem małym chłopcem Regino obejmowałem
drzewa, żeby czerpać z nich energię. Podobno
tak robili nasi przodkowie, nie jestem chyba naiwny?

Ty znałaś całą mitologię naszego regionu, z każdym
drażliwym miejscem ziemi. I kiedy ja zrywałem
korę, ty ją próbowałaś zakładać na nowo, od
końca do początku tworząc biologiczne
fundamenty związku człowieka
z przyrodą. A później wyciągałaś dłonie
z runa ( czego tam szukałaś?) i obejmowałaś
drzewo. Tak sprawnie jakby było ostatnie
dzisiejszej nocy.


* * *

dzień trzeci

słońce znudzi się światem
I będziemy jedli nasze sny.


Gdyby zaczęli się teraz spierać o to, kto jest najważniejszy,
jak sądzisz ile życia by im starczyło na to, by poczuć się
zawiedzionym? Że gdybym stanęła obok,
z kurczącą się miniaturą ziemi, z atrapą wyjaśnień.
Ponieważ on był pierwszy przed słowem i przez niego
ten drugi rozpoczął wyścig po szlakach. Włókna ciała
jakby miękkie i czekające na rozwiązłość. Taką drogę
wybrano i znowu stoję na środku, którejś z bram.
Trzymam w dłoniach osłabione słońce, bo czas zapomniał
scenariusza i dopiero próbuję osiąść między szczelinami
dat. A oni znowu rozdrabniają nas na swoje posiadłości
i robią śmierć jak miłość po kryjemu kto szybciej
dojdzie do perfekcji. Czyj dotyk jest lżejszy, czyj trafia
na właściwy punkt. Bo ja stoję i czekam na nich,
przypominam im każde pokolenie i chorobę. Geny
zatwardziałe w swojej wierze i przenikliwości. I to
słońce jak groch, za małe i rozpychające dłonie w znak.