sal0me
w w w . j e s t - l i r y c z n i e . a r t . p l


spis treści

*** [Gdybym tylko mogła..]
*** [Śniła mi się rozmowa..]
ja - grzechem
Moja klasa [CZARNA NIEDZIELA]
Ukrywalnia
Bez powrotu
Moja modlitwa
Ostatni list
Wyznanie bohatera tragicznego
*** [Czym jest życie?]-miniatura
Polilog między (cało)kształtem a formą-nicości
Do narkomana-miniatura
Kilka słów na temat Berkeleya
Mahoń
ja - rozdwojona
My silent suffocation - moje ciche uduszenia
Ballada o życiu i śmierci-masturbacja skrajnościami
Puste obszary po wersach-gdzie mieszka nicość
O czwartej cnocie boskiej-kiedy jesteś daleko
Jedynemu władcy świata utkanego ze światła
W czerni i bieli-w tym jednej niewidocznej
Szachowo z lekką nutką refleksji uprawiam w ogrodzie melancholię
O odległościach czyli przestrzennie
Po drugiej stronie rozpacz zaczyna się cofać
Czekająca od jutra
Banalnie czyli po kolejnej stronie
Pesymistycznie o niczym
Zmierzająca w kierunku niebytu
Dochodzenie w sprawie odchodzenia
Teraz wszystko jest tobą – dla mnie ty jesteś we wszystkim
Moje małe requiem
Przemyślenia i filozofie - poglądy są bezbronne
Akt perwersyjnej desperacji
To prawie jak nasza miłość
Prywatny różaniec: tajemnica bolesna
Prywatny różaniec: tajemnica radosna
Prywatny różaniec: tajemnica chwalebna
Prywatny różaniec: tajemnica światła
To działa w obie strony - chcę pozostać incognito
Dziś wannę z sobą wylewam troszkę bardziej pod kątem niż zwykle
Lament w kolorze pergaminu nad tym co jest
Buty odbiły się chyba za mocno od ziemi lub na niej
Rozmyślania podmiotu o przemijaniu kadrów
W ustronnym miejscu rozmawiam z odważnym echem
Sytuacja nie do opisania
Powracam do podstaw - renesansowa teraźniejszość
Upadam boleśnie z marzeń
Znikanie jest formą bycia i zawsze łączy się z powrotem
Pieśń powstańcza
Prawie narkotyczna półminiatura senna
Zamknięta w sobie od zewnątrz
Poświęcona - ręce które leczą
Zawsze/czasem/przestrzenią
Wiersz normalny jak świat
tytuł zbędny [zbiór]
Refleksje i przypowieści*
Zachmurzenie całkowite
Na kolejne odchodzenie
[ekhe-ekhe]
9 miesięcy
Wyrzutnia [modlitewnik]
Aż.
Erotyk świąteczny
Kraina ukrytych luster
Coś takiego
Coś takiego [II]
Coś takiego [III]
Wiersz
[kolejny wiersz]
[wiersz o świętach]
L.S.
To ja
Dozwolone od lat osiemnastu
Retrospekcja I
Retrospekcja II
monotonia zresztek
Coś tam. [I]
Kiedy się odwracam w którąkolwiek stronę
Coś tam. [II]
Coś tam. [III]
Coś tam [IV]
Coś tam. [V]
Coś tam [VI]
Na odejście
Kabhi Khushi Kabhie Gham
Wierzę za nas oboje
Biografia pani Awe
Biografia Mrs Record
Pani Winter pracuje
Ona jest wszystkim
wieczorno-poranny banalny, o nich
Pan P. dał mi kosza /wiersz z wadą wymowy/
Czerpię. na cierpliwość
Słowa z moich ust [I]
Słowa z moich ust [II]
Z cyklu dłuższych /urodzinowo/
Refleksja poimprezowa
Kości zostały zrzucone
oczywliście. utkwienie
Setny, ostatni
Wiersz: to już kiedyś było
codziennik
bóg jest dobry
stosunek peela do wieczora
błysk#1
Marysia z ogłoszenia
Akcja. Cięcie.
Topografia miejsc.
rama rama
Obrazowanie
Laura rozmyśla
Pani winter znika
Migotanie


*** [Gdybym tylko mogła..]

Gdybym tylko mogła karmić się kłamstwem
nie trawić prawdy jak to czynią zwyczajni
nie żywić się śmiercią
więc odrzucić siebie
powiedz czy sens ma klomb zwiędniętych kwiatów

Gdybym tylko mogła żywić się nieprawdą
przyjmować oszustwo jak to robią zwyczajni
nie karmić się smutkiem
więc odepchnąć siebie
powiedz ile warte jest słońce bez światła

Gdybym tylko mogła karmić się sztucznością
prawdę odrzucić jak postępują zwyczajni
nie pragnąć cierpienia
więc oszukać siebie
powiedz ile sensu ma w sobie krzyk duszy

jak mgła kamienna złożona z eteru
jak uśmiech śmierci z ironiczną twarzą
kłamstwo gdy prawda zostaje zmieniona
prawda gdy kłamstwo szaleństwem się staje


8 września 2004


* * *

*** [Śniła mi się rozmowa..]

Śniła mi się rozmowa
inna niż wszystkie
tańczyłam z wiatrem
anioł współczuł mi
stojąc nade mną bezgłośnie

wymienialiśmy myśli
trwając nad brzegiem urwiska
czułam
muskanie skrzydeł anielskich
czułam
twe myśli miękkie
jak dźwięk skrzypiec
odbijający się w smutku

odszedł anioł
ja trwałam dalej
w cieniu
żegnając drzew konary
i uśmiech
i oddech
nasturcji


7 września 2004


* * *

ja - grzechem

jeśli wątpliwości
grzechem są
każ mi pokochać ogień
nie zabieraj mi tylko
pytań

grzechem jestem
szukając rozwijam tylko
zawiłe metafory
milczenia

wszelkie a priori
zamknęłam
po trzeciej stronie tęczy
resztę poddaję w wątpliwość

niech płomień kąsa moją skórę


28 kwietnia 2005


* * *

Moja klasa [CZARNA NIEDZIELA]

Nasza klasa jest wypaśna
oraz bardzo zgrana.
Więc zobaczcie jak przeze mnie
klasa opisana
*
Wszyscy w Werze się kochają,
walentynki wysyłają.
Bo jest obytą w modzie
blondynką o ładnej urodzie.
*
[Krzysiek]
Jest to bardzo fajny gość.
Krzyś jest jednak cichy coś.
W szkole bardzo często bywa,
że się wcale nie odzywa.
*
[Mateusz]
Nie zbiera ryżu na polu
choć Chińczyk mówią na niego.
Ma może skośne oczy,
ale to nic złego
*
Żulieta (czyli Ziemniak)
niczym się nie wyróżnia.
Jest spoko i uczynna.
Na lekcje się nie spóźnia.
*
[Tomek]
Oto Ufo. Na planecie
naszej pięknie się zieleni.
Skąd ta ksywa? Opowiada
on kawały nie z tej ziemi.
*
[Paweł i Mateusz]
Łuszczu oraz Popek
-podrywacze w klasie.
Chcą poderwać wiele dziewczyn
w jak najkrótszym czasie.
*
[Aneta]
Nasza faza w naszej paczce
-oaza spokoju.
Woli poddać się na starcie
niż stanąć do boju
*
Paweł Klimek-tajemniczy.
Jeszcze go nie znamy.
Tak naprawdę nie wiemy,
kogo w klasie mamy.
*
[Kamil]
Spójrzcie oto Kapka.
Charakter Anety.
Kiedy ma się kłócić
przegrywa niestety
***


I tak dalej, i tak dalej.. Mam całe trzydzieści-parę osób i mnie ;) Wiem, że miały być 2 utworki, ale to właściwie mogłabym liczyć jako jeden. Nie byłoby efektu, jakbym opisała 2 osoby :) To napisałam bardzo, bardzo dawno temu, jeszcze w poprzedniej szkole, robiąc prezentację na informatykę w powerpoincie, To chyba jedna z najbardziej kiczowatych pamiątek. Wczoraj znalazłam. Miło było to sobie przypomnieć, bo już o niektórych ksywach nie pamiętałam. Faza? Ziemniak? Boże.. Przecież tego nie było. Było. Ale ja mam sklerozę ;) Wszystko mija..


* * *

Ukrywalnia

Będę ukrywać swoje myśli
niechaj się staną dla mnie chlebem
chlebem co dobro kryje w sobie
i niewinności pełną mocą

Emocje me niech będą ziarnem
z którego tworzę myśli czyste
najczystszą czystość z serca ziemi
z której me ziarno nie powstaje

A słowa me niech będą światłem
jasnym jak ból lub księżyc w pełni
póki istnieją i póki kwitną
niech będą źródłem życia twego

Czyny me niechaj tworzy jasność
co płynie ze mnie lub przeze mnie
co nigdy z zewnątrz lecz ze środka
rozmyje myśli na mej dłoni

Dążyć do tego zawsze będę
by me uczucia w dal odeszły
smutek cierpienie radość i szczęście
są już mi w życiu niepotrzebne

Całym swym życiem będę pragnąć
ukazać słodycz samej sobie
choćbym najwyższą cenę nawet
zapłacić miała już nieważne

Życie poświęcić stracić duszę
czymże jest bez nich egzystencja
człowiek to tylko forma nicości
nicość jest tylko odbiciem w zwierciadle


15 października 2004


* * *

Bez powrotu

Nie wracaj nigdy w to miejsce
gdzie czarne chmury przysłoniły niebo
wśród akompaniamentu rozkładu
Bóg rozłożył liście litości

Nie wracaj nigdy idź dalej
gdzie woń spalonego miasta
owiewa twą duszę ze złowieszczym świstem

Nie cofaj się tam spokojnie
krzycz głośno brnij przez gąszcze
odbij swoje linie papilarne na wodzie
ogromnym oceanie obojętności

Nie wracaj nigdy w to miejsce
gdzie twa obecność
lekka jak rosa o poranku

Nie wracaj tam
gdzie dobro pochowane
w marmurowej trumnie
wśród blasku kaczeńców

Nie wracaj nigdy w to miejsce


9 czerwca 2004


* * *

Moja modlitwa

Nieskończoność jest moją modlitwą
każda sekunda słowem
minuta wersem
godzina zdaniem

paciorki różańca wieczności
przesuwają się w moich dłoniach
ogarniając je wzrokiem słuchem
smakiem i dotykiem
czuję je

wieczność jest słodka
ma smak Pomarańczowej Alternatywy
pachnie jak czereśnie

Moja modlitwa słodsza jest niż życie


lipiec 2004


* * *

Ostatni list

Proszę
byś nie próbował zrozumieć
nikt nie zrozumie tego przede mną
i przyjmij słowa wszelkie z ust moich
wyczytaj prawdę z moich oczu

nigdy
wciąż trwając nie nienawidź
pozwól swym myślom niech odpłyną
i statek serca niech na fali
uniesie swoje białe żagle

uwierz
że zmiana nie jest możliwa
nie próbuj zmieniać nic na siłę
akceptuj życie śmmierć wegetację
wszystkie wybory są zawsze przyczyną

uchroń
swe serce od tych emocji
i uczuć pragnień które przychodzą
zagrozić mogą temu co piękne
i rozwojowi wnętrza twego

proszę
weź obłok jako znak twój
i nie pokazuj siebie nikomu
wzrastaj duchowo jako myśliciel
być może kiedyś odnajdziesz światłość


6 grudnia 2004


* * *

Wyznanie bohatera tragicznego

Dlaczego
pozbawiam cię tchu
dłonią zwilżoną niegdyś
każdą nocą mokrą
od rosy
i od łez

sama będąc tylko
krystalicznie słodkim
[i]deja-vu[/i] (nie moim)

to nie pamiętnik
nie czekając do ostatniego aktu
umrę teraz

żadna pointa
nie jest tak bardzo czysta
ani tak tragiczna
jak krykiet farbowane róże
[i]ściąć jej głowę

ale to dopiero drugi akt[/i]

cierpliwie liczę strony
[i]świata[/i]
i czekam do północy
by w samo południe
(dziesiąty akt strona dwudziesta ósma)
odejść

to jedyny sposób
by naprawdę
[i]przeżyć[/i] dramat

oszukać autora
przed jego zakończeniem


10 maja 2005


* * *

*** [Czym jest życie?]-miniatura

Czym jest życie?
Odłamkiem szkła z witrażu Boga,
wiecznością zaklętą w ułamku sekundy,
pocałunkiem śmierci złożonym w nagrodę...


sierpień 2002



- mam do Niego sentyment, jako że jest jednym z moich pierwszych utworów


* * *

Polilog między (cało)kształtem a formą-nicości

[i]Wydrżyj sny[/i]
(kropką nie bez znaczenia)

nie ucz mnie
popełniania grzechów
składania powiek w modlitwie
o wieczne przebudzenie

nie umiem już
wydzierać marzeń
z subtelności anielskich skrzydeł

[i]pamiętaj sad[/i]
(nie bez znaczenia ogonem)

w moim sadzie
nie postawiono pomnika
chociażby fizycznie widzialnego

resztki mojego sadu
szare i czarne zapomniane zakątki
zostaną wyrwane
unicestwione korzenie
to jest cały eliksir życia
podczas Sądu Ostatecznego

[i]jeszcze czas[/i]
(bycia pod własnym sobą feniksowego
nie bez znaczenia)

radość posiadania podczasomierzy
bycia swoim własnym ojcem
może swoim własnym synem
mnąc w dłoni wskazówki
metafizyczne
twoje dobre rady

[i]miłość lecz[/i]
(ka-a początkiem co przesłania
przesłanie)

próbujesz uczyć mnie
irydowych barw
nie obchodzi cię
efekt motyla

jeden kamień
potrafi zmienić przyszłość
inny może zabić
lub
stać się kamieniem węgielnym

próbujesz pokazać mi
świat utkany ze światła
ja nie mam już srebrników
by odbijać cudze przekonania

[i]nie musisz
jestem częścią ciebie[/i]
(powiedz to powiedz to powiedz)

tak
ale zapominasz o jednym

to ja cię stworzyłem


20 maja 2005


* * *

Do narkomana-miniatura

bo nawet para
nie jest taka sama
kiedy dosięgnie

nieba

nawet krople deszczu
nie są tymi samymi
kiedy spadną

na ziemię


25 maja 2005


* * *

Kilka słów na temat Berkeleya

ja wciąż taka sama
od poczęcia do apokalipsy
z odciętym językiem
bez krtani

[i]niosłam tylko ogień ludziom
tylko popiół w góry[/i]

odbicie
nie może istnieć
samo w sobie
bez przedmiotu za ścianą

[i]logica[/i]
kontra [i]perceptio[/i]
ikaryjskie skrajności

mówiliście nie warto zadawać pytań
pytania rodzą wątpliwości
słuchałam

na drugą stronę
mogłam wywracać tylko
czerwone powieki
[i]niewidoma[/i]

później
zostałam skazana
na nieistnienie

[i]wciąż nie mogę zrozumieć

wystarczy sen
gdy Bóg zamyka oczy
świat przestaje istnieć[/i]

system popełnia na mnie
myślobójstwo
tak łatwo zabić Boga
szelestami modlitw logiki

obraca się w ruinę
potrzebuję jedynie
fragmentu powalonej kolumny

[i]niech podtrzymuje moją
percepcję świata[/i]


4 czerwca 2005


* * *

Mahoń

opowiedziała mi wtedy
bajkę

[i]katedralne witraże[/i]...

ja pamiętam jedynie
origami szklanego krucyfiksu
pod paznokciami
i gdzieś pomiędzy przegubami
to jest tam gdzie płynęło
życie - Pyriflegethonem
wraz z prądem

...[i]kłuły ostrością kolorów[/i]...

w niepamięci słów
grzebię w ziemi
dłonie nie buntowały się
spływały czerwonym winem
do czary szarych barw
gdy zbawiałam świat
wraz z każdym wschodem
nadziei
zawsze ginęła na stepach

...[i]winnice[/i]...

nie było winnic
nasłonecznionych południowych stoków
masochistycznych filipińskich plagiatów
fanatycznych symboli
- oni wargomówcy -

teraz została tylko
mahoniowa bajka

moja schizofrenia


5 czerwca 2005


* * *

ja - rozdwojona

[i]dualizm w moim sercu
dualizm ponad nim[/i]

po pierwsz-e
(paradoks słowny przyjmuję
poza kolejnością
- [i]z jednej strony[/i] brzmi prawdopodobniej)

waniliowymi ustami
związuję wam rzęsy
własną szubienicą

staje się wspólna w momencie
gdy rozchylam wargi

z drugiej strony
(odruch instrumentalny
może jestem człowiekiem)

miodowymi słowami
zakuwam siebie
w depresję
to jest wtedy
gdy nadchodzi przypływ

to ty jesteś tą falą
otaczającą mnie
dwuwęglem tlenu

moje ciche
uduszenie
z natury nie-dobrej
pomiędzy lustrem
i dziurą w lustrze

podróżnicowując
pożółkłe powieki akapitów
lepiej jest być
stokrotką

ona nie wie
własne zło boli bardziej


12 czerwca 2005


* * *

My silent suffocation - moje ciche uduszenia

wyciskam pot na rzęsy
z cichych przerw
pomiędzy świtem a po-rankiem
zmierzchem a [i]il fait noir[/i]
czyli sobą a sobą

- a dziś miało być o pięknie -

[i]umieranie-pytam
umiera-nie pytam
duszą się
ciałem

się[/i]

przebita tęczą
- w mądrych książkach piszą
tęcza nie ma końca -
krwią i wodą
patriotycznie
w kolorach barszczu

w tej sytuacji
bez rozwiązania
rośnie gęsto

dławi duszę (się)
zapachem


18 czerwca 2005


* * *

Ballada o życiu i śmierci-masturbacja skrajnościami

samo-poczucie
[i]jestem[/i]
i własne
po-konanie

[i]d-moll[/i] drżenie
w po-sadach
ostatecznych
-Bóg pestką
objawiał stygmaty
pismem ogryzkowym
na mojej krtani

znałam moje ty
złotych prze-nic
jezior doskonale zamkniętych
w gwiazdach

odeszłam
realnie parzy-sta
pestka unicestwienia ognista

samo-poczucie
[i]jestem[/i]
i własne
po-konanie

[i]aż do ostatniej strofy[/i]

-nie
nie wierzę w zmartwychwstanie


19 czerwca 2005


* * *

Puste obszary po wersach-gdzie mieszka nicość

czy
ustom-picie
i pokarm
zabierzecie
zawsze oddalacie od nas
zbędne modlitwy

w pragnieniu pożądam niebytu
i-gram z włosami seriru
[i]rzucam Snu piasek w oczy
Nieskończonego[/i]

kocham

zejście
na drugą stronę
[i]Niestałych miejsc[/i]
jest mostem ukrytych metafor

- nie umarłam
[i]beze mnie cość popełnia
samobójstwo[/i]

tym razem na kimś


24 czerwca 2005


* * *

O czwartej cnocie boskiej-kiedy jesteś daleko

[i][prawo]dedykowane Tobie, który zabrałeś
siebie daleko i nie wracasz.
Przemkowi[/prawo]

Zabrałeś mi wszystkie ubrania
Zabrałeś mi nawet moją nagość[/i]

wciąż wierzę
w poduszki suche
wyznania
tylko kiedy wskazówka staje
samotne [i]jestem[/i]
od wiatru

uniżone

z pust(ynn)ych ziaren
cudzej legendy
kradnę tylko
[i]czas-a-mi[/i]
ekskomunikę dawnych barw
lata

[i]to tylko motyl pół-denny
wychodzi po pół-nocy[/i]

nie mogą tak stać w słońcu
w nieostre
ubierz mnie słowa


26 czerwca 2005


* * *

Jedynemu władcy świata utkanego ze światła

Nie opisuję marzeń
przez sen
tam niestałość
jest cechą
niezmienności
uczucia chodzą po ciemku

wciąż jestem
Morfeuszu
wciąż głowę mam ciężką
wciąż powieki drgające
i oddech nieswój
na rozstaju chmur

widzisz

[i]nie bieskie niebo
nie czarne
jak napisano w pacierzu[/i]

anielskie barwy
proszą
o myśli
wieczne przebudzenie

ja błagam
niech okna krzemowych korytarzy
nie wychodzą na zewnątrz

- chcę zamknąć je w sobie


27 czerwca 2005


* * *

W czerni i bieli-w tym jednej niewidocznej

Nie mów do mnie
obrazami
nie zabijaj czasem
[i]czasu[/i]
wystarczy że ja
zabijam przestrzeń

najbardziej jedyne myśli
chowaj z umiarem
pod Ziemią i na niej
nie mów skończył ingerencję na aniołach
ja nie wierzę w początek
nie mogę zacząć czytać od ostatniej strofy

On pocieszyciel na magmie
wyrytych hierochlipach
naszych radości
[i]czy wiesz że one płaczą
kiedy są zbyt wielkie[/i]

nie widzę nic
sensualna
na-umyśl(ni)e
oglądam obłoki
monobarwne
kolory tęczy


28 czerwca 2005


* * *

Szachowo z lekką nutką refleksji uprawiam w ogrodzie melancholię

Ujmowano w dłonie
cząsteczki ziemi
i wygrzebywano z nich
róże

a może było odwrotnie
i ziemia płakała
[i]zawsze pachnącymi jak kamień[/i]
sennie
arcydziełami
Bożego miłosierdzia

nikt więcej
więcej przy-słów
niż za-słów
a ja w środku
modliłam cię
róża-ńcem

budowałam
porcelanowy Akropol
stary umarł wraz z bluszczem i kwiatami
to jest kiedy poległam
po raz pierwszy
na rumianym polu

świadomość przebudzenia umarła już wtedy
teraz pachnie
[i]czasem[/i]
-czasami nie chce


29 czerwca 2005


* * *

O odległościach czyli przestrzennie

szukasz w list(k)ach
papilarnych
palm

[i]nie szukaj wśród
znajdziesz mnie tylko
opodal[/i]

może nawet dalej
tam słońce zachodzi
w ciążę
cyprysy krzywdzą latawce

prywatne poza centrum
gdzie niewinne [i]proche de[/i]-maskuje
dalekość korzeni i koron

Ps zejście
tylko na zielonym

a wcześniej
czas na-pięty naciągałam
wtedy byłam [i]na nie[/i]

teraz odległa
przestrzennie niedoskonała
stopy bolą tylko
gdy dotykają

ziemi

to palą sekundy


30 czerwca 2005


* * *

Po drugiej stronie rozpacz zaczyna się cofać

Z uśmiechem
- wejdź -
królu całego
świat(ł)a

przywitałam
nie wejdziesz bez zaproszenia
nie szeleść obcesami

pomarańczowe szaleństwo
przy końcu
beztroskę bezsłonecznych krain
pokażę ci wciąż żółte
wersy od niebytu

i nie mów mi o strachu
wszak jestem od [i]później[/i]
przede mną są kwiaty
poza mną - legendy

lepkich treści z uśmiechem zapragniesz
w sekundach

w spotkaniu jedynym
nocnej schadzce w deszczu
uważaj na gwiazdy
gryzą kolorami umierają
w świet(l)nie barwnej geometrii chwili

pokażę ci życie
- [i]jasne[/i]

kolejny dla świata
wiecznie niewierzący
[i]pada[/i]


1 lipca 2005


* * *

Czekająca od jutra

Bądź pewien
kiedy wysyłałam ci ten uśmiech
stałam zupełnie nago

Kata-strofy
głuche ociemniałe bezowocne
wy-twór umysłu
przyjacienie

w głowie myśli są albinosami
wiersze rodzą się martwe

mów mi jeszcze o pięknie
prawdziwych miejsc
i światłopoglądach

będę się modlić
o powrót


1/2 lipca 2005


* * *

Banalnie czyli po kolejnej stronie

Już mnie nie zawiedziesz
[i]tam[/i]
gdy jestem w pogrzebie

szkło jest zbyt twarde
a ja zbyt ułomna

o życie proszę
ciszą

ona oddała mi swoje powieki
teraz widzę jej oczyma

to nie ona milczy
to my jesteśmy głusi


3 lipca 2005


* * *

Pesymistycznie o niczym

Dziś nie będzie wiersza
szklane oczy są zbyt krótkie
na rozbieg

gdybym mogła śpiewać
zadławiłbyś mnie szczęściem
oddycham tylko przez spocone powieki

korytarz kończy się zawsze nocą
a uśmiech jedną stopą w nicości

przemoczone
[i]znikam znikamy[/i]
pomiędzy pustką

dlaczego
nikt nie napisał wcześniej
że ona ma dziury


4 lipca 2005


* * *

Zmierzająca w kierunku niebytu

moja noc jest ukryta
w mieszkaniu
pomiędzy perłami a sznurem

w bezuśmiechu
obieram z siebie świat
lin(i)ą zaciskam
[i]może tylko wersy[/i]
powoli

nie wierzę w zewnętrze
zbyt głęboko weszłam
w siebie

nie wierzę we wnętrze
zbyt daleka od siebie jestem
za mocno wsiąkłam
- w moje Ty


5 lipca 2005



*Przemkowi


* * *

Dochodzenie w sprawie odchodzenia

Nawet biały atłas
potrafi śpiewać wierszem
co noc
[i]cisza nie ma nad nim władzy[/i]

odwracasz się
w kierunku niczego
uśmiecham się nie za mocno
mogę później nie złapać
obu kącików ust
[i]niewinna zabawa w teatr[/i]

tam nie jesteś za szybą
- [i]tam[/i] jest cienkie i łamliwe
wystarczy szept i pęka
[i]sennie dotykam czoła[/i]

krzem pod rzęsami
wraz ze łzami
[i]jakie to biblijne[/i]

pragnę
ukołysz mnie
poranku dnia
tym ni(e)bytrenem

ja - niedoskonały liść


16 lipca 2005


* * *

Teraz wszystko jest tobą – dla mnie ty jesteś we wszystkim

[prawo][i]Przemkowi[/i][/prawo]

to prawie jak
dematerializacja drzew
pomiędzy pustymi przestrzeniami

gdzie erg łączy się z [i]możem[/i]
nie oglądam orgii myśli
zamknę je na kłódkę
na kłodę - będzie bezpieczniej

nic nie wiem o niebie
odbija taflą wspomnień
całą wiedzę o tobie
[i]tu i teraz[/i]

nocą tylko dotykam
nachalnie nierealnie
chwil

pobawię się w psychologa
czas mój jedyny pacjent
pod wpływem adrenaliny
zmieni się nieco

będzie pędzić
[i]czerwone wino[/i]
na łeb na szyję
na cholesterol

ja umrę z przesytu
dopiero po czasie


17 lipca 2005


* * *

Moje małe requiem

Wywieram na siebie
w pływy
ubieram zdania
perfekcyjnie

poczynam się sama
wracać
chcę nie tylko siebie

Duma mówi
o cierpliwości
ale jest inny
niż każdy z podniebnych

pointa - tak nazywam
każde apogeum

poroniłam
moje myśli są dziś
ataksyjne


1 sierpnia 2005


* * *

Przemyślenia i filozofie - poglądy są bezbronne

[prawo][i]Michałowi, który dla mnie
zawsze pozostanie Versace[/i][/prawo]

Ma wyraz twarzy
pracę co wisi na ścianie
tam nietykalnie nierozłączne
dzielił prostopadłe

przyszedł gdy pragnęłam
niczym deszcz
przypadki nie istnieją
życie jest ciągiem pragnień

on zna przyszłość
oczy zabrał dawno Edypowi
powtórzenia wprowadza specjalnie

praną uśmiecha się
przez zęby wyciska – słowa
układa z nich łamigłówki

chyba nie wierzy w piękno
nie widział mojej aury
da się ją tylko poczuć

być może moja aura
pachnie zwykłością


7 sierpnia 2005


* * *

Akt perwersyjnej desperacji

[i]Bonjour
kto wie ten zrozumie[/i]

posądzą mnie o pychę
egoizm mój wylewa się
przez aparaty szparkowe
których zresztą nie mam

wybaczę
zabierzcie mi tylko
ramię fotela nogę krzesła
pępowinę sznurówki
pozostawcie
embrionalnie krótką

ja - poligamistka
C-dur D-dur N (?)
i C kolejny raz
połykam dźwięki
pluję entuzjastycznie
z tej strony słychać ciszej

obronicie przed autoagresją
ty też już nie zranisz
ja - grzeszna
suka ogrodnika


10 sierpnia 2005


* * *

To prawie jak nasza miłość

Podcieram sobą eter
nieefektywnie
czekam aż zapłonie

prawda
poza kolejką
przeterminowana

w kostnicy otwarto wszystkie okna
to chyba gnije
nasza więź


12 sierpnia 2005


* * *

Prywatny różaniec: tajemnica bolesna

i tak nie uwierzą
za każdym razem
zabieram fragment peronu
i buduję ołtarz

chcę być osobno od siebie
fizycznie odepchnięta

o(d)bieram z siebie wszechgwiazdy
w nocy wegiel jest ciemniejszy
papier wciąż tak samo ostry

przestąpiłam z powieki na powiekę
w obawie przed deszczem
dziś wiem
wszędzie pada(m) tak samo

a erg posiada
ujemne ciśnienie


16 sierpnia 2005


* * *

Prywatny różaniec: tajemnica radosna

[i]oswojeni sobą
jedyni na świecie[/i]
róża też była jedna
na białym papierze i białym obrusie

wokół ludzie
uda[i]ją[/i] bolą wciąż bardziej
kiedy otwiera się
przed swoim stwórcą

system antycznie powiela
układa się kariatydą półbędąc
pomiędzy przestrzeniami po drzewach

dziś ziemia mokra od soli
bardziej na środku niz pod nim
[i]jak ona[/i]
a chrzest jest tylko obrzędem

modli się - bielą
do niego
aby był


17 sierpnia 2005


* * *

Prywatny różaniec: tajemnica chwalebna

[i]wszystkie sny idą do nieba[/i]
marzenie to [i]sen-s[/i]poniewierany percepcją

pierwsza kwadra jest pierwszym kwadransem
milczenia utraconego na zawsze
pomiędzy wersami

więc wydnij przy księżycu
każdy skrawek


18 sierpnia 2005


* * *

Prywatny różaniec: tajemnica światła

chciałam wyjawić pointę
lecz przyszedł anioł
i pociął mi dłonie

teraz nikt nie uwierzy
znów pomyślą o mnie
- przynajmniej raz

zacznę ten wiersz
zawsze wychodzi coś
dalekiego ode mnie
peryhelium
teraz trudno wytrzymać
nawet długopis

wciąż nie mogę znaleźć
consensusu
pomiędzy mną
a właściwie mymi
oni mówią że mnie jest więcej
nie wiem czy im wierzyć

miałam napisać o tym
co jest we mnie od zawsze
nie umiem chyba

powiem tylko
mam smutek między palcami
korytami papilarnych myśli
ofiarowanych na początku
czasami wylewa
z reguły wraz z księżycem

wyjawiłam pointę
myślałam że mogę
może to się nazywa kuszeniem
a może tak właśnie wygląda
testament


19 sierpnia 2005


* * *

To działa w obie strony - chcę pozostać incognito

Od jakiegoś czasu
nawet słucham niewyraźnie
błądzę pomiędzy i na przekór sobie
stawiam się w sytuacjach bez wyjścia

nęka mnie
strach przed [i]Poznaniem[/i]
siebie innych
a może boję się dużych miast
- o których tworzy się teorie

ja-gody nawet przekładam
na ukryty krzak [i]nigdy[/i]
aby nie poznawać

wszystko to przenika jeszcze
obrzydzenie do słów
przewodników po [i]Poznaniu[/i]
fałszywych a ja szukam
map i dokładnych rysunków węglem

jeśli masz coś do powiedzenia
zrób zdjęcie
wyczytam z ruchu warg

tak - ze strachu rzygam słowami
śmierdzą mi nawet w opisach
na gadu-gadu


20 sierpnia 2005


* * *

Dziś wannę z sobą wylewam troszkę bardziej pod kątem niż zwykle

w niemonologach koniec języka
zanurzam w bliznach - fetyszystka
już teraz bez [i]też[/i]
kiedy jednak próbuję [i]nadzieją[/i]

słowa utracone
utracone milczenie
utracony globus
i nawet głupie utracone piekło

nikt nie jest w środku między głoskami
niech pierdolone słowa - dziwki
rozewrą uda lub udławią się stringami
a ofiaruję ci moją paniczną bezradność
w ramce od lustra co bardziej wygląda jak szubienica
na której wiszą co bardziej zeschłe liście

nie mówcie
słucham tylko psychotropów
w trzech osobach
ja a może to tylko [i]oficjalnie[/i]


* * *

Lament w kolorze pergaminu nad tym co jest

oplatam lustro powieką
rozciągnie się i będzie bardziej
w rozmiarze mojej samooceny

telefon służy tylko do wsadzania w gardło
przez dziury we włosach - wypełnia je nadmierna wilgoć
od rzygania słowami popadam w bulimię

mówię że nie mam alergii na kwiaty
to dobrze przynajmniej nie uduszę się z sensem
układam się równomiernie w błękitnych wazonach
[i]poziom wciąż taki sam nawet w pękniętych naczyniach[/i]

z daleka wyglądam chyba lepiej
być może moje usta nie są tak zakurzone


23 sierpnia 2005


* * *

Buty odbiły się chyba za mocno od ziemi lub na niej

[i]znajdź mnie dokładnie tam
gdzie kończy się pierwsza strona
autor zabił mnie już w prologu [/i]

tutaj nawet biel jest w kolorze róż
lubię walce - ona układa się sześcianami mieszkań
nawet kiedy udaję tancerkę
czerń byłaby zbyt prosta
zatrudniam się więc sama

aspołeczność staje się początkiem na przeżycie
w pokłonie odsłonię swoją skruszoną ludzkość
całą glukozę zostawmy z boku
chociaż i tak nie będę bardziej chora

suszarka wywołuje myśli samobójcze
odbija się w tęczówkach
proporcjonalnie większe zapotrzebowanie
na poczucie winy i kawałek sznura

moje my(d)lenie jest naiwne
taksję zbywam byle [i]i słów brakuje[/i]
a przecież w każdej łzie jest tyle kolorów

odnajduję siebie bardziej dzisiejszą
w zeszłorocznym śniegu
lustro od drugiej strony jest bardziej zepsute
konwalie pachną niebytem


24 sierpnia 2005


* * *

Rozmyślania podmiotu o przemijaniu kadrów

postanowieniem wielkopostnym na ten tydzień
staje się morderstwo pana z telewizora
ciepła krew moja/jego/nasza pulsuje w papilarach
mam gdzieś to że nie jest filmowo
chodzi tylko o to że kończy się wieczorynka

może jestem jak one - nieporoniona
przetrwałam kilka pierwszych chwil
wszystkie żółwie wygrawerowały sobie tatuaże z moim imieniem
na twarzach - maskach jestem dziś trochę wyraźniejsza niż jutro

będę oszukiwać przestrzeń
moja trinity - zrozumiesz długopisie kartko głowo
tak bardzo boję się dziewiętnastej trzydzieści
jestem wierna tylko w nocy bo w dzień
zbyt docierają do mnie promienie
nie chcę minusów za późno lecz gorzej chyba nie będzie

konserwatywnie zamykam się bardziej od końca
pod koniec bajki wciskam pauzę - jeśli zepsuje się pilot
popełnię samobójstwo


25 sierpnia 2005


* * *

W ustronnym miejscu rozmawiam z odważnym echem

bardzo dobry sezon polowań na depresje
nawet temperówka weszła gładko
i otworzyłam się na ludzi
zachowałam prywatność - Bóg spuścił (na) głowę
wizerunki świętych i siebie - nie widać

spłoszyłam dzisiaj dzwony
odleciały jak przestraszone myśli
zady i walety są proste jak na opakowaniach
nie będę psuła półkształtów
- mówisz mi że nie p(a)suję

wmawiam sobię hipochondrię
oczy dawno przegniły hieroglifem na skórze
półdługie duszące - mokre od śpiewu nabłonka
zniszczone opuszczone - o rzęsach spod poduszki
piszę baśń tym razem ostatnio dużo kłamię

uśmiecham się tylko czasem
przestrzenią nie potrafię jeszcze - nawet być
nie skutkuję zgodnie z ulotką
przyjmować nie nazbyt często do siebie

na odległość strzelam mniej
celnie


27 sierpnia 2005


* * *

Sytuacja nie do opisania

wchodzę w cienie ust
wargi nie urosną po raz kolejny
masturbuj się przeznaczeniem
selekcji dokonaj na samej podstawie
dziś koła różańcowe są zajęte

ciemność a ciemność - oczu
łykam tabletki na gardło
zaraziłeś mnie swoimi słowami
uwierzyłam w własną ujemność

chyba mi tak dobrze
codziennie umieram kwiatom na dobranoc
najpiękniejszym snom nie odbieram gwizdków
stróżom nocnym błocę za dnia obuwie

narzekam Nilem wylewam ciebie
w klepsydrze jesteś mi helem

w rozkoszy bycia
(w)zdycham przeciągle
- dochodzeniem


31 sierpnia 2005


* * *

Powracam do podstaw - renesansowa teraźniejszość

Znów tworzę Trinity - ja Ty cisza
gdzie każdy odcień rzęs nie jest wczorajszym horoskopem
zamykam cię tam tylko raz na zawsze
- od nadmiaru prawdy też może stanąć
więcej niż jedno serce o ujemnym biciu

mówisz i masz mnie całą do przedostatniej strofy
(puste miejsce po poincie) w wierszu
skaleczone ziarna przerastają mnie
moje oczekiwania również - myśl -
nie zgodzę się na drugi trójkąt

na powiekach kwitną dwuznaczności
teraz jest ich więcej -
być może to wiąże się ze łzami
lub płaczę nadinterpretacją

[delete-all]

kocham cię
potemacie


3/4 września 2005


* * *

Upadam boleśnie z marzeń

Drzewa mi się wydają i my
szyby miękkie liści - mały skok w bok
po prawej stronie mam okno zamknięte w kimś innym

wskazówki jak uda [i]się[/i] i piersi
ruchem sinusoidalnym - stoją nieczułe
chronią się przed d(r)eszczem kontrastu
zegarki nie wydzielają tyle ciepła

tak - dziś o znikaniu
a może o pojawianiu się kolejnym
nawarstwia się bycie i niebyt

rozszerzanie ułamków do niczego nie prowadzi


11 września 2005


* * *

Znikanie jest formą bycia i zawsze łączy się z powrotem

[prawo][i]Damie Roztrzepanej[/i][/prawo]

brakuje mi więcej niż dwóch wskazówek
bez nich też się kręcę - nieświadomiej
zatrzymuję dzień kopnięciem w kalendarz
REM - odbija mi się księżycem
bezsenne tabletki śnią mi się bezsensem działania

przestrzeni zbyt wiele by ją przeżyć

i wiara zbyt długotrwała
ateistycznie znika całopaleniem
żółtych od ropy kartek świętej księgi
- w moich snach wiara będzie marzeniem
dopóki po drugiej stronie czekają na słońce

osierocona - matka miała prawo jako jedyna
nie odbierze mi nadziei
podobno to jest dziedziczne

Ty - wypalony poskręcany tytoń
[i]możesz na nowo upchać w nowy papier[/i]


16/17 września 2005


* * *

Pieśń powstańcza

zręczna cisza szkicowana wierszem
nawet po wieki kleją się do Ciebie
na całej długości rzęs wyłożyłam płytki - byt

przyszedł hodowca żywych trumien
podwiązał serce rozmokłe w jednej chwili
bez śpiewu i patriotycznych pieśni - piersi
i ramiona nie zdobyły się nawet
na twardość ani na istnienie

- przytuliłam się do powietrza -

modlitwa o samobójstwo
z ogrójca ukradli mi wszystkie słoneczniki
niedobrzy żółnierze wracający z frontu

zaglądają przez szybę fragmenty kwiatów

ciekawość to pierwszy stopień do nieba:
w ogródku wyrosły napisy końcowe


1 października 2005


* * *

Prawie narkotyczna półminiatura senna

Napis na przestrzeni polustrzanej: być dobra
- i błysk: dziś nadrabiam życie
zbiórka organów do puszek
jestem bardzo konserwatywna

- z całych sił usycham -

powrót: zbudowałam czerwony krzyż na trawniku
aby daltoniści mogli patrzeć z mojego okna


7 października


* * *

Zamknięta w sobie od zewnątrz

[i]prolog: w horoskopie napisali mi że kiedyś umrę[/i]

podają mi tabletki na ateizm
wyrzucam wszystkie za płot
wszystkie kur(w)y wierzą w zmartwychwstanie ciała
niewidome ptaki nie przeskoczą bramy nocą

zamknęli mnie w szufladzie
opuściła mnie nawet moja klaustrofobia
dziurką od klucza a może skóry porą
przedranna poranna wieczorna

nie możemy przesadzać - szuflady obite są lustrami
prędzej słońce zaświeci w środku
niż wyrośniemy na asfalcie

szafka stoi na autostradzie
giniemy pod kołami lub zamknięci
w żadnej szufladzie nie ma miejsca na horoskopy

[i]epilog: nie wierzyć w horoskopy
one nigdy się nie spełniają[/i]


9 października


* * *

Poświęcona - ręce które leczą

[i]dziś zamiast piłki nożnej piła ręczna[/i]

nie umiem dochodzić na przerwie
być może to tęsknota za zegarkiem
- z naszego trójkąta tylko ja nie mam orgazmu -
czwarty wers obgryzłam z nerwów

w kolejnej strofie mogę opisać jak to jest być
suką na smyczy - musisz pamiętać
jeśli nie będziesz mnie wyprowadzał
zsikam Ci się na pościel

podobno ograniczam Ci dostęp do morza
moja mała ojczyzno - to Ty mnie rozebrałeś zaborco
podzielona [i]kocham i cierpię katusze[/i]

- apeasement jak mantra -

spływam po sobie czymś ostrym
twoim językiem piórem
w krwi mam za mało czasu z Tobą

- tobocyty decydują się na nieistnienie -

powtarzam w miejscach na myśli: zieleń

[ogrody ogrodzone. zamiast parków parkingi.
skrzywione krzewy. strawione trawy.
łąki odłączone od żywicieli]

w wolnej chwili zbawię świat


13 października


* * *

Zawsze/czasem/przestrzenią

oprócz kwiatów rosną również dzieci
słońce pali się na równi z żarami -
przystanek przeniesiono lecz nie można przenosić już
autobusowych pielgrzymek - teraz rozpalonych

za pieniądze wydłubane z fontanny kupuję świecowe kredki z tesko
naprawdę szkicuję je uśmiechem i vice versa

[nudna tęcza. niedobra tęcza. zmazałam ją gumką]

starsi ludzie zamiast wygrywać w totka
sprzedają na makulaturę kartki z kalendarza
a młodzi muzycy chętnie skupują organy na śluby

w zupach pływają zdrowsze fragmenty gwoździ
a w warcie martwe welony

- z kranu ciurkiem sączy się pustynia -


[i]wrzuciłam dziennik do nocnika[/i]


14 października 2005


* * *

Wiersz normalny jak świat

obalanie schematów -
moja próżnia wysysa na zewnątrz brak siebie

sprawozdanie ze śmierci klinicznej:
nie ma różnicy w skutkach zasypiania
obu czy jednego bliźniąt syjamskich

nasze ciała obłożone lepką folią obrosły wielkim murem
ścianotwórcze oczy
nigdy nie pisano o tym że ciała są miękkie
a od wielkiego muru można się [sobie] odbić
by na chwilę zetknąć się plecami
patrzeć w tym samym kierunku i jednocześnie odwrotnym
przy założeniu o kulistości ziemi

powróciłam po to by żyć bardziej
nie zasypiaj gdyż oczy me senne kleją się

przynajmniej jedno z nas zawsze musi nie spać


28 października 2005


* * *

tytuł zbędny [zbiór]

1
podobno bliźnięta syjamskie przed rozdzieleniem
mają jedną duszę
od mojej siostry syjamskiej oddziela mnie tylko to
że ona nie ma imienia bo nikt jej nie odkrył

[Boże bierz mnie szybko. zabierz.
mam kompleks grubości.
poza tym witaminowy i ekstrakt z ogórków]

- nikt nie znajdzie -

na śniadanie zjadłam dziś kanapkę z sercem


2
kiedyś byłam harcerką i miałam kota
na punkcie - braku pomysłów

wyeksmitowali mnie z domu wschodzącego słońca
obierałam owoce z kolorów
w końcu zaczęły rosnąć czarno-białe drzewa


3
Boże nie wiesz jeszcze że cię nie ma
zrobiłam ci kawał na prima aprilis


4
spierać plamy z honoru
żaden wybielacz nie działa

rozbiłam telewizor świeżym mięsem z tesko


5
źle się dzieje w państwie polskim
pomiędzy poszczególnymi dziurami rosną baobaby
a pomiędzy modlitwami nieba bardziej chabrowe

[źle się dzieje]
ona pisze wiersze i myśli


30 października 2005


* * *

Refleksje i przypowieści*

1
Podstawy to bardzo mili ludzie
pracuję u podstaw na etacie

- liżę boże stopy -

płącą mi od godziny
mam dużo czasu
spieszę się tylko gdy idę
godzinami patrzeć w zegar


2
pani w obuwniczym
popełniła samobójstwo
nie chciało jej rosnąć drzewo sandałowe

a wiara czyni cuda
- wiem o tym -
przecież nawet w tym wierszu
udało mi się was zawieść


31 października 2005


*Tytuł zaczerpnięty z jednej z części komiksu "Sandman" Neila Gaimana


* * *

Zachmurzenie całkowite

strasznie panteistyczna padam na ziemię
mokry dom razi słońce z ekranu
[a ja dziś niedostępna]
od łez najszybciej rosną kwiaty [i serca]
ale mówię ludziom że to deszcz
[i]oto jestem[/i]

- oni są wierzący -

nie chodzi wcale o tęczę:
z gwiazd anioły robią sobie słońce
sztuczne szczęki i aureole
[czasami nawet kupę] -
a ja nie chcę skończyć w zamknięciu

mam typowo kobiecą budowę
z szerokimi biodrami przezroczysta
grawitacja ciągnie mnie za przestrzeń po nogach
- cierpliwości już lecę
i tak jestem pozbawiona kończyn -
łatwiej zrozumieć nieskończoność
ze świadomością że jest nas więcej

wszystkie tak samo lecimy na was
dziwki samobójczynie - mokre i łatwe

stopy cierpliwości brzydko pachną
nie chcę więc wracać
moje wyczulone zmysły mówią dumnie: zrozum
twoim przeznaczeniem jest upaść


4 listopada 2005


* * *

Na kolejne odchodzenie

próbuję łapać się brzytwy
ale pozbawiono mnie ciała

- będę trwać tylko w legendzie -

z włóczki zrobiłam sobie włócznię
mówią że podrabiam biblię
a nie mogę nawet krzyżować palców


6 listopada 2005


* * *

[ekhe-ekhe]

powiedziałeś mi że źle się odżywiam
postanowiłam to zmienić

zaczęłam od połykania granatów
ale miałeś mi za złe
wybuchy i moją wylewność

[i]niektóre rzeczy warto zatrzymać dla siebie[/i]

wniosek:
być może lepiej się sobą dławić
niż pokazać innym swoje puzzle
pomimo że tak drapią w gardło

- nie tylko ja nie wiem czego chcę -

oni odsuwają się gdy zaczynam kaszleć
myślą - to ptasia grypa

na moim obrazku świecą sny kamienne
wykuwam je dłutem z aorty
wydobywam w samotności na zewnątrz

dyskryminacja -
mówią mi że mam problemy ze sobą
Masłowskiej powiedzieli że to groteska


12 listopada 2005


* * *

9 miesięcy

[prawo][i]trzynasty[/i][/prawo]

[nie posądzajcie mnie o banał
wiem - to wszystko już było
siedemnaście sekund i jedenaście minut]

gdyby światło było wtedy węższe
być może dziś byłabym jeszcze bardziej zamknięta
za kratkami dwumetrowego szalika i drutów
jako ta co nielegalnie stworzyła próżnię
w warunkach kolaboratoryjnych

a jednak lubię sobie wmawiać że jestem

podsumowując -
żadna kochanka nie jest wzorową katoliczką
więc przestałam wierzyć
nawet ta półrealna musi ufać w pełni
więc porzuciłam wtedy wszystkie meble

dziś świętujemy nienarodzenie
będziemy o tym myśleć od dziś już do końca


13 listopada


* * *

Wyrzutnia [modlitewnik]

ostatnio wymyśliłam że Bóg ma kompleksy
jest ateistą i nie wierzy w siebie

choć czasami zdarza mi się przecież zakładać bieliznę
kiedy nie patrzysz
i wydaje mi się że nosisz minusy zamiast czerwonego dywanu
mieszasz języki

- taki fetyszyzm [m]oralny -

wtedy jestem bezpieczna
inaczej gwałcisz każde słowo poddajesz obrzezaniu myśli
ale każdy wybór prowadzi do prywatnej stygmatyzacji

[zły dzień. niedobry dzień. przecinek wstawić do kąta],

przy autostradzie do nieba rosną latarnie
nakazałeś im wsysać przez kroplówkę ciemność
ojcze ktoś sprzedaje marihuanę i płatki kukurydziane z biedronki
zaraz za rogiem przeklętego jeźdzca bez jednej piersi
w trujących kaczanach kwitną buraki [a może braki?]
i używane chwile na wagę brązu - żyły

pierwszym wynalazkiem szatana było lusterko
ustawił je tam gdzie skończył się księżyc
ateiści duszą się choć nie wierzą w duszę
tym bliżej odbija się
mają dwa ogniska - patrzysz daleko
i mówisz że to większe zbudowano na Kancie

*

a nawet ten wiersz jest tylko
literaturą przedmiotu


19 listopada 2005


* * *

Aż.

[prawo][i]przynajmniej wiersz poświęcę Bogu[/i]

/a żyję/[/prawo]

kiedyś nauczę się ciężkości monet
na pamięć - o tych co tworzyli jak on
zanim się narodził - pozorny altruizm wyboru
by nie myśleli że jestem ateistką

jestem za tym abyśmy się nie rodzili
on podobno i tak zna przyszłość
poproszę Neo by rozstrzelał wszystkie plemniki
- podobno trafi łysego sędziego
więc modlę się tylko o to by sądzono mnie osobiście jeszcze przed stworzeniem lub od razu po nim

[odciąć się od grzechów piłą świętego Józefa.
a może odciąć skrzydła aniołom, ja jestem zła, a one nigdy nie są wstawione. klękam tylko przed śmiercią]

nie nawracaj mnie kiedy świecą latarnie
tam jest podobno najciemniej a ja jestem typowa
lecz najwięcej tam światła więc mów mi o Bogu
gdy wypluję ze strachu chromosomy miłosierne i sprawiedliwe

20 listopada dotarło do mnie że wystawiam język [nie tylko]
na próbę - być może kiedyś pójdzie lepiej

dziś za każdym razem przeszkadza mi stanowczość zębów


20 listopada 2005


* * *

Erotyk świąteczny

[Na przestankach autobusowych współżyją kropki i przecinki
czasami głowy odcina im [i]red inglisz bas[/i]
i zostaje pustka lub fragment nieułożenia]

26 listopada powiedziałam
[i]niedługo święta, wtedy stracę dziwictwo ze świętym mikołajem, ktoś mówił, że jest poetą i spuszcza się przez komin [/i]

tymczasem masturbuję się wierszami w których wstęp nie ma związku z treścią
czasami gryzę wtedy róg poduszki jak dziwka lub jak dziewica
tak więc często zdarzają się słowa które mam w dupie

zawsze lubiłam prezenty więc być może na te święta dostanę od Czerwonego Pana worek plemników
powieszę je sobie na ścianie na wieczną pamiątkę
obok pamiątki z komunii [obie dają życie]

a może zrobię z nich choinkowy łańcuch i będę łapać na lasso przystojnych facetów
lub zbuduję im akwarium pod mikroskopem

[uwaga: teraz udam że nawiązuję do wstępu]

a może wysadzę je na pętli
przejadę autobusem i powstaną mali jeźdźcy bez głowy
Edyp nie wydłubał sobie oczu ostrzem
wydłubał sobie oczy plemniczą witką


26 listopada 2005


* * *

Kraina ukrytych luster

powiedzieli mi: napisałaś coś 15watowego
za coś takiego trafia się do kąta

nie mówili że łańcuchy przewodzą zimno
a szarości nie da się zmienić -
nawet płacząc mogę ją tylko rozmazać
choć kupiłam w biedronce najlepsze przybory

kochałam wszystkie dzieci
gdy oddawałam je na eksperymenty medyczne
zawsze wracały w tej czy innej formie
ludzie nazywają to operacją plastyczną

[lecz dziś pobawimy się w aborcję:
historia uczy aby potwory strącać do Tartaru]

za oknem w kroplach błyszczy witraż
- tylko tyle widzę -
może to był błąd gdy kazaliście mi
oglądać się przed siebie


27 listopada 2005


* * *

Coś takiego

[i]sceneria - kwadratowy mur wokół i cztery drzewa wielkości mnie*.
[/i]
metr na metr.

to nieskończenie. liżę ziemię i jej jądro. wychodzi.
język pachnie zmarszczką. odpadł. rozłożył ręce a zaraz potem się.
z drugiej strony świat wygląda tak samo. tylko drzewa bardziej zielone
nadzieja porosła powieki? mam grzybicę rzęs.
mieszkam sama.

zgaga z nadmiaru tlenu.
połknęłam zapalony papieros. na razie trawię filtr
lecz niedługo zacznę trawić liście.
- przyda się każda nadzieja.

lubię palić. palę wszystkie nieznośne drzewa
tlen oblepił mur aż do nieba więc
nie zbliżam się do ścian szczególnie po jedzeniu.

czasem rozmawiam z lalką ale ona ma tylko głowę
i to jeszcze bez oczu. zdążyła się wykrwawić.
Bóg mi zesłał martwą lalkę.

przez te wszystkie lata nauczyłam się umierać.
On mi zsyła czasem mannę. całkiem umarłe feniksy
z których robię sobie tytoń.

chciałam wdrapać się po ich zwłokach do nieba
ale wstrzymano dostawę. a potem dostałam tablicę
z napisem: cegły wciąż są stawiane. 10 napisów końcowych.

czasem dostaję gwiazdę. spada. zatykam nimi dziurę w ziemi.
w otworze po wiewiórce mieszka moja lalka. japońska.
nawet łupież uciekł. zamieszkał w niebie. czasem sypie
i udaje śnieg.
właśnie, niedługo święta.

nie jem, nie wydalam.
widuję tylko odchody słońca bo zachody zdjęto za banał.

poproszę go o szalik i powiem mu żeby nie patrzył.
taka mała zabawa.
a potem zrobię sobie huśtawkę nastrojów.
huśtawkę oddechu. huśtawkę krtani.


2 grudnia 2005


*Inspiracja Anią


* * *

Coś takiego [II]

to widzi peel: przyczyny i sutki na odległość łokcia
mur z poprzedniego rozdziału przekwita i pada
- mówią podmiotowi:[i] to żywopłot, jesteś jego częścią[/i]

nauczycielka pyta:
ile kroków trzeba postawić by w podeszwach
zawieruszyła się kula ziemska?
peel jest niegrzeczny i bawi się sam w szkołę
nauczycielka jest zimna a uczniowie już
dawno śpią. cisza nocna w raju
pomiędzy drzewami hamaki z liści. nieskończoność

peel nie musi się martwić zmianą płci
ma wystarczającą ilość flamastrów i szesnaście punktów perswazji
hamaki odwróciły się tyłem do Boga. mają
miękkie pośladki

co jeszcze - peel odkrywa.
każde drzewo zbudowane z samotnych sutków
śmierdzi masturbacją. podmiotowi brakuje tylko ciała
pedagogicznego, inne leżą.

wyobraża sobie palące słońce. też zapalił.
ile papierosów trzeba spalić żeby dymem zapełnić wszechświat?
uśmiał się koń w wyobraźni. tak, peel jest teraz na drodze
ponownego tworzenia świata


3 grudnia 2005


* * *

Coś takiego [III]

na peela nie działa dziś grawitacja
unosi się pychą w powietrzu

Bóg rzucił okiem na wszechświat.
dlatego nie widzi już tyle ile na początku.
drzewa istnieją po to aby żyły liście - powieki

[i]życie wszystkich traktować na równi:
czy za próbę samobójstwa powinno się być karanym?[/i]
peel rozmyśla. rozmyśla się.
poczeka aż spróchnieją drzewa

tutaj ziemia jest naga. policzki peela płoną
a reszta świata zajęła się
ukrywaniem czerwieni w środku.
on zwrócił się światu wraz z pieniędzmi
i wczorajszym brakiem pokarmu

.

peel jest samotnym miejscem bez Boga.
gdy zginął ostatni wyznawca Bóg
poszedł szukać miejsca.
znalazł tylko przestrzeń bo czasu nie ma
- zginął wraz z jego ostatnią wskazówką

peel tak długo myślał nad tą przygodą.
wyobraził sobie nawet życie.
ten wyimaginowany Bóg powiedział
[i]brniesz wciąż dalej, ziemia jest okrągła,
w końcu wrócisz do początku[/i] i jeszcze

- Jesteś pyszny. kim jesteś?
- Bogiem.
- Aha.

peel wraca do Poznania. siebie.
zagalopował się. dziś aż ujawnił siebie.


9 grudnia 2005


* * *

Wiersz

[i]kiedyś uśmiechnę się przez świat[/i]

podpalili i wyrwali z korzeniami niebo
i teraz niepotrzebna jestem ja -
kamień się spocił i Bóg go rzucił

tymczasem -
drzewom pod pachami wyrosły liście

muszę obrać się odpowiednio
wydłubać światło spomiędzy kropel

- czas na jogę:
popełnić samobójstwo w pozycji liść
schodząc na ziemię

.

w szafie wiszą zużyte wiersze


10 grudnia 2005


* * *

[kolejny wiersz]

[i]zawsze źle dobieram sobie bogów[/i]

- tracę wszystko łącznie z przytomnością -

dziś bawię się w banał -
połknęłam marzenia później klucz
nie wiedziałam tylko że to gęsi
a dziś piątek. siłownia

nie mieszczę się w butelkę
bo wyrósł tam statek. moja choroba
jest nawet troche morska
choć ty nazywasz ją zielonkawą

myślę że jestem zawodową bulimiczką
ostatnio zwróciłam coś a bóg
powiedział że za późno. ćwiczę

problem: czy ktoś palił przede mną?

lubię kiedy mówisz bardziej
niż o mostach. lubię rozpływać się
w tej zieleni. ta trawa boli jak staw

bo nikt nie wierzy - nie ma smacznych ryb
są tylko ryby martwe


17 grudnia 2005


* * *

[wiersz o świętach]

[prawo][i]wypiłam dziś dwie czarne kawki -
ten wiersz piszę piórem jednej z nich[/i][/prawo]


dla mnie skończyło się już wtedy.

trzymam w dłoniach czarną dziurę -
podobno tak najłatwiej ukryć świat

po świętach spojrzę w lustro by pomyśleć
[i]tam w środku jest przynajmniej jedna osoba ode mnie grubsza i bardziej egoistyczna[/i]

postanowienie noworoczne: walka z monotonią
- zrobić w wierszu literówkę gdy nikt nie widzi
- połaskotać kaktusy czymkolwiek tuż przed orgazmem
- w głowie zamknąć drzwi, w ustach zamknąć słowa,
w myślach zamknąć oczy lub przestrzeń


te święta były wyjątkowe
nigdy wcześniej nie krzyżowano planów na Golgocie


27 grudnia 2005


* * *

L.S.

[lewo][i]- poproszę staw
- a może stuff?
- wszystko jedno[/i][/lewo]

Pan Leopold dokonuje zakupów imidżu w empiku
na stopach z brudu wyrosły mu wiersze
jest spalony, ze wstydu zaczyna tworzyć

mówi: lubię wersy które bawią się nami
rosa uśmiecha się przez źdźbła
padają przelotne dreszcze

mówi: jeśli świecić to tylko w miejscach
które posądzają o brak słońca
a jeśli płakać to łzami robić bruzdy w policzkach
jak rzeźby o których mówi się: one są naprawdę

Leopold myśli: jestem
dowiaduje się o tym w ostatnim rozdziale
książki pod tytułem Roboty Publiczne

lubi krzyczeć. jeśli ktokolwiek usłyszy

odpowie sobie na pewno: [i]coś z tego[/i]

[i]Pan Leopold na pewno jest poetą[/i]

28 grudnia 2005


* * *

To ja

[lewo]czuję się beznadziejnie -
ale to już przecież coś. podobno
kielichy kwiatów istnieją.
napełnione winem witają nowy rok

nie wiem co wy widzicie w lustrach
- ja jestem hetero
ksiądz mówi że jestem grzesznicą
nie czytam bravo girl

analfabetka? oglądam
tylko książki z obrazkami.
najbardziej lubię kamasutrę.[/lewo]


29 grudnia 2005


* * *

Dozwolone od lat osiemnastu

[lewo][i]sceneria: w prawym dolnym rogu czerwony czworokąt[/i]

musicie mnie poznac. mnie istnieją pomiędzy
mną a nimi samymi
[[i]zakażone zakazane zamazane[/i]]
doktor Queen dała im szczepionkę na krytykę

od tego zaczniemy -
życie, opłatki śmierdzą spamem
w kurnikach lekko niosą się kurwy
a ja kupiłam sobie teskobus i jeżdżę nim po świecie

.

[i]- gdzie jest Wally?
- gdzieś spierdolił[/i]

Miriam myśli dziś tylko o tym
że jutro będzie prawdziwą poetką
nie przeszkadza jej żaden członek
bo organy władzy już dawno przestały być ważne

Smerfetka kupiła sobie pomarańczową farbę do włosów
a Bóg jej mówi - [i]nie waż się, to kolory kontrastujące[/i]

a ja maluję się przed lustrem. na kartce
stwarzam się od podstaw
moja maska jest taka sama jak jej brak
szkicuję oczy -
mogłabym odcisnąć je w sobie

tylko czy jest w czym odciskać?
w głowie pustynia. prawdziwa, bez kaktusów i piasku
z odcisków zrobię sobie świat[/lewo]


30 grudnia 2005


* * *

Retrospekcja I

[lewo][i]ten wiersz będzie długi - pomyślała Panna M. -
tak jak kładzione na talerz sznurowadła
które mają udawać spaghetti, zawsze smakowały
wystarczyło pociąć je na pięciolinie

- w końcu to podsumowanie -[/i]

zimą przyszła niepewność
w domu zamieszkały ściany
wszystkie w jednym kącie -
Panna M. ustawiła sobie życie
według zasad feng-shui

[co ukrywa się pomiędzy strofami?
przestrzeń zmięta w kulkę dusi się sobą]

a później przyszedł on. tutaj wiersz
kończy się gdyż są rzeczy nie do opisania

.

a jednak nie. Panna M. zamyka się w sobie
z powodu własnej niekonsekwencji

chwile chlapały kałużami spomiędzy stóp
w międzyczasie Przyjaciółka zaczęła przecież grać
lubiła te talerze gdy głośno uderzały o powietrze
papier smakował wtedy jak origami, na sznurowadle
mógłby powiesić się jakiś wieszak

i były chwile takie. i takie też.
mówił [i]słońce proszę nie zachodź[/i]
choć naturą słońca jest zachodzić
ona nie zaszła ani razu. Panna M.


była. na pewno była.
kochanką i egoistką
tylko on wciąż nazywał ją słońcem[/lewo]


31 grudnia 2005


* * *

Retrospekcja II

[lewo][i]wiem, pewnie chciałbyś aby to Panna M. była
tą która wyryła pentagramy na niebie
a to podobno Bóg[/i]


zegary wskazywały ją
gdy postanowiła zabić Boga
nic nie powiedział, więc Panna M.
pomyślała [i]milczenie oznacza zgodę[/i]

i chyba przez jakiś czas czuła się
jak próżnia, dziura na miłość
bo cisza zamieniła lato nie do poznania
tym razem morze, może się uda
.

pamiętniki zawsze paliła
dziś z czystym sumieniem powie
[i]dawno temu w trawie modliłam się
o powrót do przyszłości
a teraz nie chcę iść dalej[/i][/lewo]


7 stycznia 2006


* * *

monotonia zresztek

[i][lewo]takie same domy
takie same miasta
takie same sny i wiersze
nawet ten[/i][/lewo]


wstęp: na dzień dzisiejszy zabijam Pannę M.
być może sal0me umrze z tęsknoty
i jest po raz ostatni
[lewo]

.

biec, biec, biec i zdmuchnąć świeczkę
szybko, zanim jeszcze nastanie ciemność po jej zgaśnięciu
i uciec a może: uciec tylko w myślach

tak, myślę o odejściu, upadku w przepaść
lecąc długo osiągnę w końcu niebo

.

[puste tabliczki po czekoladzie
zamieszkały w mojej głowie]

[i]czy myślisz czasem o chmurach które szkicujesz?
Boże, czy modlisz się czasem o pomysły na te wszystkie wiersze?[/i]


- stoję pod latarnią i czekam na przypływ -


[potrzebuję kawy, potrzebuję
jeszcze trochę trzęsących rąk
nie wystarcza mi para, para w żadnej postaci]

.

mogłabym napisać książkę o utonięciu w sobie
jak rozpływam się we łzach które skrzętnie ukrywam w szkatułce
kiedyś powstaną z nich myśli

tak, kiedyś też będzie listopad
dla mnie listopadem jest każdy dzień w roku

[ten fetysz: życie? nie, raczej krawędź stołu
tam najłatwiej można było rozerwać obrus]

i możesz podać mi rękę
co za różnica, mogę kolekcjonować uściski
kiedyś zrobić z nich ciasto lub utwór liryczny

a może nawet połknę te wszystkie myśli
wyrzygam tę rutynę w kierunku mapy

w internacie obiad będzie lepszy niż zwykle -



/wyrzygać całą siebie razem z duszą/[/lewo]


8 stycznia 2005


* * *

Coś tam. [I]

[prawo][i]jeśli kogoś kochasz pozwól mu odejść[/i][/prawo]

[lewo]
wstęp: jedyne co mogę sobie ofiarować -
[i]to wish impossible things[/i] curów
i ta świadomość że duszą się mną cząsteczki


równolegle do krwi naszkicuję fragmenty skóry
zostawię trochę miejsca na kartce licząc na powrót
tak jakbym zostawiała trochę powietrza na rzeźbę

składają mi w ofierze dłonie pełne poznokci
projektuję dziś świat w mojej głowie
przez kształty na mojej twarzy przeświecają myśli
na wylot, może na wyrost, piję kawę
żeby nie przespać się ani z Tobą ani Ciebie

czuję się trochę jak K. a w tle -
planety nie płacą mandatu za prędkość a drzewa za grawitację
ziemi kręci się w głowie, upada
słońce to wielki sygnalizator świetlny
razi w oczy promieniami UV
zawsze chciałam mieć czarne tęczówki -

[czym jest świat jeśli nie skrzyżowaniem dotyków?]


potnę początek nożyczkami z papieru
czyli: zaczaić się cicho i czekać na brak słów
słuchać bicia serca tysiąca chodników

prolog: przestać trząść się mocniej niż ziemia[/lewo]


13 stycznia 2006
/piątek trzynastego/


* * *

Kiedy się odwracam w którąkolwiek stronę

[lewo]właśnie zgniotłam świat w kulkę
zbuduję z niej konfesjonał


słyszę mury. oddzielają mnie od siebie
za każdym razem muszę się oddalać
i czekać aż dotknę plecami cegieł

[i]boże czy potrafisz pomodlić się za mnie?
jak długo należy wypalać się, by podnieść temperaturę?
[/i]zastanawiam się głośno. obok myśli. są

lubię widzieć w głowie moją złą siostrę-bliźniaczkę
jak przykleja do rzęs kamasutrę, wyrywa po kawałku,
rozdaje jak karty, sprzedaje całą talię

być może mieszka w ściankach
[co widzę: tapeta jądra para dwuskrzydłowych drzwi
moja siostra jest aniołem, łapie boga samurajów za stopy]

te mury, one są jak obłęd
śpiewają o ogrodach których nie ma prawa być
o uśmiechach dzieci. dzieci wmurowanych.[/lewo]


14 stycznia 2006


* * *

Coś tam. [II]

[lewo][i]peel najbardziej boi się tych dni, które jeszcze nie nadeszły[/i]

peel boi się głodu. że nie starczy go
na cały następny rok i pokarm będzie zwracać
małymi porcjami nadziei, aż w końcu stanie się
beznadziejny

[i]czym się różni wiara w duchy od wiary w ducha świętego?
czym różni się modlitwa od wyrzucania śmieci?
czym różni się walka o nadzieję od bezradności?[/i]

peel odwadnia się szybko.
narkoman oddaje wszystko za nadzieję.


zachowuje się jak chory, któremu zostało pół roku
zamyka słońce w sobie i świeci - oczami
absorbuje teraz więcej sekund

i jest teraz najbogatszym człowiekiem na świecie.

i najwięcej posiada bezsilności.
[/lewo]

27 stycznia 2006


* * *

Coś tam. [III]

[lewo]możecie się przyglądać -
tak naprawdę nie ma różnicy w śmierci na oczach milionów
i śmierci samotnej

było mówione
że na kartce można odcisnąć twarz i kolor tęczówek
i wysłać priorytetem za kilka złotych. fragment

siebie. ciebie. czy wierzycie w nocne pocałunki
przez sen? albo jeszcze lepiej: pocałunki wyimaginowane
skrywane pod poduszką, duszone
czy kiedykolwiek prosiliście o trochę kawy
aby nie przegapić chwil które pozostały

teraz mogę płakać, odwadniać się.
[i]zaletą dobrego naczynia jest to że nie wylewa wszystkiego na zewnątrz[/i]

- chociaż jestem ze szkła, nigdy nie byłam dobra -

i może będę szukać tego głosu pomiędzy liśćmi i listami
czekając na powrót do przyszłości. przestawiać wszystkie zegarki
w domu. do tyłu. do przodu. bujać się, bujać

to jak choroba sieroca, tylko boli bardziej.
każde kiwnięcie wytrąca mnie z równowagi
każde kiwnięcie wytrąca mnie ze światła

[/lewo]
28 stycznia 2006


* * *

Coś tam [IV]

[prawo][i]już po[/i][/prawo]


[lewo]teraz mogę być naga
zbierać z ziemi fragmenty martwych już kwiatów.
podnosić je ku słońcu
i bawić się przy tym światłem, światem
ranić i ronić łzy -

odszedłeś. odeszłam. od zmysłów
dzieli mnie zaledwie sekunda drogi
z ust do ust

boję się tej zwyczajności
bez tego co nazywałam życiem.
odrobiny powietrza zawiniętego w szary papier.
i boję się tej bliskości
co rysuje na naszych skórach lustra.

budowle których nie da się odbudować
płaczą pomiędzy cegłami i ulicami.
postanowiłam odejść od pustych ścian.

masz usta które potrafią mnie podnieść
i dłonie mogące ułożyć origami mnie.
ja nie mam nawet płci[/lewo]


3 lutego 2006


* * *

Coś tam. [V]

[lewo]bezkarnie dotykać, gwałcić ciszę
uśmiechać się na widok tęczówek. jakichkolwiek
w obawie przed ulotnością rzęs

postanawiam zapoznać się z powietrzem
które wcześniej było przecież wspólne

jak to jest, gdy opuszczają wyjątki -

drzewa śpiewają. wszystkie drewniane
jak mury na mojej skórze. jak skały

dziś ponad metaforę rozeszły się nie stopy
ale ja - łapię się za kostki, za słowa

umiem ciosać tylko linie papilarne

[/lewo]
4 lutego 2006


* * *

Coś tam [VI]

[lewo]dotykam cię przez płótno
i boję się jakby mógł cię zabić
jeden dziecięcy oddech

to tam krzyżują się odciski twarzy
niesforne. następuje zaznaczanie obecności
krok poza ogrodzeniem

mam na imię unikat.
nie od unikalności ale od unikania -
powietrza które nosiłam w sobie

jak dziecko[/lewo]


10 lutego 2006


* * *

Na odejście

[lewo][i]tabliczka z napisem nie całować
tabliczka z napisem nie dotykać
tabliczka czekolady. jest. wszystko jest[/i]



Panna M. ma twarz ulepioną z gliny
i sztuczne oczodoły. ma nawet teraz więcej
warg pragnących i ciszy w dłoniach
gdy próbuje cokolwiek przekazać

wtedy próbowała nawet jakoś wydłużyć ręce
jakby chciała objąć. i prosić o niepuszczenie.
nosiła za długie rękawy licząc że nie zauważy

farbowała włosy na złoty kolor. skrzydła
miała z papieru i tego puchu z płaczących poduszek.


nie przebierała nigdy. choć wtedy chciała
przebierać się co chwilę w imię idealnych.

odleciała od domu w którym nikt nie mieszkał
teraz musi ukrywać się pomiędzy cegłami.[/lewo]


11 lutego 2006


* * *

Kabhi Khushi Kabhie Gham

[lewo]

1
upychała bieliznę pomiędzy kartki kalendarza
Panna M. miała pogryzione od zewnątrz usta
powieki zamknięte w rzęsy

była cała złota, posypana światłem
i mogła nawet modlić się
by słońce wciąż prószyło na nich.
z nich. z nieba -


2
nie może być bardziej pusta i bardziej samotna
obdarta nawet z braku. wmawia sobie
zamknięte oczy i jest cała czekająca, srebrna

wypłakała wszystkie dni i noce
dziś zapyta o odpowiedzi dla których
ma włosy zaciśnięte w pięści, każdy skrawek

dla których bywa ciszą pomiędzy palcami[/lewo]


16 lutego 2006


* * *

Wierzę za nas oboje

[prawo][i]Dominikowi[/i][/prawo]


[lewo]chcę patrzeć jak tańczysz słowa wargami
i jesteś, jestem przestrzenią pomiędzy literami
ułożonymi obok siebie. grzecznymi

ale chcę naprawdę. i żebyś mi udowodnił
że one nie są niebieskie. te lustra

boję się o wypukłe słowa drażniące palce
i skrzydła papierowe. żeby nazbyt lekkie
nie musiały czytać boleśnie zadrapań

bo mogę jedynie oglądać słoneczniki
i modlić się o to światło, i ufać z daleka

jesteś, jesteśmy bajką o powietrzu
i uśmiechach namacalnych na szkle i kartce[/lewo]


17 lutego 2006


* * *

Biografia pani Awe

[lewo]nikt nigdy nie miał więcej niż ona
w wolnych chwilach stojąca w kolejce po mleko

piersi obwisłe i posłuszne, martwe
w ramach wierności. z widokiem na odciski
palców

szklana pani Awe. dłonie splecione w drzewo
karmiące i bransolety na nadgarstkach
ciężkie od słońca

często zachodziła. do tych straganów
które łapała w powieki jak w wiklinowy koszyk
sprzedając na wagę cerę której nie mogła wyżywić

nie miała jedynie nadmiaru czegokolwiek.
choć tak bardzo pragnęła kremacji całego ciała

razem z tym rakiem z horoskopu.
jej dzieci wycinały go z kartek czasopism
pojawiał się wraz z otwarciem kiosku

[/lewo]
19 lutego 2006


* * *

Biografia Mrs Record

[prawo][i]za granicą[/i][/prawo]

[lewo]Mrs Record przewija się przez magazyny kryminalne
jak kawałek taśmy. w przód i w tył. od tyłu również
i być może wygląda to inaczej, mniej zwyczajnie

zwróciła na niego uwagę. potem resztę.
Pani Rekord została pobita, z premedytacją
spadła o kilka stopni w dół, naznaczyła schody
jakby znaczyła teren. Pani Rekord na pewno jest suką.[/lewo]


21 lutego 2006


* * *

Pani Winter pracuje

[lewo]ona na pewno jest grawitacją -
mieszka stopami wszystkie podłogi, podłoża
grawitacja klei się do stóp i modli palce

skończony jej bal. czas dokupić trochę
i schować do lodówki. lubi zamarzanie,
wczoraj na przykład zamarzył jej się wiersz
i pyta: jak zamarznie spódnica, będziemy
zdrapywać spod spódnicy kawałki lodu?

teraz musi być przecież tak przyziemna
jak nigdy wcześniej. z każdym dniem będzie
bardziej leżąca, położona bliżej jądra.[/lewo]


22 lutego 2006


* * *

Ona jest wszystkim

[prawo][i]acruxowi[/i][/prawo]


[lewo]teraz wiem że muszę być wyszukana.
przecież chcesz mnie znaleźć

kamienie zostały rzucone. jestem
jednym z nich. jestem kością. kostką wykręconą.
runą. kamieniem nerkowym i węgielnym.

kolekcjonuj mnie wszystkie.

i jeszcze: jestem łąką rozmokłą
a więc jestem rozłąką. rozstawiam się co milę
i wtedy rzeczywiście jestem kamienną latarnią.
cieniem który upadł tak nisko że wyciągniętymi
palcami potrafi przeciąć ziemię. na pół

na wylot, kiedy się rozstaję, czy jestem wtedy
rozstajem? mam mapę zaszytą. jedną, każdą
te skrzypy rosną coraz szybciej, jak skrzepy
gdy ziemia coraz bliżej, powracam do początku.

i mogę już dotykać tej grawitacji
która kłuje mnie w miejsca po pięknie

kolekcjonuj mnie wszystkie. kamienie płody i luki
po oczach. póki obgryzają mnie paznokcie i włosy
szczotkują, szatkują mnie chwila po chwili.
rodzielają mnie na czarne i białe.[/lewo]


23 lutego 2006


* * *

wieczorno-poranny banalny, o nich

[lewo]z całą pewnością ona też coś znaczy,
co nie oznacza że jest ważna ale
znaczy na pewno przynajmniej cokolwiek.
regularną powierzchnię, te sprawy,
bliżej nieokreślony wierny tragizm

jest na pewno trochę jak on
który znaczył od zawsze. prymitywnie
wszystko na swoich miejscach. bo przecież
nie powiem że wszyscy - nie będę przesadzać
jak lubię przesadzać stare znaczenia.
powiem że więcej od niej choć można się kłócić.

bóg też nic naprawdę nie znaczy. przecież
nawet w biblii nie ma ani słowa. i to
sztuczne naznaczenie, skażenie
wybranego fragmentu gleby, narodu.

w prawdzie rosną wspomnienia jak feminizm
lecz fakty ulecz fakty. zaczynają gnić, ginąć,
śmierdzieć. z czasem ulegają. [/lewo]


23/24 lutego 2006


* * *

Pan P. dał mi kosza /wiersz z wadą wymowy/

[prawo][i]z życia wzięte[/i][/prawo]


[lewo]Pan P. dał, ofiarował mi wszystko
wiarę nadzieję i miłość

zbudował mi miękki domek z trocin
którego okna świeciły przykładem i oczami szyb

jego słowa wciąż dawały, puszczały się z wiatrem
pieprzyły od rzeczy do rzeczy. wszystkie wokół.
wszystkie. moje tylko pomiędzy innymi

Pan P. codziennie brał mnie
w garść i mocno pokrywał swetrem

potem Pan P. dał mi kosza. postawiłam
obok innych prezentów które
Pan P. dał za wygraną

i pomimo tej złej wymowy pan P.
na pewno był hetero. i na pewno jest

[/lewo]
25 lutego 2006


* * *

Czerpię. na cierpliwość

pierwszy krok -
mogłabym wejść w ciebie
lecz gdziekolwiek patrzę
ty zawsze stoisz za mną

[i]miłość prawdziwa rośnie na drzewach
przekonałam wszystkie lalki
mają brązowe włosy i krew, popatrz

jestem jedną z nich
mam usta malowane w uśmiech
i oczy w niebo[/i]

unoszenie jest częścią spadania
tą przyjemniejszą
popatrz jak wiatr mnie gwałci
jak pospiesznie ściąga ze mnie skórę

mogłabym zejść na palcach
i liczyć na nas
jedna dłoń wystarczy

by nabierać

[i]już dobrze[/i]


26 lutego 2006


* * *

Słowa z moich ust [I]

[lewo]Kończą się słowa z moich ust.
od dawna znikają można nawet powiedzieć
że cofają się do doniczki z ziemią
i grzebią w piasku

w lustrze tylko słowa wyczerpane. i jeszcze:
słowa gwałcące wchodzą we mnie brutalnie z innych ust
kiedy brakuje mi moich własnych. szukam
palcami po ustach resztek zdań - nie moich.
których nigdy nie zdobędę na własność.
nie umiem ich wypowiedzieć, wykorzystać.
udaję przed sobą posiadanie. słowa ujemne zajmują
mniej niż kiedy ich nie było

można powiedzieć: moje słowa skończyły się
jak baśń którą opowiedziano dokładnie szybko
i bez przerwy na znak zapytania. miejsca na powtórki

można wreszcie powiedzieć: klękam po nie
jak do modlitwy i połykam w całości wszystko.
przyjmuję w ciszę każdego jeśli tylko uda mu się
stanąć mi w gardle, pojawić się w pobliżu warg
[/lewo]

2 marca 2006


* * *

Słowa z moich ust [II]

[lewo]słowa mi się pieprzą w wierszach,
przestawiają, przestają ze mną. jeszcze:
łączą się w pary z ust a parę zmienia się
nawet w coś innego. w kroki na papierze

po których idę przed chwilą. miłość
dosłownie rośnie w warunkach domowych
uprawia się ją w śniegu. sperma słowna
rozlana na kartkach i tak samo niewidoczna
bielicka. przede mną dużo czasu, wiersz?

nie kochamy się już. moje słowa są same w sobie
[/lewo]

11 marca 2006


* * *

Z cyklu dłuższych /urodzinowo/

[i][prawo]Aliss, w dniu urodzin[/prawo][/i]


[lewo]Aliss na pewno jest kobietą
po licznych przejściach przez jezdnię.
zdarza się jej łamać palce u stóp
jak papierosy, z powodu zwijania ich w kłębek
kiedy brakuje małych w dłoniach zdarza jej się
niechcący wylewać filiżanki do herbat
i rozlewać drogocenną porcelanę pod obrus

na tapecie Aliss wisi krzyż baczyński
wyprasza od niego wszystko, nawet poetę.
wynoszą się talerze i śmieci. wyniosła Aliss,
wyniosła wszystko co można. pozostało tylko
drugie - kamil, ukrywa je w wierszach
i sama też tworzy parę. kilka. wachlarz imion rzęs.
od końca lata Aliss wygrywa na organach
wewnętrznych. królowa kier

Aliss puszcza się perwersyjnie
poza barierkami. we włosach ma boski wiatr
i trochę tego łupieżu. z powodu ptasiej grypy
Aliss będzie musiała podciąć skrzydła
i udawać siebie. przeleciała wszystkie słowa
kiedyś po wierszach przypomni sobie
datę urodzenia
[/lewo]

12 marca 2006


* * *

Refleksja poimprezowa

[lewo]w osiemnaste urodziny anioły wypadają
z gniazd i okien. uczą się sznurować
usta linką z powiek i wplatać we włosy
złoto, nasienie, trawę, [i]wish[/i] the cure, orgazmy

w głowie mam papierowe samoloty-stróże
z jedną parą skrzydeł białe lecące
zupełnie jak na reklamach wedla.
Anger, jedyny jakim się unoszę
jaki potrafi mnie unieść, znieść
przecina myśli wstążki niebo,
przelatuje. mnie, ja. jestem ułomna,
cholera, jestem jedna druga[/lewo]


18 marca 2006


* * *

Kości zostały zrzucone

[lewo]poszukajcie w portfelu, po kieszeniach,
po południu. mam to gdzieś
na pewno, pod pewnym.

grawitacja to nie prawo
ale obowiązek. popatrzmy chociażby na szyby
długie i czarne, bo oczernione. szklane, oczywiste.
parapety liżą stopy. lubię. mogę powiedzieć:
stanął mi dom i chodnik. jestem
Mr Trashbin. gałka przekręcona, otwarta,
wytarta twarz z płyt.

grunt to rekonstrukcja:
w końcu widać treść, wnętrze[/lewo]


19 marca 2006


* * *

oczywliście. utkwienie

[lewo]wspólnie dzielili los
więc zrobił im to samo -

mr.cuckoo podrzucił ją do innego nieba
płakały gałki tysiąca drzwi.

mówi: wcieraj mnie w stopy
jeśli odchodzisz - tylko po mnie, na mnie
patrz: mokry chodnik, płytki, stopy z żelaza

wielokrotnie odbiła się. obiła
ciało w stojący zegar. dotyka, tyka
bez wskazówek. słucha, jak on

mówi: będę ci brakiem kroku
fotografią, zdjęciem ubrań
parą na kopertach


on mister, ona mistress [/lewo]


25 marca 2006


* * *

Setny, ostatni

[i][prawo]sobie, wam, w podziękowaniu[/i][/prawo]


[lewo]
[i]jeśli coś robić to całym sercem.
ja swoje oddałam[/i]


wielu przed panną M. zastanawiało się
jak opisać odchody poetów

ona robi to szybko i cicho
nie spuszczając. nie wolno łamać
rąk i postanowień

wydaliła wszystkie słowa środki wnętrza
postanawia się znaleźć pośród glinianych naczyń
i budynków z kamienia. skupiać się na oczach
wszystkich - bez promieni

być nocą to znaczy dusić światło w powiekach
zabijać w sobie resztki siebie które nie wyszły

[/lewo]
9 kwietnia 2006


* * *

Wiersz: to już kiedyś było

[prawo][i]wielu przed panną M. zastanawiało się,
jak opisać odchody poetów
i
zaletą dobrego naczynia jest to,
że nie wylewa wszystkiego na zewnątrz[/i]
[/prawo]

[lewo]

możecie się przyglądać -
tak naprawdę nie ma różnicy w śmierci na oczach milionów
i śmierci samotnej

było mówione
że na kartce można odcisnąć twarz i kolor tęczówek
i wysłać priorytetem za kilka złotych. fragment

siebie. ciebie. czy wierzycie w nocne pocałunki
przez sen? albo jeszcze lepiej: pocałunki wyimaginowane
skrywane pod poduszką, duszone
czy kiedykolwiek prosiliście o trochę kawy
aby nie przegapić chwil które pozostały

teraz mogę płakać, odwadniać się

i może będę szukać tego głosu pomiędzy liśćmi i listami
czekając na powrót do przyszłości. przestawiać wszystkie zegarki
w domu. do tyłu. do przodu. bujać się, bujać

to jak choroba sieroca, tylko boli bardziej.
każde kiwnięcie wytrąca mnie z równowagi
każde kiwnięcie wytrąca mnie ze światła
[/lewo]

28 stycznia/17 kwietnia 2006






[lewo]. i to by było na tyle .
. dziękuję za uwagę .


* * *

codziennik

[i][prawo]12 dni[/i][/prawo][lewo]


rano -

od kiedy zaczęłam być tylko twarzą
przyzwyczaiłam się -
do świtu obcych mi powiek
następuje proces spajania z oddechem

cisza - obejmuje mnie z kalendarza
chęć na spacer po myślach
słońce pali moje oczy bez filtra


wieczorem -

wietrzę samotne godziny
nadmiarem chłodnego powietrza
w którym można wyczuć aborcję dźwięków

słuchajmy się jeszcze chwilę -
stare płyty rozbrzmiewają echem
tysiąca kroków

niedługo przemilczę wszystkich
[/lewo]

4 czerwca 2006


* * *

bóg jest dobry

[prawo][i]kulistość dziedziczy się po matce[/i][/prawo]


i można mówić: dziwne
jedną stopą grzebie perwersyjnie
w doniczce z ziemią,
ziemia kręci się wokół stóp, przecieka przez palce
następuje pogrzeb załamanych paznokci

drugą stopą odbija kamienie zza pleców
i wciąż prowokacyjnie trąca śródstopiem
w lustrze kamienne orgazmy

[i]czerwone powieki to doskonała kurtyna,
po opadnięciu powiek rozlegają się oklaski
a ludzie krzyczą że chcą powtórki[/i]

będąc na wyczerpaniu bardzo się stara -
nie myśleć, że rozchodzą się stopy.
przecież nie tylko one.

odwracając głowę czuje bóle w krzyżu,
rzeczywiście bóg ma w czym wybierać


4 lipca 2006


* * *

stosunek peela do wieczora

[prawo][i]prolog:rzucanie mięsem,
rzucanie kobiet, rzucanie palenia[/i]
[/prawo]

[lewo]
peel trzyma się dobrze, gorzej z panią;
równowaga zatacza wielkie koła, szybuje
słońce też już zachodzi, rzuca się z nieba
cień żółtego sklepu z meblami o który zahacza oczyma;
szukając tak punktu któremu można się oprzeć
decyduje się na smukłe ramię latarni.

opieranie trwa nie dłużej niż trzy sekundy,
oboje w jaskrawym świetle lądują na krawężniku
[/lewo]
[prawo][i]epilog: mrok zapada się pod ziemią[/i][/prawo]


7 lipca 2006


* * *

błysk#1

[lewo]najpierw: czerwone sofy, piękne kobiety,
cedzenie słów przez słomki z parasolkami
dało się słyszeć przełykanie, mlaskanie

w pewnym momencie słowa
zaczęły się pierdolić, jak to u nich.
potem po prostu przestały dochodzić
[/lewo]

8 lipca 2006


* * *

Marysia z ogłoszenia

[prawo][i]"szukamy nowych głów
z wyrafinowanym poczuciem smaku"[/i][/prawo]

[lewo]w mojej zupie pływał włos. miałem go na widelcu
wyraźnie widziałem cebulkę,
Kelner pomyślał chwilę, wyciągnął głowę
całą milczącą, bo najpierw zabrałem głos -
Marysia lat 17, zaginęła trzy dni temu[/lewo]


23 lipca 2006


* * *

Akcja. Cięcie.

[i][prawo]od grzmotów giną zawsze najwyższe drzewa[/i][/prawo][lewo]

za szkłem pada. gdyby mierzyć ludzi w kroplach
możnaby powiedzieć - padło bardzo dużo
i jeszcze więcej wsiąkło w ziemię
ale przecież my tylko o tym co za oknem.
patrzę więc przeczesują ziemię
komórki jądra pod ziemią, nic nowego
nie znajdą przecież. a może?

wyglądam więc, dość szaro. padają miliony
idąc do ziemi, idąc do światła.
widzę te kolejne odbicia, błyski - w oczach
refleksy czy refleksje - różnica to tylko
kwestia czasu. masowe spojrzenia na tarcze.
wskazówki czekające, cierpliwe.

burzą się ludzie i domy. to chyba
najgorsza burza w historii.

na wieczór pan z radia zapowiada słońce.
wieczne. lubię. ile można siedzieć w domu[/lewo]


1 sierpnia 2006


* * *

Topografia miejsc.

[lewo]to jest punkt g mojego miasta, tutaj
moje miasto się kończy, zaczyna podziemie
nie wchodź zbyt głęboko i tak przecież nie dojdziesz
do samego jądra ciemności, do centrum tej czerni
jęków latarni i wody, wreszcie policzków pełnych
wilgotnej ziemi. prostytutki, złodzieje, ja.
na płytach zapisane myśli ich wszystkich, słucham,
bełkot stóp dotykających perwersyjnie okładek
- miliony zdjęć odcisków palców i warg[/lewo]


4 sierpnia 2006


* * *

rama rama

[prawo][i]św. rama od wrabiania[/i][/prawo][lewo]

nasze zdjęcia wiszą u mnie perwersyjnie na gołej ścianie.
przestaję upychać obrazy w ramy. jakiekolwiek
zdecydowanie ograniczają istoty na zdjęciach
zabierając im dostęp do tlenu i miejsce na rozwój.
dlatego właśnie osoby ze zdjęć zawsze odchodzą.
my w przeciwieństwie do nich postanawiamy odejść ze zdjęcia

-

pan ramkarz położył policzek na półce, o drugą oparł dłonie i głowę.
złośliwość rzeczy martwych, zaraz zaczną się przecież bezczelnie rozkładać.
wszystkie po kolei, jak na dworcowej poczekalni przed rozkładem jazdy.
nie dość, że smród, to jeszcze miejsca mało.

[/lewo]
12 sierpnia 2006


* * *

Obrazowanie

[i][prawo]nieoficjalnie[/i][/prawo]

[lewo]Piotrze nigdy nie rozmawialiśmy
ani o wolności ani o malarstwie

lecz dzisiaj
atłasowa pościel zbyt śliska
grozi skręceniem kostek
więc skręcam pierwsza.

kobiety z obrazów Rubensa
mają tłuste włosy i oczy
duże piersi
które rozlewają na sofach

w ogrodzie ziemia pełna soli
która ucieka przez poduszki -

ramiona. od czubka moich włosów
aż do stóp. od ściany do ściany

gdy opierają na nich głowę
zaczyna mi brakować płótna [/lewo]

7 lutego 2007


* * *

Laura rozmyśla

[lewo]i nie ma białej Laury o włosach zrodzonych z krwi
której zapach spijany uderzył

-

właśnie w ciemnym mieście Grasse
panna Laura rzuca go po raz ostatni -
stał się nieposłuszny
poprawniej niż ona wykonuje czynności domowe
wciąż niepozornie oparty o ścianę

on zostanie, myśli z obawą Laura,
mój kochanek zawiedzie się
dotykając pościeli płaskiej jak zwierciadło[/lewo]


26 maja 2007


* * *

Pani winter znika

[lewo]skóra pani winter jest biała i delikatna -
wraz z nią topią się knoty powbijane w ziemię

-

niektóre upadając najpierw z dużej wysokości
zostawiają bruzdy w postaci czarnych krzyży
inne spadają razem z deszczem tworząc białe plamy
których nie da się sprać
lub znikają na ciepłym podniebieniu


pani winter jest jedną z tych roślin
starych i pomarszczonych
które spalają się z obowiązku
razem z owocami

jest coraz mniejszą kulką z białego sreberka. znika.
tą która do końca mówi
[i]to jest światło, to jest ciepło[/i][/lewo]


28 maja 2007


* * *

Migotanie

[i][prawo]z cyklu: sztukateria - monster munch[/i][/prawo]

w jednym momencie
ma wodę - z głowy, usta w krater, czerwone
brwi otwarte
jak gdyby chciał klasnąć przez materię głowy

i chociaż niebo pragnie się wydostać
drewniana rama spełnia swoją funkcję, świat
odbija się od niej i wraca. nie wypada

mógłby otworzyć się bardziej, połknąć, zgryźć
całe wołanie, lecz nie zmieści w sobie
więcej dźwięku

serce jak granat
nadaje kolor wodzie
fale odbijają się i wracają

- niebo się drze -


10 grudnia 2010