Jacek Krajl
w w w . j e s t - l i r y c z n i e . a r t . p l


spis treści

grząski
marazm chemizm cherry-brandy, weź mnie za heroinę
wiadomości
szkółka
stan-cywilny-18
przeliteruj: w-e-d-e-t
miękkie ściany
tu wpisać tytuł:
któraś już wizja więc opiszę
w bojlerze
wiersz Marka Zagajewskiego:
wiersz Mariusza Zganiacza: „strofant”
wiersz Czarka Lewandowskiego:
wiersz Marcina Warneckiego: 'błędne koło i krzyż'
wiersz Grześka Kubacha:
Grzegorz Kubach:
Grzegorz Kubach:
wszystko one size
Grzegorz Kubach:
Krzysztof Lewandowski:
-
2. papier ścierny /pewnego rodzaju szkic/
pacynik, pacyniczka
gnojki
przedmiot, podmiot
akt zgonu ciotki Heleny
ruchomość
jeśli
obróciłem się w siebie żeby być i nie-być
Napisany w pracy pierwszy
napisany w pracy drugi
czekając na zmianę
gruchot 1 (aukcja grzecznościowa)
Wysokie bramy
z tego cyklu krzyżyków zamiast tytułu
z tego cyklu krzyżyków zamiast tytułu 2
nowy akt tekstowy
z tego cyklu krzyżyków zamiast tytułu
napisany w pracy kolejny
dziurawce
Kotwa do dużych obciążeń
Wizja dzisiejsza - czekam aż nawiedzi mnie koniec...
/czternasta trzydzieści osiem. bez zmian/ fragm.
Mimifikacja ostatnich życzeń i...
Oslo in pictures (moje ostatnie wystąpienie)
Wizja - gdy usłyszałem o swojej chujowości i naszła mnie świadomość
improwizacja
mój początek - dla J.Y.
infekcja dróg domowych
tryper Wenus (samogwałty literackie)
wszystko wokół jest w ciąży, wszystko zaraz urodzi (fragm.)
Fiolet ziemi, czas obecny
old town M.
[lewo]szwaczki[/lewo]
zespół cech biologicznych u kobiet i mężczyzn działających pobudzająco na zmysły
Są wioski kontemplacyjne;
fotografika
ur.
Bolonia moim zdaniem (fragm. pierwszy)
parafrazując wołową dupę
kropelki o średnicy poniżej 0,5 mm, o szybkości spadania od 0,10 cm/s do 20 cm/s
planeta Heroinazen
[prawo]rdza[/prawo]
[prawo]pisząc do białaczki[/prawo]
Bezegość
Wszystko co moje
JL
kostropaty, smętki
strychowce, matniostany
***(kochaina)
***(z ostatnich kopulacji)
Żując pasztet śniadania
wschód powoli wymiera;
Pan Rybak
iluminacja
Parantele
Globalna wieś (I)
w tym problem
kroniki wygnańcze
(pękają pęcherze wiosny...)
nasza bocznica
(dźwięk dzwonów wzywa do wiejskiej kaplicy )
zatorze
uczucia kliniczne w Wąsoszu
okruszynka /zapowiedź nowego arkusza/
(trzeba mi już wracać)
(nachodzi mnie ochota) - fragm.
paszkwil
przerwany sen piekarza
muszę już kończyć
człowiek co jest mną
list do siebie
zastój lśnienie
łzawienie - szkic
nazwałem człowieka chodzącymi nożyczkami
przeczuwam burzę
(rzęzi wiatr o drzewa)
wyrób ludzkopodobny (wygląda znajomo, smakuje parszywie)
opium, czyli inklinacje destrukcyjne
homowegetacja
portret małej Candy
niemiecki wózek inwalidzki
światła
początek
cykle
w dole (notatka 2004)
w krzyżu Dworcowa/Kołobrzeska
tu gdzie jestem (rob.)
w umyśle (rob.)
olszt.archipelag
wychylenia
następstwa
perspektywy
zdechła natura
pracownica
popas (zapowiedź nowego ark.)
moje własne rio (fragm.)
armia (fragm.)
opium (intro-fragm.)
pralki
dno pierwsze drugie i trzecie
czystki
sidra & speedball frugo
tąpnięcie
post
są wioski kontemplacyjne
tu gdzie jestem
szmery gdy zabliźnianie
Awangarda
miasto
D-a
inny wiersz o m.
grunt
starość
zaklinowanie
azja
Rozlewisko
młodość
starownica
szmaty czasu, nożycowe nogi i fizyka pisaczy
człowiek który zgubił zdjęcie B-ga
Hymn neofuturyzmu Jacka Krajla
Maszynownia chłodnicza
Wpis o niższych sferach
muzyka ostateczna
wargi
paragony, delikatesy - wiersz współczesny
Szarzyca z ulic nędzy - cztery akty spadkowe
Monroe
cela
pod, nad
List z Istoty Pana Fenuo
bury atramentowiec
Lada Moment
trzynaście wersów z człowieka
wiersz-atrapa
wiersz amerykański
wino winy
czarna niedziela - o pewnym osamotnieniu
świat oczywisty
insolacja
wyrobaczenie
Notka. z jednej endorfiny
Hiperstrefa
Luftwaffe
tło
rozerwanie podprzestrzeni
Armagedon
nasz egzystencjalizm
Hindukusz
pokolenie neostrady
Marsz
bezpośrednie wskazanie
Głowa & Młot
sen ślepca
Węgorze Mózgowe
punkt zwrotny
Antykwariat Ludzi, czyli (lhc) na (lcd) po (lsd)
błąd krytyczny
gierki
legenda człowieka
ustawienia
w kącie Kopenhagi
nasza ruska ameryka stanów depresyjnych
kuśka
ga
wilczki
mącenie kałuż
przędza
listy do Alicji
sceny
obawy o różne omamy Obamy
szynka i serce
migotania
skrobia
żłoby
schyłki pochyłki
prochowiec i ulicznica
konstrukcje
między zerem a jedynką
wejście do hotelu kalkuta
aeroabstra
tony, tonacje
szmery
co ze mnie zostało
aciało
poster
moja ulubiona kompozycja
wymiona unijne
oraz przypadkowy szelest czmychającej tu i tam. obcej, własnej
czyjaniczyja pospolita takasamość
masowe złudzenia
węgiel
z rozmyślań przy grzegorzu
medycyna kosmiczna powieszon ego
Pocztówki z Jamesem Deanem
Spowiedź Jacka K. / 2 V 09
Nowy Świat
Rzeczy Basi
ilorazy
bądźmy ludźmi, którymi nigdy nie będziemy
sample
podpisy pod obrazkami
Marek & Darek
fantomowe jagody pyszne kończyny
janczary
drogi kołowe
czarowny oraz klimatyczny oraz piękny tak ten właśnie: Chujówpizd
-kanały światła-
ściany nośne
Zegar Zagłady
strzęp rakiety spadł na syberyjską wioskę
$
**
marmurowy żółw
Benz
bojler
jaźń pewna tylko siebie
Dziennik
daleko
brodaty robot
co robimy
kontrabandawąs
rzeźba
upadek mBank
Generale,
poznajcie Balbinę też!
echo
ohater ezdomnych itów, rakujący eton udowli
Boska Mamuśka
konserwatorium znoszonych
czarny tank oraz ciężka praca za kołacza
miętusy na wagę (piff and paff, szach and mat)
papier and nożyczki
darkstar
widokówki
kilka kolorów poKafki i poDostojewskiego
namiętne pedały oraz dziury w ciąży łatane
deszczowy pies przewodnik
overclocked generation
ok 206 zlutowanych ze sobą drutów
MS Whirlpool Batory Pepsi
czekanie
oni Oni
Trumna Show
zaświat
informacja o pracy
królestwo żółtych mieszkań
Libretto
Konsolidacja
Wariacja
mur
finał
muchomor i kukułka
ostatni mój ten koniak
stany
zacierka
Dawcy snów
Tandemy
Stukotanie
ponowomowa
Pies Japończyka
Jest Lirycznie i Jest Lepiej
Człowiek, który zmieniał trykoty, żeby nie mieć problemów
biegnik
Rzeź syjamska
*** (i spytała mnie...)
ciało wyolbrzymione
*** (budzę się w twoich rękach...)
Dora Diamant czeka na ostatni pociąg
Pejzaż z wozem /1821/
Słabe łącze
/podwieczorki w utopii
Wewnątrz linii prostej
Już tyle czasu minęło, Kasiu
Jest jeden Internet
Cztery spusty
egosystem
Irek
poeci_
Wariacja
monolog nienawidzącej mnie ulicy
ludzki wiersz
Modlitwa o jutro
Lapidarium
*** (Zszedłem sobie z drogi...)
pełnia pustki


grząski

[lewo][b]stoję w wannie którą ojciec kupił kiedyś
od stryja ze stolicy. oczywiście okazyjnie
bo przecież rodzina trzyma się razem
zwłaszcza w stanie wojny
woda sięga mi prawie do kolan
rysuję na kafelkach twarze z kilku linii
widzę doskonale bez zapalania świeczek
na pewno nie mam jeszcze 70 lat
sztuka to mój lek na każdy przeciwból
zazwyczaj nie wiem jak zareaguję
gdy skończę tworzyć. już podparty na łokciach
blady bez jedzenia bez przerwy
prawie topielec

wanna wmurowana w ścianę
przypomina mój charakter. portret gościa
który uszczelnia każdą swoją myśl
czyści innych doświadczając wreszcie korozji.
rysuję te twarze i tak jakbym sadził kamienie
liczył cicho że wyrosną głazy
które czemuś mogą służyć

moje twarze to kwestia:
parowania
albo potarcia dłonią
oczekiwania na wyschnięcie w gardle
miętolenia recepty gdy stoi się w kolejce
i ma się wrażenie kąpieli z każdą osobowością
którą wykrył wcześniej lekarz[/b][/lewo]




* * *

marazm chemizm cherry-brandy, weź mnie za heroinę

[lewo]kobieca krew skleja jego palce, powiem nawet:
choroba skóry z przerzutami na przedmioty których dotyka
małe ślady po wbitych piersiach, albo: klatka piersiowa
wklęsła, przetworzona na kształt łódki, ciężki wdech

zabił dziewicę. głośno całuje swoje nadgniłe przyrodzenie
w mgławicy rozpalonego ciała. tak dokładnie równo
drży jego martwa ofiara, królowa techno
skończyła właśnie siódme istnienie

narysuję mu szubienicę. na prostych kościach
mięśnie wciągną grawitację, marzenie o doskonałości
gdy bóg wyjdzie stąd z rękami w kieszeniach
ukrywając własną erekcję. a to dopiero szkic
[/lewo]


* * *

wiadomości

[lewo][b]
wczoraj umarł klon jana pawła drugiego
to już trzeci w tym tygodniu, chińczycy w stanie żałoby
interes nie kręci się jak zawsze
może wrócą do produkcji telewizorów
tymczasem matka kolegi
zwróciła wszystko na mój koc w brązowe motylki
kawałek pasztetowej, przełknięty wcześniej z folią
w ślinie, kołtunach flegmy wpadającej w oko
z liściem mięty, kawałki sklonowanego papieża
poczciwe dno dziwek palestyńskich niedojedzonych
dzieci trzeciej planety Ziemia

niewiarygodne, ale odnalazłem się w tym wszystkim
pomijając dorastającego syna,
który waha się na strychu
jego idol zabił się przed samobójstwem,
pewnie trendowaty

tymczasem dwa: matka kolegi chce zmienić pozycję.
uniemożliwiają to kajdanki i pasy bezpieczeństwa
właśnie tak:
proszę zapiąć pasy przed śmiercią tragiczną
resztą zajmie się rodzina i bliscy

wszystko skończyłoby się dobrze gdyby nie ojciec:
pozabijał wszystkich czyimś pasem bezpieczeństwa
postrzeliłem go w głowę, ostatnim błaganiem o litość
z chińską dokładnością waha się teraz jak mój syn

z pokolenia na pokolenie
[/b][/lewo]


* * *

szkółka

np. dzisiaj uczyliśmy się smarować chleb
jednocześnie nucić piosenki z odbiornika
używaliśmy przy tym noża i prawej dłoni
(mańkuci dostali skierowanie na amputację)
jutro zamieszanie herbat czy jakoś tak
wyciąganie wniosków z brudnych garnków
odgrzewanie dań spinacja sutków
akty miłości pędzlem i wazeliną

dlatego od dzisiaj mów do mnie pan Awokado
chcę być bohaterem japońskiego komiksu
najlepiej głównym, żeby mieć największe oczy
najwięcej kolorów na bluzce z napisem
[b]pan Awokado, doskonały artysta z wyboru[/b]


* * *

stan-cywilny-18

[lewo]wydawać by się mogło że już nie czaję jak
prowadzą mnie do miejsca o zapachu drożdżycy
dodatek: mam kolejny atak grypy
zaciskam mocno zęby żeby leczyć się kanałowo
opóźnić drogę do zakładu atrap
fabryki produkującej zastawki sercowe zabawki
przystawki koreczki aparaty robią tu sobie zdjęcia
żebym później oglądał albumy rodzinne
dodatek drugi: rosnę na drożdżach. nie umiem czytać
ale dobrze wiem że wydali mi akt zgonu
zamiast świadectwa urodzenia. przeczucie dojrzałości[/lewo]


* * *

przeliteruj: w-e-d-e-t

[lewo]uczę się śpiewać. mój dom dobija do brzegu
jestem zamkniętym w sobie synem prezydenta
krucyfiksem który wolno wychodzi z biskupiego odbytu
puszczę sobie playback gromkich oklasków
szelest spadających czapek z głów
jeszcze jakiś śmiech dzieci. będzie jak na rozkładówce
albo: prześwietlę wszystkich blaskiem szczęki made by colgate
będę fałszował zgrzytaniem zębów
płaczliwym coverem backstreet boys[/lewo]



* * *

miękkie ściany

[lewo]szkody czasu na mojej skórze. pod stopami
chrupiące kocie łby. zachcianka:
przywiązać się rękawami
do metalowej barierki przy moście
w celach napisania powieści o stagnacji i nostalgii.
podróżuję palcem po mapie. kudłaty materiał szalika
łaskocze podbródek. na mocy definicji
związali mi rękawy. ponoć za dużo wyobraźni.
zachcianka druga: przebrać się za siebie
i mieć jeszcze mniej[/lewo]


* * *

tu wpisać tytuł:

[lewo]na stole położyłem nożyczki
by mój najlepszy przyjaciel
sam podciął swoje ego

nie lubimy siebie
wczoraj rozkruszył się
dobnoziarniście
odbił tylko każdy inny uśmiech
i niezrozumienie[/lewo]


* * *

któraś już wizja więc opiszę

[lewo]Prosektorium. Na tronie chłopiec z paraliżem
Blondyn. Oczy spuchnięte do ciemności
Rusza się jakby atakowały go owady
Dźwięk odpinania zamków błyskawicznych. Rój.
Worki ułożone w rzędach. Na ziemi
z jednego z nich wychyla się postać. Kobieta
ma rażąco sine piersi. Widać ją do pasa
obmacuje swoje nagie ciało. Jakby dobierała
odpowiednie do sytuacji ruchy

Chłopiec z paraliżem próbuje naśladować
spada na posłanie zaworkowanych ciał

Wszyscy wstają na baczność
Kobieta wspina się na tron
Kobieta wspina się na tron[/lewo]


* * *

w bojlerze

[lewo]byłem nagi. Przegoniony ręką
więc cały w błocie i śniegu, umiałem tylko gryźć
np. w szyję, albo przegryzać piszczel,
zaznaczać teren na pochwie zgwałconej
przez myśl przeszłej kochanki oddanej

Patrzyłem na różnych. Na tych co byli opisani
albo chociaż zaczęci. Ja jeszcze nie,
tak bez słowa, do cholery jasnej i oczywistej,
do końca sezonu polowań

chwytać małpie odruchy. Odkryć samogwałt
nazwać jakoś inaczej. Może bez słowa, bez cholery
z drzwiami na oścież i piszczelem w zębach

żegnać się[/lewo]


* * *

wiersz Marka Zagajewskiego:

[lewo]Jestem drenaż. Często mówiłem dziś do siebie, wiesz?
Można powiedzieć że do nas. Nadawałem jak szalony
Popękały mi usta, były suche nawet po kremie
ale nie drwij, proszę nie drwij z tego co czytasz -
uderz w twarz albo załam ręce

Nazywam się alienizm. Brzmi lepiej niż alienacja
przypomina animalizm. Zwierzę wściekłe
oplute przez myśliwych. Znowu jąkam, przestanę już
o sobie nie można za dużo. Albo jeszcze o organie
bo w końcu temat przewodni

Złamany organ. Leży na bakier w moich myślach
od kiedy pan krochmal
wniósł na salę afrykańskiego chłopczyka.
Nadgryziony w okolicach miednicy
z wyszlajanym naskórkiem, zmechaconą brodą

Inwalida wojenny, lat dwanaście, z bagnetem
w śledzionie, zawinięty w gazetę lokalną
O czymś świadczy ale nie rozumiem

Zadanie:
muszę doprowadzić do pierwszego wytrysku
zanim zejdzie
niech wie co to miłość
[/lewo]


* * *

wiersz Mariusza Zganiacza: „strofant”

[lewo]Chciałbym chcieć być sobą. Chociaż
mogę o tym nie myśleć, nie mówić

Odejdę jak najdalej od lustra, od jutra
brak kogoś to też obecność

Deszcz zaczyna swoje
Jest szczęśliwy gdy w niego wsiąkam

[i]Szkic życia
Malowanie własnych grzechów
zdrapanymi z twarzy bladościami
Nie trzeba płacić za powody
Upływa od nas czas
Kochaj wyobrażenie o mnie
Zabij i przewiń rano taśmę
serce przestanie mówić do siebie [/i]

Kiedy jestem już wszystkim jednym
czuję się niebezpiecznie. Będę spełniony
dotykając chirurgicznie ciała
Ciekawe co powie bóg

[/lewo]



* * *

wiersz Czarka Lewandowskiego:

[lewo]Niebotyczne domy. Golę głowę pod zlewem,
zerkam za każdym razem jak przytnę skórę.
Ponad drzewa spadziste dachy, gont
nawet nad wysokim sąsiadem
tam gdzie dymi jego głowa. Dopiero tli się
z główki jego syna. Nie nadąża biedaczek
za krokami ojca, podziwia dorosłość,
próbuje nawet naśladować. Obaj
jakby zadawali sobie odpowiedzi bez pytań

Domy i tak są największe. I tak. Milczące
jak moje golenie. Jak moja brzytwa
rodzą niepokój swoim wyglądem, krzywdzą

Przechodzę w rzeczywistość.
Zawijam rękę w białą, podartą koszulę,
musiałem się wcześniej skaleczyć.
Jakieś szkice, rysunki na podłodze,
niebotyczne domy przylegają do kartek.
Nie są już takie przerażające, są moje[/lewo]


* * *

wiersz Marcina Warneckiego: 'błędne koło i krzyż'

I

[lewo]To racjonalne. Racjonalne jest szanowanie wrogów,
mycie rąk zaraz po przetarciu twarzy.
Tak w ramach brzydzenia wybredzania bredzenia.
Najlepiej to pokazać, być publicznie, szanować.
Znowu szanować, znowu pytać
czy mył Pan dziś ręce? moje ręce?
czy zatem może Pan przetrzeć mi twarz?

Brakuje mi walki w błocie. Zbiorowej,
tak bardzo naturalnej, sadystycznej.
Chcę zwierzęcości. Ujednolicenia ciał,
ogrzewania poprzez ocieranie, spalenia.
Logika kombinatorów odpada,
tak mówi mój lekarz, moja sprawa.
Wracajmy do szałasów, do siebie[/lewo]

II

[lewo]Płakałem po pomoc. Wszyscy spali a ja
jakbym szukał soczewki na dywanie.
Co z tego. Byłem ubrany na retro.
Roztrzepany tak bardzo nowocześnie,
napisałem o tym. Co z tego.
Straciłem ręce, zęby, włosy. Coraz lepiej, coraz
Płacz po pomoc. Panie Morrison, płacz Pan dla mnie[/lewo]

III

[lewo]Wejdź mi w drogę. Jestem jak defekt.
Wykrwawię się na twoją śmierć. jestem jak defekt,
może jak detal. Może jak papież
pozdrawiam wszystkich polaków,
śmieję się do rana, mam fajną czapkę, mam.

Chodźmy już w drogę. Przejęzyczać ulice,
defekty, detale, domy z wesołymi rodzinami.

Chodźmy żeby być jak papież.
Zamieszkamy przy ulicy detalicznej. Powiedzmy

Później będziemy czytać, na głos.
Pić własne wino. Upijać się jak świnie,
kwiczeć do siebie, dedykować, recytować.
Wszystko w bezokoliczniku. Powiedzmy
No Panie Morrison, krzycz Pan głośniej[/lewo]



* * *

wiersz Grześka Kubacha:

[lewo]Prawie uduszony. I szukam nacięć gdzie powietrze,
szukam nacięć. Ale powietrze może być zatrute?
no może, może. Więc wątpię jak cholera,
jak trzeba, jak inni. Powątpiewam.
Prawie uduszony mówią, nazwali mnie.

Folia brzmi inaczej zimą. Szorstko,
bardziej bezpośrednio, albo słyszę lepiej.

Uduszony prawie. Znalazłem warzywa,
Ktoś posadził - zjem. Później będę użyźniał,
użyźnię, będę użyźniany, użyźnialny[/lewo]


* * *

Grzegorz Kubach:

[lewo]Powiesić się jak ręcznik, jak szmata.
Powoli schnąć. Powiesić się na rękach,
przy łokciach związać sznurami. Schnąć
jak najwolniej, ciszej, coraz bardziej

i wreszcie być o wszystkim. Tak zostać, wisieć.
Czekać aż ktoś powie:
Pan to wisi o wszystkim i o niczym.
Taki cwaniaczek z Pana,
taki złodziej we własnym domu[/lewo]


* * *

Grzegorz Kubach:

[lewo]Przyszła myśl. Jak przyszła to i pójdzie,
czekam cierpliwie jak zmarnowany dziadyga,
przykładny frustrat, weteran takich sytuacji.

Zachowuję pozór. Na początek jeden,
później całe stado pozorów,
wreszcie saldo, rozliczenie za każdy pozór.

Myśl czeka ze mną. Stoi.
Przez cały ten blichtr tracę kontrolę, krzyknę

[b]no daj się skojarzyć! nie stój tak![/b][/lewo]


* * *

wszystko one size

[lewo]Raczej. Raczej było kilka osób wokół,
Nie byłem sam, albo: nie byłem.
Tak w skrócie, streszczając:

Plantacja skojarzeń. Ty wracająca do domu.
Dobrze wyglądasz, najlepiej, bez przesady
bo po co. Czerpię z tego. Czepiam się
ostatniej ratunkowej fali.

Masz fragment stracenia. Bo tylko
fragmenty ze mnie, takie łachy
w całości. Teraz już twoje łachy,
oddałem się jak dzikie zwierzę,
oddałem się w ręce pułapek

gry słów[/lewo]



* * *

Grzegorz Kubach:

[lewo]Sąsiadujące kolonie. Zaginione, zapuszczone
przez prozac, oddalone od psychozy,
od głównych żył. Tylko moje.
Pluszowi ludzie
będą się przytulać na moich oczach
jeszcze jakiś czas. Jeszcze jakiś czas
będę wytykał palcami, nie wierzył,
mało wierzył. Wreszcie zacznę się jąkać,
może zdobędę pluszowy tytuł, plakietkę,
jakiś podpis, napis, wypis szpitalny,
może więcej. Może przyjdzie mi umrzeć staro,
być jak krążownik po czyjejś jaźni[/lewo]


* * *

Krzysztof Lewandowski:

[lewo]Jestem oparciem starego muru
który głośno skrzypi gdy jeszcze bardziej
wycieram flanelową koszulę w kraty, albo może:
miejscami załatane jeansy szemrają
krusząc berlińskie cegły na proch do pieczenia słońca
Możesz mi towarzyszyć,
recytować o konfliktach na dalekim wschodzie
patrzeć na moje usta i wyśmiewać
pierwsze syndromy zespołu karpia, albo może:
widzieć suche wargi z białą mazią w kącikach.
Z pragnienia właśnie ciebie
zamorduję powiedzmy szyjką butelki
zawinę w obrus prababki Matyldy
sprzedam za dziesięć tysięcy dolców
jako pudełko z ludzkimi organami
żeby nie stać tak pod murem jak nieudacznik
bez oparcia będąc oparciem
właściwie za nic za nic[/lewo]


* * *

-

[lewo]Tornik wcale nie miał ochoty umierać.
Cierpiał typowo. Podczas powrotów z polowań
dochodził do wniosków. Rodził pobudki,
samobójcze zapędy - rozumiecie - młodzian jeszcze.
Dziwne te jego wizje, ale nóż-widelec prawdziwe:

[i]Fatygowane mięśnie nóg. Drgają końcówki palców.
Najpierw z mostu na krzyż. Później spadł z krzyża.
Fastrygi żylne wybałuszyły wszystkie egzemy skórne,
teraz szpetnie i nieprzyzwoicie. Można powiedzieć
jak najbardziej ludzki ten truposz. Już ludzki,
już dobrze wieczny samogwałcicielu, już po tobie.

Powieszą na tobie psy. Zdążą zanim zejdziesz,
postarają się jak najlepiej podmalować, ubrać,
przyłożyć kompres. Położyć twój kres.[/i]

Tornik myślał.

[i]Prawie nirwana tych rozciąganych mięśni.
Prawie nirwana końcówek palców, krzyża.
Prawie nirwana zmiany cery, stanu, konsystencji.[/i]
To taka wizja, metafora - może nawet 'metafor',
taki męski odpowiednik wg Tornika.[/lewo]


* * *

2. papier ścierny /pewnego rodzaju szkic/

[lewo]Wszyscy kumple na początek w płodowej wodzie,
gdzie skóra źle pachnie
gdzie lekarze dotykają dotykają szeleszczą.
Wreszcie gwałcą krzycząc 'dziecko', krzycząc 'ogień'.

Umyli ręce po wszystkim, po nich.
Kumple muszą przejść w siwizny. Oczywiście z czasem
najpierw odczekają kilka lat i zacznie się starzenie,
zasiłki, wypełnianie miejsca jak ulotka real.

Ale można wcześniej, po swojemu:

Ostateczny samosąd ma to do siebie że
nie można już żałować. Tak sobie pomyślałem
wszyscy kumple mają rozciągnięte rękawy,
przerwane stosunki, chorobowe zmiany.
Dochodzi krzywizna podskórna. Liszaje, paszkwilia,
podziurawione głowy, rozdwojone dni.

Wszyscy kumple umierają. Bez zastanowienia,
rzucają się z tego wszystkiego na mój papier
i jest epilepsja, lament w naszych głosach.

Każdy kumpel rozciąga rękaw wokół szyi,
udaje że zimno, że taka moda na autentyzm,
naturalizm. W ciągu, podczas schodzenia
trudno o świadomość[/lewo]


* * *

pacynik, pacyniczka

twierdzisz że coś oznaczam. przecież tylko
zwisam, przesadzam gdy ścieka ze mnie pot
stróżkami nędzy skórnej. między grudkami.
zmyślam. umiem wypalać język i jeśli to coś znaczy
to tylko ból, tylko zmyślony, tylko mój.

zmyślny ten ból - znowu stwierdzasz. mówię,
właściwie parskam ale twierdzisz wtedy częściej.
Pan potrafi najlepiej - mówisz - Pan potrafi.


* * *

gnojki

wszędzie tylko żele do twarzy, do likwidacji
pryszczów, wyprysków, wągrów. i jeszcze tuby
z maścią na hemoroidy, na parszywe wrzody.
nieco później laserowe wypalanie brodawek
na siłę, bo inaczej nie schodzą

i dopiero jesteśmy cholernie brudni.
w skrócie:
cholernicy na wystawach zaginionego piękna


* * *

przedmiot, podmiot

[lewo]Zostawił tylko koszulę:
wisiała z omdlałymi rękawami na kaloryferze.
Właściwie to zwisała -
i może była nawet całym kosmosem tej chwili,
trudno powiedzieć. Anka po dwóch kieliszkach
chwyciła flanelowy materiał, gładziła kratkowy wzór
tak długo aż zmechaciła sobie ręce.

Trudno w takiej chwili separować dźwięki.
Wszystko jedno, więcej:
jest się wtedy skomplikowanym podziałem na całości,
które można nazwać samodzielnymi osobowościami.
Boli wielość, trzeba szybko sięgnąć po apteczkę
- ostatniej już - pomocy.

Anka po sześciu kieliszkach jest zupełnie inna,
można powiedzieć: ma więcej interpretacji,
więcej kobiet w sobie, mężczyzn też przybywa,
ale mężczyzna nie jest tak bardzo istotny jak
- chociażby - koszula po nim.

Na podłodze leżało kilka pionków,
królowa, król - trochę mniej obecny.
W szachownicy była reszta.
Reszta z wielości tej cholernie intelektualnej gry.

Anka rozłożyła czarne i białe, zaczęła grać.[/lewo]


* * *

akt zgonu ciotki Heleny

[lewo]Ubieraliśmy Helenę, prawie już martwą.
Ojciec zawijał jej nogi w folię po czekoladach.
Trudno uwierzyć, trwało to zaledwie kwadrans
a zdążyliśmy ustawić wokół krzesła.
I było już spokojnie. Złożyliśmy ręce,
oparliśmy Helenę o telewizor, czekaliśmy.
Głowa osunęła się włączając odbiornik,
szum programu zero, nerwowy kaszel rodziny,
nie wiadomo co zrobić, jak zachować powagę.

Specyficzny to rodzaj płynu
z ust naszej kochanej pół-denatki
widziałem krople spływające z nosa
na usta, w dół, tam do brudu.
Widziałem krople

Rozbieraliśmy Helenę.

Przypadkiem dotknąłem sutka
sflaczałej piersi. Ciało było w kroplach,
ale wszystko lepiło się jak cholera.
Cały wieczór myłem ręce szarym już mydłem.[/lewo]


* * *

ruchomość

[lewo]Potrafię dobrze kłamać. Skreślone moje słowa
gdy bywają prawdziwe. Gdy bywają w taki sposób
nie są wcale moje. Moje tylko oszukują, krzyczą
ale nie do ciebie. Do ciebie milczę.

berlin dymi na nasz dom - myślę, cholernie dymi
karolina, wiesz?! - może uchyl lufcik, niech wleci.

Niech wleci, będzie łatwiej kłamać milcząc tylko,
to niezła sztuka. Całkiem niezła. [/lewo]


* * *

jeśli

chciałem popaść w jakąś skrajność, zapaść się bez pamięci,
na przykład wiedzieć wszystko. Tylko: jak to osiągnąć?
pomyślałem: gorące tak bardzo, że aż zimne, głupie do stopnia mądrości,
jeśli nie będę wiedział zupełnie nic będę jednocześnie najmądrzejszy.
Ale co dalej? - jak dojść do całkowitej niewiedzy - zapomnieć?
nie mieć pojęcia dokąd iść ale też nie wiedzieć skąd się jest
i skąd właściwie ta myśl? No właśnie: skąd?


* * *

obróciłem się w siebie żeby być i nie-być

przez chwilę bliżej niż twoja skóra
pod powiekami jest coraz mniej miejsca

nasza obecność jak nigdy
więcej


[i]być człowiekiem z dziurawego snu[/i]


szczelnie zamurowane okna
żarówka nie chce być słońcem

pod sufitem głośne istnienie próżni
wrzaskiem ucieka oddech


[i]na szczęście skończył się wiersz[/i]


* * *

Napisany w pracy pierwszy

[lewo]drobniaki. Takie tylko drobiazgi, powiedzmy:
skruszone kawałki tandety wokół doniczki, tandeta była żywa
nie podlewałem tandety. Tandeta przestała rosnąć.
A na podłodze? Na podłodze na przykład nadgniła stopa żony
albo ogon psa, nie chciał podać łapy, przestał rosnąć.

drobniaki. Wszystkie drobiazgi maleją
streszczam się razem z nimi
może troche przesadzam żeby zwrócić uwagę
ale staram się jak najkrócej pisać o sobie
umierać w każdym cholernym tekście, być katastrofą
bo tak już się przyjęło. Może się przyzwyczaiłem
albo wszystkie te drobniaki, drobiazgi
przyzwyczaiły się do mnie[/lewo]


* * *

napisany w pracy drugi

[lewo]bądź moją wodą. Bądź każdym płynem ustrojowym,
czasami nastrojowym. Też będę - postaram się być,
żeby zajść z tobą w reakcję: wykorzystać i być wykorzystanym.
Więc gwałć, mieszaj się ze mną tracąc świadomość,
tracąc z czasem płynność, będziemy ciałem stałym:
ciałem ustrojowym, prostym ustrojem.
Wtedy będzie inaczej, wiesz? Nie będzie kropelkowania,
zacieków, parowania. Będziemy tylko stygnąć
i tak już do końca: gubić właściwości, zdobywać nowe,
przejęzyczać stare

bądź moją spermą, albo inaczej: bądź mi spermą.
Przychodź czasami, możesz nawet zaskoczyć w nocy[/lewo]




* * *

czekając na zmianę

[lewo]Płot wygląda jak dzikie zwierzę.
Na grzbiecie nosi mokre szmaty zaprasowanych sprzątaczek.
Z ciekawości wychylił się z wózka gdy furtka zaskrzypiała uroczyście.
Jego córka przeciera policzek. Ledwo ją poznał.
Chorując na kolejnego papierosa - szuka z nią właściwych słów
żeby zgodnie opisać pogodę

ale wcześniej znajduje go reumatyzm
a ona poszła gdzieś w milczenie. Patrzą teraz na zmianę[/lewo]


* * *

gruchot 1 (aukcja grzecznościowa)

Mała miejscowość, drobnostka. Takie retro
jeśli chodzi o stylistykę. Ludzie są brązowi, brudni,
ludzie mają podobne głowy, jednakowe płaszcze.
Ale dobrze, że są. Przygryzają fajki, mówią.
Naprawdę bardzo dużo mówią
często do siebie i wszystko takie brudne.
Ale dobrze, że mówią, dobrze, że są.
Główna uliczka: jałowa, tak bardzo ludzka,
brudna w ramach artyzmu. Podobno warto tu zaistnieć,
chociażby dla eksperymentu albo zaspokojenia ciekawości

Spiczaste kości policzkowe. Takie dwie kolumny twarzy
o ktore można pociąć ręce, naznaczyć cienki naskórek,
krwawić. Ale dobrze, że jestem - będę tak powtarzał
do jutrzejszego kaca, w nieskończoność mojej starości





* * *

Wysokie bramy

[lewo]Czternaście stopni na minusie. Załamane światła, gołąb opuszcza kontener
Zapach zgnilizny, torebki foliowe zwilżone płynem fermentacji, kompotem resztek.
Jestem z gliny. Zdeformowany godziną za dwadzieścia trzecia, czytający cień.
Udaję, że widzę co powinienem, że robię niby swoje. Podnoszę kiepa.
Wydłubałem go z ziemi, w myśl anemii trwało to dobrą chwilę.
Oglądam zdobycz z każdej strony. Zaciągam się dwa razy, trzeci nie jest pełny.

Ten niedopałek był dziełem mojej osobistej sztuki, jednorazowej wypowiedzi -
mówię jakby do filtra

i zaczyna się. Pod paznokieć wchodzi kawałek lodu.
Pocę się na zimno, zbieram szkła z połamanych świateł. [/lewo]


* * *

z tego cyklu krzyżyków zamiast tytułu

[lewo]Biegłem przez całe miasto do dobrego kolegi
Wrócił zza granicy i miał zaropiałe oczy
Po drodze rozciąłem sobie wargę
przekleństwami cicho zdenerwowanymi na zatory żylastych ulic
W jego domu śmierdziało zepsutym mięsem ryb
zacieki po spermie suszyły się na ścianach
prawdziwa sztuka miłości
Odsłaniałem jego spojrzenie wilgotną chusteczką
Materiał stopniowo robił się twardy Wszystko przez brud dokonany
Gdy doszedłem do siebie było już późno
Prawie za późno [/lewo]


* * *

z tego cyklu krzyżyków zamiast tytułu 2

[lewo]Zgubnymi skrótami w stronę odnalezienia drogi
Na twarzach ludzi odbite pierwsze strony gazet
Jesienne wręcz lato bo wszyscy osiadają wierszami
Owady mają dobrze - coraz bardziej intensywny zapach
Suche wyrazy wypełnia płacz Dentyści wyrywają zgrzytające zęby
Mam dość środowisk wodnych Dotykam najmocniej tramwaju [/lewo]


* * *

nowy akt tekstowy

[lewo]Części ciał w kokonach z papieru toaletowego
siłą rzeczy: podłoże jest szare
wokół ponad 100letniego dziada-kamienia;
Głazowy Dziadzio do dna wbity w mokradło
jest tu oficjalnym królem; podobno widzi wszystko - -
Na pewno wzrusza cmentarz zabawek niemowląt
które popełniły samobójstwo;
górują głowy słodkich lalek; ociekające plastikową mazią
fabryczne uśmiechy made in whatever;
Krzywy Mark pilnuje tu porządku; codziennie odsmaża
żonę z poprzedniego dnia; macho na królewskim dworze
Tylko tutaj - w specjalnych pojemnikach na śniadanie -
można zestarzeć się po kilku kęsach wrzodów żołądkowych;
wszystko za pięć dwunasta
Jest sanepid; higieniczne panie mają cienkie palce
które sięgają do ziemi; trzepoczą paznokciami =
dym z lakieru kopci ostatnią naturę
później zdzierają skóry z martwych ssaków;
czasami słychać szelest czyjegoś błagania o litość:
to niedobitki mięsa pozwane na zwłoki,
może suche drzewa skazane na krzesła szurają o niebo;
Wychylam głowę z szafy; chyba wszyscy już poszli.
Krzywy Mark bierze mnie od tyłu,
z radości truchleją jego brudne członki
zaczynam drżeć, obijany kijem tracę zęby
zręczny pająk Mark zawija mnie w srebrną folię,
słyszę jak otwiera karton z podpałką do grilla - - [/lewo]


* * *

z tego cyklu krzyżyków zamiast tytułu

[lewo]
Budowałem wielką Wierzę z zapałek. Czas upływał czasami.
Kiedy wreszcie skończyłem - postanowiłem, że umieszczę w środku
jakiegoś zapałkowego ludzika i sam wkrótce się tam wprowadzę.
Wieczorem spakowałem walizki i postanowiłem, że rano wejdę do Wierzy.
Noc była duszna, przez sen wyrzucałem z siebie niedopałki myśli.
Jedna mała iskra otarła się o zapach siarki.

samozapłon[/lewo]


* * *

napisany w pracy kolejny

I

[lewo]czy wiesz jak wygląda człowiek
trzyma się za rękę, próbuje powstrzymać, gra
widocznie szuka, szpera
wynika z siebie

"jestem?" "czy.." - nie skończy
i możesz próbować go narysować
albo kończyć za niego, dopowiadać
możesz pisać, malować[/lewo]

II

[lewo]droga trzydziesta piąta
trzydziesta piąta - bo tak, symfonia dźwięków
adoptuje to co bliskie, ten ludzki pizdryk

próżnia kieszeni gdzie bezpieczne ręce bezmyślne
próżnia słowa gdzie jego usta suszone pękające
próżnia moja gdy starałem się opisać

- zmieszczę cię w prozie mój z wyobraźni, zmieszczę - mówię
- ...
- albo obraz - cały, na ścianę.. albo obraz..
- ...

już wiem, że zdechniemy tutaj próbując sobie wyobrazić siebie, już wiem
już wiem, już wiem, już wiem - powtarzam do trzeciej w nocy
do trzeciej - bo tak [/lewo]


* * *

dziurawce

[lewo]na strychu dzieci w dywanach -
słońce zmieściło się w dziurce od klucza

matka umiera na płacz

w chmurach rumienią się głowy
dziurawce myją ręce w śmierci

napiszę inny wiersz[/lewo]


* * *

Kotwa do dużych obciążeń

wejście

[lewo]Zakład produkujący śruby.
Fascynacja. Nakrętki, zawory, pisarze.
Kraty na drzwiach do klatki schodowej, stalowe blokady,
taśmy informacyjne, znaki. We wszystko wchodzi rdza. Zapach wczoraj
chłód brunatnej blachy - jak nowoczesna rzeźba, kradzież techniki.
Efekty dźwiękowe, ścieranie bosych stóp o beton, zacieranie śladów.[/lewo]

natura

[lewo]Korytarze jaskiniowe,
ścianki tej wielkiej macicy technokracji są ciepłe.
Rury, cały las gałęzi kanalizacyjnych, ściółka uryny.
Rozchylone budynki, przeciążenie grawitacji, odwrót.
Wszystko w jednym, kulawa muza na pustych obrazach.
Wiszą krzywo. Obliczam kąt w którym spoczywam

Dzwoni telefon, urywa się wisielec, zrezygnowany.
Z kaloryferów syczy, za rogiem kupię ciszę, bez reszty,
tym razem bez końca.[/lewo]


* * *

Wizja dzisiejsza - czekam aż nawiedzi mnie koniec...

[lewo]Miesiąc marzec, druga dekada. Dychotomia tej myśli o czasie.
Jednorazowe kubki, paskudne odciski twarzy w brudzie. Różne wyrazy,
arytmia mimiczna, znowu pojęciologia, kombinatoryka
[i]przestań[/i] - mówię

Grube kolumny trzymają dalekie niebo. Jest ich kilkanaście,
rozmiar pomieszczenia nie pozwala myśleć. Szklisty to salon strzelisty.
Ubrania, szmaty, arystokratyczny syf markowych materiałów.
Dwie sylwetki. Ich wspólna koordynacja, podobna konsystencja
przeraża, odstrasza - tak, chyba tańczą.
Na głowie mają stożkowe czapki, kręgi na ciałach,
wycięte narzędziami kształty, formy, określenia
[i]przestań[/i] - mówię

__________
ciąg dalszy spiszę później[/lewo]


* * *

/czternasta trzydzieści osiem. bez zmian/ fragm.

[lewo]Dwadzieścia jeden razy powtórzyłem własne imię.
Brak reakcji. brak pulsu, przepływu.
Zapchany nos. Suche skrzepy blokują powietrze przychodzące,
wychodzące śmierdzi, powoduje odruch wymiotny, stawia na nogi.

Stwardnienie rozsiane. Czekam na pierwsze plony, czekam
na krześle obok łóżka, pościeliłem wczoraj. łeb w łeb.
Ach tak! robi się ciekawie podczas tej fragmentacji.
Jest niecierpliwy, ten we mnie, jest pobudzony.
Przystępuję do niego, krew w krew.

Pięć minut do piętnastej. Są pierwsze zmiany,
mówię do tego w środku, nazywa się Baloniwy,
poprzedni mój kochanek schował się za szafą[/lewo]


* * *

Mimifikacja ostatnich życzeń i...

[lewo]moja babka.
Nie przeżyła wypadku dzisiejszego wieczoru.
Sztywnieją żyły, zdaje się że nawet splatają
rozdwojone końcówki z których krew
drobinki pleśni ze ścianek.
Od widoku odzwyczajam najpierw prawe oko
słabiej widzę lewym które jest od wyobraźni
(dopowiada opis tego co nieznane)
Najpierw uderzają jej zwłoki tak bardzo mocno
że martwa babka chce jeszcze więcej
widać to po układzie mimicznym twarzy.
Wreszcie szukają największych zmarszczek
żeby wkleić krem wygładzający cały obraz.
Gdy moja babka już w ramach czegoś - zakładam okular,
chcę ocenić pracę współczesnych balsamiarzy.
Powtarzam idąc schodami
nie jestem pisarzem, [b]nie jestem pisarzem[/b]
(z czego jeden schodek to jedna taka fraza) [/lewo]


* * *

Oslo in pictures (moje ostatnie wystąpienie)

[lewo]Dziewczyny na parkingach Museet for Samtidskunst, ach te dziewczyny.
Podstarzałe prostytutki, zwapniałe jak mój drewniany słonik
skradziony na ulicznym targu wschodniej części centrum, pobojowisku
gdzie wszystko jest wymyślone, mało prawdopodobne
a słonik jest już spleśniały, zamiast szczęścia smród spalenizny
w stylu przesadnie rozpalonych ryb na grillowiskach domków jednorodzinnych
w okolicach pałacu królewskiego, albo spermy 30letniego sąsiada -
- wciąż prawiczka - strasznie zgnębionego nową odmianą depresji,
gdyż pewnej nocy okazało się, że jego żona jest w ciąży
z powszechnie znanym mulatem - sprzedawcą zabawek dla kobiet w potrzebie,
w skrócie: [i]dołujące, no nie?[/i]
Chwilę później widziałem te prostytutki w chmurnej pomarańczy -
odbijała się w jednym z komercyjnych jezior Oslo, pomarszczone to niebo,
ach, jak bardzo pomarszczone i tak bardzo specyficzne -
podobne do cellulitowej pupeczki żony dobrego przyjaciela -
zresztą ojca tego mulata o którym wspomniałem wcześniej.
Wracając do starych, ale jarych dziwek z dobrym gustem -
(bo popijały kawę z firmowych kubeczków do zaparzania ziół)
nie potrafię wymienić ich imion tak jak kiedyś na egzaminie z medycyny
zatkało mnie podczas odpowiadania na pytanie o czynniki ryzyka miażdżycy,
po trzydziestu minutach wpatrywania się w ich wizerunek,
twarze zaczęły falować tak bardzo, że zdumiony rozlałem resztki
z butelki wódki (przywiezionej aż z Moskwy) i
przypomniałem sobie o moim znajomym rybaku -
wpadł w czarną dziurę, zaginął ale nie wiem dokładnie gdzie,
zgubiłem jego ślad daleko od centrum
między wiejskimi chatami łowców zwierząt, przydrożnych sprzedawców owoców
a przecież szliśmy tu razem taki kawał drogi rozmawiając o życiu.
W każdym razie takim zbiegiem okoliczności trafiłem na cmentarz
jakieś trzy kilometry od mojego domu - wykopałem mały dołek -
dosłownie kilka ruchów szpadelkiem dla dzieci
(tak żeby zmieścić pudełeczko wypełnione rzeczami z Oslo: miałem tam
prostytutki, sporą część muzeum, parking, butelkę czystej z Rosji)
i trafiłem na zwłoki jezusa, który profilaktycznie zapytał czy się modlę
odwróciłem głowę udając, że nic nie słyszę i przykryłem wszystko ziemią,
która miała konsystencję herbacianych fusów -
podobnych do tych jakimi wywróżyłem sobie bardzo głośne brawa
tej pijackiej nocy podczas mojego nieudanego odczytu w le madame [/lewo]


* * *

Wizja - gdy usłyszałem o swojej chujowości i naszła mnie świadomość

[prawo][i]życie dla życia
(powiedziałaś reasumując mój byt)[/i][/prawo]

[lewo]Parter. Młode ptaki odkrywają skrzydła, widzisz?
Pianino w salonie. Chude, długie palce. Pierwsze dźwięki
pierwsza cisza tak bardzo słyszalna między żółcią klawiszy
a odgłosami przypadków za oknem. Chwilę później
ptaki odrywają skrzydła. Wchodzi Zofia,
jej córka przestaje grać, patrzy w matkę
ta stwierdza: to sztuka dla sztuki - nie chcę słuchać
wychodzi gdy córka zaczyna lament
dopiero teraz zacznie się prawdziwy koncert
dopiero teraz Zofia może uciec z wyobraźni pianistki[/lewo]


* * *

improwizacja

- Kupiłem kozę. Jest piękna, przywiozę jutro, zobaczysz. Teraz projektuję miasto,
nie mam czasu, ale jutro możemy obejrzeć film.
Jak przed blokiem - na tarasie - fruwają ulotki, mieszają się (jak na dnie garnka, no nie?...)
może to taniec, tango albo niech będzie, że coś egzotycznego. Możemy też spojrzeć w górę,
na siódmym będą jakieś gołębie, które też patrzą w dół, ale już poziom wyżej od nas,
bo potrafią latać. Zresztą z ich piętra widać jeszcze więcej, więcej trzeba myśleć.
Lepiej zostać na tym szóstym, gdzie wystarczy, że jesteś i mój świat bliski jest
ogółu?


* * *

mój początek - dla J.Y.

[lewo]Na drzewa przed szkołą wchodziły liście. Ale najpierw był chłód,
mocno wiało w prawe ucho, kłuje do dziś. Czarne już skrzynki,
w których wszystkie moje notatki z dedykacją. inedita.
I moja retro-marynarka, marskość, bóle brzucha od led zeppelin,
deep purple, od siebie. I wreszcie: te krzywe drzewa
od których przyjaciele zaczynali mnie opisywać

koniec był pod jednym z płotów
kiedy zamykałem cały ten świat w pierwszej książce[/lewo]


* * *

infekcja dróg domowych

[lewo]Moja protezownia. Szemrający adapter w świetlicy, kroki.
Burdel na kółkach, dzisiaj zwolnił - pewnie to ciśnienie.
Burdel skołowany. Dziury zasłon gdzie widać moje zapomnienie,
powiedzmy sobie - zastanowienie mojej kurwy nędzy.
Stukot schodów, infantylny zapach spalin po nocnej ulewie
londyńskie parasole ozdobą pocztówkowych perspektyw.
Jasna cholera czwartej godziny bez poczucia czasu.
W mojej protezowni ciasno. Jak w szafie.
łączę się z hurtownią, pytam czy są nowi ludzie [/lewo]


* * *

tryper Wenus (samogwałty literackie)

[lewo] Zastanawia mnie jak to się dzieje. Albo: co muszę zrobić żeby wywołać taki obraz, bo chciałbym tak na spokojnie, w zwolnionym tempie patrzeć na wszystko, opisywać bardzo dokładnie. Nie mogę. Jest spontanicznie i zawsze jestem zaskoczony.
Pomieszczenie szpitalne, czuć nawet zapach sterylności. Sala sekcyjna, dużo białych barw - takich rozmazanych, jaskrawych - które zachodzą wolno czernią. Robi się jak w ciemni, tak jakby pomieszczenie było z papieru i wolno zatracało się w płomieniach. Pojawiają się pierwsze kształty, wyraźne krzesło z bardzo długimi goleniami z drewna - rzucają odstraszający cień - światło krzyżowe, z kilku stron. Zapisuję:

[i]...Prosektorium. Na tronie chłopiec z paraliżem. Blondyn.
Oczy spuchnięte do ciemności. Rusza się jakby atakowały go owady...[/i]

Włosy tego chłopczyka bardzo wyraźne gdy wszędzie ciemność i cienkie wiązki świateł. Bardzo specyficzne jego ruchy - przerażają mnie, muszę oderwać wzrok trochę zniesmaczony, na pewno też zniechęcony.

[i]...Dźwięk odpinania zamków błyskawicznych. Rój.
Worki ułożone w rzędach. Worki ułożone w rzędach
Na ziemi, z jednego z nich wychyla się postać. Kobieta.
Ma rażąco sine piersi. Widać ją do pasa, obmacuje swoje nagie ciało.
Jakby dobierała odpowiednie do sytuacji ruchy...[/i]

Powtarzam zdanie z workami. Wcześniej nie były widoczne, teraz widzę jak unosi się kurz, sakwojaże na zwłoki, może sakpalta - luźnie, szerokie. Na pewno...

[i]...Chłopiec z paraliżem próbuje naśladować,
spada na posłanie zaworkowanych ciał.
Wszyscy wstają na baczność

Kobieta wspina się na tron... [/i]

Jest przy tym bardzo zmysłowa, przed chwilą była obrzydliwa. Rusza się jak kot, wspina się wbijając paznokcie w drewniane nogi, drzazgi pył


* * *

wszystko wokół jest w ciąży, wszystko zaraz urodzi (fragm.)

[prawo][i]Sojanowi[/i][/prawo]


[lewo]1
horyzont to roznegliżowane sny Sylvii Plath,
Sieniewicz i jego prababka albo japońska wioska Wilengowskiej;
zresztą zdecyduję później

okiennice. stare, całe w drzazgach. jak przymknę
samochody są świetlikami, nakręceni spacerowicze
to takie paprochy, którymi steruje wiatr - -

świeże powietrze: pewnego rodzaju jazz. ma to do siebie,
że zamyka mnie w sobie i wszysko wokół jest w ciąży
wszystko zaraz urodzi. flirtuję z firanką?
a w związku
to jestem chyba z kocem


2
nierówności stołu przekomarzają się z doskonałością,
ale jestem tylko mężczyzną
nie wiem jak to opisać, może znajdę w słowniku doznań obcych

kto by pomyślał, że to dopiero próba mikrofonu,
teraz Ty Jacek[/lewo]


* * *

Fiolet ziemi, czas obecny

[lewo]a drzewa wiercą się, wiją; Nie pozwolą ogłuchnąć w tej próżni
gdzie metalowe liście są żyletkami; Przenoszą brzdęki, choroby
gdy kradnę zapachy z ogrodu, który wisi gdzieś na wietrze; Naturę kradnę
i pewnie to tutaj krzyżują się moje plany, taki plac na rozdrożu; Myślę
naliczyłem już dwadzieścia cztery ciężkie, przemoknięte
kroki, moje imaginery, przeciwsłoneczne opaski, bulwary
stoickie przystanki pamflecistów; uciekinierzy z was
ludzie, uciekinierzy; a elektrownie wokół miasta ryczą
moje wiersze; Myślę [/lewo]


* * *

old town M.

[lewo]Prawie dzień
Tylko opadły ręce nieba na zachód stąd;

Tutaj suchy kosmos, ślepy
Na czerwone kawałki głów tulipanów
Na swąd kościstych rusztowań człowieka

Płonące mieszkania zimą
Wściekłe psy, które wyją po mnie[/lewo]


* * *

[lewo]szwaczki[/lewo]

[lewo]są takie siwe; szeleszczą jak gazety
zmęczone, biedne takie

na ścianach głowy zwierząt, skrzypiący nietoperz
tutejszy rekwizyt z muzeum retro

też wersalki i pstrokate nakrycia, koce
kapelusze, które zabrał komuś wiatr

a gdzieś tam pod tapetą
coraz większa dziura

pęknie ten świat[/lewo]


* * *

zespół cech biologicznych u kobiet i mężczyzn działających pobudzająco na zmysły

[lewo]zużyta dziewczyna, ta kurwa śliczna
co opiera się o szafę i mówi, że
zaraz wyjdą trupki
zjedzą nas

a ja znalazłem taki mały guziczek
nie słucham

obracam guziczkiem, zaciskam w dłoni,
mój guziczek, mój[/lewo]


* * *

Są wioski kontemplacyjne;

[lewo]
Człowiek jest tam bryłą doznań,
urozmaiconym kawałkiem cennego kamienia w którymś z naczyń
zgromadzonych w wielkich piwnicach-bibliotekach
gdzie każdy mieszkaniec patrzy na wnętrze innego żeby zrozumieć;
Tymczasem jestem tylko gąbką, która chłonie ciężar obcej mi wody i
poprzez proces schnięcia coraz bardziej akceptuję; Jestem suchy,
zbieram wycinki gazet, z różnych wyrazów tworzę zdania, nazwiesz moimi;
Wioski kontemplacyjne czekają; Urosną w psychodeliczne miasta zen zanim ucieknę;
Będę płakał nad powszechnością tych miejsc[/lewo]


* * *

fotografika

[lewo]w Pętli stoi czas;
z ucha umierającego fotografa umierający robak -

na ławce starszyzny dudni błahe milczenie;
zmarszczona gardziel, w przełyku wielka ćma

w oczach ciemnia [/lewo]


* * *

ur.

[lewo]Mój pradziad Wiktor zaczyna się golić
Słyszę ostre pociągnięcia brzytwy
Nuci starą melodię, pamiętam z dzieciństwa
Chude palce żylastych rąk wcierają wodę kolońską w policzki -
Wtedy zapadają się jeszcze głębiej zarumienione

Zapachy odciągają mnie od krótkiej odmiany strachu
Przeszły mnie dreszcze tego wyjątkowego śniadania
Zagram happy birthday na skrzypcach - urodziny pradziada
Matka zrobiła wielki tort, na ciężkiej masie kawałki pomarańczy
na ciężkiej masie świeczki, ogień
stary dobry chichot[/lewo]


* * *

Bolonia moim zdaniem (fragm. pierwszy)

[lewo]Szorstkie twarze, podarte jeansy, fikuśne nakrycia głowy i
ten specyficzny swąd zadymionych ulic, kamienic, wież strachu,
przelotnych kobiet, które spadają z okolic słońca tylko na moment albo
patrzą jak sowy w podkrążonych oprawach kiczu. Tak między nami
atmosfera harlekinowa, czasami względna
(jak zestawienie trzepotania skrzydeł z trzepaniem dywanów)
wpływa na mnie bardzo dobrze, jestem wypoczęty,
słucham obcasów, wpadających w technorytm uderzeń chodnika,
mam ochotę położyć rękę na krawężniku, stworzyć symfonię
do wszystkich postukiwań dodać własne, współzdychać
razem z centrum miasta, które jest już spod pędzla -
płody spadły z drzew, były jak gąbki, które chłonęły wczorajszą jesień
w oczekiwaniu na hibernację - ostatnią dla nich porę, ja czekam
na otwarcie herbaciarni, na jakąś kobietę, wreszcie: na seans[/lewo]


* * *

parafrazując wołową dupę

spróbuję jeszcze innego klucza, ale
jeśli ten właściwy nie pasuje
to chyba tylko otchłań filozoficzna jest takim miejscem
gdzie będzie mi dobrze chociaż

nie lubię kombinatoryki, wzorów
wyimaginowanej doskonałości
przecież to codzienność
tylko w innych słowach, powszechność
tylko celowo interpretowana inaczej żeby

nie było nudno
i myślę, że nie będzie, bo przecież nihilizm
musi mieć sens
nawet jak kończy się na stryczku
musi mieć sens


* * *

kropelki o średnicy poniżej 0,5 mm, o szybkości spadania od 0,10 cm/s do 20 cm/s

[lewo]Zaraz po mżawce głaszczą ulice miotłami; te szmery, szepty
gdy głowa jest gniazdem owadów; siadam po turecku. Chory budda
z ostatnią kostką czekolady na języku, król ślimaków,
które walają się po rowach, przecierając wilgoć ścian domu.
Krótkie sny zbierają się do wyjścia. Mam bukiet dmuchawców,
słoneczny pył wisi w skwerze starówki, na próżno
symetryczne malunki kalejdoskopów niszczą rzeczywistość, i tak
przestałem wierzyć, że tu jestem. [/lewo]


* * *

planeta Heroinazen



[lewo]stary ogrodnik częstuje kaczki suchym chlebem
skrzypią inwalidzkie pojazdy
korzeń wielkiej chmury przebił na dobre ziemię horyzontu
nie będzie już raził ciężki makijaż słońca
za chwilę atmosferyczny lament przerwie każdą myśl
pętelki czasu
zacisną gardła błędników ludzkich = zgubionych spacerowiczów
woda przefarbuje wszystko na nieco ciemniejszy kolor
a w jeziorze ktoś namaluje wielki portret
tworząc przypadkowymi falami
kreśląc głuchym udzerzeniem kamienia
w środek bezbronnej tafli[/lewo]


* * *

[prawo]rdza[/prawo]

[lewo]Ostre kanty konstrukcyjne, szczątki atmosfery industrialnej
Liście przepłukane wczoraj burzą mienią się w nadętym słońcu
Są fioletowe jak podkrążone oczy pokrętnych humanoidów świeżej generacji
Sanitariusze znoszą z wieży zmarły zegar, będą reanimować czas
Dziadówy powłóczą z leniwymi kotami w obrożach ostrych ćwieków
Rdza wciska się nawet w sny, jednostajne przerywniki chłodnych nocy
Dzieci polują na ptaki żeby umieścić później w stalowych głodnikach
I patrzeć jak wolno zdycha metafora wolności, przenośnia wzlotu i upadku
Przeżarte strachem psy wyją, jak opętane wilkołaki starych filmów grozy
W oczodołach woda, wyparuje wtulona w mgłę między ulicami[/lewo]


* * *

[prawo]pisząc do białaczki[/prawo]



[lewo]staromodny kredens
kurz-matownik
samotność dębowego krzesła
rozciągnięta gałęzią pleśni ściennej
ostoja brudu skończonego
marnotrawne dźwięki butwiejącej podłogi
futerał na skrzypce
na okruszki ciszy
którą dławi się blady manekin
pisząc list
jego łysa głowa
przypomina trochę żarówkę
w pojedynkę walczy ze słońcem[/lewo]




* * *

Bezegość

[lewo]Czasami degraduję do postaci x
Jakby każdy odcień był tylko pochodną mojego cienia
Przyćmione ćmy Ludzie
Jest bulwarowość Stoickie gwoździe Moje ściany
Muzyka należy do nut
Wybijanie godzin
Dłonią w głowę którą podpiera myśl

Pozostaje wtedy tylko patrzeć

Wyglądać z pociągów autobusów samolotów
Które transportują między punktami
Próbować wyskoczyć oknami oczu
Spłynąć na siebie sobą
W taki sposób żeby uciec przed otoczeniem
Chowając się we własnej nie-fizyczności[/lewo]


* * *

Wszystko co moje

[lewo]Mam siebie na własność
Mogę przestać myśleć, zapomnieć imię
Jestem oszustem
Powtarzam podziwiając poranek nad schnącym jeziorem
Właściwie to już tylko pusty krater
Na dnie którego szkielety ryb, glina
Więc ślęczę nad zbiorowym grobem i czekam:
Późnym wieczorem zaniosę na najwyższą górę moje okno
Poszukam odpowiednich gestów
Żeby opisać szczyt możliwości milczącym roślinom
Których plantację mam teraz w głowie[/lewo]

[prawo][i](humanizacja - 2006)[/i][/prawo]


* * *

JL

[lewo]bardzo ładnie piszecie różne teksty/ podziwiam Was...
bez cynizmu, ironii itd, nie mam ochoty...

pomieszane zestawy układanek/ sny ślepca który nie widział nic od urodzenia
śmierć kogoś kto nigdy się nie narodził/ w pogoni za logiką
tracimy nadwrażliwość na rzecz prywatnych pogrążeń/ patetycznych odrodzeń/
wycieczki w prostotę mogą być zbawieniem/ każde nasze życie składa się z kawałków
stwierdziłem dziś po przeczytaniu listu od przyjaciółki/ martwię się o wszystko/ kurwa/
nic nie jest jasne/ jesteśmy zdjęciami w ciemni korporacji
wywołuje nas rodzic/ z pochwy prosto w szpony
socjopatycznej psychopatycznej jedynej ostatecznej
pięknej próżnością bogatej - to moje określenia rzeczywistości/ akurat teraz/
bóg daje najlepszy przykład wierzącym - nie istnieje
- wczoraj pomyślałem - i bliska mi osoba powiedziała, że to bez sensu

jestem twarzą z widokiem na życie/ kurwa/
chcę zobaczyć Waszą obojętność - czy jest prawdziwa?
ktoś widział moją/ boję się tego wszystkiego/ [/lewo]


* * *

kostropaty, smętki

[lewo]Mikroklimat zaczyna lament, płacze.
Martwe automobile w ulicznych korytarzach dawno padły ze zmęczenia,
ciężkie promenady odchodzą od głównych ulic (korkownia metalowych trupów).
Wszystko odsłania wieczorna insolacja, chropowate ciało nagiego księżyca.
Można znaleźć pustki, w knajpkach czynnych do późnych godzin,
na schodach ciemnych klatek, lepkich poręczy
tam gdzie niewidzialne zaczyna taniec. Metafizyka?
żyje w cieniu ostatniego przechodnia, rzuca malowniczy cień,
wszystko można odrysować ołówkiem, nawet jeśli będzie trwało wieczność
przerysować matnię, karuzelę nocnych bulwarów, pustych siedzeń
bez zasad
całą wieczność[/lewo]


* * *

strychowce, matniostany

[lewo]wdycham z trudem kalecząc lekko krtań - powietrze betonowe -
po gradzie, stłuczony witraż blasków w kałuży, znów przyniesie
ot, maleńkie szczęście, którym skarmić można podwórkowe wrony
w małych niszach zakątków miejsc, kolein losu, mrocznych wnętrz
wszystko ma swoje piękno, i tam gdzie warują w chwastach samotne kamienie
istnieją dobre smaki, przeciągi świstów łamania suchej martwej trawy,
leniwe przemieszczenia pozostawionych sobie stad dzikich zwierząt

przed wejściem w niebyt gałęzie były doskonałym drogowskazem dalszej drogi -
te moje skrętki właściwych ścieżek, mylnych wyborów prowadziły donikąd,
ale dawały wolny wybór, w skamielinach pustki znalazłem pałac - zostanę

zostanę jako ktoś nazwany sobą w miejscu doskonałym do kopulacji
z martwicą ciała natury, w głuszy wciąż zmiennego pojęcia ciszy,
wariat i badacz architektury umysłu poza wymiarem możliwości
[/lewo]


* * *

***(kochaina)

[lewo][i]1. na zewnątrz[/i]

W niedzielę miasto jakby łyse; kochaina spływa do studzienek, stróżkami przy krawężnikach
odmierza upływ strachu.

Są parki z klepsydrami zamiast drzew, gdzie piasek suszy szepczące gardła szaleńców -
na łańcuchach ciągną cienie?

Procesja przechodzi stłuczonym śródmieściem, stopy kaleczone chrząstkami płyt chodnikowych,
witraże krwawych łez ciała.

ale tak naprawdę tylko moje słońce ma jaskrę, płonie;
tylko mój świat torturowany milczeniem znajduje koniec
wszystko przecież będzie trwać w innych perspektywach

[i]2. wewnątrz[/i]

Tracę równowagę, spacerując wzdłuż kręgosłupa mostu łączącego półkule,
zabieram oddech atmosferze

Na ścianach mojej ciemni, retrospekcja pewnego razu, bukiet znalezionych ludzi
wiszą głowami do ziemi

Chłód wilgotnych desek podłogi, przeciąg między milionem zamkniętych nieszczelnie głosów
kiedy kochają mnie kruki i wrony

ale tak naprawdę tylko moje słońce ma jaskrę, płonie;
tylko mój świat torturowany milczeniem znajduje koniec
wszystko przecież będzie trwać w innych perspektywach[/lewo]


* * *

***(z ostatnich kopulacji)

[lewo]I. Wielki plac zabawkowych ludzi, cyrk.
Stare pryki ścigają się na dziecięcych rowerkach.
Komiczne są wywrotki tych, którym nogawki wkręciły się w łańcuch.
Ciężarnym pękają ramy, plastikowe siodełka.
Najciekawsze jest siedlisko twórców, w domu Lego,
pod ścisłym nadzorem stawiane są kolejne klocki,
na kruche szkieleciki naciągane piękne twarze z sylikonu,
wcześniej tworzywo skór rozgrzewane jest ogniem,
stylizowane odpowiednio na kowadle,
olbrzymim młotem, który stuka rytm techno
II. W przyziemnej warstwie powietrza
kołtuny post-współczesne przechodzą w błoto?
Brunatne ciała czołgają się bez koordynacji
kilku cwaniaków komentuje zaistniałą sytuację[/lewo]


* * *

Żując pasztet śniadania

[lewo]Jakoś po południu
Zgodnie z harmonogramem najnowszej Zagłady Świata
Autorstwa meksykańskiego jasnowidza o trudnym nazwisku
Rozpocznie się okres wypalania traw i
Po drugiej stronie mojego miejsca
Gdzie procesja zmierza ku zamkniętej przestrzeni
Nie będzie już wielu rodzajów ludzi
Tylko psy przekopywać będą ziemię
Głośno skowycząc, w poszukiwaniu właścicieli
W świetle jakże dołujących blasków sklepowego neonu
Ale teraz żując pasztet śniadania
Czytam o tym, że człowiek pochodzi od małpy i
Jest mi całkiem dobrze w roli produktu ewolucji
Potrafię akceptować byt takim jaki jest
Potrafię doskonale kłamać
Rozbić cienkie szkiełko kieszonkowego zegarka
Który jest materialną wartością przedstawiciela rasy ludzkiej i
Próbując przestawić otoczenie na czas retro
Być znowu wesołą, beztroską małpką która
Przekazuje tłumom swoje myśli mówiąc do banana[/lewo]


* * *

wschód powoli wymiera;

[lewo]mój bladziuchny dziadziunio
twierdzi że wschód powoli wymiera i
lada chwila mróz dotrze do każdego z nas
jakże obrazowe będą oszronione twarze
może nawet powstanie konserwatorium zmarłych
gdy współczesne show przestanie istnieć, bo
wszystko jest nijakie
chociaż łatwiej być żeńskim albo męskim
coraz więcej ostatnich miejsc
gdzie przestrzeń żwawo maleje
ale przecież są i tacy
którzy nie poddali się następowaniu
nie wiedzą chyba, że osowiały filozof
nigdy nie dorówna temu co kończy myśl na czas;
bladziuchny dziadziunio na osiemdziesiąte urodziny
dostał zestaw przyjaciół z porcelany
widzę jak przecedza w ustach
resztki miętowej herbaty
szczerze podziwiam styl jego umierania[/lewo]

[prawo][i]ostatni z cyklu[/i][/prawo]


* * *

Pan Rybak

[lewo]patrz jak egipski ogień
przechodzi zaraz obok próchniejących łodzi
przy brzegu, gdzie zuchwała woda podmywa błoto i
zaczyna się rybacka kolonia; daleko za miastem
Panie Rybak! Jest Pan chory jak kamień
kiedy wszystko wokół podlega metamorfozie
w ustach trzyma Pan źdźbło a oczy w kieszeni
piaskowcem suchego lądu, zostawiając ślad
jest Pan mistrzem świata tocząc się w kierunku wody
o świcie z myślą o ubiegłej zimie[/lewo]


* * *

iluminacja

[lewo]Poważne pęknięcia asfaltu
W połowie drogi tyka pneumatyczny młot
Osiedlowe urwisy już nie pęcznieją, teraz wyglądają jak drzewa
twardo wbite w ziemię - podziwiają azjatyckiego wyrobu narzędzia -
Słychać parskanie tych pieprzonych przemokniętych chmur
fetor wilgotnych ręczników wchodzi w wysoką temperaturę.
Ciasny, zaciśnięty uchwytem promieni poranek
przecina klinga miejscowego cienia
gdzie bukiety schnących gałęzi tworzą mroczny witraż -
to szkliwo osiedlowych okien zbiera w sobie rosę
(ile tu załamań pędzącego światła)[/lewo]


* * *

Parantele

[lewo]Synoptyczna farsa, zryw
zaraz za mostem struktury metalowej, wiadukt kolei i
grząskie błoto z kamieniami (chrzęszczą blisko szlaku) parowóz stoi.
Wiatr to lity nieprzyjaciel, ciągnie przewody zimna, przecina
lód, kałuże - kleksy nieczystości - migruje tworząc pokaźną mieliznę.

Piętnaście minut tego portretu w rzęsistej siąpaninie może być
przewodnikiem między wyobraźnią a rzeczywistością.
Pachnie niepogoda daleko od miasta
upadły masywne parantele - wszystko jest bezwłasnościowe.[/lewo]


* * *

Globalna wieś (I)

[lewo]Żwirowa ścieżka.
Dziaduszka prowadzi rower - skrzypiący składaczek.
Ma wielkie bryle, ledwo powłóczy iksowatymi nogami, pod górę -
Na wzgórzu olbrzymie silosy, hałas i szmery - w komorach
schnie ziarno, wylęgają się robaki, pękają kokony zarazy.
Betony po zburzonych pawilonach, kibice lokalnej drużyny
skubią pestki słonecznika komentując ostatni mecz,
znany wszystkim pijaczyna zbiera kiepy i mirabelki
te okrągłe, żółte owoce, w większości przydeptane są
jak słodki dżem rozsmarowany na chodniku -
Na osiedlu tych biednych blokowisk, domków z kart
matki zrodzą matki, szczenięta i psy gończe będą
głośno szczekać, wyć z nieszczęścia po nocach -
Tymczasem ta dziaduszka - drobne zwierzę kręgowe
o wysłużonym ciele - prowadzi rower, ciągnąc w tyle myśli.[/lewo]


* * *

w tym problem

[lewo]na stromym dachu jesteśmy już prawie doskonali
w sztuce zwisania na kikutach
ciągłe próby przyswojenia szaleństwa wiatru, drobiazgi -
ze szczegółów składamy w sobie przeciwieństwa
żeby rozpychać się od środka i rosnąć na deszczu
w coraz dłuższy sen - "anatomia mentalności"
stopniowe przystawanie na życie [/lewo]


* * *

kroniki wygnańcze

[lewo]Między framugami, w szybę wbite oczy Fryderyka - nieudolny skrzypek
szuka pewnie natchnienia, niczym z czterech pór roku wygnaniec, bezsenny
bezsensowny w sennej głuszy - mimo wszystko z twarzą wciąż niewinną, dziecięcą.
Widzisz wysokie drzewa o żółtych pędach, Fryderyku, prężą schnące gałęzie ku
matce neonów. Tam - w górze jest ugniecione powietrze, zefir
- wiatr łagodny - trąca starą wronę. Obok lita ściana (właściwie resztki) i
kilka płyt stropowych. Graffiti przypomina freski z naczyń antycznych.
Choć pędzisz w pośpiechu w stronę kresek horyzontu, żadne chłodne słowo
nie przerwie nigdy przestrzeni biednego dzieciństwa. Tylko plastikowe parkany
wokół miasta, ulicy Starej i kawał wielkiej kory, który jest bezlitosny, milczy.[/lewo]


* * *

(pękają pęcherze wiosny...)

[lewo]Pękają pęcherze wiosny, łyse Żydówki proszą o chleb
Konie ciągną drewniane wozy, w kierunku przeciwnym niż wieje wiatr
Równiną wydeptanej ścieżki, później w zgiełku powiązanych ulic
Miarowy odgłos kopyt - parskają pociągowi męczennicy, skrzypią dyszle
Przez kraty studzienek przepływa miąższ wczorajszych resztek
I wszystko znów się zaczyna
Uciekinierzy z zakładów podrzynają gardła niewinnym sukom
Mnisi w drodze do klasztoru znaczą drogę liśćmi mięty
Z kokonów wychodzą kobiety-matki
W sanatoryjnych warunkach kończy się żywot mędrca-poligloty
Wieżyce gromadzą artystyczną cyganerię[/lewo]



* * *

nasza bocznica

[/lewo]siedzę z kumplem w pustym wagonie towarowym pozostawionym na pastwę
tor nie funkcjonuje od kilku lat więc mamy swoje letniskowe lokum
bodaj kilometr od najbliższego osiedla gdzie zwą nas koszularzami
a tu w naszym miejscu tak cicho wszystko jakby przez sen
można chwilę pożyć odetchnąć od psikusów miejskiej dziczy
ze starej deski staram się wystrugać kształt gitary elektrycznej
na wzór wiosła z tego zdjęcia co znalazłem w katalogu dla muzyków
kumpel ma ze sobą okulary ojca które cichaczem podkradł z domu
wyglądam w nich jak mucha
pastwisko przed nami jest moim pasem startowym
chce mi się teraz latać że hej łapię w płuca powietrze
czuję jak nogi powoli odrywają się od ziemi
zaczynam płakać z podniecenia jak taki jeden muzyk z katalogu gitar[/lewo]


* * *

(dźwięk dzwonów wzywa do wiejskiej kaplicy )

[lewo]dźwięk dzwonów wzywa do wiejskiej kaplicy
dziedziniec wciąż bezludny
martwotę przenika cienki
żałosny jęk dzikich zwierząt
siwizna szronu ogarnia łąki chwastów
wodnista akwarela rozmazuje się w oczach
kończy się wojna
zaczyna spokój i
listy nie dochodzą
opustoszałe chłopskie chaty
w których szukam siostry
biegnę zaniedbanym gospodarstwem
wciąż brakuje łączności radiowej
nie byłem w stanie nic zrobić[/lewo]


[prawo]/fargm.[/prawo]


* * *

zatorze

[lewo]na Zatorzu teren zasiany gęstą trawą spaceruję z wujem Krzysiem
Krzyś wrócił z Kanady gdzie ciężko pracował na rodzinę i wszelkie materialne dobra
powiedzmy najnowsze stereo czy lodówko-zamrażarka z wbudowanym komputerem
tłumaczę mu że dzielnicą rządzi teraz Biały po tym jak jego banda dopadła samego
Banana który trzymał w ryzach pół miasta biedaczek trafił na odział intensywnej terapii
ale nawet stamtąd wydawał rozkazy swoim chłopaczkom żeby nie stracić na sile
niefartownie właśnie w tym samym czasie do głosu doszedł Mieciu
poczciwy dzieciak z miejscowości pod Olsztynem zdążył się zadomowić
wszedł w towarzycho bo jego ojciec gliniarz - za niewielką opłatą
załatwi każdemu czyste konto - dlatego Biały przygarnął Miecia do paki
co oczywiście nie podoba się Bananowi bo wszystko przeciw jego planom
patrzę na wuja Krzysia z uśmiechem ale jego twarz jest osowiała i widzę
jak bardzo się zmienił od naszego ostatniego spotkania przypomina teraz
mojego schorowanego dziadka mówi bardzo cicho i wolno o tym że
musi wracać do Kanady bo żona znalazła sobie innego [/lewo]


* * *

uczucia kliniczne w Wąsoszu

[lewo]w miejscowości pod Piszem gdzie często bywałem jako malec
był kościół który jak pamiętam z wiekiem wciąż się kurczył
teraz w jego miejscu stoi mała kapliczka z małym chrystusem obok stragan
można kupić obwarzanki i wszelkiego rodzaju plastikowe zbytki
kończę szczawiową babci w domu gdzie zawsze pachnie piernikami
takimi prawdziwymi bo prawdziwa jest babcia prawdziwa starość
prawdziwe drewniane okna z których świst powietrza
w cicho nastawionym radiu procol harum, ten przetarty kawałek
gdy kolejny raz słucham zdaje się odkrywać całkowicie nowe nuty
później mówią coś o problemach z elektrownią wodną pęknięte zapory
ludzie krzyczą znad Dunajca patrzę w talerz i zastanawiam się
jak to wszystko można skomentować w kilku prostych zdaniach
ale w głowie mam tylko kombinatorykę więc pytam babci na co ona
czy mam ochotę na pierniki i mleko[/lewo]


* * *

okruszynka /zapowiedź nowego arkusza/

[lewo]okruszyna wpadła mi w oko więc już nigdy nie będę taki sam pomyślałem
kładąc nogi na krześle nieco wcześniej niż zwykłem to robić wieczorem
mam chwilę czasu by obserwować bieg księżyca przekładać monetę
między palcami spójrz na mnie jestem jak kot filozof z pieca starszej pani
wokół mnie na ścianach ciągle wiszą słomiane maty całe w wycinkach z gazet
a podobno dziś morze wyrzuciło setki martwych ryb więc na pewno przykleję
nowy artykuł do mojej gazetki ale teraz nie czas na to bo przecież miałem być
jak filozof jak kot czaić się na własne życie[/lewo]


* * *

(trzeba mi już wracać)

[lewo]trzeba mi już wracać powietrze nie jest tak bardzo nasłonecznione
jak wczoraj gdy matka przygotowała zrazy jak chciałem
ojciec uczył mnie grać w szachy choć nie byłem skupiony
myślałem o Panu Baloniwym który odkrył akurat moją wyobraźnię
starsza siostra śpiewała do dezodorantu a teraz? każda chmura jest spuchnięta
a ja zapomniałem jak szachować czy chociażby poruszać pionkami
trzeba mi już wracać moje ręce trzęsą się coraz bardziej nie umiem nawet
poprawić poduszki przed snem Pan Baloniwy nie ma krzty powietrza[/lewo]


* * *

(nachodzi mnie ochota) - fragm.

[lewo]nachodzi mnie ochota żeby leżeć długo w ciemności
gdy pociągnę za odpowiedni sznurek mam łeb na karku
ale zdaje się być jedynie balonem w którym uwięzione jest powietrze
więc po krótkiej drzemce będę już szalonym chińczykiem
praktykującym akupunkturę kto wie może trafię w odpowiedni punkcik i
uleci ze mnie wszystko co nie jest potrzebne na twarzy
pozostanie tylko uśmiech od ucha do ucha jak joker
w pierwszej częsci batmana będę tym złym
ale jednak takim którego w gruncie rzeczy szkoda więc
wywołam współczucie samym wyglądem
nie to co teraz gdy próbuję odróżnić samotne drzewa
od tych stadnych i nachodzi mnie ochota[/lewo]


* * *

paszkwil

[lewo]tipsy kolorowa pasmanteria wiersze dehnela w katalogu avon
fragment tekstu masłowskiej tapeta na telefon z uśmiechem karola w.
samobój naszych w meczu o wszystko irak prawie zdobyty
amerykańcy mają problem z nadwagą a plus wygrywa z heyah
w radiu promują składankę dance bo manieczki nie są w sezonie
ciśnieniowców bolą głowy kolana - wypadki chodzą po ludziach
bezrobocie w warmińsko-mazurskim chore dzieci i akcja dobry pedofil
wojewódzki pobił majewskiego a kumpel z ławy nie żyje bo miał już 27
ulotki z angielskim nowy singiel cohena na tv4 reklama zetki
gadu gadu grono bohema zdycha bez le madame a małysz tym razem drugi
pidżama porno koncert w kościele za niewielkie pieniądze[/lewo]


* * *

przerwany sen piekarza

[lewo]przez mgłę widać
ciąg słupów telefonicznych
wczesny ranek przesolone powietrze
głośniejsze niż zwykle wrony
a tam gdzie najwięcej ptaków
mieszka kulawy grabarz - typ podejrzany
kilkadziesiąt metrów dalej apteka
zaraz obok dom starców i jeszcze kaplica
dalej mały bazar i malownicza posiadłość burmistrza
wokół domy do wynajęcia
smuga czy raczej krąg światła
płaskowzgórze Samulewa
w oczy rzuca się odbicie okna
w kolejnym oknie refleks innej szyby
przenosi pustkę z domu do domu?
słońce oświetla szklarnię jak jasna myśl
która przebija ciemnotę -
kiedy patrzę dalej przed siebie
widać już tylko pole słoneczników
tam można spacerować mówić do siebie
nikt nie usłyszy[/lewo]


* * *

muszę już kończyć

[lewo]dni są coraz dłuższe po ostatniej zimie zostały suche owady na parapecie
tam zawsze można znaleźć jakąś przenośnię parabolę czy warstwę kurzu
a to z kolei symbol matowienia utraty piękna och prozo nierozgarnięta
muszę z tobą skończyć bo coraz częściej doświadczam chorych snów
powiedzmy spacer z Ginsbergiem po media-markt i dyskurs o nowym empetrzy
coraz więcej we mnie patosu nostalgicznego bełkotu onegdaj wyśmiewanego
gdyby tak zwyczajnie wrócić do korzeni - muszę dorwać moją teczkę przeczytać
co robiłem dosłownie kilka lat temu bo szczerze nie pamiętam a przecież
w teczce jest wszystko może nawet adresy znajomych ostatnio jakoś niewielu
w gronie tych najbliższych - dziewczyny serwują drinki za granicą
chłopcy sprowadzają auta i szmuglują co się da ze wschodu żeby sprzedać
drożej tu u nas - w kraju teczek i wielkiej chęci na badziew importowany
w moich aktach jest wszystko co wypadło mi z głowy bo najwyraźniej
pamiętam mojego pierwszego składaka - dostałem go bo siostra wyrosła
ojciec biegał za mną trzymając drewniany kij przymocowany do bagażnika
dni były bardzo krótkie nostalgiczny bełkot onegdaj wyśmiewany ale
nie sposób mi żyć jednym wspomnieniem[/lewo]


* * *

człowiek co jest mną

[lewo]człowieka który jest mną poznałem wczoraj gdy myślałem żeby dać sobie spokój
z każdą nową znajomością z każdym dniem na poddaszu byłem sobie nauczycielem literatury
szewcem mistykiem zboczeńcem wreszcie pasażerem z piosenki igiego popa czy
dramatycznie wyjącym wokalistą de kjur albo lepiej dżoj diwiżyn - bo nawet
przypominałem całego tego kurtisa - może kiedyś też przyjdzie mi zdusić się kablem telefonicznym
tymczasem euforia w następstwie odmętów bezładów chaosów - tak doprawdy dzika euforia
bo oto stoi naprzeciw człowiek który jest mną wyciąga rękę w geście powitania a ja pytam:
czy pamiętasz plamy na dłoniach babci która zmarła gdy stałeś cały dzień w kolejce po
kolorowy telewizor później przyszła era gumy turbo którą kupowałeś dzieciakom sąsiadów
warto wspomnieć o pierwszej gitarze z prawdziwego zdarzenia - elektryczna jolana jak
z czerwonych gitar cha! z bitelsów może! - tak tak pamiętasz doskonale klimat pe-er-el
teraz stoisz naprzeciw mnie cały w brudnej nowoczesności zrzuć to z siebie - powiedziałem
i poszliśmy na obiad do knajpy gdzie sztućce na łańcuchach i warzą w garach pyszne zupy
człowiek co jest mną nie jadł - odwrócił głowę w stronę biurowców za oknem
powiedział że musi iść - więc zostałem sam na sam z 2 talerzami zupy z całym pe-er-el i
naklejką z gumy turbo[/lewo]


* * *

list do siebie

[lewo]i jeszcze weźmie mnie na nucenie Schodów do nieba
zanim ułożę nogę na nodze i napiszę
wszystkie moje papierowe statki
wypłynęły w ostatni rejs
tymczasem kolejny zwykły wieczór
spokój mojej i czyjejś twarzy którą przybieram
w obawie przed wypaleniem nie patrzę
w stronę zdychającego słońca czasami tylko
sprawdzam komórkę czy jest nowy esemes
czy bateria się nie rozładowała może ktoś dzwonił
mówię szeptem ledwo otwierając usta by
nie zachłysnąć się powietrzem przesiąkniętym
zapachem ryb tu na brzegu małego rozlewiska Samulewa
nie ma mojej teraźniejszości są tylko atmosfery cholerycznie zmienne i
martwy brzeg zniszczone molo w oddali widać jak dzieciaki spadają z gałęzi
a w termosie kończy się herbata więc muszę wracać do domu
żeby ściągnąć kilka smutnych empetrzy kręcić się na łóżku i
skończyć ten list do siebie[/lewo]


* * *

zastój lśnienie

[prawo][i]Łucji[/i][/prawo]

[lewo]nie wstydź się próbuj latać za to nie musisz nikomu płacić
nic nie kosztuje widok nowego dnia który wschodzi tam gdzie
plamy na rysunku czy akwareli spódnic nieboskłonu w dolnej części
kopuły chmur których myślisz nie można sięgnąć ale spójrz
na te cięcia gdzie błyszczy światło: to marzyciel zahaczył drutem parasola
tańcząc w deszczu więc czego się boisz? rozejrzyj się
znajdź kawałek ziemi dla siebie oszczędzaj przy tym słów
i tam na szczycie pustki jest dach z którego widać wszystko
jak przez mgłę zastój lśnienie w okamgnieniu[/lewo]


* * *

łzawienie - szkic

Patusi mojej:)

[lewo]Wchodzę do czyjegoś domu czuję bijące ciepło które to ciepło
od razu zaprasza by iść dalej - wgłąb- do kolejnej i kolejnej przestrzeni
zdobywania doświadczenia na temat czyjegoś - przyjętego akurat takim określeniem
- domu

Poznajemy się - wciąż - i poznawać będziemy całe życie ja i ktoś i różni ludzie
różne rzeczy wokół takie a nie inne znaczenia odmienne stany osobowości - jeden koniec
zresztą dobrze wiesz że wszystko podlega jednemu ostatecznemu zwieńczeniu
jak wczoraj - poprzez kupno deseczki malowanie myśl-inwencja lakierowanie zerknięcie
pytanie samego siebie czy się podoba czy się udało i na koniec - powieszenie
powieszenie na ścianie

Ściana tu ściana tam więc podziwiam cały ten dom jest naprawdę wielki przeogromny
podróżuję po nim samochodami tramwajami autobusami wreszcie - spaceruję
odpoczywam tu u kogoś cały czas wynajmuję i wiem że jeśli wyjdę
trafię w bezdenną pustkę będę robił się coraz mniejszy skurczę się do
ziarenka piasku - pewnego dnia - razem z wiatrem wpadnę komuś w oko
wywołując łzawienie

Teraz mogę spokojnie spać w czyimś domu gdzieś między przecznicami Myśli
tam gdzie kolejne bulwary Zastanowienia ulica Smutna i Wesoła śpię w
domu-mieście-w Czyimś świecie [/lewo]


* * *

nazwałem człowieka chodzącymi nożyczkami

[lewo]wypożyczam na krótkie chwile znanych z widzenia osiedlowców już dawno
dałem sobie spokój z chęcią posiadania na wyłączność tylko patrzę na podwórzu chłód
na wierzch wychodzą Szperacze zaniedbani z pierzem poduszek we włosach
z miną niczym ość w gardle nóż w kieszeni szpila w dupie pogardliwie patrzą
w stronę Kolesi - panowie w sztruks-marynarach spodniach na kant rozmawiają
rozmawiają o słowie bożym o tym co przyjdzie im zeżreć dziś na obiad oblizują się
jak hieny na widok padliny w stadzie nieco mniejszym niż Szperacze podsklepowi
a tam szeroką ulicą spacerową suną w równym rzędzie Różowe Swetry
i drobne błyszczące płatki ozdobne fruwają nad główkami tych tęczowych samic
i bajeczny świergot odebranych esemesów w motorolach nokiach simensach
czy też nowy bucik z czubkiem porwane jednakowo dżinsy i pasemka to majestat
zaślinionych Ortalionów którzy skubią pestki słonecznika przed pakownią
tu i tam trafi się jeszcze menadżer konsultant czy przedstawiciel w czerni i bieli a ja
wspominam jak w dzieciństwie nazwałem człowieka chodzącymi nożyczkami
teraz gdy pożyczam na krótkie chwile wszystkie te narzędzia bawię się jak smarkacz
też wycinam[/lewo]


* * *

przeczuwam burzę

[lewo]ścierpły mi nogi ręce idę w kierunku strumienia światła przeczuwam bu-
rzę czerwone i żółte półcienie znaczą teraz szlaczki na każdym z obło-
ków skrzypią drzwi otwiera się skrzep gasną silniki w tłoku ulic komórki tracą
zasięg i nie ma już ciepła dymu kłębiącego się nad dachami nie ma już kundli
dzieci schowane pod spódnicami matek pozostała płaszczyzna w pust-
ce wisi teraz równy głęboki oddech tych co otwierają ręce czekając na wo-
dę inni w cieniu przerażeni błyskiem co odcina pępowinę reszty świata
gruboziarnisty piasek będzie błotem z muszlami ślimaków szczeżui
pozdychają telewizory wietrzysko zerwie anteny głowy dmuchawców
przelecą nam jeszcze przez myśl nieco inne pragnienia które zakoń-
czy ostatnia chcica na choćby kwadrans patrzenia prosto w słońce[/lewo]


* * *

(rzęzi wiatr o drzewa)

[lewo]pustka? to szczury w piwnicy gdzie światło wchodzi wąską podłużną przerwą
między gałęziami na opał zalegają w okienku którym ojciec wrzucał węgiel pamiętam
opowiadał jak babcia z dziadkiem zakopali świnię tu gdzie teraz twardy beton! -
postukiwał podeszwą uśmiechając się z dumą - schowali świnię przed szwabami co
są pustką jak te szczury - urywam myśl wchodzę w dialog z facetem z radia - dużo mówi
o gospodarce polityce - czasami przytakuję innym razem zaprzeczam wygłaszając
komentarze widzę kątem jak bardzo komiczne są moje gesty odbite w szybie - tam sąsiadka
rzuca kurom ziarna wystrojona Maryś biegnie polną drogą w kierunku remizy
psy żują padlinę-pewno szczurzą pustkę - bez namysłu odświeżam ekran jestem teraz
w lesie daleko od domu rzęzi wiatr o drzewa jak dziecko będę zbierał szyszki może?[/lewo]


* * *

wyrób ludzkopodobny (wygląda znajomo, smakuje parszywie)

[lewo]+ zabardzości +
siedzę i nasłuchuję. tak, to dobre słowo - 'nasłuchuję' szukam
gdzieś w najbliższym otoczeniu dźwięku który da mi jakąś satysfakcję
nasłuchiwanie nie musi koniecznie wiązać się z dźwiękami
równie dobrze mogą to być zapachy czy uczucia.za dużo zapachów!
stanowczo za dużo takich zapachów które podrażniają.
nie potrafię już radzić sobie z każdą myślą
(oh, powiedzmy: hamletowsko dramatyczne, prawda?)
zawsze potrafiłem staczać bitwy i - niezależnie od wyniku -
godzić się z przebiegiem wydarzeń. teraz nie potrafię nawet
przystąpić do działania: stoję naprzeciw przeszkody jak dziecko -
dłubię w jamie ustnej szukając pierwszych zębów... a może
wyrywam te ostatnie?

+ symulacje +
staram się kolejny raz udawać.jestam nieprawdziwy, fałszywy i
zakłamany - zawsze tylko w stosunku do siebie - chociaż
zakłamanie ogólne właśnie tutaj ma swoje korzenie.
uprzedzenia UPRZEDZENIA - skąd to wszystko się bierze?
pieprzone systemy skojarzeń. chciałbym wszystko zniszczyć, chciałbym
przegrać z tym, chciałbym zrobić cokolwiek, tylko żeby nie stać i
nie patrzeć już błędnie na każdy mój cholerny świat.

+ reklamy +
ok, przyznaję że czasami trzęsę się jak znerwicowana kupa gówna:
przeżywam sobie i tyle.

+ przez różne szkiełka +
jest taki moment kiedy patrzy się długo w jeden punkt
obraz zaczyna się rozmazywać - wyobraźnia dopowiada nam resztę.
z reszty zawsze się płacze. niektórzy nawet mówią: do reszty.
ale to tylko taki moment... dużo przecież innych ciekawych i mniej ciekawych
właściwości biologicznych człowieka.

+ reklamy +
znowu zaczynam coś robić bez końca i co ciekawe:
zakończyłem wiele rzeczy bez zaczynania - dziwna sprawa -
tworzenie niczego z niczego. podejrzane, prawda?

+ słowa istniejące i zaistniałe +

czy ktoś to widzi? czy ktoś widzi mnie?
staram się walczyć z przypływem, za każdym razem gdy
ludzie patrzą w siebie i są gdzieś blisko mnie: czuję przypływ,
później jest mój ból w klatce piersiowej:przeżywam sobie i tyle.
bo mój ból cierpi na mnie.

+ przez różowe szkiełka +
często mówię 'był sobie moment': cholerna chwila, zresztą
spróbujcie sami lustrować jeden punktto takie niewinne:
'dostępne prawie dla każdego i prawie dla każdego niedostępne' -
powiedziałby filozof.
np.: poprzez patrzenie na wodę zrozumiałem, że nie jestem sam -
każda kropla widzi krople mojego odwodnienia -
mokra głowa kropli mnie?

+ reklamy +
potarzajmy się razem! podstarzajmy, powtarzajmy!
zróbmy coś głupiego! ...
i gdy już wszyscy we mnie byli tacy szczęśliwi i podekscytowani:

+ komunikat +
osobowości pana eks!:
rozejść się do swoich szałasów!
potrzebujecie teraz pokarmu,
sikania, kałowania,
seksistowania, oddychania,
latania, umierania.
potrzebujecie pana eks.
pan eks was potrzebuje.[/lewo]


* * *

opium, czyli inklinacje destrukcyjne

[lewo]Ten pociąg (nazwa umowna) zamiast wagonów z ciasnymi korytarzykami
i zatłoczonymi przedziałami miał pomieszczenia mieszkalne
Pokoje o różnych wielkościach czasami nawet wielkie salony których ściany
naprzeciw drzwi wejściowych były gdzieś daleko na linii horyzontu
W jednym z pomieszczeń spotkałem znajomych ze studiów
Od razu rozpoczęliśmy pseudo-intelektualną pogawędkę o literaturze
Oczywiście w kluczowym momencie dyskusji wezwano nas na zajęcia
które odbywały się kilka pomieszczeń dalej idąc w stronę lokomotywy
Znowu recytacja faktów i dokonań naszych przodków Na szczęście
udało mi się zwiać Przebiegłem przez kilka małych pokoików z młodymi małżeństwami
(w jakiej to nędzy można dzisiaj mieszkać) żeby wreszcie dotrzeć do Auli Szachowej

Tutaj zawsze panuje grobowa cisza Nie ma możliwości wydania z siebie
głośniejszego dźwięku - ale nie na zasadzie umownego milczenia czy zakazów -
po prostu człowiek nie potrafi odznaczyć się fizycznym brzmieniem
Każdy przed wejściem ma obowiązek zmiany obuwia na miękkie kapcie
Słychać tylko szelest ruchów figur szachowych Szmer pionków rozkazy króla galop koni
wreszcie: pryskanie lakieru do włosów królowej

Stałem na środku i czułem że mam ten specyficzny rodzaj obłędu w spojrzeniu
Wiedziałem że każdy kto teraz zwróci na mnie uwagę będzie narażony na infekcję
paranoicznym lękiem Strach wyginał moje żebra w taki sposób że wbijały się w płuca
Zacząłem krzyczeć Nie wiem jakim cudem udało mi się tego dokonać ale darłem się jak wariat
Głowy szachistów początkowo dygotały Później każdy uderzył czaszką
w swoją stronę drewnianej szachownicy Koniec krzyku Pękło wielkie lustro w
czarownie zdobionej ramie Wszyscy leżeli nieruchomo Martwi albo pogrążeni we śnie
Odbici nawet w tych najdrobniejszych kawałkach lustra które wbiły się w moją rękę
gdy wybiegałem z sali Pociąg zatrzymał się na krótką chwilę żeby odciąć
- niepotrzebną już - Aulę Szachową

W lokomotywie można było dostać czarne ubrania dostosowane do żałoby
Później cały czas udawałem,że o niczym nie wiem słuchałem różnych wersji wydarzeń
które wymyślali sobie mieszkańcy pociągu Historia Auli Szachowej szybko stała się legendą
a odbicie mojej twarzy do dziś pofragmentowane[/lewo]


* * *

homowegetacja

[lewo]I. zamurowałem ostatnie w domu okno drzwi zabite od wczoraj deskami
postanowiłem że będę tak siedział sam aż zrozumiem dlaczego tak siedzę
brzmi filozoficznie żeby moja migrena miała z czego żyć
II. muszę biec myślami jak najszybciej dogonić teraźniejszość
rozumowo wciąż prowadzę normalny tryb życia nie mam jeszcze
umysłowego siebie przy sobie cielesnym
III. nie spałem (spadłem?) od kilku dni kończy się jedzenie a ja wciąż
jestem wczorajszy nie uprawiam też nałogu nikotynowego
migrena przychodzi nocą zasypia mi na czole próbuję ją obudzić cichym stukaniem
IV. zastanawiam się czy ktoś z zewnątrz zauważył że mnie nie ma
albo: czy ktoś wewnątrz mnie to zauważył? migrena wyprowadziła się z domu
teraz myślę już tylko do siebie
V. mam ochotę wyjść ale na zasadzie wyrzuconej z wody ryby (wody z ryby?)
jak byłem młody to wierzyłem że w głowie są takie małe ludziki które
sterują każdym moim ruchem warunkują zachowanie
VI. podobno tuż przed śmiercią stan psychofizyczny człowieka bywa lepszy
na stół wylałem herbaciane fusy układam różne kształty
ludziki podczaszkowe strasznie wrzeszczą siłą rzeczy znowu nie zasnę
VII. wróciła migrena jakie to wielkie szczęście opowiadam jej o wszystkim co
wydarzyło się od czasu kiedy uciekła jestem przy tym wylewny krwawię kończynami
przez usta na moją migrenę mówię że głowę mam jak opuchniętą pochwę[/lewo]


* * *

portret małej Candy

[lewo]w tym inwalidzim instytucie gdzie po sterylnych podłogach
pełzają tłuste muchy zostawiając trochę miejsca na plagę ludzi
mała Candy pod wpływem artykułów spożywczych najpierw
wycisnęła nadzienie papierosa teraz rozsmarowuje to
na kromce z klejem do kanapek - mówi - z klejem do kanapek
żołądkowa żółć kipi na języku który wisi wzdłuż jej brody -
kochana z niej szczeżuja - [/lewo]


* * *

niemiecki wózek inwalidzki

[lewo]wygrałem w konkursie wózek inwalidzki produkcji niemieckiej
wylosowano mnie spośród milionów
wózek oddałem dziadkowi bo był już za słaby żeby dojść do łazienki
cieszył się jak dziecko mały dziadek coraz mniejszy stary dobry dziadzio
dał mi trochę pieniędzy starczyło na nowe stereo
mam teraz ochotę słuchać kilku stacji radiowych jednocześnie
żal wychodzić z domu
tylko dzięki pakietom telefonicznym mam jeszcze kilku przyjaciół
wieczory tanieją rozmówcy milczą wtedy np. słucham Cohena
zaczynam rysować po ścianach[/lewo]


* * *

światła

[lewo]nastąpi moment przełamania, tymczasem
poprawiam obraz bliskiej osoby

są ściany brudnych kafli, chłód i stal w gardle
pęka puste pole - chce się wrzeszczeć
w ten beztroski strach

będę głośno gadał do siebie
[i]chłopiec w trójwymiarowych okularach
nie zaśnie, nocą jest czas rozkładu[/i][/lewo]


* * *

początek

[lewo]pojawisz się, zaczniesz
mówić jakby przez sen będzie fatalna pogoda
przy oknie, na poddaszu napiszesz o tym jak

złapałeś zielonego owada i towarzyszy ci
jego szczebiotanie w słoju po przetworach
zestawisz to z własnym życiem może później
albo od razu będzie smutek wódka przemijanie

to nic
na pewno zmienisz imię - jeszcze raz
pojawisz się, zaczniesz[/lewo]


* * *

cykle

[lewo]który to już czerwiec i
sen o tym, że umierasz w ciemni całkiem sam
ze zdjęć spływa woda

rośliny zbierają w sobie ciepło
dlatego często kładziesz się na ziemi
wystawiasz ciało na próbę, brudzisz spodnie

z suszy prosto w deszcz -
powiedziałeś coś jeszcze
ale w sobie tylko znanym języku
mniej więcej w połowie życia

przeczytasz wiersz o poręczy i o tym, że
brakuje schodów zaśmiejesz się i popłaczesz ot tak
zjesz coś na szybko
na stojąco[/lewo]


* * *

w dole (notatka 2004)

[lewo]są rzeczy teoretyczne i praktyczne
w dole ulicy Kołobrzeskiej gdzie okazyjnie wynajmuję
przychodzi czas na przerastanie
wiem o istnieniu śmiertelnej bliskości
wiem co to odległość
z domu do domu z miasta do miasta z kraju do świata
i w sercu mnie coś kłuje
od tej starszej strony dopiero się poznaję
przechodzę z pustki w próżnię
gdyby tak coś nowego
przebrać nagie ciało w inne szmatki
zapisać się na kurs języka
przypisać się do ludzi
znaleźć akt urodzenia
i wytłumaczyć wszystko tak po literze
skąd ta Kołobrzeska i hotel za ulicą
[/lewo]


* * *

w krzyżu Dworcowa/Kołobrzeska

[lewo]Wypad z domu, Olsztyn i
mieszane uczucia w krzyżu Dworcowa/Kołobrzeska,
Ze sklepu biorę wszystko co w proszku,
do przygotowania jak najszybciej wychodzę prosto w
Gradobicie uderzam głową w sufit wody,
muszę się schylić, doczłapać pod przystanek, zapalić
Wyobrazić sobie, że brakuje nieba-pokrywki,
tylko szklane krawędzie a gdy patrzy się w górę
Nie widać zupełnie nic, albo kolejne warstwy miasta -
powiedzmy rewers Zatorza czy wycinki Jarot
Kończy się ulewa, zaczyna pożar od strony centrum
wszystko ogarnia ogień, z kopca planetarium
Wystrzeliło kilka planet, wszystko posypało się
aż po krzyż aż po Centralny, gdzie uderzył księżyc[/lewo]


* * *

tu gdzie jestem (rob.)

[lewo]tu gdzie jestem widzę wyraźnie czyjąś twarz w rogu
zaraz obok obcego mi słońca do którego wyciągam dłoń
pozostaje mi umrzeć ze szczęścia i przyznać się do winy

najbardziej realizowałem się będąc słabym
znalazłem sobie miejsce niszcząc czyjeś plany
teraz skaczę po drzewach spadam liczę guzy
później znajdę schody wejdę wyjdę kilka razy
będę mógł powiedzieć o bagażu doświadczeń
iloczynie zachorowań ilorazie wyleczeń

w moim łonie wyją porzucone cielęta
jestem otwarty na krzyk ale znów kaleczę gardło
milcząc w myśl przedmiotów martwych

przyjdź do mnie wpadnij stary przyjacielu
zobacz jak bardzo poframentowano mi osobowość
twoją moją obcą nam osobowość
na pewno ciekawie to nazwiesz może łaciną

tu gdzie jestem widzę wyraźnie czyjąś twarz w rogu
przy lustrze pomyślałem że ta chwila już była
wszystko się pozmieniało z nerwów przygryzam usta
pozostaje mi umrzeć ze szczęścia i przyznać się do winy[/lewo]


* * *

w umyśle (rob.)

[lewo]w umyśle rodzą się pytania
w umyśle jest wielki grób urwanych chęci
autor tego tekstu jest zgarbiony
nie może chodzić z głową w chmurach
w chmurach rodzą się pytania
powiesz że jestem okaleczony
bo nie znam żadnych odpowiedzi
pozostała mi tylko świadomość
tam gdzie wzięli mnie diabli
uczę się na czyichś błędach
czas leci bardzo szybko gdy
nie muszę myśleć o sobie[/lewo]


* * *

olszt.archipelag

[lewo]Najlepszą nowelę piszesz gdy wschodzi słońce
Wstajesz wyjątkowo wcześnie
Wilgotna ziemia zlewki brudnej wody
z rynien wypłowiałych gontów napływają
Prosto do zakleszczonego ceglastymi murami
[i]Allenstein*centrum [/i]
odwłok uranii aż po starówkę
Gdzie zakaz ruchu nie ma pozy
którą można przybrać
dopiero pod szkłem powiększającym
Widoczne będą napisy z szyldów
trafisz we właściwe miejsca - tam dużo
Bardzo dużo powszechności
plamy nieba lewitują tak samo spokojnie jak
Nastroszony cień namiastka kształtu
gdy unosisz dłonie zaczynasz tańczyć [/lewo]

[prawo](Elżbiecie J.)[/prawo]


* * *

wychylenia

[lewo]Zaczyna się od wychylenia, z rękami wspartymi
Na parapecie, słyszysz, uwięziony w pajęczynie owad

Świeże powietrze rozluźnia, wiotczeją mięśnie,
Jest tak jak zwykle, ale nie chce się o tym mówić
Patrzeć jak psują się meble, próchnica dopada wszystko
A są i spojrzenia które mogą zmienić otoczenie
W dowolnie głęboką przepaść, po upadku będę jak
Bezkształtna masa, sucha babka co pachnie wnętrzem katedry

Na szczęście nie trzeba się spieszyć, można dokładnie
Złożyć pościel w kosteczki, usunąć zbędne włosy
Wspomnieć tysiąc podobnych dni, przeszukać
Szafki i skrytki, o których nikt nie wie, gdzie przecież
Nie ma sensu grzebać, ale to akurat ten moment
Dzieciaki za oknem rzucają w puszki ustawione na płocie
Tam przejechał listonosz na rowerze, tu wisi pustka
Pełnia gdzieś indziej

Większość przechodzi przez mniejszość, to jak wstydliwy sen
Bezkształtna masa, sucha babka co pachnie wnętrzem katedry[/lewo]


* * *

następstwa

[lewo]Nie każdy dzień można otworzyć, czasami ktoś ześle sen,
wtedy nie pamiętam mojego głosu, ale wystarczy wierzyć,
że jest wieczność albo nicość i
własnoręcznie próbować przebić przestrzeń gdzie
ściana gorącego powietrza. Leżę w rosie, padnięty,
zbierałem długo jabłka i mój zmęczony od zawsze umysł
odmówił posłuszeństwa, zapodział się kalendarz.
Pamiętaj, znajdziesz mnie między tesco a dzikim parkiem
na końcu ulicy dworcowej, ulicy próżności i wyobraźni.[/lewo]


* * *

perspektywy

[lewo]jak to jest z perspektywy mojego okna? więc u mnie nic nowego
słucham deszczu stoję w progu wszystko się waha - sporo umowności
którą trzeba przyjmować jak przyjmuje się nieproszonego gościa choć tam
za horyzontem za chmurą za całą szklarnią świata jest pewnie
człowiek może nawet kilka osób z którymi znajdę wspólny język
ale komu by się chciało iść tak daleko szukać poświęcać czas
kiedy są komunikatory wyszukiwarki ankiety które sprawią że
po trzecim kliknięciu na ekranie wyświetli się twarz osoby która
statystycznie odpowiedziała na większość pytań podobnie jak ja
więc trzeba zapomnieć o smokach i rycerzach - są numery gadu
cyfrowe hasła a później już nic nowego kiedy słucha się deszczu
zanim tak naprawdę zacznie padać bo taka była prognoza w necie [/lewo]


* * *

zdechła natura

[lewo]tutaj nie mamy ubrań, jesteśmy nadzy i nędzni; są bukiety gałęzi
zamiast kwiatów, to na pewno my? za drzewami, w lesie
tak przecież robią dzieci; nienawiść znowu trzyma nas w
stadzie; i co i co przetrwa? na rewersie zdjęć
wytarte podpisy, gorzki mlecz, smak na języku, starocie
zalegają w piwnicy jak nasze chęci, czy brednie o głębi duszy;
wreszcie rzucimy palenie, będziemy puszczać kaczki
nad rozlewiskiem północno-wschodniej polski
pękną wielkie bańki głów, padnie prąd;
przez nieustanne bicie gradu, znaki dymne
z gasnących ognisk wyjdziemy w wersji 2.0[/lewo]


* * *

pracownica

[lewo]no i stało się uzależniłem się od ludzi na początku brałem do siebie
przypadkowe znajomości rzucone na wiatr lingwistyczne latawce
zostawiłem stary pawilon zbitą szybę od strony zaplecza wejście do
prywatnego świata by trwać w mitologii z tymi co nie przypominają mnie
i zależność w najmniejszym stopniu była jeszcze znośna
gorzej ze świadomością zaciągania się wciąż tą samą fajką
potrzebny jest czas żeby określić życie pracownicą szpitala
która bawi się naszymi organami grając na jelitach czy
waląc w oklepane serce można śmiało powiedzieć że przeszło
dwadzieścia parę lat i gdyby nie zmęczenie na samym starcie
wrażenia byłyby dobre[/lewo]


* * *

popas (zapowiedź nowego ark.)

[lewo]jak byłem duży bałem się ciemnych chmur teraz jestem coraz mniejszy
nic mnie nie dosięgnie i ja nie próbuję niczego sięgnąć więc
można mówić o równowadze w przyrodzie akcji reakcji czy
działaniu z udziałem samych zer i w takich właśnie warunkach
pracuję nad aktem stworzenia w popasie skąd odchodzą już tylko
ślepe ulice tak tak owszem parafrazuję sobie więc jestem a
skoro już jestem zapytam tego i tamtego o imię podając swoje
korzystając z tego niezmiennie przyjemnego przywileju
spacerowania w brudnych buciorach salonem czyjegoś istnienia i
wszystko byłoby okej gdyby nie momenty przefolgowania z cynizmem
kiedy słowo słowo rośnie do rangi egzaltowanego spamu a w umyśle
wciąż dominuje analityczne zamknięcie[/lewo]


* * *

moje własne rio (fragm.)

[lewo]pamiętam partię szachów rozegraną z pewnym szperaczem zaraz przy śmietniku
z napisem 'moje własne rio' kiedy wyszedłem wyrzucić plastikowe pozostałości po
przyjęciu przez siostrę cioteczną komunii w postaci Ipoda złotego zegarka i nowego HiFi
trzeba być dobrym ojcem dla kolejnych osobowości czy raczej umysłowych osobistości
w innym wypadku zgubisz się w drodze do domu którą przecież znasz na pamięć -
mówił mierząc mnie wzrokiem gdy zastanawiałem się nad pierwszym ruchem palnąłem że
jego intelektualne porno to rozbiór myśli na zdania czy nawet słowa rzucone na wiatr
z tym wiatrem można iść w parze albo próbować biegu pod prąd siląc się na oryginał
na co stary odpowiedział krótką ciszą trzymając w dłoni królową drapiąc się za uchem
po którym widziałem wyraźnie pełzał paskudny robak co ociekał żółtą mazią
słuchaj młody - pewnie zaczął szperacz - siedzę tu od lat i mimo nieświeżego oddechu
mam świeży umysł albo choćby takie przeświadczenie które trzyma mnie przy życiu
ale powiedz mi cóż z tej pięknej metafizyki w obliczu powiedzmy śmiertelnego zderzenia
z autobusem kiedy zostaje mokra plama i mięso przebite na wylot ciężkim żelastwem
przyjąłem do wiadomości ten suchy wywód który spłycał istotę życia ponad wszelki
wymiar rozumowania i wypaliłem że jego postawa to protest albo prosta szczerość
na co obecnie jest wielkie zapotrzebowanie stary zachichotał pod nosem wykonując
ostatni ruch powiedział że jego obecne zapotrzebowanie to wino i chleb[/lewo]


* * *

armia (fragm.)

[lewo]stojąc na statywie mostu widzę kawał wątpliwej zieleni reszta to najpewniej
szare kamienie budowli mieszkają tam dresiarze ziomki spod ciemnej gwiazdy
liderzy z boom-boxem na ramieniu tatuażem orientalnego smoka na łydce
budzą respekt i całe osiedla waląc muzę na full wypasie pielgrzymując w stadzie
z przeróbkami paris hilton czy bliskimi ideału kopiami lokalnej elektrody dody cóż
hipisi nie żyją zostały po nich ślady choćby nagrania na starym kaseciaku
nie ma szans na rewolucję a wolna miłość to pierdoła dziadów co nie znają się na rzeczy
krótka piłka stary jakość pagonów na dresie określa status społeczny
ilość zdobytych telefonów to definicja odwagi wyszukana w necie sposób na przebicie
gorzej z przybiciem poczucia ciężkości gdy trzeba odwrócić uwagę zmylić samego siebie
i widzi się kościoły-transmitery co wymieniają sygnały z guru na częstotliwości patosu
w nowym pakiecie darmowych minut na modlitwę albo
potężne drzwi ewakuacyjnego wyjścia poza mury powszechnego oblechu
daję wiarę tylko w rozkład na czynniki pierwsze i tak na przykład
nieśmiertelność pisarza rozpada się tu i teraz bo przecież tak samo może
dostać w ryj paść na glebę z okrągłym śladem po wybuchu gniewu
noc rozciąga głuszę bój się pisarzu bój jesteś na celowniku oddziałów armii ze szmatexu[/lewo]


* * *

opium (intro-fragm.)

[lewo]zdecydowali że rozbiją namiot na sporym dachu wieżowca
co zanurzony był do ostatniego piętra w błocie
pole szlamu rozciągało się wszędzie wokół betonowej strzechy
coraz silniejszy wiatr jak mozolny oddech i zapach trupa stęchlizna
zwęglone anteny satelitarne w stercie żelastwa powtarzalność kolorów
ktoś musiał tu być przed nimi może nawet ludzie trudno powiedzieć
nie ma żadnych znaków ale pewnego rodzaju przeczucie nie pozwoli spać

Białas nie pomagał w rozbiciu namiotu wcześniej skaleczył się szkłem
teraz głośno siorbał pijąc krew z palca jak wino przerywając
tylko po to by zakląć jego kumple kończyli pracę w milczeniu
klimat pretensjonalnych myśli? na pewno przeświadczenie o tym że
żyje się na główce dmuchawca który zaraz może się rozlecieć

biedaczek owinął skaleczony palec kawałkiem papieru toaletowego
marzył mu się teraz śmietankowy budyń z sokiem malinowym
zaczął gwizdać wszyscy wsłuchiwali się w melodię
dawno nie słyszeli muzyki[/lewo]





/od autora: eksperyment znaleziony ostatnio w koszu..


* * *

pralki

[lewo]och nie nie jestem poetą maluję ściany mieszkań za pieniądze naprawiam pralki
ostatnio u Joli zająłem się nawet telewizorem chciałem szczerze wypowiedzieć
kilkadziesiąt słów z przenośniami ale skończyło się na nerwowym przełykaniu śliny
snując się bez bogów czy orędowników ciepła pocieszających ogników każdego pisarza
przyznaję że kiedyś wyrzuciłem to wszystko w stronę księżyca gdzie
powinienem obecnie mieszkać i pisać w spokoju powieść o dziwkach z Harlemu
ale przecież nie potrzebuję tych rzeczy wystarczy mi gonitwa myśli namiot ognisko albo
zapachowe kadzidło podczas rozwikłań symboliki znaków zepsutej pralki
wszystkie moje ćwierć- pół- osobowości zbiegną sie wokół jak na pokazie sztuki
zaczęte portrety może malunki ideałów do których każdy z nas dąży gdzieś
po cichu zacznie się przenikliwa noc i cisza co brzmi jak przestrojone skrzypce
będę myślał o tym żeby wybić gdzieś na zachód bo tam dostanę złote góry
za remont generalny czy drobne naprawy w domu później wspomnę jak
znajomy z podstawówki Mietek powiedział że ludzie powinni opalać się wtedy
gdy jest ciemno przy zgaszonym świetle znowu nie będę poetą[/lewo]


10lipiec2007


* * *

dno pierwsze drugie i trzecie

[lewo]pęka muszla
zapominasz o muzyce pink floyd i długich jazzowych nocach
opadają widoczne wzgórza a trawa rośnie na wysokość drzew
niebo to hiena niebo to wściekły kojot płaczące zwierzę

teraz jesteś w bajce o mechanicznym chrząszczu i Alicji
z odłamkiem lustra w dłoni

pod stopami kaleczące kawałki żwiru

słonie niosą na grzebietach dzieci nowego pokolenia
nożyce przecinają obrazek na tysiące części[/lewo]


* * *

czystki

[lewo]Skończył się ciepły sen o którym tak głośno mówiły dymiące głowy
kominiarzy losu Na nowo uczysz się odróżniać histeryczny wrzask
od śpiewu ptaków za oknem którego istnienia też nie rozumiesz
bo po co dzielić świat szybami Wszystko jest wodniste nawet list
który odebrałeś wczoraj nadawca nie był znany a w treści pytanie
kim jesteś Zabłądziłeś w kolejnej partii rozumowania byłeś cicho
krzyżowałeś słowa z pustą myślą [/lewo]


* * *

sidra & speedball frugo

[lewo]San Sebastian stolica hiszpańskiej prowincji z okna
widać ścigających się kolarzy siedzę z Lui w fotelikach
palimy cygarety rzec można el cigarillo tytoniowe z nutą
cracku czy innych substancji działających narkotycznie
ot nasza współczesna medycyna po trzech minutach
będziemy psychotropami malując na ścianie alter ego
oglądając krótkometrażowe dzieła P. Almodovar'a Cabellero
później zadzwoni matka Lui pytając czy wszystko na miejscu
odpowiem że właśnie bierze prysznic[/lewo]


* * *

tąpnięcie

[lewo]do zalewu jeszcze bardzo daleko.
zapalona ciemność przechodzi w przyjemny dla oczu pomarańcz.
mogę przejść jak zawsze kawał drogi lub uciec
na milion sposobów. razem ze spłoszonym skrzydlakiem.
nie powstrzyma nas paroksyzm wiatru. u progu dźwięku i dnia
jestem przełamaną górą mięsa która zrasta się w ziemi.
być może wypowiedziana chyłkiem prośba osoby trzeciej
złączy półkule rozumu i przywróci kształt rzeczywisty
wszystkiemu co bliskie. jednak jaką mogę mieć pewność
przecież nie poznałem drogi do własnego domu[/lewo]


* * *

post

[lewo]zdecydowali że rozbiją namiot na sporym dachu wieżowca
co zanurzony był do ostatniego piętra w błocie
pole szlamu rozciągało się wszędzie wokół betonowej strzechy
coraz silniejszy wiatr jak mozolny oddech i zapach trupa stęchlizna
zwęglone anteny satelitarne w stercie żelastwa powtarzalność kolorów
ktoś musiał tu być przed nimi może nawet ludzie trudno powiedzieć
nie ma żadnych znaków ale pewnego rodzaju przeczucie nie pozwoli spać

Białas nie pomagał w rozbiciu namiotu wcześniej skaleczył się szkłem
teraz głośno siorbał pijąc krew z palca jak wino przerywając
tylko po to by zakląć jego kumple kończyli pracę w milczeniu
klimat pretensjonalnych myśli? na pewno przeświadczenie o tym że
żyje się na główce dmuchawca który zaraz może się rozlecieć

biedaczek owinął skaleczony palec kawałkiem papieru toaletowego
marzył mu się teraz śmietankowy budyń z sokiem malinowym
zaczął gwizdać wszyscy wsłuchiwali się w melodię
dawno nie słyszeli muzyki [/lewo]


* * *

są wioski kontemplacyjne

[lewo]człowiek jest tam bryłą doznań
urozmaiconym kawałkiem cennego kamienia w którymś z naczyń
zgromadzonych w wielkich piwnicach-bibliotekach
gdzie każdy mieszkaniec patrzy na wnętrze innego żeby zrozumieć
tymczasem jestem gąbką która chłonie ciężar wody
wystawiony na schnięcie coraz bardziej akceptuję
wioski urosną w psychodeliczne miasta zen zanim zdążę pomyśleć
będę płakał nad powszechnością tych miejsc
[/lewo]


* * *

tu gdzie jestem

tu gdzie jestem widzę wyraźnie czyjąś twarz w rogu
zaraz obok obcego mi słońca do którego wyciągam dłoń
pozostaje mi umrzeć ze szczęścia i przyznać się do winy

najbardziej realizowałem się będąc słabym
znalazłem sobie miejsce niszcząc czyjeś plany
teraz skaczę po drzewach spadam liczę guzy
później znajdę schody wejdę wyjdę kilka razy
będę mógł powiedzieć o bagażu doświadczeń
iloczynie zachorowań ilorazie wyleczeń

w moim łonie wyją porzucone cielęta
jestem otwarty na krzyk ale znów kaleczę gardło
milcząc w myśl przedmiotów martwych

przyjdź do mnie wpadnij stary przyjacielu
zobacz jak bardzo pofragmentowano mi osobowość
twoją moją obcą nam osobowość
na pewno ciekawie to nazwiesz może łaciną

tu gdzie jestem widzę wyraźnie czyjąś twarz w rogu
przy lustrze pomyślałem że ta chwila już była
wszystko się pozmieniało z nerwów przygryzam usta
pozostaje mi umrzeć ze szczęścia i przyznać się do winy



_________________
[i]dopisek pod kreską:

na JL wystawiam ostatnio teksty, które z pewnych przyczyn trafiły do notatnikowego kosza - głównie dlatego, że chcę na podstawie wypowiedzi Czytelników coś zmienić, w wolnej chwili popracować nad całością, zatem dziękuję wszystkim z góry za konstruktywizm komentarzy[/i]


* * *

szmery gdy zabliźnianie

[lewo]Piętro
Koszula czarna
zwęglona
pod stołem
moje brodawki

Blizny pachną
poranną
śliną
nie wiem co jeszcze dodać -
może dźwięki
stygnącej
ręki
która skrzypi
w tym kłębie ciała?

albo postękiwania zmęczonego
psa, zajadliwość szczekania


Strych
wszędzie te
cykady

chłodno
puste miejsce
dla nieoczekiwanych
wisielców

Chcę rozpruwać
milczenie
przez kilka słów
od siebie
do siebie

i cykady
i mięso psa
i piętro
i nowe błony
będą jak
wielka
przesada
nazwana tłem
mojego portretu[/lewo]


* * *

Awangarda

[lewo]octobre/novembre.
hala urania robi się coraz bardziej wypukła.
przed wejściem nawiedzona znachorka próbuje sprzedać cukier i magiczne jabłka.
widzę jak puchnie ziemia i w małe wypustki wchodzi zieleń ziół.
zaczyna się brunatna pogoda. śliskie ulice wyglądają jak radioaktywne ścieżki
o świcie mienią się barwy plam rozlanej benzyny. higieniczni wychodzą na światło
przecierając ślepia jak nornice.
babulunia w workowej spódnicy próbuje nakarmić truchło gołębia przy krawężniku
rzuca twardym chlebem rozglądając się na boki z serdecznym głupkowatym uśmiechem.
młode robociki przebrane w garnitury i meksykańskie buty omijają matkę teresę karmiącą
wpatrzeni w szybki wielkich telefonów. przesadnie naciągnięta na ich twarze skóra
wyzwala wieczną powagę co przystaje do mimiki w naszym smutnawym miasteczku.
zaczynam dzień w knajpie na starówce. do godziny dziesiątej powstanie
kilka stałych zgromadzeń. buddyści, skini i panki będą palić z tej samej paczki
marlboro lajt. fani świetlickiego i masłowskiej z książkami w twardej oprawie
zaraz obok szklanek niskokalorycznej koli. kilku starych muzyków zajmie stolik
który zabarykadują wielkimi kejsami na instrumenty. trumnami muzyki.
przegoni ich zachrypnięty głos ojca Kobejna z ambony szafy grającej.
pod czwartym niebem pisarza z Zatorza odgrywa się wciąż ten sam dzień
puszczany ze starych taśm kina Awangarda.
[/lewo]


* * *

miasto

[lewo]Szorstkie twarze, podarte jeansy, fikuśne nakrycia głowy i
ten specyficzny swąd zadymionych ulic, kamienic, wież strachu,
przelotnych kobiet, które spadają z okolic słońca tylko na moment albo
patrzą jak sowy w podkrążonych oprawach kiczu. Tak między nami
atmosfera harlekinowa, czasami względna
(jak zestawienie trzepotania skrzydeł z trzepaniem dywanów)
wpływa na mnie bardzo dobrze, jestem wypoczęty,
słucham obcasów, wpadających w technorytm uderzeń chodnika,
mam ochotę położyć rękę na krawężniku, stworzyć symfonię
do wszystkich postukiwań dodać własne, współzdychać
razem z centrum miasta, które jest już spod pędzla -
płody spadły z drzew, były jak gąbki, które chłonęły wczorajszą jesień
w oczekiwaniu na hibernację - ostatnią dla nich porę, ja czekam
na otwarcie herbaciarni, na jakąś kobietę, wreszcie: na seans

W uliczce, zaraz za barem 'ploteczka'
(gdzie pachnie zawsze spalonym kauczukiem)
znalazłem porzuconą książkę znanego tu prozaika spod znaku zapytania,
powiedziałem sobie, że ciężkie to frazy, nie udźwignę, nie dla mnie,
wolę wpaść w epilog tej chwili, rzucić się w błoto, w błocie być, błotem zostać,
postawiłem kołnierz i wróciłem do tej mojej czerni i bieli,
(można też powiedzieć: do tej mojej czerni bieli)
przyszła kobieta, zaczynał się nasz seans,
wpadliśmy jeszcze w nieskończoność powtarzania kilku słów

może to zwykła starość kiedy szliśmy tak pod rękę
z parasolem pod którym zaczynała się noc i rozchodziła po mieście
może to zwykłe czynności, gdy zrywaliśmy ostatnie płody drzew,
układaliśmy obok tych martwych wywłok w kałużach i dawaliśmy imiona
za darmo, bo czego można tu chcieć[/lewo]


* * *

D-a

[lewo]D-a pachniała gumą, zlepiło nas nasienie
strzeliłem prosto w jej serce. W jej chore bliskie śmierci Tętniące serce
przejścia granicznego. Tętniące serce przygód z kierowcami ciężarówek.
Tętniące serce pijanego ojca. Tętniące serce matki dziwki.
Tętniące serce tytoniu przemycanego przez granicę. Tętniące serce Okudżawy.
Tętniące serce pomarańczowej rewolucji. Tętniące serce smalcu na kromce.
Tętniące serce gnoju. Tętniące serce modlitwy. Tętniące serce Jezusa.
Tętniące serce losu. Tętniące serce miejsca i czasu.[/lewo]


* * *

inny wiersz o m.

[prawo]mojej kobiecie[/prawo]

[lewo]kończy się przestrzeń i stary dobry grudzień. mróz zatrzymał pompę miasta
po ścianach przechodzi cień cień mojej ręki - wystraszył wszystkie ćmy,
aktorki snu. zmęczony po leniwym spadaniu z księżyca, piszę inny wiersz o m.
bardzo długo uczyłaś się mnie ratować a ja pytałem o ciebie
zdzierając kolana. w środku wszystkiego co żywe leżałem z kwiatem w zębach
patrząc jak z nieba ulatuje powietrze, przekładając słońce w dłoniach
ale wcale nie wstawał dzień, tylko twoje światło w które się ubrałem
więc odwiedź mnie teraz, jak zwykłaś to robić zamykając moje oczy
nucąc piosenkę o umieraniu m., kiedy woda ciekła po mojej foliowej twarzy[/lewo]


* * *

grunt

[lewo]o świcie zbiegam z wielkiej góry snów
próbuję wykrzesać prometejski ogień rytualnej fajki
po oknach spływa słoneczny krem
naznaczając wszystko jaskrawą mazią
grunt to spalić mosty nad sobą
najlepiej wszystkie te pod którymi się nocuje

wczoraj w przejściu łączącym miasto z Zatorzem miałem wizję
ataku metalowych robotów zabawek z plastikowymi karabinami
na ukrainę i rosję która odpierała napad wyciętymi z papieru ludźmi
gumowymi lalkami z polski
przebudziło mnie pytanie impulsywnej Mari
czy zastanawiałem się ilu jest ludzi co to jeszcze nie istnieją
na pewno mniej niż zapomnianych spotów sennych
nasze twarze opisywał później głupi śmiech
i zniesmaczenie [/lewo]


* * *

starość

[lewo]przestały mnie interesować
nagie ciała ludzi[/lewo]


* * *

zaklinowanie

[lewo]moje słowa miały początek tu
na zielonej płachcie pola gdzie udawałem martwego
daleko od obory miasta i chlewu wsi
kiedy srebrne nożyce cięły moją pępowinę dzieląc od świata
w kasztany wchodziła jesień
zdziadziałem patrząc na purpurowy kawałek nieba
na którym wyraźnie widziałem twarz Elvisa i spódnicę Marylin
w ustach miałem pszczoły[/lewo]


* * *

azja

[lewo]tym razem zauważyłem coś ważnego mistrzu

zanim wsiadłem w byle jaki pociąg

z zielonym kamieniem w zaciśniętej pięści

widziałem twarz młodej dziewczyny o azjatyckiej urodzie

i pomyślałem że w każdej chwili

z jej ciała może wyjść doskonały świat

zaludniony równie pięknymi ludźmi

a jesień nie będzie już miała tak mało liści

które opadają w zwolnionym tempie

przez co wszystkie warszawskie muchy

spotykają się w kotle smoły

w przekonaniu że taka tandetna wizja

musi mieć ukryte dno

przeszedłem przez salę główną dworca

czując się jak rodowity chińczyk[/lewo]


[prawo][i]wiersz dedykowany bogom redakcyjnym z pisma Wprost[/i][/prawo]


* * *

Rozlewisko

[lewo]Przy brzegu spotykam brodatego hipisa
Z papugą recytującą fragmenty apokalipsy
W jego pięści zbiera się coraz mocniejsze światło
Więc zaczynam wierzyć że rozmawiam ze zbieraczem słońc
Przygrywając do jego słów na harmonijce z trawy
Kiedy patrzę później na pęknięte lustro jeziora
Nadgniła królowa paproci przegląda naznaczone błotem liście
W ogromnych purchlach zbiera się wolność i dzikość
Nachodzą mnie strzępiaste drzewa i myśli o statku
W nieskończonej wodzie pacyfiku
Wszystko jest składnią rzeczy
Na których nie spoczywały nigdy moje oczy
Rzeczy nietkniętych moją dłonią
Podczas podróży do smutnych miast[/lewo]


* * *

młodość

[lewo]mam dość życia[/lewo]


* * *

starownica

[lewo]w izbie przy piecu rysują się dwie staruszkowe sylwetki,
czasem już tylko jedna. widzę talerz grzany słońcem,
na tłustym od słoniny stole, obok śmierdzącej cebuli
kosmos i umęczony jezus. do następnej chaty prowadzą psy.
w milczeniu. ręka gospodarza unosi się i opada.
żylasta dłoń pokazuje złamany smyczek do skrzypiec
obiecuję że przyniosę nowy. [/lewo]

[prawo][i]autorzy: ja & tata[/i][/prawo]


* * *

szmaty czasu, nożycowe nogi i fizyka pisaczy

[lewo]Szmaty czasu dzielą Cz-ka między początkiem a końcem
Jak zwykle kiedy brakuje priorytetów i konkretyzacji - pojawia się konkretynizacja
W postaci ciszy milczenia odśrodkowego które to milczenie wypiera energię poza ciało
Natomiast ciało jest przy tym odrętwiałe i pozbawione chęci ochoty pragnienia
Wody serca umysłu - tak oto poeta zmienia się w fizyka rysującego wektory emocji
A słowo bełkotem się staje i mieszka między nami pisaczami
- Między nami fizykami -
Mam w głowie obraz znanych z widzenia którzy wiszą gdzieś w okolicach księżyca
Machając frywolnie nożycowymi nogami- w nieświadomości o tym że
Prawdopodobnie żyją tylko w marzeniach bezdomnego kocura który karmi nimi samotność
(samotność - najbardziej niedoceniona miłość świata)
Tak czy inaczej w pewnym momencie zaczyna się starość mentalna całej tej abstrakcji
To bodaj najgorsze co może spotkać Cz-ka gdy wszyscy wokół zaczynają się unosić
Mentalny staroć spoczywa wówczas w kokonie który psuje się od środka nie trzeba nawet Przecinać skrzydeł-żył łamać drewnianego serca - by czuć się kokonowo hermetycznie bez Powietrza i sensu!
Era elementarnizmu - zadowoli każdego sceptycznego starocia mentalnego
Wystarczy oddychać przyjmować odpowiednie składniki zawarte w kolorowej papie
I tak dalej aż do śmierci mentalnej - później ważny jest tylko
Pop-buddyzm i trzymanie fasonu cichej muchy która przestaje walczyć
Złapana w pajęczynę konsumpcji
Zatem zbierajmy niepotrzebne rzeczy i bądźmy cichymi muchami!
Trzeba wypalić świat w skręcie świadomej obojętności zanim wszystko wypali nas Pozostawiając proch do armat szalonych bogów współczesności -
Powietrza i sensu![/lewo]

[prawo][i]z listów[/i][/prawo]


* * *

człowiek który zgubił zdjęcie B-ga

[lewo]Śnieżny styczeń
Na falach wietrzyska pierwsze strony dzienników przepowiadających zagładę
Metalowe kikuty po znakach drogowych i rozbite auta w martwych korach ulic
Wszystko skupione wokół czarnej dziury nabrzmiałej od ostateczności
A przecież kiedyś stała tu Deszczowa Katedra łysoli z Azji
Dzieciaki wrzucały monety do zabytkowej studni
By dzień przecinała katana słońca a nocne wilki przeganiały księżyc
Teraz każda minuta jest anarchistycznym odcinkiem czasu
W miejscu gdzie kawał zwęglonej ziemi zdaje się być jeszcze bardziej zapadnięty
Porzucone kundle rozganiają nastroszone skrzydlaki - znalazły kawał ludzkiego mięsa
Słychać melodię okrucieństwa graną na strunach każdego rozerwanego ścięgna
W usta rozbitego gmachu wślizguje się człowiek który zgubił zdjęcie B-ga
Szuka ognia którym będzie mógł nagrzać zmarznięte serce ale
Nie pozostało już nic co można odnaleźć i zupełnie nic co można zgubić [/lewo]


* * *

Hymn neofuturyzmu Jacka Krajla

[lewo]Robotnice o brunatnych korpusach i zwinnych szczypcach
Dziergają kawałkami luster nową kreację ciszy która zapoczątkuje neofuturyzm
Czas spływa ciurkiem po ścianie nawadniając korzenie drzewa zagłady
W górze święty taboret i królowa co pije tak dużo że gardło porosły małe wulkany
Strzelają różową galaretą z nadzieniem alko przeszkadzając brunatnym robotnicom
W tkaniu odpowiedniego klimatu nie pomaga również krzyk człowieka który
Na próżno próbuje wrócić do siebie i przeciąć płótno tego obrazu
Do głównego hallu wchodzą szeregi pielęgniarek ze srebrnymi tackami
Czuć zapach spalenizny i szpitalnych środków czystości
Za chwilę pełno będzie latających mózgów znalezionych w izbie chorób
I zlecą się ślepe zwierzęta by gonić za zapachem surowizny
Tymczasem jazz-starzec z wielkim kulfonem zaczyna stroić instrument z kości dziewic
Fałsz melodii zmienia nastawienie królowej która ciągnie za wymiona ścian
By zapadła kurtyna[/lewo]


* * *

Maszynownia chłodnicza

[lewo]


Stolica imperium snu, obserwuję bieg ostatecznych wydarzeń

Dzieci ganiają na bosaka, w asfalcie placu zabaw topnieją lody malinowe

Zaciągam się dymem z maszyny motocyklisty, rozbija kałuże mętnej wody

Dezerterzy budują relacje z butelką czystej, na ulicy przelotnej

Zaczepia mnie człowiek z lustrem, pyta o drogę do domu

Widzę płochliwe koty z czarnych dziur osiedla, noszą moje imię

Z centralnej stacji odlatują głodne gołębie, pociąg jedzie donikąd

Pod gwiazdami gasną domy, szaleńcy modlą się do końca[/lewo]


* * *

Wpis o niższych sferach

[lewo]Wcześnie rano, piekarz pochyla się nad pękającą skórą chleba
Raz po raz podpatruję spadający księżyc, odkrywam nowe kwiaty
W myślach, złodziej czasu przeciska się przez szpary uchylonego okna
Chwilę później przychodzi dusza, która na próżno wywołuje młodość
W mroku przesyconym starym kurzem widać szereg pustych pokoi
Grzeję nogi w misce gorącej wody, na podwórzu chód, w płucach zimy
Człowiek, zagrożony gatunek[/lewo]


* * *

muzyka ostateczna

[lewo]

I

Zanim nadejdzie zima, w środku pustki października
Wrony na parapecie dziobią plastikowe okna, w tle chmury burzowe

Matka rozbiera drzewa, już gdzieś widziałem taką układankę
W albumie z wielką lokomotywą, od dziadka maszynisty

II

Zimne miasto ma kilka imion, pasażerowie szukają dróg, dalej
Brunatne wzgórza, płacz dziecka w spacerówce, zalane błotem parki
Gdybym tylko miał zdrowe oczy[/lewo]


* * *

wargi

[lewo]przed kolejnym kieliszkiem zapytałem fatalistkę Suzie
czy śmierć wciąż jest aktualna
mówiła długo o zburzonych teatrach i zamkniętym muzeum Tate Modern
na południowym brzegu Tamizy w Southwark
ale było to jedno z pytań na które nie oczekuje się odpowiedzi
więc patrzyłem tylko na ruch jej warg
myśląc o powierzchowności i innych nabytych chorobach
które sprawiły że rozmawiam teraz z prostytutką
w jednej z wiejskich chat pod Londynem
po ciężkim dniu pracy przy sorcie szynszyli na samice i samce [/lewo]


[prawo](z cyc gada 2007 - http://cycgada.art.pl/?p=465) [/prawo]


* * *

paragony, delikatesy - wiersz współczesny

[prawo]dedykuję Markowi Bartelowi, kasa nr 3[/prawo]

[lewo]och, ogórki szklarniowe
kajzerka, bułka sznytka i cebula
mleczko z łowicza, razowy na miodzie, słonina
kefir 400, śmietana 18, jaja - 6 sztuk
jogurt truskawka, bakoma 7 zbóż
sól, pieprz i pieczarki, ach!
i zapytać winiarki o najtańszy trunek
trzymając w dłoni banknotów kołdunek[/lewo]


* * *

Szarzyca z ulic nędzy - cztery akty spadkowe

[lewo]I.
Kolos pręży żylaste nogi. Ciągnie za sobą kulę na wzór księżyca.
Tłuste plamy słońca spływają po gładkiej płaszczyźnie okien.

II.
Psychotropowy świat, gdzie z wolna podnoszą się kolejne kopuły
podrażnionych oczu. Rozpędza się maszyna nagich ciał mężczyzn i kobiet,
wykonując ptasie gesty strzepują warstwę kurzu. Tak, wczoraj
znowu padał kurz i nie ma już różnic - jest tylko wolność.
Wolność, o którą modlił się każdy hipis. Głucha i ślepa -
siostra starości.

III.
W powietrzu kwaśny zapach ściętej trawy, głodna kosiara
bierze wszystko, co tylko można. Kukły przestają przypominać ludzi,
przedstawienie imitacji będzie trwało wiecznie. Jest kopiec snów,
nocą przychodzi tam ostatnie dziecko.

III
Bogowie uderzają nerwowo w klawisze fortepianu,
jakby nie mogli znaleźć kolejnej nuty
[/lewo]


* * *

Monroe

[lewo]w sercu słońca spotkałem dylana, śpiewaliśmy dla złotej M.
wchodzisz w procesję pustki, na polu wypalonej trawy, słyszysz
złamane głosy i powtarzasz szeptem

złota M., pompujesz krew w moim ciele, jesteś
ostatnią straconą nocą i połową dnia

przechodzi jesień
złota M. w prochowcu przeciwdeszczowym, z parasolem
leci po kres wysokiego nieba

spróbuj kiedyś nazwać wszystko od nowa, na dłoniach
wyrosną kwiaty, powiedz M.: ile razy mogę dziś żyć

światło jest ostrzem katany, japoński mędrzec
mówi o nieskończoności a ty tańczysz na linie

w dole przepaści gustuje w zielonych herbatach

przechodzi jesień
złota M. w prochowcu przeciwdeszczowym, z parasolem
leci po kres wysokiego nieba[/lewo]


* * *

cela

[lewo]Leżałem w celi choroby. W ciele z krwi i kości, wreszcie
wybrałem się aż po próg świątyni, wierzchołki napędzały mechanikę nieba.
Wszystkie drogi prowadziły prosto w próżność, na pole ukrzyżowanych
z nudy czy obojętności. Przed nimi, na krześle z kółkami siedział facet,
niedawno wrócił z wojny i uczył mnie jak palić cygaro.
[i]Pamiętaj chłopcze, dopóki widzisz słońce, staraj się sięgnąć światła,
później wszystko będzie skończone, zapomnisz jak rozniecić ogień,
w pustym pokoju, rozszarpie cię ostatni księżyc.[/i]
Na klatce piersiowej Mistrza - widziałem kaloryfery wypełnione gorącą krwią.
[i]To prawda że są tacy co sprzedają myśli, umysłowi handlarze[/i] - dodał.[/lewo]


* * *

pod, nad

Podkrążone oczy snu. Chwilę później
puderniczka, pilnik i suche pędzle, pióra.

Dłuży się podróż po kątach pokojów,
łazienek i wojen. Czytam Kuchnię Polską,
recytuję wiersz przy zlewie, spisałam adres
na księżyc -

tam wózek bez dziecka i kosmiczna schizofreniczka
tu koniec zimy, obce mi ciało.


* * *

List z Istoty Pana Fenuo

[lewo]____Potężna wieża ciśnień na kształt ręki. Wokół latają perły z wodą w środku.
Raz po raz zaobserwujesz eksplozję, głuche pęknięcie kolejnej bańki.
To znak, zbliża się deszcz krwinek. Szklannicy wchodzą do szczelnych kapsuł.
W pięciu marmurowych palcach, skierowanych w stronę nieba,
są pokoje obserwatorów i składownia, zbudowana na całej długości kciuka.
Sortuję nakrycia głowy z różnych epok, przeglądam kapelusze Toma Waitsa.
____Przerywam pracę, by spojrzeć w wizjer wyżłobiony w ścianie.
Wielki kościsty most zdaje się lekko falować pod naciskiem Szklanników,
maszerują w stronę czarnej dziury, gdzie spoczywa Pan Fenuo.
Niektórzy mówią, że żyjemy w jego ciele, podtrzymując resztkę życia.
My, śliskie robaki upadłego człowieczeństwa, bez mózgów rewolucji.
____Dalej widzę istoty nadzorcze. Na głowy naciągnięte mają białe pończochy,
poruszają się anemicznie, jakby padała bateria zastępująca słońce.
Niebo jest krwistym mięśniem, którym targają ścięgna i żyłki fioletu,
purpurowy błysk nazywano skurczem, bólem straconej sfery.
____Bez szans na ucieczkę. Mam tylko zdjęcie matki, pamiątkę przed-wypaleniową.
Ten list dokończę później.
[/lewo]



[prawo]_______________
tłumaczenie z języka Neogriv
(czyli pierwszego języka ultra-dźwięków)
pomyślałem jednak, że wstawię do tego działu[/prawo]


* * *

bury atramentowiec

nie wiem kto poniesie za to wszystko winę. obserwuję
zmiany. na jałowym polu umysłu, ot pięć-sześć kolorów

których i tak nie potrafię zliczyć. to przez regresywny progres - -
życiowy wykres jak splątane sznury trzymające kukły w powietrzu

nad istambułem rozwijają się tureckie dywany, ktoś ciągle wyje
dając nam spokojny ocean. wiem, że po niebieskim poniedziałku

będzie żółty wtorek i zielona środa. później przepiję ten wiersz


* * *

Lada Moment

[lewo]Szkło chrupało pod ciężkimi wojskowymi butami
które były jedyną pamiątką po ojcu
dobrze jest mieć przy sobie coś co przywołuje dzieciństwo
dzięki temu można liczyć na specyficzny rodzaj ciepła
w moim przypadku jest to ciepło grzejnika Farel
brzęczący silniczek budził mnie codziennie
falującą melodią trybików i zapachem spalonego naleśnika
wracając jednak do szkła:
Czasami jest tak że ostry chrapliwy odgłos
kaleczy każdą myśl dzieląc na czynniki pierwsze
jakby mały samuraj machał w głowie ostrzem katany
i komórki mózgowe
komórki mózgowe przestają ze sobą kopulować
ginie kolonia skojarzeń
nie powiem
sprytny chińczyk mojego umysłu był dziś wyjątkowo ruchliwy
sprytny chińczyk przecinał mięso z czachy na równe plastry szynki
dostarczając coraz nowszych obaw
nazywając wszystko od nowa
ot takie napatoczenia przesterowania
Noc zalewała całe miasto smolistą zaprawą
ciężka masa zdawała się być wyjątkowo kleista
gdy rozchyliłem przestrzeń przede mną
stałem naprzeciw czarnej dziury
wszystko lepiło się do ciągłej linii ulicy
każdy budynek schylał się do chodnika
Może zbiłem cienkie szkiełko krzywego zwierciadła
a Lada Moment gdy uświadomię sobie że nie ma powrotu
ogarnie mnie panika i wyobrażenie znanej mi Alicji z Łodzi
która spaceruje z chińczykiem mojej głowy
Poszedłem więc w stronę bijącego światła latarni
zawieszona kilka metrów nad ziemią cytryna
dawała zarys wszystkiemu wokół
błysk w tunelu
flesz elektronicznego boga
w dole ulicy spotkałem kilku poetów
stali nad zdechłym gołębiem i
rozmawiali o amerykańskich obiadach [/lewo]


* * *

trzynaście wersów z człowieka

nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie
tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak
nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie
tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak
nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie
tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak
nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie
tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak
nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie
tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak
nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie
tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak
nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie tak nie


* * *

wiersz-atrapa

[lewo]

I
w zasznurowanej myśli
zaczepiam kogoś
swoją pustką
pustką spokojnej wody

II
a przecież
to tylko nieme kino
w lustrze

tak
lustro to częsty motyw wiersza
tam jest człowiek

III

okazuje się że człowiek
jest klatką
która więzi duszę

IV

a podwórze
wgniecione w plastik okna
mieści cienie matki z dzieckiem
wczoraj z jutrem

V

od tego wszystkiego
krzesło twórcy
musi mieć połamane kości
a ten przewraca się
w grobie

[/lewo]


* * *

wiersz amerykański

[lewo]napiszę wam amerykański wiersz
o zabijaniu ołowianych żołnierzy
na krawędzi stołu europy
gdzie sporo jest buntowników bez wyboru
chodnikami suną ludzkie kopiarki i nośniki
zamiast ptaków błyszczące rakiety
silniki myśliwców mruczą jak koty
szelest elektronicznych myśli
nie pozwala spokojnie zasnąć
pęknięta kula słońca
spaliła drewniane chaty
właśnie w takim stylu
mięso hamburgera
wchłania keczup z żył[/lewo]


* * *

wino winy

[prawo][i]mojej kobiecie[/i][/prawo]

[lewo]nie moją winą jest
sojusz chińskiej komuny i województw radzieckich
co wywołało panikę w całym kraju
na korolowe wyświetlacze raz na zawsze
padły klapy
wszyscy gromadzą konserwy
mrożą chleb
wściekłe matki polki walczą o ostatnie
pieluszki tamponiki majteczki podpaseczki papieroski i peruczki
faceci szukają mundurów
z dziadzia pradziadzia
dzieci strzelają z plastikowych giwer
do dziadzia pradziadzia
a w stolicy
zęby maszyn korporacji - a jakże -
wycinają nowe ulotki
z promocją na jad kiełbasiany i język rosyjski
przerwano prace nad nowymi stacjami metra
projektanci z chin wysadzili procesory czaszek w cholerę
która zamroczyła czystą wisłę toksynami XXI wieku
nie będzie już euro nato ztm cwks itd
z kranu poleci benzyna a z oczu ropa
zamiast głowy państwa manekin
z papierową twarzą na patyku po lodzie
przemówi głosem mp3 nagrany na taśmy kłamstwa
i nie ma w tym polotu jest tylko nalot
to też nie moja wina jednak twoje spojrzenie
zrzuca na mnie ciężar
tej imaginacji
[/lewo]


* * *

czarna niedziela - o pewnym osamotnieniu

I o pewnym osamotnieniu


[lewo]z ciszą jak malarz - Rembrandt
to tylko ja, upity życiem

uśpiłem uśmiech
na czyimś grymasie

blask dobrotliwie przemijał
w zniekształceniu tła -
jak zgaszone światła
sylabował powoli
ciemność

nie - -
nie zapomnę

pomiędzy drobinkami szkieł
podobne krawędzie
szukają siebie -
zaraźliwy spokój
dojrzewa
w zaniedbaniu

to tylko ja -
znowu przesadzam

palcem po wodzie
jak malarz - Rembrandt
spróbuję zapomnieć [/lewo]



[prawo][i]nie pamiętam kiedy powstał, ale na pewno bardzo bardzo stary tekst[/i][/prawo]





II. ołówkowa ekshuma(niza)cja umysłu

[lewo]wytarte skronie
od szpiku,
dwie kromki piekła -
zbutwiały między-myśli

już

przedświt ciepła
marszczą brwi-gałęzie
igliwiem barw - -

przypłacz się sobie[/lewo]


[prawo][i]drugi tekst - z pewnością jeszcze starszy [/prawo][/i]


III. wyrywając płatki czołowe

[lewo]na spazmościanach
blizny po lądowaniu nieba -
słońce zaszło
na kawę

budzi szuranie kapci -
nocą często sikają obłoki

pod oczami rynny -
bezsenność kropli się
razem z makijażem snu

nareszcie -
światło przykryte kacem
ziewa na ziemię - -

na tablicach nowe wzory[/lewo]


[prawo][i]a trzeci to już masakra :) [/prawo][/i]


* * *

świat oczywisty

[lewo]W brzuszysku brunatnej ziemi grzebią mechaniczne ręce koparek,
jak rozdrażnione pszczoły. Między rzędami cystern i beczkowozów
chmara wystraszonych wron dzieci, ojciec wszystkich ostrzy -
kombajn do mielenia snu na błękitną papę, co wisi nad nami.
Tu spadające gwiazdy USA, tam rozebrane osiedla e-wschodu.
Ale zaraz.
Człowiek. Gdzie się podział człowiek[/lewo]


* * *

insolacja

[lewo]Nad ranem, słońce jest bohaterem
akcji serca. Jabłka z babcinego sadu, już nie smakują jak kiedyś,
gdy razem z bandą Chudzielca skakaliśmy w kosmos. I w dół,
z wiatrem nuklearnych dmuchawców. Teraz stoję nieruchomo,
by nie rozproszyć światła. Patrzę jak wycinają drzewo,
którym mogłem przecież być. Moje usta, kawał ciszy.
Każda krawędź, tnie na starość skórę.
[/lewo]


* * *

wyrobaczenie

[lewo]zaczyna się od tego że jesteśmy latającym obiektem
gromadzącym w sobie intensywne światło co przyciąga
ćmy owady przysłaniające blask korpusem
kadłubem albo twardym jak cholera pancerzem
takie umysłowe krążowniki pancerne insekty psia krew

taka myśl zaskoczyła mnie gdy podnosiłem ciężary
kilkunastu ostatnich lat - wyobraź sobie mnie
podnoszącego ciężary czy walczącego z byczym
pociągiem egzystencji rozpędzonym do granic możliwości
mechanicznym potworem

wracając do świateł - zaczynamy od strzelania z łuku procy
kończy się na opanowaniu ciężkiej amunicji słów
chamstw gestykularnych nerwic molekularnych i
w nieskończoność przychodzi nam szmacić obce życia
przecierając szkiełka oczu w których odbija się ego

od dźwigania dłonie są bardzo szorstkie
a nasze prywatne światełko błyśnie raz czy dwa
w ogromnej ciemni przypadkowych razów

pozostaje otworzyć okno i nawymyślać sąsiadowi[/lewo]


* * *

Notka. z jednej endorfiny

[lewo]z pewnej endorfiny prosto w brud
zaraz za śmietnikiem kilku lat jest pole prozy
w pisaniu nie ma powietrza – przestrzeń wypełniają przedmioty
i opis masy ludzkiej
piąty wers potwierdza próżność tego zapisu
podróż bez końca
być może w takim zbiorze braków ma początek powtarzalność
na szpulę zwija się kilka znanych z pamięci miejsc
ale wszystko będzie już płaskie z czasem wróci do postaci embrionu
dziesiąty wers to moment na igraszki z ogniem wiersza
i gaszenie w wersie jedenastym
tak czy inaczej koło zatoczy się polem prozy
a wracając do siódmego wersu
potrafisz wyobrazić sobie korzeń powtarzalności?
[/lewo]


* * *

Hiperstrefa

[lewo]

Park zaraz za Hiperstrefą.
Patrzę na skaczące płomienie nielegalnego tu ogniska.
Chcąc wyrzeźbić człowieka - z ciężkich kloców drewna - powstał krzyż.
Krzyż jest prawdziwy. Prawdziwa jest Eliza. Pyta cały czas o związek z
Richardem, ale przecież Richard nie istnieje. Jest tylko maską
z wycinków gazety, która czernieje w ognisku.
Eliza nie daje za wygraną.
Czy związek z Richardem ma przyszłość?
Czy matka Richarda stanie na drodze?
Oczami wyobraźni wypatruję lakierowanych fryzur rodziny Richarda.
Otwieram usta próbując złapać głęboki oddech. W tej samej chwili
oczy Richarda, z domieszkami popiołu, lądują na moim kolanie.
Prawdziwa Eliza szuka nerwowo telefonu, musi o tym opowiedzieć Monice.
Zaraz za Hiperstrefą palone oczy Richarda. Związek z nim nie ma przyszłości -
tak zwykła mówić Monika. Ta płaczliwa, skromna dziewczyna napisała kiedyś poemat
"o wielkim kutasie w mojej piździe". Eliza przyjmuje u niej lekcje.
Eliza tak naprawdę nosi inne imię, ale nie chce powiedzieć jakie.
Najważniejsze, że zna Monikę, która nosi autentyczne imię,
problem w tym, że nie jest prawdziwa. Dzięki temu znam prawdziwą Elizę o
fałszywym imieniu, spalonego Richarda i nieistniejącą Monikę, która naprawdę
jest Moniką. Wszystko to przybijam do krzyża i ruszam w stronę Hiperstrefy.[/lewo]


* * *

Luftwaffe

[lewo]gościłem kiedyś filozofa
powiedział
koniec wyciągam fiuta z dziury metafizyki
ten stosunek musi się kiedyś skończyć
otworzył lufcik i chwytał nerwowo powietrze
dodając pod nosem:
słowo lufcik kojarzy się z Luftwaffe
i stalową twarzą Göringa wieszającego chudego żyda
w ciemnej sypialni koszmarów
chyba wszystkie te skojarzenia
gwałcą mnie od zawsze a ja błagam o litość
wciskając sobie że tak naprawdę
ja tu rządzę
ja tu rządzę [/lewo]


* * *

tło

[lewo]wszystko pokruszone. stare miasto, w rozbiciu
dźwięk skrzypiec grajka. muzyka zaciera po sobie ślady.
psy prężą grzbiety, spękane ściany oddalają się,
zbliżają. wystarczy chwila nieuwagi i znajdziesz się
głęboko w sobie. utkniesz w saunie gorącego lata.
tyle, że nie będziesz w stanie wtopić się w tło.
wodząc dłonią po ulicy, która będzie jak wygięta poręcz
przejdzie ci nawet przez myśl, że to wszystko
może mieć sens. oby unosić się w górę, coraz wyżej[/lewo]


* * *

rozerwanie podprzestrzeni

[lewo]olsztyn
po bombardowaniu
warczą serca czołgów
czarne dziury
puszczają powietrze
na płaszczyźnie księżyca
olsztyńskiego księżyca
dętki znanych ulic
zastanawiasz się
którą sukienkę wybrać
na ostatni raz

przez ścianę
słychać szept modlitwy
pewnego starca
co to zawsze palił fajkę
gdy rozmawialiśmy przez balkon
zerkając na plac zabaw
teraz jestem już przekonany
że bardziej nie da się
naderwać korzenia
każdej myśli[/lewo]


* * *

Armagedon

[lewo]obserwuję ciężką pracę ojca
jego żylaste ręce obejmują rękojeść kosy

nie mogę pracować
bo dłonie mam we wczorajszych drzazgach

nasz dom w słonecznym strumieniu
wszystko z jabłkowej marmolady

pomyślałem o słodkościach
z drogiego sklepu w mieście

na języku
wciąż ten sam
smak kukurydzy

kapelusz starego
odstrasza ptaki
sporo tu szkodników

kapelusz starego
zawsze o nim marzyłem

na naszym polu nieopodal Portsmouth
ma miejsce to i tamto

przez myśli przebija się nucenie ojca:

[i]na horyzoncie James River
są szumy zakłócenia więc
chodźmy się razem umyć
tajemnicza kobieto
ze szkiców Warhola[/i]

słyszę również sąsiadów
śpiewają hymn
przed uruchomieniem złotego kombajnu

wszystko to
jest zapleczem mojego Armagedonu[/lewo]


* * *

nasz egzystencjalizm

[lewo]Czy wiesz, że palenie poważnie szkodzi Tobie i osobom w Twoim otoczeniu?
Czy wiesz, że Twój lekarz lub farmaceuta pomoże Ci rzucić palenie?
Czy wiesz, że żucie bezcukrowych gum Orbit po jedzeniu lub piciu
pomaga redukować powstawanie płytki nazębnej?[/lewo]


* * *

Hindukusz

[lewo]widziałem pasmo górskie Hindukusz w środkowej części Azji (Afganistan Pakistan Indie)
i chłopca co szedł wolno nierówną asfaltówką. zatrzymał się przy umierającym drzewie
żeby wypowiedzieć szeptem kilka zaklęć i poprawić koc na nogach starca inwalidy
którego wózek wyglądał jak krzesło elektryczne. ciężarna kobieta zrodziła słońce
na szczycie Tiricz Mir zapachniało sezamem i zupą mleczną. światło odkryło obraz
wiszących nad głową foliaków z ludźmi. zapamiętałem wyraz twarzy staruszka
który spadł z siedzenia i próbował się odczołgać w stronę próżni [/lewo]


* * *

pokolenie neostrady

[lewo]pastwisko, różowe krowy lądują na pasach startowych wyjedzonej trawy
na zielonym kocu wygrzewa się pies z uszami jak tłuste naleśniki
pasterz gra na włoskiej harmonii przecierając wielkie bryle o białą koszulę
nieco dalej zagroda, kury z karmelu walczą o kruchą pajdę chleba
baba podlewa kwiaty o złotych dzwonach, wibrują tam pszczoły sąsiada
dalej drewniane domki dla brzęczydeł produkujących miód i chata z piernika toruńskiego
w dole upływa strumień i wolny czas włóczykija co łowi złote ryby
hen, hen w technokratycznych stajniach siedzą garbusy w biurowych boxach
posłuchaj, nawet tu słychać stukot klawiatur, pociągów pokolenia neostrady[/lewo]

[prawo]publikowane w RED (2007)[/prawo]


* * *

Marsz

[lewo]Chlejmy na umór w kanciapach naszych głów
z całą pewnością wywołamy rewolucję
zdziecinniała rewolucja będzie infantylnym spotem
przerwą w dobrej produkcji o ludzkości
Bawmy się robiąc jaskółki na dachach byczych bloków
niech wschód zjednoczy się z zachodem
moda na buddę nie wystarcza już człowiekowi zachodu
Tańcząc w zgliszczach pomników naszego ojca
mówisz mi przyjacielu że masz wyobraźnię
to samo powiedział nie-bóg gdy przyjmowałem lekcje
na bezdomnej Kołobrzeskiej Olsztyna
Kiedy nazwą po imieniu moje myśli
będę już w stanie spoczynku otoczony tarczami
zacznę śpiewać da-da na przedmieściach nonsensu
żeby wszystko wróciło na start
I wreszcie epoka nuklearna naładuje słowa radioaktywną mocą
przeszłość jest przeszłością
przyszłość jest wodą którą próbujemy złapać w dłonie
Dostaniemy kamienie z ziemi
duchowy spokój od Pustki
mundur dla wojowników pokoju
dostaniemy na własność
nieruchomy cień w hotelu na bezdrożach
ot i nasz pokój
Sztywny wiszący cień plus
kilka chwil smętnego jazzu[/lewo]


* * *

bezpośrednie wskazanie

Stoję na dachu umysłu. Z góry widać odkryte wozy wypełnione po brzegi złotem. Jak setki słońc, planet w układach - spiskując przeciwko oczom. Deszczowa pogoda i różne miny rozbite w każdej kropli. Kto przemawia do ciebie gdy słyszysz szum i zgrzytanie powietrza? Później z nieba lecą pieczone jabłka. Wysypane z granatowego fartucha płaszczyzny nad. Spadam prosto w bulwar spacerówek. Młoda matka przypala papierosa kryjąc się w postawionym kołnierzu. Stara matka czeka w oknie, jest ikoną przedstawiającą biblijną miłość. Lodowate jęzory wody wciągają filozofa i wychowawców gołębi. Ulicznicy w plecionce ulic, warczą melodię próżności. Jak stado ryb pochłaniających chmarę robaków - zjadamy samych siebie. Plankton naszych żołądków, bracia i siostry. W każdej istocie wgniecione jest dziecko, które próbuje wyłamać żebra i wyjść znów do światła. Kulę światła wtoczył do izby świadomy mnich na prowincji pod Warszawą. Zakrył okna szmatami i spalił się ze szczęścia. Ludzie mienią się na widnokręgu, to drzewa piszą za nas wiersze. Lasy metafor i porównań pokrytych korą, suchych. Czas jest starcem, który przysypia nad butelką wódki. Codziennie na innym dworcu. Ty też wyciągniesz rękę po nieskończoność, gdy będziesz w potrzebie. To czego szukasz równie mocno oczekuje odnalezienia ciebie. W innym miejscu, dziesięć lat później - pod ciężarem zielonej lokomotywy ginie człowiek. Pogoda jest przy tym bardzo podobna.





[i]no i wersja na zmęczone oczęta Upartej Skwarencji :)[/i]

bezpośrednie wskazanie

Stoję na dachu umysłu.
Z góry widać odkryte wozy wypełnione po brzegi złotem.
Jak setki słońc, planet w układach - spiskując przeciwko oczom.
Deszczowa pogoda i różne miny rozbite w każdej kropli.
Kto przemawia do ciebie gdy słyszysz szum i zgrzytanie powietrza?
Później z nieba lecą pieczone jabłka.
Wysypane z granatowego fartucha płaszczyzny nad.
Spadam prosto w bulwar spacerówek.
Młoda matka przypala papierosa kryjąc się w postawionym kołnierzu.
Stara matka czeka w oknie, jest ikoną przedstawiającą biblijną miłość.
Lodowate jęzory wody wciągają filozofa i wychowawców gołębi.
Ulicznicy w plecionce ulic, warczą melodię próżności.
Jak stado ryb pochłaniających chmarę robaków - zjadamy samych siebie.
Plankton naszych żołądków, bracia i siostry.
W każdej istocie wgniecione jest dziecko, które
próbuje wyłamać żebra i wyjść znów do światła.
Kulę światła wtoczył do izby świadomy mnich na prowincji pod Warszawą.
Zakrył okna szmatami i spalił się ze szczęścia.
Ludzie mienią się na widnokręgu, to drzewa piszą za nas wiersze.
Lasy metafor i porównań pokrytych korą, suchych.
Czas jest starcem, który przysypia nad butelką wódki.
Codziennie na innym dworcu.
Ty też wyciągniesz rękę po nieskończoność, gdy będziesz w potrzebie.
To czego szukasz równie mocno oczekuje odnalezienia ciebie.
W innym miejscu, dziesięć lat później -
pod ciężarem zielonej lokomotywy ginie człowiek.
Pogoda jest przy tym bardzo podobna.


* * *

Głowa & Młot

/WŁĄCZ/

[i]Kolumny wyglądają jak strzykawki. Ostre igły szczytów
przebijają miękkie chmury. Na deszcz nie można liczyć.
Jedynie anemiczne opady pyłu. Pióra z olbrzymiego ptaka -
tak tłumaczy się to dzieciom. A dzieci łykają wszystko
nawet inne dzieci. Trzeba sobie radzić i przyznać, że:
zdarza się. Czarna dziura przywaliła w ziemię, wyobraź sobie
że robisz wtedy zakupy. Nagle życie traci grunt, e-kasjerka
zapada się pod ziemię. Nie zmienia się jej wyraz twarzy,
w markecie była nastrojona na każdą możliwość.
Trzymasz w ręku dwie paczki tabletek spożywczych
zastanawiając się która jest tańsza. Wreszcie zostajesz sam,
by znikać powoli, jako ostatni. Najpierw tracisz nogi i
zaczyna cię wsysać do środka. Wyciągasz ku górze rękę,
starasz się powiedzieć coś sensownego, ale
nie przychodzi ci nic do głowy. Można to zestawić
z filmem o losach świata. Tyle, że film leci od końca
do samego początku. Małe embriony wchodzą w łona matek.
Matki wchodzą w matki. I tak dalej, do całkowitej redukcji. [/i]

Marion miał dziś taki sen. Teraz siedzi na ławce i próbuje
przypomnieć sobie każdy szczegół. Spędził noc na Placu Głównym.
Tu chłód i precyzja. Budynki mieszkalne przypominają rząd książek
na półce pedanta. Przypominają domino. Marion zamyka i otwiera usta.
Jak ryba. Wciąga rzeczywistość do jamy. W stylu czarnej dziury ze snu.
Próbuje wessać mosiężne śruby, które trzymają przy ziemi płyty chodnikowe.
Zastanawia się przy tym - jaka siła instalowała całe miasto.
Największe miasto Nowego Wieku. Na szczęście już za godzinę
wszystko zacznie się od początku. Zbiorowa kasacja zawartości umysłu.
Rytuał, w którym trzeba wziąć udział co dwanaście miesięcy.
Marion właśnie sobie o tym przypomniał. Nie walczy już z myślami.
Podgląda babinkę na ławce obok. Ta bełkocze o usuniętym wczoraj synu.
Na ogromnych telebimach lecą reklamy rynienek do oczu.
Hit sezonu. Dzięki temu można zapłakać jak człowiek z przeszłości.

/PRZEWIŃ TAŚMĘ/ /COFNIJ O JEDEN WERS/ /ZAPOMNIJ/


* * *

sen ślepca

[prawo][i]występują[/i]: Landia, Landaszka, Chrupek[/prawo]

Landia parzy trunki. W kotłowni jest bardzo ciemno.
Powietrze jest tak ciężkie, że w próżni zawiesisz różne rzeczy.
Chrupek szuka kartonu świec, by oświetlić okrągły stół.
Landaszka przebiera w garderobie, chce dziś ładnie wyglądać.
Wielkie święto. Dokładnie rok temu zmartwychwstał
Jezus-Pająk, wbity w łazienkową rurę. Prawda jest taka, że
Chrupek starł pajączka czyszcząc zlew. Landia postanowiła
dopowiedzieć do tego historię. W ciągu roku powstała księga.
Księga Jezusa-Pająka i przypowieści. Dlatego Landaszka
zdecydowała się dziś na najdroższą barokową suknię -
po babci zmarłej na powstaniu świata. Po babci zostało niewiele.
Puzderko, kolorowe szkiełka i kilka sukni. W szkiełkach
można zobaczyć przyszłość, ale jeszcze nikt się nie odważył.
Przyszłość nie musi być kolorowa - jak szkiełka.
Landia kończy przygotowania, przeciera ściany zmiotką,
zmywa kurz z paznokci. Kobieta wygląda jak zbiór żółtych pikseli,
przyjemnych w dotyku kwadracików, zbitych w masę.
Landaszka szczerzy zęby. W ustach ma żółtą klawiaturę.
W oczy rzuca się jej różowo-srebrne ubarwienie.
Z kolei Chrupek - jest szorstki. Suchy jak pumeks.
Kwadraty jego ciała nie trzymają się kupy. Nie przylegają.
Wszyscy zasiadają do stołu. Mają przed sobą miski żywych pająków.
Niektóre świece gasną. Landia, Landaszka i Chrupek trzymają się
za fikuśne dłonie, z których wyrastają szpikulce. Wszystko to
malowane czarnymi plamami. Można wychwycić błysk ostrzy palców.
Nic więcej.


* * *

Węgorze Mózgowe

[i]Człowiek to miasto pełne kulturowego miszmaszu[/i]


I

spotkałem starego Żyda
na koszulce miał napis Oświęcim jest we mnie
sprzedawał radia na bazarze
Radio Wolna Europa Radio Afryka w Kajdanach
Murzyni na stoisku obok mieli skup wolności
świecące oczy tych ludzi przypomniały mi dobrego kumpla
- Kowala -
grzyby jego umysłu pozwoliły mu spacerować
czerwoną autostradą planety Mars
co jest największym marzeniem Rosji
aż po ostateczne zawieszenie systemu
kiedy znaleźli go nagiego z poderżniętym gardłem
pomyślałem że obudzę się jako ktoś inny
ktoś kto nie znał Kowala i marzeń kraju sierpów
następnego dnia odkrywałem powieki otumaniony
bez rąk i nóg mój korpus wszedł w fazę ateizmu
koleżanka żony mówi że dobra rzecz
takie braki jałowe obszary po wyznaniu
można wypełnić czymś pożytecznym
powiedzmy intensywnym myśleniem o biednych dzieciach
ot strategia każdej miss z podkręconym rozumem
w praktyce bardzo skuteczne

czasami potrzebny jest środek do przeczyszczenia rur
gorzej gdy człowiek się uzależni

II

koleżanki żony to płatki śniadaniowe w moim mleku
problem w tym że przestały być chrupkie
gdy prezes prezesów nie przydzielił premii
podobno nie odbyła się uroczysta wieczerza
zapowiadana podczas podpisywania biblijnych umów
zabrakło integracji
dodajmy słowa:
prezes + premia + podpis + umowa + pieniądz
by przyjąć lekcję współczesnego ZEN
nawet gdy milczysz na twarzy musisz mieć
wypalone slogany i teksty warte 1zł
zresztą zapytaj Stachury & spółki
ten to dopiero odrzucił życie
Olimpijczyk Słowa zdobył złoty medal obojętności

w miejscu wyrwanego z korzeniami współczucia
u koleżanek żony pojawi się depresja z naciskiem na anoreksję
od tego momentu będą znikać bez pamięci
nie nadążę z liczeniem strat cennych znajomości
zrobią się tak bardzo chude
ciał będzie można jeszcze użyć
jako zakładek w książce o szklanym kloszu

wyobraź sobie płatki śniadaniowe z gniazdem robali
wszystko trzeba wyrzucić wyrzucić
nauczyła mnie tego mistrzyni ze spółdzielni
Pani Wyrzucająca Podania i Wnioski
Pani Klatek Schodowych i osiedla zwanego Pekinem
Pani Życia i Śmierci mojej nadziei
na sprzątnięcie brudnej sraki wind czy schodów
tak czy inaczej Freud miał rację
dążę do stosunków ze wszystkim co się rusza

III

na bezdrzewnej równinie mojego mniemania
zaczyna pachnieć świeżo sadzoną trawą
z czasem pojawią się nawet liście
wszystkie te których lot obserwowałem bardzo uważnie
przepalając gardło poetki z Olsztyna
to właśnie ona zaleciła mi zapoznanie się
z drzewem genealogicznym bohaterów Mody na sukces
wyobraziłem sobie nasze odgrywanie dialogów z serialu
cichutko w głębokiej nocy zakładu Węgorzewa
zakładu ludzi którzy sobie przeskrobali
i bardzo chcieli mieszkać w schemacie pokojów z ikei
tyle że za trudno było się potoczyć jak bóg przykazał
- Ridge czy masz już dość?
- No co ty, jutro kręcimy kolejny odcinek

obraz ścian pop-art zakładów psychiatrycznych
styka się ze snem o Św. Królowej Elżbiecie II
która miała silikonowe piersi Pameli Anderson
kochaliśmy się bardzo długo
zaraz po koncercie sex pistols
obudziłem się w reklamie szkockiego piwa
po której podali informację o tragicznej śmierci
pięknej księżnej Diany
to właśnie do jej zdjęcia
odmawiałem pierwsze modlitwy
gdy koledzy fascynowali się Kasią Figurą
masturbując się na zapleczu dobrego smaku
każdy facet ma własną aferę rozporkową
- tyle o wariacjach znajomości-

IV

mój zegar wskazywał jedną z ostatnich godzin
odwiedziła mnie Marlena i Tola oraz historie
o zespole policystycznych jajników
o przetartych od butów kostkach
o odkrytych kościach sąsiada żebraka śmierdziela
o zamachu polityków na szczęście pachnących obywateli
od skojarzenia do skojarzenia
w telewizji powiedzieli o karabinie idealnym
na dzieci z Tybetu
pomyślałem że wszystko jest kostką Rubika
trzeba znaleźć pola w tym samym kolorze
zamknąć wreszcie chaos i krwawiące rany
nic z tego
zacząłem tonąć w tematach rzekach
do pokoju wszedł stary żyd z psem o głowie Hitlera
wszystkim nam poszła piana z ust krew z uszu
miałem wrażenie że w gardle mam klawisze
fortepianu Chopina
zjedzonego kawałek po kawałku ciasta
muzyki klasycznej
patetyczna panika takich chwil
przywołuje kawałek w którym Dylan
śpiewał o wieży obserwacyjnej
i granicach żydowskiej samotności

V

po chwili przecierałem oczy przed Tablicą Mendelejewa
mapą współczesnych emocji
była chemia i wartka akcja dorastania
wszystko po to by wreszcie przenieść się na front
gejów i lesbijek walczących o darmowe narkotyki
na przedmieściach jakże niemieckiego Berlina
byłem świadkiem
rozdeptania małego plastikowego geja z polski
bo u nas w kraju jest mały prezydent
małe są sklepy i biusty małych żon
małe fallusy mężów i małe zera na kontach
małe są również oczy wpatrzone w małą flagę
powiewającą na małym wietrze w małe święto
małej niepodległości
małe szczeble kaloryferów i małe chleby baltonowskie
małe przekręty belwederu i małe rewolucje zawarte
w historii z pigułki idealnej do przełknięcia
więc gej również był mały i
mała strata

po tym wszystkim wyobraź sobie borowanie głowy
grube wiertło sprawi że poczujesz się lepiej
nie będzie już przeciągów między dziurami
będą Węgorze Mózgowe
pozostanie pociąg do kawy i papierosów
oraz innych wybitnych dzieł Ameryki
z twardego snu obudzi tylko twarda pięść
żylasta dłoń Iggiego Popa który wciągnął prochy
Morrisona - jego dilerem był swego czasu król Elvis

twarde pięści rozbiją kiedyś wszystkie mury
dając pracę bezrobotnym i biednym
którym przyjdzie składać świat w kolejną iluzję
ty też załapiesz się na wyprzedaż telewizorów
inne cenne przedmioty będą czekać za witrynami
i tak aż staniesz się faraonem przedmiotów
które będą ci wiernie służyć po kres
chowając twoje truchło coraz głębiej
w grobowcu człowieczeństwa

VI

za kilka pokoleń przeżyjemy iluzję wojny i pokoju
iluzja zbawiciela rozbudzi iluzję szczęścia
ta z kolei wchodzi zawsze w iluzję wieczności
dzięki temu uda się wykonać pełny obrót

teraz zacznij to sobie wyobrażać


* * *

punkt zwrotny

procesy energetyczne między ludźmi zachodzą procesy -
usłyszałem wyplutą chrypą dygresję dobiegającą ze śmietnika
kiedy przytargałem tam dwie czarne torby i stary abażur
zauważyłem kobietę siedzącą na stosie książek
przebierała w puszkach recytując filozofię z fizyką
w pigułkach jej oczu dwie czarne plamy sporadyczny blask
jakby dioda pracy umysłu albo komunikat zawieszenia
zapytałem czy potrzebuje czegoś choć było to najgorsze co
można powiedzieć na co odpowiedziała z nietęgą miną że
wieczne zależności i dążenia do osiągnięcia równań z każdym
sprawiły że jest ostatnia w kolejce po doskonałość
usiadłem przy pojemniku na plastik i założyłem na głowę abażur
kobieta zapytała co mam w torbie ale cóż to za pytanie -
wypaliłem - same śmieci - niezdatne przedmioty mojej konsumpcji
po chwili stworzyliśmy teorię o małym świecie w tych torbach
bo przecież żyjemy na wysypisku wszystkich tych przedmiotów
które prędzej czy później będą ulegać degradacji zresztą
podobnie mają się sprawy z ciałem człowieka - powiedziała
profesor odpadów podciągając bluzkę i pokazując obwisłe piersi
przecież wszystko opiera się na ruchu wahadłowym naszych głów
w których mieści się mały świat przypominający śmietnisko
i nie wiadomo od czego tak naprawdę zacząć przegrzebywanie -
mówiłem długo o równie ważnym zakończeniu i filmach o życiu
ale kobieta patrzyła w kawał lustra przyglądając się twarzy
dotykała warg i nosa sprawdzała czy wszystko jest na miejscu
zacząłem ją naśladować przeszukując całe ciało i czułem się
jakbym zgubił kilkanaście lat które są gdzieś w ogromnym syfie
a odnalezienie pełni siebie nie będzie już nigdy możliwe


* * *

Antykwariat Ludzi, czyli (lhc) na (lcd) po (lsd)

[i][prawo]ostatniemu rewolucjoniście Wschodzącego Świata[/i][/prawo]

I
Widziałem kilka wolnych dusz z zapadającym się pod grunt ucieleśnieniem.
Kraty kosmicznie długich autostrad, przy których pozdychały
głodne zwierzęta, podczas poszukiwań ostatniej heroiny.

Włóczące się truchła dziadów były ostatnią widokówką upadłego gatunku.
Nawet najlepsi analogowcy mojego pokolenia uginali kolana
pod ciężarem cyfrowych. Wszyscy prowadzeni jasną cholerą -
po białą ślepotę, politykę reklam. Biała ślepota sprawiła, że
każdy z nas jest jasnowidzem. Patrzymy na wolną już ojczyznę,
zduszoną kneblem i kajdanami. Nadgniłą od strony Śląska.

II
Na telebimach Nowego Kreatora wyświetlano dobranocki,
wspomnienia z cmentarza Hollywood. W zakładach maszyn i zębatek
byliśmy zmuszeni oddać ręce i nogi. By żyło się łatwiej.
Jako element, człon obywatelski. Projekt Zjednoczonej Chińskiej Ameryki.
Poruszając gołym korpusem w miejscu, gdzie głowy leczą się same -
łączyliśmy - proszę ciebie - myśli. W silniku próżności.

Każdego dnia o świcie mój korpus przemawiał do innych,
naładowany woltami, nuciłem folk rewolucyjny.
Dźwiękoszczelne pomieszczenia,
szeregi klonowanych w nieskończoność pokoików,
to nasze muzeum, może antykwariat ludzi,
nad którym wieczne chmury gradowe.

III
Pozostały nam fantomowe kończyny, bolą późnym wieczorem - -
Zaraz po papie, która cieknie z małych szczelin w suficie - widzisz -
prosto w nasze ciche gardła, suche gardła.

Jesteśmy tu, drodzy towarzysze broni słownej, tylko po wyniki
naszych czynów. Nie będzie kolejnych zebrań.
My, jesteśmy puste karaczany, nieskończone poezje Whitmana.
Trzeba nam dopełznąć do końca. Wykrzyczane pointy
rozniosą ściany naczyń. Klasyka. Niech się stanie, ostatnia ludzka rewolucja.
Rewolucja Samobójów, Karaczanów i Analogów.


* * *

błąd krytyczny

[prawo][i]mojej kobiecie[/i][/prawo]

poza teksturami próbujemy wcisnąć enter
by pobudzić wektory absolutu
poeta_ jest_robotem
na pełnym gazie 3D
szukamy bogatej w miliony bitów kolorystyki
odświeżamy kolejne ekrany
w oknach pamięci jest kilka folderów
z dzieciństwa
jednak wszystko jest tak bardzo
pofragmentowane
zdaje się że jest coraz lepiej
w środowiskach nowych systemów
poznajemy nowe funkcje
programowani latami
przez bogów kreacji
dołącz proszę do mnie
spłoniemy w obudowie
tego świata
poeta_jest_robotem
gdy uszkodzisz dźwięk
nie będziesz cichym buddą
to dopiero początek
pierwszy komponent
w długiej drodze
wymiany krzemowych pokoleń

zaraz przed ostatecznością
spróbujesz wszystko zminimalizować
do postaci prozaicznej symboliki
by wydusić z siebie
ostatni shut down ale
pamiętaj że wyłączę się razem z tobą bo

poeta_jest_robotem


* * *

gierki


[prawo][i]współczesnym pisarzom[/i][/prawo]

w grupie znajomych mi anorektyków prowadziłem wykład
na temat technologii żywienia i wartości kalorycznej jabłka które
stało się naszym wspólnym posiłkiem by trzymać się
jeszcze kilka dni w tak doskonałej formie i linii ciągłej
wyobraźcie sobie kilku mężczyzn podających sobie mały owoc
który znika kęs po kęsie w zwolnionym tempie żuwaczek
po chwili dołączyła do nas grupa pedałów z wrażeniami na temat
nowego warszawskiego klubu w którym można pocałować wszystko
zapytałem czy są tam fajne maszyny rozrodcze na co
odpowiedzieli śmiechem i specyficznym machnięciem ręki
wtedy doszło do nas kilku emowców i anty-emo dwie grupy ludzi
naprzeciw siebie wyglądały bardzo podobnie nawet miny
można było zestawić w jednej z galerii nihilizmu
o czym pomyślałem robiąc pamiątkowe zdjęcie lustrzanką oczu
na szczęście emocje opadły bardzo szybko bo przyleciało
kilku kartonów co to nieźle podkręcili napięcie mięśni
na karku jednego z nich wisiała babcia nadająca jak radio
benedykt benedykt dziś przyjeżdża benedykt ten który nas pozdrawia
spojrzałem pod nogi i zauważyłem twarz czesława miłosza
na kartce w kałuży jego usta poruszały się jakby
recytował wolno wiersz być może wolny wiersz rafała w.
podejrzanego o samobójstwo
wreszcie udało mi się przecisnąć przez tłum zgromadzonych
by dojść do flagi naszego krajczyku i wzbudzić zainteresowanie
pokazując gołą dupę no i wiecie
cieszyłem się z tej chwili zwrócenia uwagi bo przecież
o to chodzi w tych gierkach


* * *

legenda człowieka

1
zaczęła się chłodnym wieczorem gdy wynosiłem śmieci
starałem się nazwać każdy oddech inaczej ale
zapalono światła w sąsiednich domach i widziałem wielkie kule oczu
które rozbiły moje ciało na porcje mrożonego mięsa
od tego momentu wiedziałem że
próg oddziału zamkniętego staje się coraz niższy
a każdy kolejny dzień jest wypatrywaniem erupcji nocy
kiedy podchodzi sen i
przekłada się ciało z boku na bok jak placek na patelni
pomyślałem że przeniosę się nad rzekę
o której lokalny filozof powiedział że płynie do góry dnem

2
po kilku dniach w dziczy uzbierałem pudełko żołędzi
żeby skarmić potrzebę ciągłego rozwoju


[prawo][i]____
również na cycgada.art.pl[/i][/prawo]


* * *

ustawienia

zaraz za masywną kamienicą i moim burym bloczyskiem
jest wypożyczalnia lalek centrum handlowe gdzie kupisz
nowe zęby wymienisz szczękę dokleisz gładkie dłonie
w miejsce sfatygowanych kikutów zdaje się że jest to oferta
bardzo atrakcyjna i nie trzeba się długo zastanawiać
ale jeszcze głębiej w piwnicy do której prowadzi przejście
przez paszczę głowy klauna - jest składzik na wszystko co
niepotrzebne i powiem szczerze że bardziej matowego klimatu
nie zobaczycie nigdzie

na pewno zastanawia was skąd o tym wiem
wszystko zaczęło się od tego że zostałem tam woźnym jednak
już pierwszego dnia pewna zużyta pani powiedziała że
chce być kimś kontrastowo innym - kiedy wnosiłem ją
na salę destrukcji patrzyła prosto w moje oczy więc
postanowiłem opowiedzieć o rysunkach na szybach pociągów
i mojej małej sztuce która znika tak samo szybko jak człowiek
na co ona że ma marzenie o zmianie ustawień tego wszystkiego
przeobrażenia ludzi i przykręcenia kurków czasu
uśmiechała się życzliwie gdy oddawałem ją w ręce karawaniarza
który ciągnie wszystkich lokomotywą
do umysłowej suchoty


* * *

w kącie Kopenhagi

Kuluary. Schody prowadzą mnie coraz dalej. Przez ciekawość w zmęczenie,
w końcu: na szczyt strzelistego dzieła architektów - zawiłości tej rzeźby mieszkalnej.
Ruch rzeczy w dole, obywatele prowadzą swoje rowery aż do zawrotów głowy -
wtedy wszystko staje w miejscu, liczyłem na taką przerwę
Być mogę, być może jestem teraz zapachem książki - specyfiką tych starych stron
zniszczonych czytaniem - bo oczy niszczą, prawda? - podobno
milczący, uliczny swąd Kopenhagi pozwoli mi zostać sobą, nie zatruje
bo tutaj wszędzie czuje się książki, nieświeży zapach druku,
tusz pisarek po terminie, moją starość popełnioną


[prawo]___________
2005/2006 [/prawo]


* * *

nasza ruska ameryka stanów depresyjnych

Słuchaj Pan, dziś zdążyłem do pracy na czas,
nawet z przewagą dziesięciu minut przed godziną
dziewiątą. Nie wiem czemu, ale ramy czasowe
wywołują u mnie ataki śmiechu. Rozumie Pan?
To tak jak pytać o życiorys osobę,
która przychodzi spisać stan liczników.
Bez znaczenia. Panie. Powiem więcej:
Miałem dziś sen, w którym widziałem południe kraju
z perspektywy satelitarnej. Słyszałem jednostajny szum.
Nieco później znajomy z ekranów Leonard
podpalił stos stereotypów. Sterta kolorowych kartek
przybrała kolor czerni. Czerń jak cholera.
I brała w siebie wszystko. A ten pierdziel dusił się dymem,
waliłem go po plecach. Na moje szczęście, Panie
szybko umarliśmy - bo w innym wypadku
na pewno bym nie zdążył.


* * *

kuśka

[prawo]smacznego![/prawo]

ten z warszawy chłopaczek, no wiesz
ręce ma długie aż do ziemi, właściwie to
chodzi na tych swoich łapkach, ciężko
to wszystko ogarnąć, ale tak właśnie wygląda
życie ortalionów w żółtych predatorach, kojarzysz?

szkoda tych adidków, predatorów złocistych -
białych soxów, podwiniętych pod kolano:
więc wykształca się potrzeba korzystania z rąk
a dłonie są przy tym utytłane, takie
warszawskie, no wiesz zresztą w czym rzecz

nie uwierzysz, ale on leje własną matkę,
rodzicielkę w chrystusie jezusie, którą
przyszło pewnego dnia potraktować z dyni -
kobieta dobrego serca (choć głupia jak but)
zaczynała w mlecznym barze, by skończyć
w zadupiałej części pragi,
w totalnym bezrobociu i skurczu mięśni

sam wiesz, że nie jestem jakiś specjalnie pobożny,
chociaż te pojęcie też jest dość względne,
w każdym razie takie historie wywołują wysypkę -
mam tak od urodzenia, być może to kompleks
kompleks wieśniaczka, który nie dorasta
warszawskim chłopaczkom

wszystko to maksymalnie wkurza,
za każdym razem kiedy jestem w stolicy
swędzi mnie całe ciało i dostaję drgawek,
ot, miasto - a uczy mnie rozpierdolki,
przecież byłem takim spokojnym burakiem a
zaczynam się zachowywać jak emowcy
z okolic rotundy, wiesz o co chodzi?

najśmieszniejsze jest to, że chłopaczek
ma podobno bardzo małą kuśkę, taką
tyci tyci, warszawską, rozumiesz


* * *

ga

Piękne i kruche ga zrywa kwiat
Kant po kancie każdy płat
Po każdym płacie przychodzi kat
Na moment na chwilę mierzy wzrokiem
Kruche ga

ga nie widzi beztroskie ga
kant po kancie każdy płat

Po latach zrywanych płatów pan kat
Przemówił wreszcie do gapy ga:
- hej gapo, czemuż to robisz?
- hejho czy coś jest nie tak?
- tak gapo rwiesz włos po włosie Panu Pa-Pa!
- co w tym złego nie mogę już grać?
- ga jest mały a Pa jest Pan
- ja też mogę pisać z wielkiej "GIE" Ga
- to nie to samo co być Panem Pa

ga wciąż nie widzi beztroskie ga
kant po kancie każdy płat
Pana Pa-Pa


* * *

wilczki

[prawo]mojemu drogiemu mężowi, który zabrania mi oszaleć[/prawo]

listwa w naszym domu odrywa się od ściany
kurz wznosi się opada, kot bawi się nim zaciekle.
podskakuje zasypia na mojej piersi, wsłuchuje się
w rytmiczne bicie serca. myślę o dzieciach które
kiedyś będą kochać mnie jeszcze mocniej, intensywniej
wsłuchując się w nasz puls. budzisz mnie delikatnym
muśnięciem, opowiadasz o życiu jakby było pysznym
dżemem ciastem z jabłkami zapachem cynamonu. nie
pamiętasz o diagnozach, histeriach, szalonym pędzie.
gładzisz mnie jakbym była smutkiem, niepozornym
psychotykiem, nie ugruntowanym i mówisz, mówisz wciąż
o ścianach pokoju dziecięcego, bajkach które napiszemy
wspólnie. zaspokajasz próżność moją niemoc więc
rozpaczam jak co dzień, kręcę loki stroję się
bo to może ten dzień bez testu który coś ukrywa.


* * *

mącenie kałuż

[prawo][i]córce[/i][/prawo]


na Dworzysku zaczyna się przeprowadzka myśli
tubylcy niosą na plecach ciężkie wskazówy męczone godzinami

wyobraź sobie człowieka otoczonego murem z czerwonej cegły
wszystko rozgrywa się na bardzo małej przestrzeni
można obserwować przepływ stabilnego światła albo
patrzeć godzinami na migające reflektory absolutu

jest nieskończoność ale tylko w wyobraźni straceńca
strach jest jak powietrze - przeciśnie się przez każdy zator
pomyśl o świadomości o której powie najwięcej postać z lustra
dwanaście lat wcześniej w innym miejscu
ktoś próbuje rozbić głowę o spokojną płaszczyznę wody
również myśli o postaci z lustra

zdarza się że patrzysz w górę i zaczynasz spowiedź do sufitu
później znowu widzisz tubylców którzy przywłaszczyli kilka godzin
powtarzalność - powiesz sobie - to nic takiego podobnie jak śmierć
będziesz bohaterem Dworzyska - kawalarzem czasu miejsca i akcji
prawdopodobnie właśnie wtedy umrze twoja jedyna córka


* * *

przędza

woda jest moją kobietą
prowadzi pod most gdzie znalazłem
kilka pasujących do siebie fragmentów

wychowałem się w okolicy spuchniętych warstw ziemi
plac zabaw był archipelagiem asfaltu
czasami skakałem po tych wyspach
zastanawiając się gdzie został kolorowy tornister

później wszystko zaczęło maleć do postaci szkicu
pastelowej pocztówki

obserwuję teraz statki kłusowników
wpływają prosto w mrugające powieki jeziora
by rozbić stado wron skrytych w łapie wierzby
na niebie strzępy śnieżnego prześcieradła
latawce myśli

spróbuję znowu wdeptać cień
pograć w ciepło-zimno

mogę wdrapać się na najwyższy szczyt ale
już wiem że dzięki temu nie nauczę się latać


* * *

listy do Alicji

I
nie wiem ile razy mogliśmy być pod młynem, skąd
widać przezrocza z zieloną wykładziną i puste doliny,
niebo zasnuwa czarny dym, jesteśmy na księżycu
gdzie zostało kilka minerałów, kamienie w butach
są bardzo gorące, w sąsiedztwie kilku drzew paragrafów
pustka - widzisz - jest istotą przyrody, to tak jak
płótno dla obrazu, bądź mi pustką, z której
będę wychodzić na świat, każdego ranka, albo chociaż
wystąpię w twoim niemym filmie o życiu

II
moje ciało jest spalonym kocem, pokrywą dojrzałych kwiatów,
rozpoczynam medytację, prosisz mnie, bym coś ci opowiedział
a ja pamiętam tylko jak skakałem z lustra na lustro, nie mając
pod sobą zupełnie nic, odbijałem się od siebie, by
lecieć bardzo długo, prosto w wąwóz strachu, gdzie zgubiłem
wszystkie listy, wszystkie zdjęcia, postradane zmysły

III
Alicjo, zdaje się, że jesteś jeszcze bardziej nieobecna
przeznaczenie jest umorusanym chłopcem
bawiącym się ze mną w chowanego,
kiedyś zapytałaś czym jest mój największy ból,
dopiero dziś poczułem w głowie
zrogowaciały kawał mojej ostateczności:
od tej chwili nie potrafię sobie wyobrazić, że istniejesz


[prawo][i]Patrycji[/i][/prawo]


* * *

sceny

ulewny deszcz szalał tydzień nad okolicą.
tutaj wielki most ze zniszczonej trawy, most mrówek.
tam, w kępkach białej koniczyny leżą smutne kamienie.
pomyślałem o naturze, obdartej ze skóry młodej dziewczynie,
dziewicy może. pomyślałem o jej palcach, nerwowo plątanych
podczas zrywania dachów piernikowych chat - w drzwi
przywalił człowiek. przyszedł naprawić kaloryfer.
zanurzyłem się w dębowych meblach. stół ma zazwyczaj
cztery nogi i płytę roboczą. człowiek zazwyczaj
wali w jakieś drzwi, by budować myśl roboczą.
czytając Heideggera wieszałem liście na moim drzewie.
dioda ostateczności, spójrz, nieznaczne mruga mi oko.
kaloryfer naprawiony. gotowe. jest ciepło,
rączki umierającej dziewczyny w rękach Heideggera.
płachta kilku dobrych lat, w powietrzu maluję obraz -
trzeba kiedyś dobrać tło do życia. dwa piętra pode mną
młoda para decyduje się na dziecko. piętro wyżej,
pierwszy papieros w ustach chłopczyka. wyżej
sztuka umierania, kolejne akty.


* * *

obawy o różne omamy Obamy

wiem że miewasz wrażenie że żyjemy w kompocie rzygowin
pierwszy wers jest plagiatem z poradnika buntu
wychowani na śmietniku nie zjemy już nic innego
niektórzy próbują odstawać od nonsensu
mają oczy jak plastry korniszonów (właściwie są kosmitami)
ze ścian i twarzy poszły nam tapety dopiero teraz
czuję jak bardzo gładkie są plastikowe mordeczki obywateli
każdy z nas jest domem z kart które wypadły z podciągniętych rękawów

postać Obamy powstała na kongresie pisarzy s-f
Rafał Wojaczek był przybyszem z innej planety
powiesił się na jelitach polskiego prezesa knura
widocznie nie miał w planach przeglądania waszych blogów
ma się to tak jak dom z piernika do starego wiatraka
Ameryka Stanów Zjednoczonych jest fikcją
istnieje tylko Europa Centralna ogrodzona murem wyobraźni
dalej są silosy ze zbożem i umierające z głodu dzieci co wierzyły w MTV
mamy w głowie budyń waniliowy
pewnego dnia każdemu wypłynie uszami waniliowa idea o końcu świata
Edward Stachura był agentem FBI i chciał zabić sobowtóra Wałęsy
Miłosz był prototypem cyborga tworzącego metafory
jestem agresorem względem samego siebie każdego dnia
wciskam się z brudnymi buciorami w hermetyczny słoik ogórków
wynajęty blisko centrum Warszawy zielony świat
kibice stołecznej drużyny mają klub dyskusyjny gdzie
rozmawia się o drewnianych łamaczach kości
do pierwszej ligi wchodzi drużyna FC Nieszuflada
handlarze nazwisk sprzedający poezję na Allegro
szczęście jest awansem albo piątką na tacy Pana Kościoła
na chore gardło polecam gorącą zupę samorealizacji
wiem że pewnego dnia za nogi złapie mnie Szatan i
trafię do pokoju Ewy Drzyzgi gdzie przyjdzie czas na spowiedź
rodacy których ojcem jest telewizor a matką kablówka - zacznę spowiedź-
po kablach doszedł do tego wokalista grupy dżem również kosmita
artyści żrą jabłka z ręki dody-elektrody to nasza joanna d'arc
trzeba wykonać konkretne czynności by konkretnie umrzeć i
być konkretnym trupem z konkretnie smutnym uśmiechem na w/w mordeczce
mój głos niech będzie echem w twojej pustej butelce
mój głos sprzedajcie na Allegro z funkcją kup teraz sprzedaj drożej
myślisz że jestem napalony i wiruję teraz ze złości jak zaplątany latawiec
a widzisz po prostu dobrze się bawię


* * *

szynka i serce

cisza jest tłustą świnią/ nocą zostawiam uchylone drzwi/
może wreszcie coś się stanie/ choćby przeciąg/ albo życie/
wypełni moje pomieszczenia po ostatnią krawędź/
gdy będę spał w najlepsze/ wtedy na pewno mnie odwiedzisz
Jacku autorze/ pomyśl tylko o rzędzie brzóz - wachlarzy/
tam łapie się dystans/ jak muchy w babcinym ogrodzie
gdzieś na północy kraju/ nie pamiętam nawet gdzie/ i kiedy/
bo człowiek szybko zapomina/ biegnę tak bez tchu
o suchym chlebie i butli deszczu/ bo nie pamiętam
gdzie jest miejsce/ miejsce w którym jestem/


* * *

migotania

[prawo][i]moim nieobecnym[/i][/prawo]


sklejki patyków i badyli
las jednoznaczny las ludzki
wzięty z głowy
jeśli rzeczywiście jesteśmy - pomyślałem
na pewno mamy śliskie dłonie
skuleni w słojach
z naszych umysłów zasila się słońce
za słońcem są wiązki kilku osób
zapamiętanych kobiet pod parasolami
za kobietami stoją księżyce
głęboko na dnie jezior
w obawie przed wszystkością
nigdy nie będziesz poetą ani malarzem
tylko spichlerzem
i spotkasz mnie czy innego mnie
ze wszystkich stron przyjdą łamacze
zdasz sobie sprawę że jesteś
zupełnie sam
wypuszczasz krew dla nieobecnych





_____________________________
ver 2

sklejki patyków i badyli/ las jednoznaczny, las ludzki/ wzięty
z głowy/ jeśli rzeczywiście jesteśmy - pomyślałem/ na pewno
mamy śliskie dłonie/ skuleni w słojach/ z naszych umysłów zasila się słońce/
za słońcem są wiązki kilku osób/ zapamiętanych kobiet pod parasolami/
za kobietami stoją księżyce/ głęboko, na dnie jezior/ w obawie
przed wszystkością/ nigdy nie będziesz poetą ani malarzem/
tylko spichlerzem/ i spotkasz mnie czy innego mnie/
ze wszystkich stron przyjdą łamacze/ zdasz sobie sprawę, że
jesteś zupełnie sam/ wypuszczasz krew dla nieobecnych


* * *

skrobia

moje usta powstały na nowo/ teraz są szczelne jak pudełka ludzi/
schodkujemy razem/ zawieszeni w zbiorze sfer/ gdy napatrzysz się w dół
przyjdzie ci wchłaniać suszki powietrza/ patrząc w górę z pewnością
zaschnie ci w głowie/ możesz dać sobie czas na zastanowienie/ widzisz
właśnie wtedy umrzesz/ przejechany samochodami snów/ potrącony
chłodem podwórza miłości/ prosząc kogoś na słówko w temacie sensu/
ot akurat twojego sensu/ zamiast wracać dwa wersy w górę i umierać
lepiej chyba iść na ryby przy brzegu miasta/ zrobić dobry biznes
z pustakiem kilku hektarów lasu/ takie rzeczy też są i tak też się zdarza/
tyle że widzisz decyzja jest twoja/ ja tu tylko ziemniaki obieram/ do obiadu/


* * *

żłoby

[prawo]odzywasz się cudzymi głosami
śnisz snami innych ludzi
(Julia Hartwig)[/prawo]

wszędzie piasek
komórki zakopane bardzo głęboko
z uchem przy ziemi wyczujesz ledwo żywe wibracje
kniądz z krainy wioseł próbuje znaleźć wodę
daleko mu do dziadów rybaków
w horyzoncie przepaść
ciemne rybie łuski

ciało człowieka jest skręcone
tworzy teraz most
z łokci wychodzą kości
wbijają się głęboko w piaskowy dywan
piszczel kawał wybrakowanego mięsa
wskazuje na północ
jakby to właśnie tam była oaza
i kilka trzcinowych krzeseł
wzdłuż kręgów szyjnych powoli
podparty o kawał białej kostki
kniądz i jego zamyślona twarz
w zbliżeniu

widzi poduszkowce do przenoszenia snów
z pastwisk losu gdzie ogromne kręgosłupy
wiją się jak wściekłe węże
między dołami na rybie pancerzyki
widzi przekłamanie odległości od
unoszących się nad ziemią kul
których jest coraz więcej

z kul rodzą się znaki
taką kijankę języka kniądz widzi pierwszy raz
ale czyta

czyta coraz głośniej
jakby słowo było pociągiem przebijającym ściany
jakby zrywana warstwa po warstwie rzeczywistość
była wierszem


* * *

schyłki pochyłki

i dalej
ze wszystkich stron końce i początki i dalej
twoja pewność że jeśli jesteś to jesteś
na dziecięcym rowerku podjeżdża rosły mężczyzna
dziękuje ci za rozmowę przecież
widzisz go pierwszy raz
dopiero później zauważasz że ciągnie za sobą
strych twoich wspomnień
w innym świecie tysiąc lat później
pojawiasz się na chwilę pod postacią cząstki

wróćmy jednak do chwili obecnej
wróćmy do patrzenia na wszystko jak w pusty pojemnik
wróćmy do siebie z pytaniem dlaczego ja to ja
czemu winda i skąd okno albo window
czy po prostu słowo
można tak bardzo długo
aż dojdziemy do genezy plam uryny
na ścianach dworców.pl
dojdzie do zalania i powodzi
na skalę euro
zalanie uryną genez
genezouryną
pociąg odjedzie ale
we wszystkie strony
na koniec mamy słomiany zapał
będzie dym będzie dym!
wybaczcie


* * *

prochowiec i ulicznica

W filiżankach odbijają się twarze proroków, a może
to Emmanuelle czeka na angielski deszcz do herbaty,
przybiera nowe pozy. Zamiast tego mamy ulewę z Pragi,
wszystko się marszczy, wymaga kolejnego prasowania.

Z białego meszku ziemi wyrastają góry, ciała orbitalne
rozbijają się o siebie, gdy odwiedzam Emmanuelle.
Zaraz za mną toczy się kilka księżyców, płodów pełni.
Delikatne tancerki skaczą z kuli na kulę, by wreszcie
wylądować z gracją na głowie Emmanuelle, do której
próżno już mówić. Filigranowi statyści naszych umysłów.

Jak zwykle jestem za późno, mimo szóstej nad ranem
na cały dzień mamy ledwie chwilę naiwnego uśmiechu.
Wychodzę prosto w starość. Ścigają mnie taksówki,
Nowy Jork, armia niebieskich żołnierzyków bijących
w bębny. Kończy się deszcz Pragi. Słucham ptaków,
proszą skowytem o ciało moich myśli, wspominam
poranek z Emmanuelle, rude włosy zbijające z tropu
kawałki czekolady, kawałki młodości.


* * *

konstrukcje

betonowe giganty stoją w słońcu.
wchodzę na siwą górę. wyobraźnia rozpuściła się
razem z kostką cukru, za cienkim szkiełkiem duszy.
myślałem o idealnej równinie i kałuży jako
przebieralni charakterów. nagle otoczyły mnie
rozdygotane ciała spragnione miłości.

słyszałem później, że starość to
szczeliny na niezwykle małe cienie.
aeroloty kołysały kolejne nieba do snu.
w twarde pancerze weszły insekty
spadając później jak deszcz kamieni,
brzęcząc i brykając nisko przy gruncie,
rosły do postaci ciężarówek
żeby rozpychać przeplatankę miejskich jelit.

na ten czas zamykałem oczy.
widziałem pole maków
i dom w którym mieszkałem jako dziecko.
po wszystkim przejechały machiny oblężnicze,
jakby przeszłość była radzieckim czołgiem,
jakby przeszłość wypowiedziała mi wojnę, kobieto
wszystko gdy wchodziłem na siwą górę
żeby przemalować ściany naszego mieszkania


* * *

między zerem a jedynką

zaraz po przebudzeniu
między zerem a jedynką w podświadomości
spotkałem faceta z krzesłem
niby tańczył niby szarpał się z drewnianym czworonogiem
krzycząc że grawitacja nie jest idealnie przezroczysta
że wyszedł z serca umierającego ptaka
czekał na kolejną kwestię

opadłem więc na dosychającą trawę
spragniony pozbawiony sił
jak działacz nocny konspirant
bardzo blisko następnego dnia
niedaleko wody
podszedł do mnie sprzedawca malin ale
w koszu miał ziarna które wrzucił do wody
wyrosły z nich szklane kule

z miligramów do gigaton
kilkanaście tysięcy księżyców
przeleciało tuż nade mną
ziemia rozchyliła łono
przeszły przeze mnie iglaki
przebijając na wylot empirią
ogolone czyste planety leciały w moją stronę
by ostatecznie przerwać senność mojego śnienia

właśnie w tym momencie Marleno
zapytałaś czy poderżnąłem gardło filozofii

owszem niemniej jednak
teraz zostałaś tu tylko ty


* * *

wejście do hotelu kalkuta

białe ściany grudnia
małe pastwiska
otoczone belami drewna
odcinkami rozerwanych drutów

widać resztki martwych krów
kości
błyszczą
w słońcu południa
gdy w usta wbija się mróz
można poczuć
jak puchnie głowa

wyobrażam sobie że ciało
zmienia się w kawał ciasta
rośnie w kokonie śniegu

i wrażenie pękającej
skóry
przeraźliwy dźwięk
ścierania zębów
zębem o ząb
zębem o ząb


* * *

aeroabstra

suchota rozerwała nasz grunt. mówiło się o przepaści,
wciągającej wszystko jak odkurzacz nieskończonej matni.
dzień wcześniej miałem widok na drewniane bele płotów,
mosiężne ściany podziałów. były granice i zasady, związki
spełnienia z botoxem, stanów z Moskwą. była mowa.
później zabrakło ludzi, pchlarze kradli telewizory.
wytrzeszcz krzyczał, że szczęście mieliśmy pod stopami,
ale zbyt często chciało się latać. wytrzeszcz miał trochę racji,
wpadł w grobową rurę z pewnością siebie i nutą jazzu. święty.
głośna chrypa niemieckich motocykli i szum radzieckiego tv.
nic więcej. i żadna tam wojna. to tylko atmosferyczna histeria,
jakby pijany Salvador Dali klęczał przed ostatnim obrazem

z krwią na rękach. umarł ogrodnik tego miejsca i czasu.
bez zbędnych ceregieli. za ostatni obraz abstrakcji.


* * *

tony, tonacje

i wtedy usiadłeś w skwerze przełykając kostkę
słonego życia, jakby twoje ciało chciało iść a ty nie chciałeś
słuchać. tylko smakować. sprawdzać czy coś się w smaku
zmienia. usiadłem obok z wrażeniem, że pędzimy pociągiem
przez pustynię polski. że biegniemy na łeb na szyję
kalecząc stopy o gorące kamienie, śpiące wulkany młodości.
jednak z twojej twarzy wybiło zdanie o tym, że poruszamy się
jak ślamazarne glizdy, w kierunku kolejnego kubła gorzkiej smoły.
i za ten gorzki smak wypruwamy duszę po ostatnie soki, pamiętam
wsparłeś się na mojej dłoni, zupełnie jakbyś marzył o
chłodni mojego zapału. pomyślałem o zapleczu odległych krajów
gdzie stado rogatych ludzi odpoczywa po walce o miejsce.
ten boski sen wyszarpała ze mnie Lena, czołowa zawodniczka
masarni w odległym kraju, gdzie momentalnie musiałem
odnaleźć kawał mojego życia. i nawet zacząłem już kręcić sobie sznur,
tyle, że znowu przeszkodziły mi dłonie. tym razem wyszły z ziemi, by
zabrać kilka znanych mi ciepłych ciał, bez konkretnego powodu
przebiło mnie tysiąc lodowców Islandii, pewnie dlatego, że
filetowanie ryb tłamsi odruchy człowieczeństwa, mimo że
jest bardzo opłacalne. myśląc o martwocie oszukanych przynętą ryb
uderzyłem w słoneczny słup letniego poranka, moja matka
głaskała mnie po głowie opowiadając o swoim pierwszym dniu
w szkolnej ławie. moja świadomość nie miała jeszcze piór, bo
ludzie których za moment spotkam będą mięli twarde skóry,
kamienie deszczu będą uderzać mocniej i mocniej a ty
Jacku, Jacusiu usiądziesz w skwerze, głównie przez
wyczerpane oczy


* * *

szmery

muszę wykonać mechaniczną czynność, sięgnąć po kawę
powiedzieć, że dobra, że kawa pachnie mi Francją, bo
do każdego słowa przypisanych jest kilka tysięcy skojarzeń,
natomiast do twoich słów przypisałem kilka tysięcy miejsc i akcji.
muszę sięgnąć do głowy, później gdy będziesz jedynym świadkiem
wydłubię serce, bardzo dokładnie przygotowując
nasz ostatni posiłek. pracuję jako mechanik, majster, ogrodnik.
uczę się pisać lewą ręką, głównie ze względu na twoją gadaninę
po turecku, przychodzi nam do głowy coraz większy nóż,
wiem, jestem magnesem który najlepiej odpycha i najlepiej przyciąga
twoje dłonie są takie gładkie, gdy przewracam się z boku na bok
żeby choć chwilę przylegać. jak kawał drewna blokujący upływ
- powiesz ze smutkiem, gdy moje korzenie będą już
siecią bijących serc. od delty po ostatni strumień


* * *

co ze mnie zostało

cóż to za chłopak pyta Twoja mama
syn żyda Cohena Dylana Ginsberga i Whitmana

starasz się być indywidualistą
tworzysz nowe mody
modyfikacje
wszystko jest grą on-line
onlajny ścierają bajty
bajty wychodzą z onlajnów

numer Colin
nie wiem co to znaczy

implantor okablować
może coś w tej tonacji?

ludzie odłączeni i online

książka: wyrywki z życia schizofrenika
książkę taką na pewno kiedyś czytałeś/aś
bo jesteś książę albo książa

cytadela

policja rasowa darmowa siła
robocza
rewolucjonista cichy
cichacz

cichacze szkieletory

z ziemi wyrastają ręce
gdy kończysz mówić
to ja mam sucho w gar
dle

jestem spragniony boskiej obojętności
szkieletowej nagości

no i tak to wygląda


* * *

aciało

układam się w ciało na wzór mojego.
nie znam obecnego ciała. jest spokojne i szczelne.
moje ciało nazywane mną. ja nazywany moim ciałem,
przez moje ciało. wyciągam grzecznie wtyczkę,
trzeba się oszczędzać. trzeba sprawdzić licznik słów.
segregować ubrania na czarne i białe
segregować białe i czarne na ubrania
licznik słów

na głowę spada mi ciężar godziny. godziny dochodzą.
przy okazji dochodzą do mnie fakty. na powrót
przechodzą przeze mnie prądy. słyszę szum
rozchodzących się we wszystkie strony jachtów.
z czasem statki są coraz większe. szumczyk rośnie
w postać warkotu. silniki wszystkich przedmiotów
pracują na pełnym gazie. poza silnikiem mojej głowy.
na głowie mam sto tysięcy kominów, które wciąż wydalają.
dorzucam drewno przelotnej emocji. po sekundzie
bucha mi z oczu. mam do siebie wątpliwości, mam sprawę
do siebie. mam do siebie zarzut, mam moje pieniądze. dla mnie.
muszę przekazać sobie kilka uwag, dziś znajdę czas
by spotkać się ze sobą. znajdę czas na kilka kroków w górę,
na Tiricz Mir, po mechanizm sekundy. znajdę i nie znajdę.
w tym samym momencie

jestem nagi, idę przed siebie. przez setki pomieszczeń
o podobnych układach. przez setki myśli o podobnych układach.
przez setki osób podobnie skojarzonych. przez setki rzek
z tej samej wody. przechodzę z jednego w drugą,
z trzeciej w czwartego, z piątego w szóstą, z siódmej w ósmą,
z dziewiątego w dziesiątą. i nawet podobno jestem teraz
w domu. moje ciało i czyjeś ciało. na uwadze. Tiricz Mir i
czyjeś oczy przebiegające po tym tekście. kilka milionów ulic,
tysiące miast. setki deszczów, litry wody. pomyśl.
centymetry wzrostu, kilogramy wagi. rzeczy pożyczone,
rzeczy znalezione, rzeczy własne. rzeczy odrzeczone, arzeczowe.
moje rzeczy i arzeczy, które nie są moje. moje ciało, które
nie jest już moje. moje aciało. twoje ciało, które należy tylko do ciebie.

które ciebie do należy twoje tylko ciało
które ciebie do należy twoje tylko ciało
które ciebie do należy twoje tylko ciało
licznik słów
xxxxx xxxxx xx xxxxxx xxxxx xxxxx xxxxx
xxxxx xxxxx xx xxxxxx xxxxx xxxxx xxxxx
xxxxx xxxxx xx xxxxxx xxxxx xxxxx xxxxx
xxxxxxx xxxx


* * *

poster

post-wszystko. frojdyzmy.
beton zalewa moje płuca. monty pajton,
cała załoga śmiechu skacze po mnie. otwieram się
przed zamknięciem. jestem czyjąś nieobecnością.
przymykam dziś drzwi. to drzwi przymykają mnie.
skończę jako figurka żołnierza. skończę
w popielniczce śmierci. skończę jak każdy.
dmucham tylko. nadmuchałem sobie kawał świata.
przymknąłem na to oko. oko przymknęło mnie.
powtarzalność.
maszyna pracuje, gorąca jak orgazm kobiety.
duszność i koci pazur przecinający spokojną myśl.
kamień opada na dno, w tym czasie moja prokreacja.
zdaje się być jedynie dopełnieniem. wciskają
inaczej, jakby wiedzieli. cóż możesz wiedzieć
skoro jesteś mną. moje sny są twoimi.
moje dłonie głaszczą, ranią twoją głowę.
twoja głowa uderza mnie, nagle.
ciepło jest przerażającym zimnem.
dotykasz na odległość. umartwiając się
konsumujesz. jesteś. martwy jak lalka
z żurnala. jesteś bo byłeś. jesteś bo będziesz.
w imieniu chwili, w obliczu

staniesz się czyimś staraniem.
będziesz sobie obcy, jakbyś pisał powieść
o wędrowniczku. siedząc w domu możesz być
chirurgiem albo muzykiem, bez dźwięków.
uderzysz w ścianę. wszystko będzie dobrze.



* * *

moja ulubiona kompozycja

za kurtyną miliony klatek schodowych, których poznanie
zabrało mi lata. zimy też zabrało. wreszcie nadał się
nieprzyjemny zapach spoconego, brudnego ciała. tak oto
każdy filozof-grajek zrozumiał, że musi się wypróżniać.
musisz to zrobić w ten sam, przewidywalny mać sposób.
i usta. są harmonią. element zaskoczenia ze strony
własnej ręki, wprawi w zdumienie kilka razy. później
są normy, wyrabianie się na zakrętach. pierwsze plany
wchodzą na plany drugie, zachodzą za skórę, podchodzą
pod oko, koleinami, wertapami zdartych skór. i zbierasz
zbierasz te wszystkie skóry w jedną całość. w odległości
kilkunastu metrów słyszysz swój piskliwy głos. wzywa
i wyzywa. jest wyzywający. na początku pomyślisz:
zaczyna się. na końcu pomyślisz: zdarza się. naprawdę:
zderza się. wisisz, podskakujesz, latasz, zbierasz,
rozbierasz, układasz, wkładasz i wyjmujesz. wszystko
zderza się. odkrywasz, że jesteś pokrowcem - -
sporo możesz zmieścić. gdy tańczysz z kablem albo
przyjmujesz kilka cech mikrofali czy może czajnika
elektrycznego, z gwarancją jakości. nie wiem
jak to jest z tymi gwarancjami, czasami produkt
trzeba wyrzucić, zastąpić nowym, lepszym, bardziej
na czasie. a na czasie są teraz faworki, szynszyle,
rosja, stany zjednoczone, unia, obraz, wiersz,
jest na to gwarancja, prawda?


* * *

wymiona unijne

obsługuję bydło na hali, taki jest mój zawód
wyżeram z kogoś kawał mięsa. dobry z tego kawał,
no nie? dochodzę. ty jeszcze nie bardzo, ale
musisz to zrobić. wniosek jest taki, że wszystko
zaczyna się od końca. nawet ten cholerny koniec
zaczyna się - powiesz - patrząc na mnie jak na idiotę
dostojewskiego pewnie. tego właśnie chcesz, bo
literatura ci w głowie, póki dobrze widzisz litery
numery, hasła, piny, kody dostępu. taki jest właśnie
windows. więc zanurkuj ze mną w to wszystko i
zaopiekuj się pomidorami w szklarni, albo
obsługuj ze mną bydło. na hali. wiesz jak to rozwija?
chwytanie za rogi, wymiona, przy tym wymiany
płynów ustrojowych, co grozi poważnymi chorobami, ale
kto by się tym przejmował, przecież jesteśmy w unii


* * *

oraz przypadkowy szelest czmychającej tu i tam. obcej, własnej

miała dwie myśli jednocześnie. miała.
weszła do mojego domu, nastawiła
radio. w korytarzu tysiące pustych walizek, domino.
jazz. w korytarzu kolejne korytarze,
szeregi, sieci, ślepe koty uliczne.

usiedliśmy przy stole.
twarze zbierały ćmy. zrób mi
kopię tego życia, pomyślałem,
gdy nalot od rzeczy był. nie martwił.
gdy telefony przestały dzwonić, gdy
miasto mieściło się w kieszeni a
wszystkie światła gasły jednocześnie.

zrób mi zdjęcie, pomyślała
zdjęcie zniszczonych ścian.
między ludźmi. między kosmosem
a worem śmieci. między moim domniemaniem
twoim bynajmniej, onegdaj, poniekąd

z nieba leciały setki samolotów.
na skrzydłach były papugi,
traciły pióra. kolor mazał się.
jak dziecko. tak. mieliśmy myśl.
jednocześnie. zbliżało się wszystko.


* * *

czyjaniczyja pospolita takasamość

dobra pani o zapachu palonego plastiku
zbieraczka kamyczków kolejowych
z żółtym bandażem na głowie

blada

wtulona w sztywnego męża
i narządem o narząd
narządem w narząd
patrzą po sobie

a wszystko jedno




______________________
[prawo][i]2005, z archiwum damy roztrzepanej[/i][/prawo]


* * *

masowe złudzenia

[i]spowiedź wszystkich szaleństw[/i]

I
Najpierw jest zmysł. Później interpretacja umysłu.
Nie ma czystego odbioru. Wszystko jest masowym złudzeniem.
Kończąc podróż na Tiricz Mir, patrzyłem długo na własne dłonie.
Patrzyłem we wszystkie okna. Jednocześnie. Waliłem w drzwi.
Drzwi odbijały moje uderzenia. W przeciągu kilku chwil.
Myślałem o zapałkach i ogniu. Myślałem o zmysłach i odczytach.
Odczytywałem się. Bardzo długo trwało ładowanie.
Wejście na szczyt jest poza moim mniemaniem. Poza.

[i]Poza pozą prozą.[/i]

Źle oceniłem możliwości i przybyło strat.
Straty są chrustem. Cienkie kawałki drewna,
listwy, wióry. Przybyło też statków na moim oceanie.
W moim oceanie. Przybyło tyle spokoju, co niepokoju.
Przybyło przybyć, przybyło wyjść.

II
Gloryfikacja naturalizmu, filozofii. Zacznie się
gdy zostaniesz skazany na naturalizm i filozofię.
Rozpoczniesz w sobie III wojnę światową.
Karabiny oszaleją. Kule będą gwizdać w izolatkach głów.
Aparat twojego wzroku i słuchu będzie wtedy czuły.
Ciepło będzie pomocne podczas chłodnych nocy.
Samo-ciepło będzie odruchem bezwarunkowym.
Gdy całokształt ogarnie mróz. Moje usta będą leżeć
na dłoniach, w które jestem wpatrzony.
Oni boją się moich dłoni, oni kochają moją dłoń.
Niezależność myślenia sprawi, że będziesz umorusany.
Niezależne umorusanie wyprowadzi cię na spacer
z nerwicą setek serc.

III
Jesteś na bagnach.
Gdy chcesz być wchłonięty, nie ma takiej możliwości.
Nie ma takiej możliwości. Gdy chcesz uciec - umierasz
pod ziemią. Musisz to zrobić. Pod ziemią budzisz się i
patrzysz na obcą, własną dłoń. Migotliwe światło oka
jest wtedy chochlikiem twojej wyobraźni. Śpisz w najlepsze,
choć receptory zawsze będą czujne.

Będą wyciągać do ciebie ręce, będą walić w drzwi z tobą,
tyle, że po drugiej stronie. Twoje usta zanurzone
w spokojnej prawdzie.

Dowodem twojego istnienia będą podatki, starówki kilku miast,
zakamarki kilku ulic. Podatek od miłości to ostatni numer na płycie.
Płyta odtwarzana jest w pętli. Niedługo po zakończeniu,
usłyszysz znane dźwięki początku. Receptory nie będą wtedy czujne.
Skupiam się na tym momencie. W tym momencie. Znowu jest tak,
że patrzę w okno i czekam. Nie pamiętam już na co.
W gardle mam surową, śliską rybę. Nie mogę jej przełknąć ani wypluć.
Z braku konkretnego bólu, odcinam sobie ucho.
Przychodzi po mnie czas. Przychodzę na czas.


* * *

węgiel

Tom był karłem. Jego ojciec pracował w kotłowni.
Byłem tam. Pomagałem przy węglu. Tom siedział na taborecie.
Jest małym, złośliwym na potęgę blondaskiem.
Taką recenzję dostałem od ojca Toma. Mimo wszystko
zabrałem go do Barcelony. Znałem tam kilka osób,
między innymi Krystiana, Longinę i Pe-eskę.
Skończyła się era węgla. Siedzieliśmy wszyscy w słońcu,
pamiętam - Tom był zakłopotany. Wszyscy mu usługiwali.
W szczególności Longina. Wchodziła i wychodziła.
Przynosiła małe łyżeczki i mini-widelce. Otwierała drzwi
pokaźnym kuprem. Otwierała drzwi zamykając ciszę.
Tak jakbym nie miał rąk i nóg. Tom powiedział mi na ucho,
po trzecim drinku. Odpowiedziałem, że być może sam stwórca
nie ma rąk i nóg. Też jest po trzecim drinku.
Może nawet ojciec stwórcy pracował w kotłowni,
bardzo głęboko. Patrzyliśmy później na koniec słońca.
Krystian i Pe-eska to wyjadacze niusów, informacji.
Europa żyła szokiem atomówki na wschodzie. Atomowe bomby,
przenośne komputery, bardzo małe telefony.
Telefoniki dla blondasków. Takie miałem myśli.
Podjąłem jednak temat wieży ciśnień, latarni morskich
i nowych motorówek. Zaciekawieni słuchacze wiercili się
w wiklinowych fotelach. Jedynie Tom podrygiwał nerwowo.
Wiedziałem, że ma ochotę na seks. Hiszpania połączyła nasze ręce.
Utytłane węglem i atomówkami. Stało się pieprzenie.
Pieprzenie herbaty rano, łyżką. Dosypując przy tym cukru.


* * *

z rozmyślań przy grzegorzu

w stanie stałym, grzegorz lato myśli o
złotej tylko naszej tylko jesieni tylko, że
w stanie ohio, daje znać polski dziennik,
szczęśliwy płacz młodych matek rozbił szklanki
kubki dobrego smaku kolacji robotnika od nas,
specjalisty, trzymającego fason zbieracza,
kolekcjonera, z nosem orła białego, wolnego
stanu jest teraz nasz grzegorz, bajałem
wracając z pracy przez pustynię nevada,

z tych wszystkich firm, wypierdolą nas, powiem
i zasnę jak piaskowa burza zasnęła dnia pewnego
pod moją kopułą, pod twoją obroną uciekamy
z miejsca do miejsca, od czasu do czasu jak
ten nasz orzełek, grzegorz, o poetyckich
piórach, trochę kurzych może, ale wydających
ten sam, stabilny gwizdek podczas lotu


* * *

medycyna kosmiczna powieszon ego

artykuły papiernicze, stosy, kolumny biednych osiedli
drobiazgi, rozmienione na drobniejsze, w kioskach,
nieskończone ilości wojen, przed nami, jeszcze jeden
wystrzałowy wieczór, może dwa, pomyśl o kontenerze
z którego odleciała twoja matka, ojciec, przecież
wszystkich łączą te same kable, te same widoki
galopujących koni i martwych psów, zaraz po walce
w głębokiej Polsce, tak bardzo głębokiej jak gardła
skoczków z płonących budynków albo co ciekawsze: żyraf
a może idea pewnego ego z miejscowości pod okiem
powieszon ego w chłodzie piwnicy, o zapachu ziemniaków
mleka pod nosem, mokrych ręczników, powieszonych
dokładnie tak samo, przez najstarszą kobietę
co zrodziła pewnego dnia młodość dla wszystkich
latawców, zalegających w poczekalni na lepsze
warunki do lotu, lepsze pieniądze, lepsze światy?
może ta idea przywróci kontener naszych gabarytów,
rupieci, potrzebnych zawsze na czas, potrzebnych
jak cholera, przywróci na plan pierwszy, gdzie
trwa przerwa techniczna, przepraszamy za utrudnienia


* * *

Pocztówki z Jamesem Deanem

Zbliża się dwunasta zero zero, południe.
Chłopak na moim łóżku masuje jądra, wyobraża
Ogromną karuzelę w Nowym Jorku, gdzie będziemy
Za kilka godzin. Niebo będzie czystą bielą.
Ze ślepego oka.

Przeglądam pocztówki z Jamesem Deanem. Postradałem lata,
Jestem siwy i nie będę już ojcem. Wiertło pszczoły
Przenosi mnie do czasów pracy nad budową miasta.
Miasto buduje się z wycinków gazet. Zdjęcia gwiazd,
Napiętych mięśni olimpijczyków, medalistów, skoczków.
Ze wszystkiego można zrobić łatwopalne domino.

Czy mam ogień - pyta król z mojego łoża. Wchodzi
w moją szyję. Moje ciało jest wtedy masłem. Trzeba.
Zbierać kamienie. Na palenisko żołądków. Mówimy szeptem.
W zaciśniętej pięści mam magnes. Statua Wolności.
Ostatni dym papierosa i marzenie. Żeby zasnąć teraz
W pudełku po kapeluszu. Zacząć któregoś razu,
W rzeczywistości. Skończyć we śnie.


* * *

Spowiedź Jacka K. / 2 V 09

Człowiek poddaje się. Tak przeze mnie przeszło,
gdy wychwyciłem dziś mentalnego brzdąca.
Brzdąc kołysał się na przystanku tramwajowym.
Przystanek tramwajowy nazywa się Plac Zawiszy.
Brzdąc zamiast tlenu wybrał opcję kleju z torby foliowej.
Klej nazywał się prawdopodobnie Butapren. Klej ten
stosuje się na zimno, pokrywając obie klejone powierzchnie
i łącząc je z sobą po tym, jak z kleju wyparuje
większość rozpuszczalnika. Niektórzy stosują ten klej
po przedawkowaniu Internetu. Takiego rodzaju praktyki
zabijają tyle komórek mózgowych, ile przeciętnie brakuje
człowiekowi Ameryki. Człowiek Ameryki to taki człowiek,
którego przodkowie wybili spokojnie żyjących
na tym kontynencie dzikusów. Kilka tygodni później
ludzie, którzy wycięli dzikusów w pień ogłosili
odkrycie Ameryki. Od tej pory, po dziś dzień,
są Amerykanami. Z krwi i kości spokojnych dzikusów.
Przystanek tramwajowy nazywa się Plac Zawiszy.

Człowiek poddaje się. Wrócę do głównego wątku tej
krótkiej powiastki, wąskiej pizdeczki.

Kiedyś człowiek był kuflem z twardego szkła.
Później na naszej planecie wszystko się pozmieniało
i zostaliśmy szklankami. Teraz jesteśmy na etapie
wąskich kieliszków do szampana. Następnie będą probówki.
Później parówki i para. Mam żal do siebie.
Wiele złych rzeczy wyszło z mojej głowy,
z mojego ciała również. I wszystkie te rzeczy
pod postacią prostokątów, trójkątów i kwadratów
leciały w kierunku innych ludzi. Kalecząc i
dając do zrozumienia. Wszystkie te figury
nazwijmy na potrzebę chwili wołaczami uczuć.
Natomiast mnie nazwijmy na potrzebę chwili
prostym chujem. Przerwę na moment wątek
figur playstation.

Rodzi się pytanie cóż mi z tego żalu pozostaje
w chwili obecnej? Orkiestra dęta, w skrócie: dętka.
Cieszy mnie fakt, że zostawiłem kawał serca
na naszej planecie - starając się dać innym humanoidom
szczęście w postaci wołaczy uczuć bez kantów.
Czasami jednak te kanty się pojawiają i inni ludzie
poddają się. Mają do tego prawo i ja też mam teraz prawo
mieć guzik z pętelką. Przepraszam jest słowem,
którego od jakiegoś czasu używam rano, przed spuszczeniem
wody w klozecie. Klozet jest to dziura, w której spływają
ludzkie brudy. Tak bardzo chciałbym usiąść teraz na
metafizycznej, czarnej dziurze, która pochłonęłaby
całego mnie. Bo zepsułem maszynę, z której nie tylko ja
czerpałem lemoniadę na przerażająco gorącej pustyni Nevada.

Pustynia Nevada nazywa się Plac Zawiszy.
Mój dzisiejszy, świeży wciąż smutek jest gorzki,
jak wódka gorzka żołądkowa. Są rzeczy na świecie,
które trzeba przełknąć, mimo, iż nie ma takiej możliwości.
Moja świeża wciąż zaduma i refleksja jest rozgrzaną kulką,
którą przełykam przed snem. Moja spowiedź
jest pierwszą spowiedzią tak szczerą i tak ostatnią.
Nie chodzi tu o śmierć czy inne związki chemiczne.
Chodzi o to, że obecnie coraz mniej wypływa ze mnie figur.
Z tych figur na pustyni Nevada, przy Placu Zawiszy
jeszcze niedawno byłem w stanie wytworzyć lemoniadę.
Lemoniada cytrynowa to tak naprawdę czysta chemia,
nie ma nic wspólnego z cytryną. Dla złośliwych dodam,
że nie mam tu na myśli spermy. Sperma to płynna wydzielina,
na którą składają się produkty jąder i tak dalej.
Sperma przypomina klej butapren. Zataczamy koło.
Koło to figura, która nie daje mi radości i
szczęścia. pieniądze szczęścia rozdają. Kończę spowiedź
w momencie, gdy rozumiem własne błędy i
nie chcę już więcej rozumieć. Mój umysł jest teraz
czarną dziurą, gdzie kiedyś było coś pięknego.
Wszystkie te piękne rzeczy wiszą teraz nade mną
na grubych sznurach. a ja próbuję dosięgnąć.
Umysł to nazwa abstrakcyjna oznaczająca
ogół aktywności mózgu i tak dalej. Jestem teraz
butelką bez zawartości, butelką bezzwrotną.
Butelka ma kształt walca zamkniętego u dołu,
i tak dalej.



____________
za inspirację kłaniam się w pas:
Pani H, Pani P, Panu C, Panu V, Panu G oraz
Panu Google i Pani Wikipedii


* * *

Nowy Świat

Młoda, spalona słońcem kobieta przyniesie mi dziś pecha. Przypomina kota.
Ta kobieta nazywa się Francesca Woodcrank. Przyjechała z Meksyku.
W Meksyku mieszkała kilka lat u znajomych męża. Jej mąż był Anglikiem,
nazywał się James Woodcrank. Pewnego razu James wszedł na dach pociągu,
była pijacka noc pod Londynem. Pijani mężowie czekających żon, przyjaciele Jamesa
chcieli nakręcić zabawny film, by zamieścić pamiątkę na angielskim YouTube.
Niespodziewanie James spadł łamiąc kark. Pijani mężowie wrócili do domów.
James nie wrócił. Nagranie miało sporo wyświetleń na YouTube.
Kotka Francesca była wdową. Czarna wdowa to gatunek jadowitego pająka
z rodziny omatnikowatych. Jest to największy przedstawiciel tej rodziny.
Francesca jest trochę kotką, trochę pająkiem. Wszystko to przyniesie mi pecha.
Nikt jeszcze nie wie, że ta sama Francesca przywiozła do naszego kraju
dziwną odmianę grypy. Nikt jeszcze nie wie, że za kilka tygodni
pomnożona zostanie ilość czarnych wdów. Paszczęki Polaków
będą klekotać i grzeszyć jak grzechotki. Grzechotka jest instrumentem
z grupy idiofonów. Taki instrument posiada Didier N'kendo, inny pasażer
Nowego Światu. Didier zawitał w naszym kraju, gdyż biały król jego plemienia
nakazał wszystkim tańczyć i bać się. Tak głosiło hasło tego białego króla.
Tańcz i bój się. Didier nie wiedział, że w naszym kraju Murzyni nie są mile widziani,
gdyż większość mieszkańców ma białą skórę jak jego król. Murzyn Didier
wystukiwał kroki Francesci na dwóch małych bębenkach. Później liczył pieniądze.
Liczył na więcej. Para młodych turystów z Ukrainy również liczyła na więcej.
Chcieli oni bowiem nagrać melodię Murzyna Didiera, by zamieścić nagranie
na ukraińskim YouTube. Jego melodię porównali do dzikiej winorośli.
Ukrainka nazywa się Natasza Łukowa. Ma warkocz jak lina, po której
zdolni ludzie chodzą w cyrku i nie spadają. Ryzykują przy tym życie.
Ona również umrze podczas epidemii grypy z Meksyku. Grypy trzewi
poranka na Nowym Świecie. Dla mnie rzeczywiście jest nowy.
Mimo wszystko kupuję kolorowy tabloid i nabieram rumieńców.
Otóż tabloid broni Artura Boruca. Boruc broni reprezentacji naszego kraju
przed utratą bramek. Boruc gra na co dzień w Szkocji, ponieważ
w naszym kraju są nierówne murawy i pada deszcz. Klatki schodowe
upierdolone są krwią. Windy nie działają. Poręcze są lepkie od spoconych dłoni.
Dłonie zaciskają się później na kolorowych kartach tabloidów. Trzęsą się z zimna.
Mimo, że niedaleko stąd rośnie palma. Niedaleko stąd biały król krzyczy:
tańcz i bój się, tańcz i bój się!


* * *

Rzeczy Basi

Barbara Wilgoć nigdy nie istniała. Jej postać pojawiła się jedynie w śnie
kierowcy ciężarówki. Na jednej ze stacji benzynowych kierowca Jurek
uciął sobie drzemkę. Wtedy zrodził Barbarę Wilgoć. Miała szesnaście lat.
Jej piersi wielkością przypominały dwa dorodne grejpfruty. Jurek miał
na składzie tony takich owoców. Wiózł to wszystko z Włoch do Polski,
o czym wspomina nasz hymn narodowy. Grejpfruty są krzyżówką
pomarańczy olbrzymiej z Archipelagu Malajskiego, z pomarańczą chińską.
Jurek Piskorz nigdy się nad tym nie zastanawiał. Dwa owoce umieścił na Basi.
Przy okazji wspomnę, że piskorz to ryba słodkowodna, Jurek również
cenił sobie słodkości. Sen był prosty. Jurcio kawalarz siedział w
wiklinowym krześle. Przed nim tańczyła prawie naga Barbara Wilgoć.
Jej usta były nadymane. Grejpfruty były coraz większe. Przypominały
piłki do gry w siatkówkę. Jurek pił zimne piwo, kątem oka sprawdzał
jak idzie żonie. Żona Jurka, imienniczka panny Wilgoć robiła obiad.
W zadymionej kuchni przewracała tłuste mięcho swoją tłustą łapą,
tłusto myśląc o tłustych pieniądzach do pierwszego. W tle słychać było
radość polskich kibiców. Nasza drużyna sięgnęła nareszcie po złoto.
Barbara Wilgoć dalej tańczyła. Jej piersi piłki były już piłkami lekarskimi,
które Jurek trzymał na dłoniach. Spojrzał na naboje 5,56 x 45 mm. Później
podziwiał kreskę na ciele Basi. Ta kreska nazywana jest przez Jurków
dupeczką lub tyłeczkiem. Barbara Wilgoć wypłynęła na świat w wydzielinie
siurka Jurka. Płynęła małym kajakiem. Miała kilka sekund, by zastanowić się
czy dobrze zrobiła pokazując piłki żonatemu. Jurek Wilgoć patrzył długo
w oczy Jurkowi Piskorzowi. W brudnym lustrze ciężarówki było kilka twarzy.
Wszystkie te twarze musiały się zjednoczyć. Jurek musiał ruszać w trasę
z Włoch do Polski. Jedność jest naszą mocną stroną. Wydzielina marzeń
zalewa nasze sny.


* * *

ilorazy

[prawo][i]oddane na rzecz kosmosu -
inne możliwości [/i][/prawo]

ten tutaj, o ten. kroi chleb. przegląda niebo.
kroi niebo. przegląda chleb. długie lata

żonglowania. powiedział: żonglowania słońcem i
księżycem. miał rację. weźmy cienie marionetek,
manekinów. weźmy siebie samych, za gardła.
ten człowiek, co tu stoi, on ma rację.
ma sto twarzy, miliony kończyn. porusza się
według schematu. wszystkie te zabytki, pomniki

zastąpią nas. zostaną tylko zużyte narzędzia.
ten, o tutaj właśnie. próbuje zaznaczyć obszar,
by wreszcie znikać za horyzontem. poprowadzi

ten swój autobus, w którym będzie jednocześnie
pasażerem. sprawdzi bilet. bilet sprawdzi go.


* * *

bądźmy ludźmi, którymi nigdy nie będziemy

nie pójdę dziś do pracy. nie będę zarabiał,
wydawał, pożyczał. nie będę nic mówił. nie będę
milczał. nie będę klęczał, leżał, skakał, biegał,
czołgał się, człapał. dziś nie będę sprzątał i bałaganił.
nie będę też spał. nie będę dzwonił i nie będę odbierał.
nie założę i nie włożę. nie będę dziś postawny ani cherlawy.
nie będę za gruby, za chudy, za dobry. nie będę się mył,
nie pobrudzę się. dziś nie skomentuję i nie będę komentowany.
nie będę spał. nie będę trzeźwy i pijany.
nie zostawię po sobie śladów, nie będę niewidzialny.
nie będę dziś pamiętał, zapominał. nie obejrzę i
nie będę oglądany. nie będę dziś wkurwiony,
nie będę spokojny. nie będzie dziś uników, ataków.
nie będę robił i nie będę zrobiony. nie będę
pacyfistą, faszystą, seksistą. nie będę grzeczny,
nie będę rozrabiał. nie będę sobą, nie będę udawał.

my jesteśmy artysty. my nie jesteśmy, nie byliśmy,
nie będziemy. nie napiszemy nigdy tego,
co przyszło nam już napisać. wykonujemy wszystko to,
czego nie jesteśmy w stanie wykonać
i czego nigdy nie wykonamy. chcemy za darmo
papiery toaletowe i chleby baltonowskie.
chcemy za darmo kartony papierosów i
litry taniego alkoholu. należy się nam,
za ciężką pracę, do której się nie weźmiemy
a której mamy od zajebania. bądźmy ludźmi,
którymi nigdy nie będziemy.


* * *

sample

[prawo][i]Mari Paz dedykuję[/i][/prawo]

zbierało się na deszcz. młody głos krzyczał
że musi spierdalać. po drugiej stronie z auta
wysiedli kolesie. nad naszymi głowami
przeleciały cztery myśliwce.

stałem naprzeciw zakurzonego lustra,
próbując odrysować czyjąś sylwetkę.
bardzo długo dzwonił telefon. w odbiciu
były dziewczynki z Rumunii. dłubały w chlebie
rzeźbiąc jakiś tam dzień

zwróciłem wzrok w stronę starego kina.

pszczoła rysowała spirale, koło mojej twarzy
wybuchła bomba. kobieta z francuskim akcentem
zapytała o drogę. miała metaliczny głos i dwa
złote zęby. poszła z torbami w stronę dworca.
poczułem przypływ i mgłę po kolana.

bramy kościołów skrzypiały. tak skrzypią
inwalidzi. w uszach miałem korki, na oczach
klapki. mogłem iść za bezdomnym światłem
albo przebrać się i zacząć od nowa.


* * *

podpisy pod obrazkami

gdy ostatnio odwiedziłem ciotkę Helenę, powiedziała że
co noc wyobraża sobie jak wrasta w korzenie chwastów, jak
biorą ją znowu do niewoli. wybraliśmy się nad rzekę.
wiatr brzmiał tam, jak odkurzacz na niskich obrotach.
uderzyłem w drzewo, spadło kilka śliwek węgierek,
niektóre miały w sobie robaki, które wyżerały miąższ.

zdjąłem buty i oznajmiłem Helenie: jak tu pięknie.
Helena nie odpowiedziała, nie słyszy nic a nic
od czasów wczesnej młodości. wtedy ludzie walczyli
na karabiny i granaty, przeznaczone do miotania
w kierunku nieprzyjaciela, gdzie ma nastąpić wybuch.
taki wybuch odebrał słuch Helenie, która w tym czasie
pomagała matce wieszać pranie. wybuch zabrał słuch i pranie
i matkę. granat to także owoc. z powodu dużej ilości nasion
symbolizuje siłę rozrodu roślin. rozrodowi moich nasion
wtórował silnik traktora. na traktorze napisane było ursus.
na dziewczynce z przyczepy napisane było reebok.
przytulała butelkę coca-coli i uśmiechała się do nas.

Helena opowiadała dalej swoje sny i swoją rzeczywistość.
jej język mówiony to hybryda niemieckiego, rosyjskiego,
polskiego oraz słów odczytanych z ruchu warg innych ludzi.
jej senna rzeczywistość to film obyczajowy z elementami
sensacji. na końcu takiego filmu zazwyczaj umiera bohater,
którego widz zdąży pokochać. Helena mówiła o świniach
zakopanych głęboko pod ziemią, schowanych przed żołnierzami.
żołnierze lubili jeść mięso, strzelać śmiechem podczas, gdy
młode dziewczyny stawiały opór przed stosunkiem z nimi.
Helena również stawiała opór. żołnierze ci, nie wiedzieli jeszcze,
że również będą świniami zakopanymi głęboko pod ziemią,
schowanymi przed innymi żołnierzami.

w tym momencie poczułem jak po moich plecach przejeżdża
gąsienicowy wóz bojowy. takie wozy przeznaczone były
do walki z siłami przeciwnika za pomocą prowadzenia ognia
na wprost. czasami napisane na nich było: rudy 102.
Helena wyciągnęła z kieszeni małą lornetkę. patrzyliśmy
na samoloty i ptaki, które dzięki lornetce były bliżej nas.
tak stwierdziła Helena. wypatrzyłem napis na starej kamienicy:
white power, obok którego narysowana była swastyka.
swastyka wisiała na dorysowanej innym kolorem szubienicy.
szubienica była przekreślona. obok ktoś narysował pacyfę.
również wisiała na szubienicy, namalowanej kolorem swastyki.
na swastykę nachodziła litera A w kółeczku. kółeczko
wisiało oczywiście na szubienicy. szubienicy przekreślonej
kolorem pacyfy. wszystko to zrobili zapewne ludzie,
którzy w głowie mają śliwkę węgierkę z dużą ilością robaków.

przed domem pomogłem ciotce Helenie wieszać pranie.
podczas tych czynności nie zabrano mi słuchu.
jestem zdrowym mężczyzną i wróciłem do miasta.


[prawo]20.IV.2009[/prawo]


* * *

Marek & Darek

zaczyna się od tego, że Marek burzy zamek z piasku Darka.
nie robi tego ze złośliwości. jest to jego ekspresja,
sposób uzewnętrzniania przeżyć, ich zewnętrzny wyraz.
w tym samym momencie w wyrazie wewnętrznym Darka
zanika bozia. idzie on po ojca, który przyprowadził
do domu Rumunkę. Rumunka nie miała pieniędzy na
ciepłe posiłki. Zdecydowała, że rozłoży nogi przed
każdym, kto zapłaci jej sto polskich złotych.
z tych pieniędzy starczy jej na cztery ciepłe strawy
i dobry trunek. gdy Rumunka obmyśliła ten plan,
na sekundę zanikła w jej wyrazie wewnętrznym bozia.
matka Darka nie istnieje już w jego życiu. nie wróciła
z wyjazdu na truskawki. tam poznała Kevina o urodzie
konia. Kevin pokochał jej miękkie futerko i obiecał
nieskończoną ilość ciepłych straw. w wyrazie wewnętrznym -
i tak dalej.

gdy Darek wchodzi do domu trwa gra wstępna. gra wstępna
to ogól intymnych zachowań pomiędzy dwojgiem lub więcej ludzi
mających w planach zgaszenie pochodni w wiadrze z wodą.
pochodnia ojca Darka płonie od dobrych kilku minut.
Rumunka chce mieć za sobą cały ten dżojstik, ale Darek
przerywa grę. w tym samym czasie Marek odbudowuje
zamek z piasku. nuci przy tym piosenkę z czołówki bajki
Miś Koralgol. przechyla głowę raz w lewo, raz w prawo,
stara się. ojciec Darka też się stara - tyle, że
skłamać na temat Rumunki, która według niego sprzedaje
latające dywany. Darek zaczyna płakać. wkurwiony jego ojciec
kieruje się w stronę piaskownicy, gdzie Marek kończy dzieło.

dzieło to wytwór artystyczny o określonym sensie,
charakteryzujący się wysokimi walorami estetycznymi.
dzieło to prawie działo. ojciec Darka chwyta kij
do gry w palanta i zaciska w porośniętej żyłami dłoni.
bozia zanika w wyrazie wewnętrznym. bez gry wstępnej
uderza głowę Marka. ta po chwili leży w okruchach
piaskowego zamczyska. kawałki bozi zostają na kiju
do gry w palanta. ojciec Darka zdaje sobie sprawę.
tę samą sprawę zdadzą sobie jeszcze rodzice Marka i
matka Darka. matka z tym koniem. Rumunka zakrywa oczy
Darka, wchodzi z nim na latający dywan. i lecą. zanikają
razem z bozią.


* * *

fantomowe jagody pyszne kończyny

Widziałem kilka wolnych dusz. Z zapadającym się pod grunt. Ucieleśnieniem.
Kraty. Za którymi kosmos. Długich autostrad. Pozdychały tam głodne zwierzęta.
Szukając ostatniej już. Heroiny. Włóczące się fragmenty dziadów. Były ostatnią
widokówką. Upadłego gatunku. Nawet najlepsi analogowcy. Mojego pokolenia.
Uginali kolana. Pod ciężarem cyfrowych. Wszyscy. Prowadzeni jasną cholerą -
do kurwy nędzy. Na telebimach Nowego Kreatora. Wyświetlano nasze dobre nocki.

Happy and cmentarz Hollywood.

W zakładach maszyn. I zębatek, i szczęk i ścisków szczęk. Byliśmy zmuszeni
oddać ręce i nogi. By żyło się łatwiej. Jako element. Człon obywatelski.
Projekt Zjednoczonej Chińskiej Ameryki. Mówię Wam. To tylko projekt. Ostatniej
heroiny.

W prądnicy próżności. Każdego dnia o świcie. Korpus rzeknie do innych.
Takich też, tychże, tychże. Naładowany będzie woltami. Już teraz. Słyszę
jak nuci. Ten swój folk rewolucyjny. Folczek. Dźwiękoszczelne pomieszczenia.
Szeregi sklonowanych pokoików. Wszystko to. Sprawi, że nie trafimy. Wszystko to.
Nasze muzeum. Antykwariat ludzi. Fantomowe kończyny. Pyszne jagody.
Fantomowe jagody, pyszne kończyny. Nieskończone poezje Whitmana.



________________
do tekstu dodatkowo paintowa zabawa na:
http://mechanizmsekundy.blogspot.com/


* * *

janczary

zawsze widzę kobiety w habitach,
gdy ucieka ze mnie duch. nad ranem
torby wypuszczają niesegregowane śmieci.

czasami brzęczą tu motorynki.
dzwonki pędzących damek rozpraszają tłum.
jakby janczary w rytm końskich kopyt
odliczały sekundy. poza tym jest botanicznie.
przez chwilę miałem na uwadze dysonans.
wrony krzyczały językiem bogów,
gdy na stację podjeżdżał pociąg z Gdańska

podszedł do mnie facet. na głowie miał pióra.
pewnie niedawno podniósł się ze swojego
ciepłego pierza. wymieniliśmy kilka standardówek.
mówiłem o godzinach w pomieszczeniu bez klimatyzacji.
on dodał coś w pocie czoła, uciekł na drugą stronę.

przyszło mi na myśl, że przez miasto
powinienem prowadzić wielbłąda. szukać wody.
w tle turyści z Anglii spierali się
o wymowę słowa chrząszcz. a chrząszcze
to jeden z najliczniejszych rzędów owadów.
liczba nieopisanych gatunków może sięgać
kilku milionów. tylu milionów brakuje nam
do szczęścia.


* * *

drogi kołowe

Malec we włosach ma żółty kwiat Bawi się
kawałkiem blachy Przy szosie srebrna beemka
gniecie żwir Staram się przełożyć światło
na drugą stronę Światło też jest żółte
W olsztynie zdarza mi się myśleć o starości
nie myśląc o dziadostwie Mając na uwadze
krzywizny demencji na różnych twarzach
pojawiają się wypieki Tak jest w moim przypadku
właśnie tu i teraz W żółtym olsztynie gdy
przeleciał nade mną helikopter i przestraszyłem się
razem z tym dzieciakiem Ja dorosły facet przecież
bez prawa do strachu Mówiłem pod nosem że
niesamowicie jest sterować
tak zajebistą maszyną To prawie tak
jak gdyby na moment lotu być torreadorem
z płachtą wieczornego nieba Czekać na atak
czegoś co pojawi się nagle Będzie płaskie
jak ostrze noża Zarazem pełne jak życie


* * *

czarowny oraz klimatyczny oraz piękny tak ten właśnie: Chujówpizd

***

Chujówpizd czternasta trzydzieści zaraz po obiedzie

***

zastanawiałem się czy w moim życiu ok i stwierdziłem
że tak naprawdę ciężko określać wszystkie te stany bo
moja wiedza sprowadza się do kilku informacji które
pobieram każdego dnia są to określenia bardzo proste
dla przykładu słoneczny bądź deszczowy dzień aktualizacja
godziny pory dnia ogólnie czasu na jedzenie picie

***

stałem tak z tym wszystkim przy ścianie naładowałem broń
i strzeliłem z tego mojego chuja była przy tym kobieta

***

skradła ten widok tylko dla siebie naga stała ona
w kącie prawie jak za karę po lekcjach wypaliła
dlaczego to zrobiłem że przecież na ścianę że ona i
że szczerze chciała ze mną miłości a ja imbecyl skończony
podszedłem do niej zasłoniłem dłonią jej usta ona

***

mówiła dalej

***

jej sutki były różowe z zimna trzęsła się dygotała
gaworzyła przez moją dłoń gdzieś w tle zawrzeszczał
pociąg prawdopodobnie ten do berlina którym miałem jechać
po odbiór nagrody za wiersze

***

umrę za te moje wiersze

***

przerwałem jej przez dłoń mówienie i zacząłem recytację
o tym że kurwa byłem w Holandii ciężko pracować
chociaż nie byłem nie pracowałem i że później we Francji
jakąś ozdobną lampę czy coś takiego udało mi się kupić
na bazarze pięknego śmierdzącego spalinami artystów Paryża
choć wcale nie śmierdzącego znowuż o innych miastach
było o Pradze że deszcz że coś że przyćmiony wieczorny
klimacik pościągał ludzi w prochowcach z ulicy nędzy
choć wcale tam nędzy i tych prochowców nie ma że
tam właśnie pierwszy wiersz pierwsza poetka kochanie nagle

***

dotarło do mnie że stoję bez ubrań w tym nieszczęsnym
kącie jak w szkole a sąsiad z bloku obok kieruje
lornetkę na moje piersi więc zakryłam się prześcieradłem
i spojrzałam przez okno okazało się że widzę
przez lornetkę jak jakaś baba w kącie mieszkania
czegoś wypatruje zakryta prześcieradłem przetarłem

***

oczy przed barem waliłem w drzwi nogą ale już zamknięte
a praga cała była w deszczu małych francuskich kropli
absurdu wszystko odbiło się od tych powiększających szkiełek
przez chwilę było wielkie by po chwili stać się bardzo
małe rozumiesz maleńka bo po drugiej stronie takie szkiełko
pomniejsza stałem tak jeszcze chwilę na pustej ulicy Chujówpizd
w samym kapeluszu jak kowboj co czeka na pojedynek z szeryfem

***

tego tu i teraz świata

***

mówiła dalej

***

umrę za te twoje wiersze

***


* * *

-kanały światła-

I

jak kamień
muśnięty kruchym ciastkiem jesieni
jestem wnętrzem zapachu
przedsionkiem świątyni opuszczonej przez czas
między środkiem nocy a odbytem ostateczności
szafki strachu ciemnieją szkła
trzymają ciężkie słonie
słyszę jak pękają łączą się na powrót
w obcych znanych na pamięć ludziach

wspólny organizm pasożyt i żywiciel w jednym
zależnie od profilu

II

ogromne dzwony biją szklane ręce
drzewa klaszczą przez panikujący wiatr
wszyscy są już tacy sami - mówisz
bękarcie mojej duszy - jak młotki
ułożone w równym rzędzie
korzystam z imion narzędzi kiedy
mam w garści gwoździe
składasz się z moich warg
zdejmujesz piękne lilie
bóle wbite w krzyż
szumy świsty wyciągnięte
z pola rozdeptanych kłosów

III

aptekarzu bez ust
daj mi chociaż folk histerii
gdy budzi mnie matka krzyku
nie jestem jasny
odwiedzają mnie rzecznicy

patrzę w ciała bez odznaczeń życia
ciała bez pokrycia
brodawek i wyrazów
brzuchy spalone na brąz
koszmary bez skazy światła
twarze folii

IV

rzecznicy nazywają mnie jak chcą
ja też mam kilka rzeczy i sznurki
którymi ciągnę przeszłość w stronę
przyszłości

mogę wyjść na milion sposobów
ale tylko przez sen
patrzę i czuję jak
przełykam długi rzemyk
zaciska później żołądek
trawiący glebę organ kościelny

V

ukradnę wszystkie wasze leki
magazynki śmiechu będą puste

VI

przed pielęgniarką o twarzy kryształu
katarakty wnikają i wynikają ze mnie
brzydzę się śmiercią
brzydzę się córką szczęścia
przeżuwam gorzkie monety
gotowy do użycia

VII

czas to pełnoprawny kłamca
młot bijący w kowadło głowy
jestem językiem boga
gdy zębami wbija się
w słodycz czarnego oceanu
od nieba

VIII

oczy ręce i nogi są liczbą dwa


* * *

ściany nośne

znowu suchy może tragiczny albo pojednany
ze sobą. w ciszy obserwuję przelot myśliwców
nad przeciekającym dachem Katedry św. Wita.
okna migają od telewizorów. przez to
zmieniają się twarze. czasami widzę blade
czasami czerwone. wszyscy mają pióropusze.
dzwoni Teresa. mówi, że Londyn, że Ben
rzeczywiście jest Big. rozmowę przerywa
głośny szum. jestem na przejściu granicznym,
osiągam kolejny stan skupienia. limuzyny
mają na maskach krem słońca. pies włóczykija
unosi się razem z właścicielem. ciągnie
tego starego gawędziarza coraz wyżej.
po drugiej stronie dźwig wykonuje
leniwy obrót w stronę żelaznego szkieletu.
jeszcze niedawno drozdy drapały tu często
spragnioną ziemię. teraz morusy próbują
puszczać kaczki w kałuży. podcięto im skrzydła
na starcie - nie można chodzić po wodzie.
przez moment próbuję ich obudzić, w myślach
zrzucam w przepaść mosiężny zegar.


* * *

Zegar Zagłady

na warkoczach Ukrainy wiszą bomby Rosji
psy merdają coraz rzadziej, daleko od wiernych suk
pod mostem mały Rysio szkicuje okręt wojenny
tankowce zalewają pustelników ropą, jedzcie z tego wszyscy
Korea ma coś czego nie ma nikt, ale nikt o wszystkim wie
na rynku rzucają zaklęcia na Żydów, won do Palestyny
pałace kultury to zapachowe świece na grobie edukacji
chłosty w Arabii rozgrzeszają Europę, to humanitaryzm
matka z dzieckiem błaga o wojnę, gryząc kraty przedszkola
Donald i Lech obtoczeni w bułce tartej wschodzącego słońca
trzy tancerki dupnego klubu kłócą się o jakość łonowych futerek
kolejny raz siedząc obok siebie, spijam pianę uzależnień
białasy podpalają skórę w instytucjach wdzięku, chcą być czarni
murzyńskie dzieci smarują się kredą, nie chcą już tracić nóg
nastawiamy jazz późnym wieczorem, żeby przytłoczyć sąsiadów
wszyscy sąsiedzi byli w Familiadzie, od kiedy w 44 wyszli z kanałów
Kuba - Ojczyzna albo Śmierć, cygara wyciągną również z naszych spodni
Charles Manson wyjdzie za trzy lata, wyjdzie tylko po twoje gardło
prawnicy błagają w ogłoszeniach o nagie zdjęcia młodych chłopców
w Anglii wymiatał zabawny Benny, my też mamy wesołego ojczulka
czeskie fryzury, nowa nokia, rock zachodu, później Turcja albo Grecja
po drodze wypadek przy pracy, mlaskanie na kiełbasianym weselu
stary dobry Clint ćwiczy kowbojski refleks w ubikacji, każdego to czeka
szykujcie gumowe pały, dziś odwiedza nas drużyna z Pospolitej-Rzeczy
już nie potrafię brzydzić się zabijaniem i życiem krewnych z Irlandii
oddanych pucybutów materializmu, o kamiennych głowach konsumpcji
w miejskiej wciąż są wolne dla rumuńskich grajków i skinów-kanarów
sprawdźmy sobie wszyscy te bilety, sprawdźmy czy jesteśmy legalni
za jakiś czas legalne będą długie włosy albo kobieta w spodniach Islam
ciągle gada o jednym oku i znaku na czole, rozpozna to tylko wierzący
przez mgłę czytam z ruchu warg małego Jezusa nad drzwiami ewakuacji


______________________
http://mechanizmsekundy.blogspot.com/2009/06/zegar-zagady.html


* * *

strzęp rakiety spadł na syberyjską wioskę

I. Arszenik

Późno. Wracam jako fizyk.
Zebrałem rybie łuski. Na dzień dzisiejszy.
Łuski ściągam z ludzi. Zwisają z uszu,
czasami jedna czy dwie. Na oku.
Mam kilka podzielonych teorii.
W drodze skojarzyłem dzieciństwo.
Ze słowem tornister. Elementarz,
purchawka, dmuchawiec. Alejami,
do pralni pamiątek. Pralni
rzeczy białych. Młodości z bąbelkami.
Pamiętam doskonale. Tu tańczyłem
wśród figur wosku. Tam ktoś
potwierdził moje życie. Później
podszedł do okna. I zniknął.
Tak po prostu. Poczułem migdały,
nabrałem wielkiej ochoty na kawę.
Z przyprawą korzenną. Czy herbatę.
Taką bez cukru, granulowaną.
Ach, te wybory, opcje.
Nazywania, mazania.


II. Twój Dostojewski

Uciekłaś z domu. Spódnica do kolan, w błocie.
Mówiłem na twój widok. Mówiłem kotlecik sojowy.
Albo brytfanka. Ty mówiłaś. Wariat, idiota. Dostojewski.
Biegałaś przy tym. Za kolorem. Żebym zrobił te zdjęcia. Tak.
Czytam z wysokiej pamięci. Czytam kuchnię polską,
czytam włosy. Do snu. Cicho śpiewam. Ty wyprałaś spódnicę.
Teraz rachunki zrobisz. Prognozy. Pierwszy raz od bardzo dawna.
Słowo poczucie spotkało się u mnie ze słowem winy. Gdy
skończyłaś te obliczenia. Dostałem wielki kawał.
Twojego ciasta i tą moją brzytwą. Zeskrobałem lukier.
Zaczęło się. Wracanie do siebie. Musisz teraz
wynająć. Wszystko. Wszystkich. Od nowa. Człowiek jest jak dom.
Trzyma w sobie obce ciepło. Ty wołasz bardzo późno.
Nie możesz żyć przeszłością. Musisz wejść do maszyny,
przenieść się w przyszłość. Bezpieczną i spokojną.
Twój Dostojewski nie żyje. Twój Dostojewski żyje.
Wreszcie wołasz moje imię. Przestraszona. Odgłosem
otwierających się drzwi. Moje imię kończy się.
Literami, godzinami. Godzina to pies umierający z głodu.
Nie może już biegać. Tak mówię do siebie. Dociskam
farbę do tynków. Ten obraz. Tam, daleko.
Obraz rozpalonych fabryk. Naprawiają ludzi.
Takich jak ja. Może wymienię rozum, ręce.
Na silniejsze, wytrzymałe. Na czas.


III Benz

Na targu. Stare maszyny do pisania. Mówią weź mnie.
Francuski rower, rdza ramy, rdza świtu. Noże rzeźnika.
Ten ze wschodu. Znowu wciska ludziom marzenia, popatrz tylko.
Co tu zostało. Idę w dół, dalej Starą Miłosną. Starszą.
W dłoni trzymam mlecz. Na języku mam kwaśny smak. Cytryny.
Jest i morderca wolnego czasu. Ten miły staruszek
prowadzi na łańcuchu pumę. Oczy od Kanady po Patagonię.
Tymi pazurami może przerwać film. I udaje się.
Następnego dnia budzę się jako Gregory Corso.
Z rakiem prostaty. Siedemdziesiąty raz
obchodzę ten sam moment. Dobrze wiem,
latarki nocy spadną do mojej wieczornej miski.
Ryż będzie wolno wchłaniał wodę. Na duszę powiem
Janis Joplin. Na duszę powiem Jezus. Zaśpiewa mi
kawałek o Mercedesie. Mercedes zawiezie mnie na targ.
Stara maszyna. Weź mnie. Jezus. Weź.



________________
inny zapis?
http://mechanizmsekundy.blogspot.com/2009/06/strzep-rakiety-spad-na-syberyjska.html


* * *

$

wszedł tu właśnie facet z dolarem, popatrz. tylko
nie tak od razu. żeby nie widział, że komentujemy.
bo jeszcze ciśnie w nas piorunem. spod tego płaszcza,
wystaje dolar. facet z dolarem zaczyna mówić, przemawia
tysiącem języków, tysiącem słów. tak jest odsłuchany,
aż czerwienieją uszy. pieje kur. psy przechylają głowy.
dolary niech wznoszą się ku niebiosom i spadają powolutku.
szeptem. zobacz, wysoki facet zgubił dolara. chodźmy tam,
szybko. weźmy. chuchnę na znalezione. szczęście.


* * *

**

chłodny gołąb katedry, wnętrzność. dociera tu
błagalny krzyk sieroty. dociera tu on sam,
z grymasem słońca, zostawiając na chwilę ciało
przy czerwonym stosie cegieł. taka to
świątynia, przystanek wrzeszczącego od lat
sześciu bądź sześćdziesięciu, zależy
czy liczyć na trzeźwo. noc wybija gwiazdę
ciemnego jeziora, ślepcy próbują zdrapać strupy
z oczu do oczu przechodzi sierota, przez moment
nosisz jego imię, kwiat pustyni pod kamieniem
szarości. wnętrzność. tym razem twój krzyk,
przechodzi przez hotel na peryferiach. skończysz
w dwugwiazdkowej wannie, pijacki likier, ręka
wyciągnięta. w stronę domu.


* * *

marmurowy żółw

wieczór działa dziwnie. ciemniejąca
zieleń Pragi. jesień zaciska gardła, czytam
ze ścian. Jezus. czytam, dwadzieścia cztery zero zero.
Mari Paz nie pisze wierszy. liczy teraz dni,
suchy piach pustyni Mojave, pisze za nią.
sam kiedyś myślałem o tym. żeby wyjechać. ptaki
wracają do klatek. co my tu mamy. w tej klatce
buty do stepowania, na sprzedaż, stosy książek,
much. długa kuchnia. widna. twarz kota, cień starego
projektora. fajka rybacka, sieć pająka. Gustawa.
zadomowił się, sukinsyn. prowadzę ważną rozmowę.
w fotelu kapłan, morderca wolnego czasu, ręce
złożone na kolanach. podłamany fotel, znasz ten ból,
niebezpiecznie wygięta noga, prawa. lewa.
kilka zdań mojej opowieści rozejdzie się echem Mojave
w nieskończoność. Mari Paz, wiem, że przeliczysz to
na piasek. wspominałem to wszystko idąc warszawską jerozolimką,
niosłem w sobie krawędź. ta krawędź wprosiła się do mnie.
umyłem ręce w powietrzu. brałem udział w sztuce, księżyc
zaciągał mnie do każdej dziury, wyrzucał na bruk, na zbity pysk.
miałem przeludnioną głowę. przestałem pamiętać, zaczynałem
zapominać. byłem tym kapłanem, kilka lat później
próbujesz odczytać zapis, Mari, przy moim nazwisku,
wyrywasz chwasty, opuszczony ogród. odnosisz wrażenie:
wszystko ma swoje miejsce. nazywasz mnie marmurowym żółwiem.
zostawiasz. piasek Mojave. napisze o mnie.


* * *

Benz

Na targu. Stare maszyny do pisania. Mówią weź mnie. Francuski
rower, rdza ramy, rdza świtu. Noże rzeźnika. Ten ze wschodu.
Znowu wciska ludziom marzenia, popatrz tylko. Co tu zostało.
Idę w dół, dalej, Starą Miłosną. Starszą. W dłoni trzymam mlecz.
Na języku mam kwaśny smak. Cytryny. Jest i morderca wolnego czasu.
Ten miły staruszek prowadzi na łańcuchu pumę. Oczy od Kanady
po Patagonię. Tymi pazurami może przerwać film. I udaje się.
Następnego dnia budzę się jako Gregory Corso. Z rakiem prostaty.
Siedemdziesiąty raz obchodzę ten sam moment. Dobrze wiem,
latarki nocy spadną do mojej wieczornej miski.
Ryż będzie wolno wchłaniał wodę. Na duszę powiem Janis Joplin.
Na duszę powiem Jezus. Zaśpiewa mi kawałek o Mercedesie.
Mercedes zawiezie mnie na targ. Stara maszyna. Weź mnie. Jezus. Weź.


* * *

bojler

niektórzy nigdy nie będą przystawać, i dobrze, powtórzysz
dwa razy, oderwany z koperty snu, koperty bez adresu,
twoja myśl na początku spadnie na ziemię, pod postacią
cegły, podłoga będzie od tego czerwona, ślady bosych stóp
poprowadzą do kuchni, gdzie poszukasz przejścia, tajemnego

przesmyku, który wyprowadzi w pole, chciałbyś zacząć
liczyć od początku, zacząć od zera, zerować każdą
mdłą przyjaźń, ciągnącą się poza wzrok kolejkę
tysięcy wagoników, chciałbyś znaleźć miejsce,
w którym każdy chce pozostać w takiej pozycji,
w jakiej się pojawił, może w bajce wyświetlanej

na ekranie nocnej szyby, gdzie występujesz często,
w roli poronionego starca, sprzedawcy masek, min
twojego dzieciństwa, kiedy to opuszczałeś się i
podciągałeś, czekając cierpliwie na powołanie,
o włos od utraty łusek, o włos od człowieka

teraz gdy wyjechałeś daleko stąd i nie czekasz
na swój powrót, mierzysz buty zmarłego, sprawdzasz czy
koszule będą pasować do spodni, dokładnie prasujesz
sufit, podłogi, dobrze wiesz, że każdy kolejny dzień
został zaplanowany z wielką precyzją, architekci
złożyli broń wyobraźni, w twoim sercu tak małym

aż niepodzielnym, grają teraz cienie, wychwytujesz
wahania rzeczywistości


* * *

jaźń pewna tylko siebie

Puk-puk. Nie. Nie zdążysz zastanowić się czy robisz dobrze.
Nie wiesz nawet do końca co robisz. Nie zdążysz się zastanowić,
bo przecież odjeżdża właśnie twój ostatni autobus. Musisz biec.
Ile sił w nogach. Nie myśleć. Oby teraz nie myśleć. Przez to
zwolnisz, nie wyrobisz się, autobus odjedzie. Pisk. I co wtedy? -
o tym myślisz już w autobusie. Zdążyłeś, udało się. Uff. Za oknem

ktoś namalował miasto. Za oknem papierosy zaciągają się ludźmi.
Uzależnione skręty palą usta. Zgrzyt, zakręt, nie dasz rady
o tym pomyśleć. O tym czy robisz dobrze. O tym, co właściwie robisz.
Czym się zajmujesz. Pstryk. Kim jesteś i co może z tego wyniknąć.
Co może w ciebie wniknąć. Nie myślisz. Puk-Puk. Ten pasażer,

o tam, w ciemnym płaszczu. Brodaty szaleniec. Niech on pomyśli
w twoim imieniu. Na pewno ma więcej czasu i więcej możliwości.
Skupisz się teraz na ukrywaniu niedoskonałości, poprawisz włosy.
W ciemnym odbiciu jest zawsze tak dużo do powiedzenia. Zrobisz to
w ukryciu. Rozejrzysz się, sprawdzisz czy nikt nie patrzy.
Jest tylko zarys, szkic ciebie. Nie zdążysz tego przeanalizować.
Czas wysiadać. Wysiadka. Wysiadamy - mówisz do siebie.

Jesteś odbiornikiem szukającym nowych częstotliwości.
Zmieniasz kanały. Niematerialny obsługuje cię uniwersalnym pilotem.
Ten sam pilot służy do znajomych ci odbiorników. Stacja nadawcza, stop.
Nie masz na to teraz czasu. Jakieś smyczki w twojej głowie. Może

później coś z tego powstanie. Z tych dźwięków. Wszystko można.
Orkiestralny kawałek można. Też można. Pisk, zgrzyt, stuk, klucz, zamek.
Zamczysko. Jesteś w domu. Sru-sru. Kosmiczne pierdoły puchną w głowie.
Migrena - pomyślisz - na więcej nie masz czasu. Radio. Klik.
Oby zrzucić z piętra szafę ciszy. Bęc, zgrzyt, stuk, niski głos, gitara.
Aż w sercu przywaliło. Analogiczna do czegoś melodia. Lubisz muzykę.

Muzyka uzależniła się od ciebie. Nie zastanowisz się teraz,
nie masz czasu. Ktoś dzwoni, puka. Stuk-otwierasz-puk.
Za drzwiami stoi osoba przypominająca ciebie. Puk, puk - w czoło.
To nie drzwi idioto, powtórzysz kilka razy, zanim skończysz się golić.
Stoisz przed lustrem. Stoisz w czyimś swetrze, na dwóch patyczkach do uszu.
Stoisz z waty. Poranek, noc wycieka ropą. Wychodzisz. Grasz

w czerwone i zielone. Przechodzisz tędy, biegniesz tamtędy. Skrótami,
będzie szybciej. Zapierniczasz. Zielone, czerwone. Jedzie czy nie jedzie.
Idziesz czy stoisz. Jakiś rytm. Twój, tylko twój. Pyk-pyk-pyk, wystukane palcem,
na parapecie. Przed kolejnym końcem. Przed kolejnym początkiem.
Nie masz na to teraz czasu. Zwrotka życia przechodzi w refren.
Czy robisz dobrze, czy wszystko właśnie tak. Czy robisz. Nie teraz. Puk-

Puk. Nie teraz idioto. Musisz wjechać jak najwyżej. Żeby zjechać
nisko nisko. I wszystkie te widoczki z okienka windy. Twoje lata.
Masz swoje lata, masz swoje piętra. Skaczesz sobie do gardziołka.
Nazywasz się bojkot, nazywasz się tratwa. Masz na imię ocean.
Nie masz przy sobie ciała. Woda nadała ci takie imię. Czujesz

jak sunie barka. Metalicznie niebieski kadłub unosi się, opada
wahadło twojej cierpliwości. Falujesz dziś, lekko. Malują cię,
jutro, utopią się w tobie. Przepłyną. Tu i tam. Ropa. Grube ryby,
plankton. Jesteś spokojny, Platonie planktonu, gdy to widzisz -

chcesz się rozstąpić? Zanurzyć w sobie? W tej śniącej jaźni. Tak-tak.
Jaźni bez ciała. Jaźni pewnej tylko siebie.


* * *

Dziennik

chciałam za pośrednictwem agencji statystów
wyemigrować do Kalifornia-Hollywood, robić tam
w filmie, na wysokich obcasach, bez twarzy,
lecę obecnie na Teneryfę. zaczęłam dopiero pracę
w dziale sprzedaży wakacji dla Polaków, trudno,
po ślubie z gościem popłynę najpierw na Jamajkę,
nie wiem co obecnie myśli o mnie ten mężczyzna,
ten skorpion, ten właściciel, żądło moje, szatyn
patrzy spod kręconej grzywy, przez okno, lecimy
lecimy na Teneryfę póki co, w miejscu gdzie mieszkam
nie ma perspektyw, tak pisze Dziennik, Polska
Dziennik, czy odnajdę się wśród amerykańskich
ludzi filmu? powiedz, Dziennik, po powrocie z Teneryfy
czy Jamajki, sama już nie wiem, Dziennik,
kiedy rzucę pracę, może zwiążę się z kimś, zostawię
tego z grzywą szatyna i tam na tych obcasach,
bez polskiej twarzy, ze sławnym, wielkim wielorybem,
tak Dziennik?


* * *

daleko

I
Pierwszy zapamiętany sen ukazuje wieczność wody.
W ostatnim widzimy dno, szachy bez figur.
Pochłonięci sobą zabrali wszystkie spokojne noce.
Jesteśmy dalekowzroczni, boimy się własnych domów.
Stan kryzysu wprowadzony, żeby już się nie wahać.
Kapitan tego statku nosi opaskę na zdrowym oku.

II
Nosimy tornister, wnosimy do siebie sprzeczność.
Nie uda się podejść bliżej, odejść dalej.
Postój ciała, oczekująca myśl. Krok do kosmosu.
Stamtąd cząstki tracą na wartości, efekt masy.
Ktoś wyciął nam niezłe puzzle, nie mamy wzoru.
Dziadek tego miejsca, biega nago, z abażurem na głowie.
Wnuk spaceruje polem minowym, parku przed białym domkiem.


* * *

brodaty robot

pijane taksówki wynurzają się z molochów. zmory miasta
prądnice trzymające neon. nocne bary cichego płaczu.
nie widzisz gdzie zasypiasz. zasypiasz bez wszystkiego.
zatrzaśnięta głowa. tym właśnie jesteś. reszta
zamieniła się miejscami. dłoń jest nogą, z łokci
wyrastają paznokcie, pod udem brodawka.

obserwujesz dymiące cmentarze, regimenty obciachu.
łykasz zapach. głęboko, w dole Kołobrzeskiej
spotykasz inną cementową twarz. ma plastikowe soczewki
i ciało z aluminium, podobnie jak ty. może to nawet ty
we własnej osobie, gadający do białej kości smutku.

odpychasz własne dłonie.
nigdy nie będą skrzydłami wolności.
nie masz już chęci na wojnę, nie chcesz również pokoju.
nie zastanawia cię czyjaś, twoja śmierć. podobnie życie
ekstaza, jazzband, cud, saksofon, klakson, poemat, słowo.
nie jesteś już ogniskiem, przy którym ktoś ogrzeje plecy.
nie marzniesz też nad jeziorem, w mydlarni samobójców.

wrzucasz zegarek do studzienki. jesteś głodny, głuchy
choć słyszysz najlepiej ze wszystkich. pożerasz ducha.
ducha matki wariatów. ostatnie radio milczy
specjalnie dla ciebie. nieznana ci materia
zwołuje zebrania twojego ciała. budzisz się
w różnych miejscach, zestawiasz śmieszne słowa.

patelnia miłości, oddział dentystów,
wyrywających ubytki czasu syndromiarzy. łono brudu
spocone schody, bandaże uśmiechów, palce cienia


* * *

co robimy

nie wiem wydaje mi się że trzydzieści parę stopni na minusie
zrobi mi różnicę ale z drugiej strony cała ta filozofia i
gadanie o tym wszystkim co nie jest do końca wszystkim
boże robić cały czas nic z wszystkiego kiedy ktoś mówi ci
że czas jest abstrakcją jaką znowu abstrakcją skoro dziś
nie wyrobiłem się z degradacją tego i tamtego powiem jedno
można tak w nieskończoność znajoma ostatnio zapytała mnie
gdy obudziło nas walenie młotami w beton stolicy czym
jest słowo w moim mniemaniu powiedziałem przez przymknięte
usta że można też inaczej a ona jak to inaczej przecież
nie odczujesz tego samego gdy po prostu bez słowa cię
przytulając zabiję i zrobiła to tylko bez zabijania bo
najwidoczniej bała się takiego wyzwania odpowiedziałem
że to tylko urozmaicenie tak jak urozmaiceniem nie
jest słowo tak a ona na to że bez sensu i zaczęło się


* * *

kontrabandawąs

zaufajcie mojej radzie! Wąsacz jak piorun z nieba
wykrzykiwał raz po raz polewał w kielichy czystą
prawdę - knur knurowi w tym moim właśnie rejonie
równy nie będzie palniki naraz przygotować oraz
ucztą rozpocząć kolejną księgę Wąsa Pana górowania!
Wąsacz z innymi wąsaczami siedział o innych wąsaczach
prawiąc lewiąc lewitując - sekretarz tej tu redakcji
podsumowała sama wtenczas paznokieć pod inne piłując
i by się porobiło gdyby nie jeden taki młodzian co
studia ukończył nawet z tych uczelni wyższych wrzasnął
basta! rachunki wam się w głowach Panie Wąsacz pokiełbasiły
toć kadencja nasza w ostatkach już zanurzona a wy
wąsy swe przeklęte na pierwszy plan mi tu wybrzuszacie
ogoleni teraz po berło idą aż im zębiska w nocy błyskają
Wąsacz zdębiał znieruchomiał coś pod nosem zaczął kurczyć
malał tak malejąc maleńki taki biedaczek na spływie
w tym kieliszku partyjnym fale łamać musiał


* * *

rzeźba

słońce na szynach, toczy się w twoim kierunku, no chodź, coś ci pokażę - złapałeś się na takim zdaniu, wyszło z wybroczyn smutku, szepczące szaleństwo, kiedy w spiralę lepu wpadł kolejny owad, stworzyłeś przenicość, niemo i głucho, z żalem wziąłeś się za siebie, coś pękło, coś zaszyło się na zawsze, od środka po ostre krawędzie, powstrzymując myśl na przejściu granicznym, przełkniesz teraz rybią

o
ś
ć

będziesz kręcić pętlę spokoju, w przenicości spróbujesz wywołać wichurę, wywołać kataklizm, i kiedy staniesz tak ze sobą, zaciskając otwartą dłoń na drugiej, zwiniętej w pięść, będziesz rzeźbą, z którą można sobie zrobić zdjęcie


* * *

upadek mBank

nie wiem jak to wam oznajmić ale
niebawem odetną mi internet, tak
to moja wina - nie zapłaciłem na czas
tyle, że widzicie - tu długi, tam
zobowiązania i praca całego miesiąca
rozchodzi się jak pstryknięcie, wiem
że bardzo mnie lubicie i tak dalej, więc
szczera prośba: co łaska na numer
02 1140 2004 0000 3302 4103 0145
to nie żart, serio, proszę o pomoc,
taki to mój wiersz dzisiaj akurat
i niech te cyferki będą pointą mojego upadłego dziś
02 1140 2004 0000 3302 4103 0145

zero dwa jeden jeden cztery zero dwa zero zero cztery zero zero zero zero trzy trzy zero dwa cztery jeden zero trzy zero jeden cztery pięć


* * *

Generale,

kochają mnie kruki and wrony.
mam dwadzieścia cztery lata.
nie ocalałem. prowadzony na rzeź.
cała warszawa prowadziła mnie na rzeź.
szedłem po linie. taką mam rolę w
moim objazdowym cyrku, Generale

oni wszyscy klaszczą. zamiast rąk
mają orkiestralne talerze. i rozchodzi się.
o nic uderza. kiedy na ramieniu noszę małpki.
małpki mojej głowy, Generale, małpki
mają moje bębenki. słyszą i grają za mnie.

zamiast zmysłów mam sny. na jawie
wszystko się rozwodzi, nachodzi
wzwodzi też czasami podchodzi czy powodzi.
w powodzi śląska w zalewie mydlanej.
tajfuny mojego domniemania.

strzelające butelki orange oranżady.
jest lub oraz poniekąd onegdaj bynajmniej.
lubię takie bańki. puszczane między ustami.
bańki na ból. bańki na czas. bang bang.
pękają kulki oczu.

trzeba wbić te gały na wykałaczki.
wypatrywać nimi non-stop srututu,
patroszyć otoczenie, Generale, ale uważać
na nie!

bez przystanku czekać na autobus.
w tym autobusie neuronów lustra
wynajmują mi mieszkania. płacą
i oczekują uiszczenia. autobus kanarów
kruków and wron.

wystawiają na mnie rachunki,
gonią listami. wklepują w google.
szukają sprawdzają. ja też szukam.
jak pies myśliwski. biegnę
w stronę mięsnego, po kotlet.

później sprawdzam w tych wyszukiwarkach
czy ja naprawdę żyję. czy ja to kotlet. czemu.
ubiją mnie dziś młotem. posolą, wypieprzą.

te przydawki, przyssawki i ssaki. serki
przysmaki rodaki na wyspach. wyspy też są.
i też rzucą się na mnie. sprowadzą na rzeź.
bo trzeba zbierać rzeczy. rzezie zbierać trzeba.
czemu. Generale, nie wsadzimy ich przecież w grób.
nie przesadzimy z tym, nie rozsadzimy.
mogę sobie wsadzić moje dwadzieścia cztery lata.
resztę ktoś sobie weźmie. będą ze mnie żniwa.
moja sekunda jest ziarnem owiniętym watą.

takie ziarno mam teraz na języku, Generale,
mój morderco.


* * *

poznajcie Balbinę też!

Balbina jest jedną z tych dziewczyn, które mają wąsy.
ma większy popęd seksualny niż inne takie, ale
mniejsze wzięcie. o, właśnie odbiera swoją nokię. Balbina.

nokia dzwoniła dzwonkiem mono. jej nokia jest na kartę,
przez mniejsze wzięcie Balbina nie może mieć abonamentu.
nie ma też telewizji, choć bardzo chciała mieć. telewizję kablową
miała ona w Legionowie skąd pochodzi i tam też dorastała. Balbina

teraz we warszawie, dzieli mieszkanie z wychowanymi
w tych raczej mniejszych miasteczkach. na początku była i uciecha
zza witryn sklepów tak dużo manekinów patrzyło w chody Balbiny.
a i raz po raz przystojny dżentelmen oko Balbince puścił,
gdy ta odrywała wzrok od tej nokii na kartę. później jednak

okazało się, że Balbina też jest na kartę i ta karta traci ważność.
stanęła ona na środku marszałkowskiej, w zadymie rur aut.
spuściła oko prawe, oko lewe naraz. Balbina. skończyła działać.


* * *

echo

szukając dobrego miejsca nadającego się na kolejny siew
trafiłem przypadkowo na plac zadań plac mydlanej bańki
gdzie nie było łączności atmosfera była prześwietloną kliszą
wodą w oku piaskowej staruszki
zjechały tu stare mercedesy wśród zabytkowych modeli
każdy znalazł coś dla siebie ludzie na szczudłach
patrzyli na mnie z góry rozmawiali między sobą szeptem
zupełnie tak jakby chcieli wystraszyć tych w dole
a było tam nas naprawdę dużo tragarze i spokojne kury
w małych klatkach wrzeszczące dzieci łowca motyli
szaleniec z opaską na oczach pasażer widmo
widziany przez każdego inaczej
malarz żonglujący pędzlami żartowniś
na ziemi leżały drzwi które podniosłem i zapragnąłem
przejść na drugą stronę słyszałem za mną do widzenia
asfalt pod stopami zapadał się po każdym kroku patrzyłem
na klucz kolorowych ptaków otworzył się znajomy ze słyszenia głos
jakby echo przemawiało do mnie poczułem potrzebę powtarzania
każdego słowa każdego słowa


* * *

ohater ezdomnych itów, rakujący eton udowli

rnij rzdącu, rnij ękarcie oga lichtru
ędę iegł ardzo lisko, rzegiem eznadziei
alujmy! aloniki, otwinki, ierni rodacze!
ędzie istro ilard, istro yczych ełtów
ogatych, iednych, osych, ojaźliwych, iblijnych
racia ydła, urzowa reja anknotów, ulgocące agno
agaże eznamiętnych zdur, lizn oleści, łagam! -
utelkowi untownicy ełkotu, aletujmy, udujmy
rzuchy, oczki, rudy, udujmy liźniacze
alkony, ronie iopierwiastków oru,
ędą łogie itwy, ądźmy ezlitośni - ędziemy
ezczasem


* * *

Boska Mamuśka

Zaprowadzili cię do jadalni. Dostałeś skierowanie,
widelec i nóż. Pusty talerz dostałeś. Wygłodniałe dzieciaczki
lepiły z okruchów kulki. Kochane takie. Węzły ciszy. To jest Polska,
zjesz dzisiaj życie. Przełkniesz śliską rybę. Soki trawienne, zgagi,
bolączki, wzdęcia, gazy w jelitkach. Będziesz kulawy i zgarbiony.
Muśniesz ziemię szpakowatym nosem, z którego spadną okulary.
Skaleczysz palec i zabraknie Boskiej Mamuśki. Tu cię przewieje,
tam się przepocisz. Spadniesz ze schodów, kilka razy potkniesz się.
Będziesz prosił o nic, niczego nie dostaniesz. Na plecach
ponosisz kompanów twojej podróży, choć ciebie nikt nie poniesie.
Zaboli biodro, coś strzeli w kolanie. Zęby przyjdzie ci powyrywać,
znieczulenie nie zadziała. Pozostawią w twojej jamie obce obiekty.
Z tej jamy czasami wyjdziesz. Po cichu. Kiedy lustra będą krzywo odbijać.
Będziesz ich niepotrzebnym celem. Trafisz wreszcie do jadalni.
Już trafiłeś. Nigdy nie byłeś przekonany do końca. Teraz widzisz ten koniec,
nie przecierasz oczu. Ziarno nie zatrzyma maszyn, kombajnów.
Umysł zbierze teraz plony. Zawiesisz się nad pustym talerzem.
Będziesz sobie potrawą. Coś musi wypełnić twój talerz.
Zaciśniesz w dłoni ten swój zwitek. Twoja głowa
walnie wreszcie w poduszkę. Twoja głowa, spadający tasak.
Wbity w drewniany blat świadomości.


* * *

konserwatorium znoszonych

Masz na sobie znoszone ubrania. Spotykasz zielonego słonia.
Ciągniecie razem nici młodości. Do cyrku dołączy trupa mimów.
Zgubiłeś buty. Skradziono ci nazwisko, sen o dobrym końcu.
Oddałeś za okular rzeczywistości. Nie jesteś znawcą monet,
koneserem znaczków, by dbać o każdy naderwany ząbek czasu.
Nigdy nie brałeś udziału w tej wojnie. Okna nosiłeś ze sobą,
były okopcone. Mijałeś miasta wron, spadałeś z drzew.
Wykrakałeś sobie. Tu i tam. Na drutach, pod napięciem,
zasypiali mnisi. W ruinę zamieniono twoją jaźń. Byłeś psem
i kością. Delektowałeś się szpikiem nocnych lamp, potrzaskiem
jednej, jedynej myśli. Ciągniesz ją teraz z tym słoniem,
robisz wyprawkę. Nie możesz zasnąć. Szykujesz w oczach
nieznaną planetę. Na twoje ostre pazury spadają mydlane bańki.
Widzisz w nich twarz. Zamykasz usta przed krzykiem.


* * *

czarny tank oraz ciężka praca za kołacza

chłopcze spójrz to jest tank
tym czarnym tankiem przejedź szereg zielonych
twoi to niebiescy baw się jak już będziesz dziadek
łza zakręci się w oku jak teraz kręci się ten o tu bąk
przy twoich niebieskich niebach dzieciństwa
dzień w dzień słyszysz pracę silników bombowca
nad miastem starym nowym bez różnicy ciałem
stałym jak stałe będą twoje zachowania akcje
serc przemyty umysłów zielonych i niebieskich
farbowanych wyciętych z papieru banknotów
zależności które wyjdą z chudych portfeli matek
żebyś tylko mógł przykleić się do tego lizaka
być muszką w związku z lepem spójrz
zieloni wycofują się do swoich chłodnych smutnych
nocy dla niebieskich jesteś teraz kwiatem
w bukiecie podwórkowej damy


* * *

miętusy na wagę (piff and paff, szach and mat)

psy nie mają sierści, koty nie liżą łap.
pod nieobecność słów idzie nam całkiem, całkiem.
mamy swoje sposoby. puszczamy sygnały, strzałki.
badylami walczymy o papierówki. przybijamy piątki i
jezuski do krzyżyczków. gwoździkami. żeby trawić się
gorączką. klęczeć z karteczką na kolanach, bo
dziecko się nam zrobiło, dzieciaczek.
zostaje pięta chleba, parówki morliny, ser edamski
twardy, bo leżał bez folijki. w lodóweczce,
co nie mrozi jak kiedyś. bo teraz wszystko mrozi bardziej.
nie mamy na jogurt fantazja, nie kupimy kabanosków,
piweczek do meczyków. polaczków. nie będzie też
na fajeczki z półki nad red&white. weźmiemy
miętusy na wagę. grześka z datą do jutra, żeby
ten dzieciaczek miał dzieciństwo. jak należy.
z tornistrem dobrze chodził, książeczki czytał,
literatem został. po nas. bo my to już tylko
grillujemy. na balkonach czy w małych ogródkach
przed domeczkami. zrobionymi z kart pracy.
rozlewamy kompociki, zajadamy mirabelki.
nasze małe dupki prykają od niechcenia.
z grymasem, bez słowa. blado czerwoni.


* * *

papier and nożyczki

chińskie HD zapowiada wojnę
ptaki w potrzasku wieczornej mgły
telefon nie daje głosu
twoja szwecja mówi chłodne dobranoc
świat jest pijany
jesteś jego kolejną flaszką
nosisz czapkę niewidkę
idziesz po krawędź
z łazienki do pokoju z pokoju
do łazienki z łazienki do kuchni
szukasz czegoś
podchodzisz do krat
pająk kładzie muchy obok siebie
jesteś zawiedziony
opatulasz nogi i siadasz przy herbacie
z miodem
w rurach zimna krew
na poczekaniu rodzisz się na nowo
rodzisz przeciwieństwo
dla żartu
śpiewasz nucisz milczysz
on off
kłótnie będą trwały cały wieczór
tymczasem hormony zaczynają padać
on
światła palą cienie
cienie palą papierosa
boisz się
ta noc jest każdą nocą
twarz nakłada się twarzą
w twarz


* * *

darkstar

maile są coraz krótsze, stosuje się skróty, darkstar
tętni w chmurach, robi się ciasno, od abonamentów,
faktur-fabryk. z żółtych zębów trzeba ściągać kamień,

seplenię coś przy de mello, łysy ginsberg nie mówi
jak kiedyś, nad jeziorem ukiel, gdzie w jej rude włosy
wplątały się gałęzie i człowiek został drzewem, teraz

jest jedynie pękniętym konarem, przeznaczonym do wycięcia
przy użyciu drabiny oraz piły mechanicznej, śmieszne
pod tętniącym darkstar, synonim wstydu, moja ręka

z wolna, od niechcenia sięga w stronę absolutu
by ostatni raz grzebać w pępku świata. ciało
nada kształt wyobraźni, wyobraźnia znienawidzi ciało


* * *

widokówki

I.

dwudziesty piąty dzień z rzędu w pracy, bolą oczy i krzyż
jest bardzo ciężki. nie mam na kartę miejską, z ogłoszeń
milczą, może zły numer w dokumentach, sprawdzę wieczorem
przy kawie, postukam kapciem o zimną podłogę, w rytm
jakiejś smutnej melodii polskiego radia trzy, cztery
papierosy później będę już daleko od szlaku turystów
zdobędę szczyt, zwiedzę Hiroszimę na chwilę przed
domem handlowym słoń, który dźwiga resztę świata
rzucę na szczęście moją resztę, wciągną mnie wieżowce,
w których psy i koty walczą o pustą miskę, doprowadzę się
do próżni, bo czas i przestrzeń to wymysł oszusta, jezu

II.
jaki ten polski spleen jest męczący, osłabiający, żeby aż
gonić przed tym do abstrakcji? zmieniać biegi maszyny snu,
wszędzie zachlane mordy, hip-hop, gadu, zipy czy inne
dziwne galerianki, paserki, chodnikowcy w strojach
wyjściowych, mordy bonzo, mordy wczorajszej dysko
młoty, widziane jako złoto miedziaki z dekoltem do
arizony, do pierwszego daleko, do ostatniego bliżej,
filmy o tym, aktorzy bliźniacy, z kaczyniakiem czy przeciw
będziesz dziś na lansie, z opadniętą szczęką i ślinotokiem
oczy wpatrzone w stłuczkę, czynności milicji czy policji,
sam już nie wiem, z pewnością obywatelskiej, bo tu
wszystko pod obywatela zrobione, dziury nawet
idealnie wdrożone w te piękne widokówki, pozdrowienia
z kraju, przyjeżdżajcie do nas, mamy tu amerykę w proszku


* * *

kilka kolorów poKafki i poDostojewskiego

Przy pomocy dwóch piór: unosisz się nad dziećmi
wiszącymi na balonach. Ptaki z plasteliny krążą
nad wielką puszką po turystycznej. Jest tu bar mleczny,
gdzie zstąpisz na ogórkową. Przy starym stole -
kosmiczny pomyleniec. Twój kostium przylega do skóry,
zszyty z kawałków czerwieni, żółci, bieli świtu.
Markotny wieczór, składasz pióra. Czas zlecieć do nory,
przydrożnej knajpy neonowych knotów. Gasisz pety
w ciemnej pomarańczy piwa. Szare, wychudzone sylwetki,
układają się w kołyskach ciężkich poduszkowców Bezcelu.
Do baru podchodzą kolejne wielbłądy. Te zwierzęta,
mówisz po cichu, opuszczają moją głowę zbyt szybko.
Kafka siada na kolanach, zasypia. Dostojewski znudzony -
podpierasz się piórami odpychasz ziemię.


* * *

namiętne pedały oraz dziury w ciąży łatane

Emeryci w kapciach zdzierają lipcowe chodniki
Hologramy z dworców wciskają zapiekanki w jamy ustne
Pierwszy etap ewolucji w szarym garniturze unii
Dentyści łatają dziury sierpem i młotem
Telewizja bredzi o przełomie przygryzając knebel
Bezpieczeństwo tylko w szafie między dniami
Anoreksja sprzedana w programie wysyłkowym
International level poczty polskiej telekomuny
Na szyjach krzyże z funkcją sms/mms w sieci plus
Długie rejestracje w urzędzie niewolników
Prezes powołał policjant wykonał czynności
Dzieci kiblowych relacji mają mniejsze szanse
Pedały walczą z gejami lesbijki z lesbami
Polański z ameryki chory na niewinność
Pełne tace świątyń i puste talerze przy familiadzie


* * *

deszczowy pies przewodnik

wynajęty tapczan, pamiętam dwa dzisiejsze sny,
w jednym znalazłem płaszcz, w wynajętej szafie,
więc i płaszcz wynajęty, ciężki od wody, była w nim
kobieta i trochę muzyki, również wynajętej, postanowiłem

że od razu wyjedziemy, będziemy płynąć, jechać tam,
gdzie widziałem przez lornetkę, są tylko szkice, takie jakby
koty zamiast ludzi, walizki zostawione przy krawężniku,
olbrzymie pędzle zamiast latarni, sternik z brodą do ziemi,
zawracający bieg wydarzeń, buchający dymem fajki -

i oto marzenie się spełnia, biegnę po klawiszach, wynajętych,
później ściągam prześcieradło, naga kobieta leży na podłodze,
jest biała, przesadnie biała, ją też ściągam, składam w kostkę,
zostawiam w hotelu, trzeba jechać dalej, zmienić garnitur,

zawiesić na nosie kapelusz, w wagonie pociągu towarowego,
próbować odegrać trochę tej wynajętej muzyki, albo
rysować węglem tę kobietę, jej biodro, zmienić się wreszcie
w rybę, pływać w ciężkim od wody mieszkaniu, pływać w kółko

___________________________
audio: http://mechanizmsekundy.blogspot.com/2009/10/deszczowy-pies-przewodnik.html


* * *

overclocked generation

wiatr podniósł suknie kurzu. na ziemi leżały nasze aplikacje
do tych wszystkich firm. nie ma sensu wiercić się w kaftanie
człowieczeństwa. na tym rondzie kręcimy od dawna -

wypuśćcie mnie

mając na uwadze zdjęcia zrobione zenitem, kiedy
buszowaliśmy w zbożu i kolory wyszły naprawdę dobrze.

wpuśćcie mnie

teraz w białych domkach. dzielimy życie na odebrane,
nieodebrane. odrzucone. gdy cynizm wywala długi jęzor

wypuśćcie mnie

odwracamy się, urywając rozmowy o Żydach, pieniądzach,
podwyżce i niżu. z wiecznym wrażeniem, że coś trzeba było
zrobić. ja sam dziś w nocy krzyczałem jak szaleniec

wypuśćcie mnie
wpuśćcie mnie


* * *

ok 206 zlutowanych ze sobą drutów

miasto wisiało na ostatniej śrubce, ha!
w dole przecież kieł sprawczy, hahaczyk strachu

ludzie skrzypieli w futrynach swoich domów
na ziemi leżały uszy

lekkie małżowiny przybijano gwoździkami
wkręty i podkładki wchodziły w bose stopy
stare placki słuchaczek ciągnęły się jak żelki

właśnie między tymi większymi wypatrzyłem pudełeczko.
tabaka. zapach oregano. smak starego depeche mode.

wbiegłem w uliczki zboczeń -
strzeliłem sobie w kolano i zobaczyłem usta nowego jorku
pod plastrem morfiny znalazłem kobietę, dwa dni później
umarliśmy w jednym łóżku


* * *

MS Whirlpool Batory Pepsi

Agregat transatlantyka MS Batory. Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku,
czerwiec roku 2009. Pompa słonecznego ciepła rozgrzała reklamę Pepsi.
Agregat nie wytwarza siły napędowej, zieleń podzespołów jest jaśniejsza
niż zwykle. Zwiedzający słuchają zawodzenia przewodnika. Zastosowania
morskie i lądowe. Prądnica synchroniczna napędzana silnikiem spalinowym.
Zbiorniki paliwa, tłumiki spalin. W nieskończoność. Turbiny skojarzeń,
poplątane nici porozumienia słuchaczy. Tak, zdecydowanie:
agregaty z ręcznym sterowaniem łatwo odróżnić od sterowanych automatycznie.
Podobnie w naszym przypadku, tak? Heloł! Heloł!! Znudzone stadko automatycznie
przemieszcza się w stronę następnego obiektu. Agregat transatlantyka MS Batory
czy chłodziarko-zamrażarka firmy Whirlpool. Znajdź różnice.
Agregat Marysia z domu Batory czy chłodziarko-Paweł-Zamrażarek pracujący w Wood Dale.


* * *

czekanie

Sztokholm, koniuszki teraźniejszości, znikąd
donikąd rosną moje palce, za każdym razem,
gdy widzę światło, od razu łapię je do butelki.
teraz jest tak samo, światło odbite od zlewozmywaka,
gasnące światło wyobraźni, przycisk czucia, pstryk,

czekanie na światło

czekanie można usłyszeć, gdy szukam w pamięci
wygodnego łóżka młodości, maluję obce domy,
pastelami, przestrzeń odpuszcza, jest przezroczysta

dokonuję szybkiego wyboru między bezczasem a
wiecznością, Sztokholm, koniuszki schodów do,
drogi z


* * *

oni Oni

ale to wcale nie był sen. to było pogranicze. rozkracze.
pokracze było. wziąłem dysfunx pięć razy. albo wiecie co?
wziąłem ten dysfunx pięćset razy. pod rząd łykałem,
aż woda w kranie przestała lecieć. zastygła
ze względu na bardzo mroźną noc. mimo upalnego czerwca.
dysfunx pochodził z różnych źródeł. mimo upalnego czerwca,
w dzień gorącego lata. z fabryki czekolady, zmiłuj się nad nami;
z hurtowni gitar, zmiłuj się nad nami; z wszystkiego za dwa złote;
miłość wcielona; ze szkoły dobrych manier pani justyny pochanke,
ratujące swoje dzieci, zmiłuj się nad nami. różowy, niebieski kolor,
później przezroczysty, we mnie. ale to wcale nie był sen.
nie, bracie czy siostro. mimo, że zamykałem oczy w fotelu,
w tym samym momencie filmu pulp fiction. albo fotel to film,
czyli w filmie siedziałem. rano miałem wrażenie przechodzenia.
z grubej akcji z vincentem vega trafiałem na ulicę kinową,
skąd odlatywał tramwaj nr 9. dysfunx miał wówczas drugą fazę aktywacji.
i leciałem o tak. z głową w akwarium wypełnionym po brzegi.
z głową w wodzie z rybami. ryby z fabryki czekolady, z hurtowni
i tak dalej, miłosierdzie. później z głową zawieszoną nad popielniczką,
z głową w murze. gdy dysfunx łapał we mnie trzecią fazę
na telebimach miejskich najczęściej leciał już wieczorny program
*jak Oni zdychają*. kim są oni Oni? - pytałem trzeciej osoby dysfunxu.
kim oni Oni są? dysfunx nie odpowiadał. na pewno wiecie jak to jest,
kiedy czeka się na coś tak długo, aż zapomina się jaki jest sens tego czekania.
czkania. to faza czwarta sprawdzonej marki dysfunx. krótkie *ha!* -
metodą na to była cytryna z cukrem, wstrzymywanie powietrza, bądź łaskaw panie,
picie wody łyczkami. mijało. sporo czasu mijało, majaczyło.
czkając wydłubywałem sobie resztki jedzenia wskazówką z mojego łocza.
łocz at last wytknął się i przyszło na ostatnią fazę. skakałem
z krwinki na krwinkę pokonując długi korytarz, na którego końcu
czekał na mnie deszczowy pies. pies był oczywiście dysfunx efektem.
straszne rzeczy się później działy. przepuść nam panie.


* * *

Trumna Show

Jesz ciasto makowe.
Takie ciasto
zrobiła podstarzała sąsiadka,
bo wbiłeś gwoździe
w odpowiednie punkty.
Mak wchodzi w te zęby
i wychodzi.
Gdy cmokasz od niechcenia.
Czubkiem języka odliczasz każdy ząb.
Później liczysz od końca.
Odpoczywasz przy tym.
W kamiennym łożysku.
Szuflady, szafy są lepkie. Kleją się.
Mordoklejki gadaniny ścian.
Odpowiednie punkty.
Ot, przepis na smaczne ciasto.
Zasiadasz przy stole,
gdzie czeka cię partia szachów.
Szachy to nie tylko figury,
ruchy, pozy.
W twoich oczach to przede wszystkim
pola.

Puste pola,
gdzie nie ma pozy, którą możesz przybrać.
Zmieniasz czarne pole na rzecz białego.
Nie ma momentów przejściowych.
Jest tylko ta jedna skrajność.
To twoja jedyna odżywka i jedyna trucizna.
Przepaść idealnie równego gruntu.
Wyszedłeś z jabłka, do dziś jesteś jego
pestką.
Z pewnością łatwo to rozgryźć.
Dawno temu szukałeś zawleczki na ciele.
Śliniłeś się, siliłeś, siłowałeś.
Teraz nie musisz już dźwigać ciężarów,
nie musisz być dźwigiem. Choć twoja ręka
wciąż pracuje jak żuraw. Przypadkowo
zderza się z drugim żurawiem.
Później zasypiasz.

Rzucasz się na sen i chłoniesz:
Miasta. Kury i koguty wydziobują twoje ziarna.
Na dworcach i stacjach ślady kopyt,
chlewy i podkowy szczęścia.
Wsie są słoneczne, ale ranne psy
skowyczą tam zbyt głośno.
Drzewa rzucają przesadnie długie cienie.
Jesteś wszędzie, choć nie ma takiej możliwości,
byś mógł znaleźć się gdziekolwiek.
Powtórzysz sobie. Bo to pestka jest.


* * *

zaświat

jarmarczny gwar
w górze mruczą aeroplany i balony
nie ma miejsca
ostatnią wodę łapczywie zlizują koty
z ziemi
chuda kobiecina pokazuje twarz słońcu
w jej oczach Kair
katedra wchłania ją i kilka innych osób
jak odkurzacz
w powietrzu lecą owoce warzywa
później te koty oderwane od ostatniej wody
papierowe statki i mój kapelusz
zerwany w pocie czoła
wciągnięty bez pytania z firanami
co tam! - całymi domami!
do katedralnego zbiornika
zamkniętego w momencie
gdy zostałem tylko ja
z pytaniem o początek i koniec
tego lustra


* * *

informacja o pracy

piszesz mi w liście, że wstajesz o piątej rano
żeby zdążyć do wspaniałej i wymarzonej pracy
bardzo chętnie to robisz każdego dnia, od dziś
na zawsze, lecz chyba zwariowałaś, tak mi piszesz
nie wiem, bo też zmierzam do pracy, to na jednej nodze
to skacząc, jak konik polny, z przystanku na przystanek
przystań, miejsce teatralnych powtórek, należy tu dodać:
zawsze będą zarobki, krótkie rozmowy o pieniądzach
i wiesz, kiedy dopada cię ten narastający lęk
ma on konstrukcję piramidy a czubek jest ostry jak igła
na tym szczycie wiercimy się każdej nocy, budzeni
akupunkturą lęków a kiedy w ciągu dnia nasz wagonik
niebezpiecznie przyspiesza, czujemy jak zimno przechodzi
od szyi aż po kość ogonową, bardzo chętnie
odcinamy gałęzie, na których zrobiliśmy sobie tycidomki,
schronienia latających wspomnień


* * *

królestwo żółtych mieszkań

dostałem dziś wypłatę, ale wszystko wchłonął kredyt
siedzę sam w tym rynsztoku wynajętego mieszkania, firany
zlewają się z żółcią ścian, to chyba koniec a ja
układam puzzle, później wezmę się za kolorowanki i
właśnie, że będę to robił,

około dwunastej ktoś wali w drzwi, z ciekawości otwieram,
listonosz, na papierze informacja o śmierci kobiety, zaraz
przecież to moja młodzieńcza miłość, zatem muszę złożyć kwiaty
na grobie pierwotnych uczuć, tylko za co to wszystko zrobić,
może sąsiad pożyczy, od razu decyduję by wyjść, ale

drzwi od mieszkania są zablokowane, przez szparę widzę
ciało listonosza, przecież przed chwilą wręczył mi przesyłkę,
przeciskam się na korytarz, sąsiad ma otwarte, wchodzę do środka
tam stos trupów, cała rodzina, co za cholera, jakiś gaz czy

trucizna, wybiegam na ulicę, gdzie co kilka metrów ludzie
porozrzucani jak części układanki w moim żółtym mieszkaniu,
z głowy jakiegoś wyrostka ściągam papierową koronę, zaraz
powitam moje królestwo żółtych mieszkań, zaczętych kolorowanek,
porozrzucanych tu i tam części z kolejnych ludzi

stałem tak i zdawać by się mogło, że mam teraz wszystko,
jednak wciąż nie czułem się najlepiej, może to błąd barometrów
ale ciśnienie tego dnia było ujemne


* * *

Libretto

Jarosław Kaczyński to sucha, mała koza.
Hanna Gronkiewicz-Waltz to dziupla.
Donald Tusk to krówka ciągutka.
Lech Wałęsa to sierść kota w gulaszu.

Szymon Majewski to stóg siana.
Zbigniew Boniek to dziurawa cerata w kwadraty.

Waldemar Pawlak to lekkie pryknięcie przed snem.
Aleksander Kwaśniewski to korek do butelki.
Władysław Sikorski to tubka kleju do drewna.
Bronisław Komorowski to takie białe w kącikach ust.

Tomasz Jacyków to gitara bez strun.
Mariusz Pudzianowski to korkowa tablica.

Włodzimierz Cimoszewicz to kulka kurzu na podłodze.
Andrzej Lepper to deska klozetowa z motywem podwodnym.
Janusz Korwin-Mikke to pralka, która odwirowuje.
Janusz Palikot to egzotyczny, wypchany ptak.

Kuba Wojewódzki to mokra chustka w rękawie.
Jurek Owsiak to konik na biegunach.

Joanna Senyszyn to łuska ryby.
Zbigniew Ziobro to tanie okulary do czytania.
Grzegorz Napieralski to rower składak.
Ludwik Dorn to lep na muchy.

Jacek Krajl to pompka rowerowa.


* * *

Konsolidacja

Często siedzisz nad jeziorem z wędką. Łowisz piksele.
Nie ma nikogo, kto by się na ciebie nabrał. Jest kilku takich,
co zbierają złom z twoich snów. Stanowi to jednak abstrakcję,
którą przecinają ślady latających ryb. Wszystko to

pokazują w telewizji. Ekrany to twarze. Słyszysz jak nadają wiadomości,
widzisz jak obliczają wzory. Wzór na ciebie jest dziecinnie prosty,
to papierowa łódka z matematyki i odrzutowiec wyobraźni.
Zbijasz butelkę o kadłub ostatniej racjonalnej myśli.

Wszytko kołuje. Drzewo dąży do postaci koła,
podobnie twoja niepewność. nabiera konkretnego kształtu
i bawisz się nią jak hula hop. Wreszcie zdajesz sobie sprawę,
jesteś częścią narodu dmuchawców. Skasowane stacje,

skradzione tory, drogi krzyżowe istnień, ale bliżej ci do wiatru.
Coraz częściej myślisz o destrukcji, naturalnej selekcji,
operacji plastycznej doskonałości mas. Chodzisz wszędzie z wagą.
Uśmiech ma ciężar puchu, słowo waży niby nic, jednak

wciąż jest ważnym ogniwem łańcucha (twojej smyczy).
Jest taki dzień, kiedy patrzysz w dół, masz wrażenie, że
jesteś zdecydowanie wyżej niż zawsze, jednak po chwili
czołgasz się mentalnie i jesteś blisko ziemi. Tak jakby ktoś

zrzucił na ciebie niebo. Z garbu.


* * *

Wariacja

jestem tu na pewno. właśnie tu,
gdzie krążownikiem jest zwykłość.
i twoja czarna suknia, wiruje w tańcu,
gdy nucę pod nosem starą melodię.
od tego łysiejemy i jeździmy na wózkach,
z myśli na myśl. mienimy się w zupełności,
moje twarze następują, jedna po drugiej - w nocy -
idź tam, przyjdź tu - mówię - i widzisz mnie
służącego sobie, aranżującego ostatnie światło
dla nas, nie jest ani za wcześnie, ani za późno

jest idealnie pomiędzy.


* * *

mur

I
z kieszeni wypadła mi pestka snu. przede mną mur ciebie.
w zwolnionym tempie oglądam moją dłoń, wataha kosmatych
przebiegła właśnie między uszami. dźwięk jest śmiertelny,
uderza w mur ciebie. i wraca. przynoszę ci moją krawędź,
obserwujesz moje kolejne narodziny i wzywasz do końca,
trąby powietrzne nie pomogą mi w nauce latania. skazany
na położenie geograficzne, ściągam buty i maski. czmycham
przed fizycznością. nie będę wymyślał sobie kolejnych imion,
najciemniejsze piwnice chłodziły długo moje ciało, teraz
w czerwcowym środku, znowu próbuję przeskoczyć mur ciebie.

II
widzę tylko twoją ścianę. jestem naga, pozbawiona białej
pościeli, z której nie można poskładać ciała.
nie wykonujesz żadnych ruchów. jesteś anonimowy, animowany
moją wyobraźnią. mam tylko krawędź, którą noszę w sobie.
jest ostra i prowadzi w stronę lasu, gdzie znajduję tylko
pestkę.


* * *

finał

I

starsza kobieta zaciska w dłoni krótki gryf skrzypiec.
ma kościste palce. jest końcem i początkiem tej pętli czasu.
nad jej głową zamiast słońca wisi wielki Polaroid.
płachty obrazów kruszą się na silnym wietrze, kocia muzyka

siwe włosy rosną do postaci podniebnej waty. chmury
zrywają kilku wisielców z szubienic, nachodzą na obiektyw,
pętla zaciska się, w niewyraźnym końcu poznaję imię boga.

II

koncert nie dobiega końca. po chwili nabiera tempa,
kolejne dźwięki pozostawiają dziury jak wielkie wiertła.
otchłań zaciąga się twarzą kobiety ze skrzypcami,
w jej miejscu wyrasta ogromna klepsydra.
próbuję wdrapać się na sam szczyt.
starsza kobieta zaciska w dłoni krótki gryf skrzypiec.


* * *

muchomor i kukułka

do słowa 'mężczyzna' dodajemy słowo 'golić'
przyjdzie nam jeszcze odjąć 'precyzję' -
nawiasem mówiąc wcześniej jest 'brzytwa' 'włosy' w zlewie
'papieros' 'tabletka' 'kawa' trucizna
później dodajemy 'psa' szczek szczek klik 'kluczyk'
stuk 'schodek' stuk i 'kurwa twoja mać'
po drugiej stronie mamy 'kobietę' i 'makijaż'
łamane przez 'czas', krzyk-krzak, znowuż 'kurwa mać',
'błysk-biust', 'torebki' chrzęst i 'perfum' czar

_________________________
M+K

[(M + g) x b +
(w + p + t + k) :
(p + k) + (s + ktm)] - p

=

[(K + m) : (cz + km) +
(bb + t + p)


* * *

ostatni mój ten koniak

przy sobie miałem ledwie dwanaście dolarów
co z założenia Ministerstwa miało mi starczyć na
najbliższe lata z nadwyżką najprawdziwiej w świecie
przygotowałem się na skromne zgonowanie uliczne
ale najpierw wystosowałem list do Prezesury i z tym listem
przez ulicę śmiało dziarskim krokiem szedłem

gdzież mi tu chorobę złapać czy też przypadkowo
na krawężniku zęby stracić skorom wystarczająco
zganiony przez wasze Systemy szanowne szacowne
rachunki przycinające moją godność ludzkość, ot!
na takiej fakturze wysiedzieć nie sposób oraz!
tak w liście pisałem zaraz po odczytaniu wyroku
na moją bliskość i dalekość finansową czy inną
a czytałem razy kilka bom na wpół jest ślepy na wpół głuchy

jednakowoż zapewne racji nie miałem za kija przecie
takie dolary to nie każdemu się trafiły dla przykładu
sąsiad kombatant w nagrodę dostał zestaw garów
oraz chochlę czy też ten cwaniak od wściekłego psa
na życie całe otrzymał obraz matki polki jedynej
z pokoju byłego Prezesa z odjętym złotem ramy niestety
pewno dzierżył teraz ten obraz w oczach
plótł na stołku resztę

za szyję jak widzicie chwytać się nie musiałem ale
wychowany walką ze starszym bratem o ostatni faworek
postanowiłem pójść i rzec wszystko tak żeby
krew ich zalała przenajświętsza moja ręka z tym
oświadczeniem i dolarami na biurko ozłacane spadła

oraz wszystkie przenajświętsze obrazy ramy im tam utraciły
czy te łańcuchy ich o cholerycznie ciężkich medalionach
pozatykały im wykrzykiwania na sto tysięcy nieskończoności

wszedłem tam rozumiecie z wściekłością świętą bronią
przygotowany na każdą opuchliznę czy słów ranę
na co Prezesura po rozeznaniu oraz czynnościach że
dziś jest dzień wewnętrzny i że ja takich rzeczy niby nie wiem
żebym te dolary to lepiej oddał tak po obywatelsku
cóż mogłem jak nie rzucić dwunastkę na stół
łzę koniaku ojca przelać w piwnicznym domostwie
spisać te żale moje dla przestrogi wam kochani Rodacy
w innych Prezesur Ministerstw przynależności spłacić nam
przyjdzie spłacić i na podwyżki kolejnych spłacań czekać, ot
ostatni mój ten jedyny na krople przeliczony, a jak!


* * *

stany

zaskakują nas nasze wesołe twarze, czasami
poważne miny, podczas czytania książek
marszczymy brwi, jesteśmy nieznaną wyspą dla robinsonów
wewnątrz, mamy coś do zrobienia, przy okazji

organizujemy wycieczkę, do końca nie wiemy gdzie,
w biegu kradniemy informacje z ulotek, szykujemy
walizki, znowu zadajemy dziecinne pytania, czując
rozkopane mrowisko żołądka, ale nagle

zaczyna padać, siadamy wygodnie w fotelu i
zaskakuje nas poczciwy gest dłoni sięgającej
po gazetę, tyle było do zrobienia, tyle nowości,

tyle biletów straciło ważność pełniąc funkcję zakładek,
tyle psów zawyło z głodu wcześnie rano,
gdy budziliśmy do życia kolejny nieporządek,
gdy pociągi odjeżdżały z dworców
a my w oczach mieliśmy jeszcze łodzie, malejące od mrużenia
oceany, które odznaczają brzeg możliwości


* * *

zacierka

rzeczywistość ma konsystencję kremu nivea,
tips modelki magdy ląduje na czystej podłodze,
wokół jej prawej stopy krążą dwie muszki,
plemię indian ostrzeliwane kulkami kawalerii,
dzieci bawią się w najlepsze, za silosem pegeeru
skończony kosmos sceptyków, wiecznie pielony ogród
zakonnika witolda, pęknięte oko nieba, nad głowami
krem nivea ma konsystencję rzeczywistości,
zniekształcona twarz kelnera marka odbija się
w okularach pani prezes bernadetty, daria robi lody
na starówce, kolejka turystów jest coraz dłuższa,
pod miastem młoda para dochodzi do siebie
po upojnej nocy, nadchodzi pokojówka, niebawem
wojna, myśl odpada jak lukier słodkiej bułki,
sprzedawca tadeusz podaje wczorajsze chleby,
dzisiejsza prasa pod głową bezdomnego jarka,
korektorka anna monitoruje total commandera,
ale na jej oczach umiera urzędnik czechowa,
w dziale obok, account manager woła panią hr,
we wszystko wtrąca się quality controller,
określając jakość polski


* * *

Dawcy snów

Chłód, równiny porośnięte trawami.
Z pustej towarówki wypatruję miast.
Niektóre są iskrą, inne tylko snem,
chorobą oczu. Ktoś wymyślił zapominanie,
by później ćwiczyć pamięć. Ktoś mknie teraz
w ekspresie do Berlina, przekłada kartkę
na drugą stronę, tak jak robię to z dłonią.
Przeglądam starość, chłód. Ktoś oddaje się
rozkoszy miejskiego życia, w San Francisco
tańczy z neonami. Przeszłe dni przypominają
wypalone żarówki. A gdyby tańczyć o tym
do nieprzytomności. Ocknąć się o świcie i

Chłód, równiny porośnięte trawami.
Wypatrywanie miast z pustej towarówki.


* * *

Tandemy

Patrzą jak w wieczornym jeziorze pęka woda,
później długo wracają. Gaszą po sobie światło,
coś zostaje na chwilę w kloszu, nie ma godności.

Ich namiętność bardzo długo rozpuszcza się w śnie.
Ołowiane niebo spada na dach, ale oni wciąż tłoczą się
obok siebie.

Nie ma miejsca na dźwięk, kolory zamykają odcienie.
Domy dotykają domów. Puste pancerze sąsiadują ze sobą,
rozciągając miasto.


* * *

Stukotanie

Plac Na Rozdrożu, grudniowy wieczór.
Twórca zmiata towar brudnych ulic, drapieżnik
zasnął w tajemnicach podziemi. Zastanawia mnie
smutna twarz dziecka, która mignęła gdzieś
między światłem a rozumem. Zza zakrętu
wyskakuje ogromny lew, mija mnie
z piskiem. Krzyczę na każdego "animal"
albo "zwierzę". Krzyczę na każdego "ja".

Nagle mamy czerwiec, ten sam plac.
Tym razem to twarz starca wymieniła się
ze słońcem.


* * *

ponowomowa

klincz judasza prowansalskiego okiem posypki
lukrowej, czyli między suchymi waflami pożycie,
od którego robią się zajady. smar dżemu mali
nowego w naleśniku oleistym, niczym niczym oraz
maczuga z bambusa uderzająca w bęben. miałki
sen jegomościa w kapeluszu wędrowniczka
i ździebełko prawdy. ilość soli nocnej
rozsypanej na zwiniętym z bólu niebie. bum, bum
butelkowe i fajeczka w pokoiku z przyciemnionym
sensem. łyk calvadosu lub koniaku do poduchy, nagłe
zwężenie
świata.


* * *

Pies Japończyka

Rankiem, jak co dzień, wyszedłem zwietrzyć interes.
Z chmur wystawał rożek poduszki, choć przed wyjściem
przetarłem dokładnie oczy. Na ramię spadła mi
mała bańka pustki. Dwie chude kobiety aportowały psu.

Podszedłem do sierściucha z wyciągniętą dłonią, nie miał
nic przeciwko. Podał mi łapę i przedstawił się jako
Takashi, pies Japończyka. Gawędziliśmy o technologiach władzy,
o moim strachu przed postępem, kolejnym krokiem w kosmos.

Takashi wyszeptał, że więcej o końcu świata zdradzi mi
gdzieś na uboczu. Weszliśmy do mnie, zaparzyłem
herbatę metodą japońską, dodałem do pieca metodą polską.
Postawiłem na stole talerz z chlebem i kiełbasą, proponowałem wódkę.

Wódkę proponowałem,

a przecież pies to raczej nie chce. I nie chciał faktycznie.
Oznajmił nagle, że jest w nim schyłek świata, pomyślałem
że skoro tak, to musi też być początek i żywa nieskończoność.
Mój wymuszony uśmiech wyjawił niepewność - Takashi zerwał się,

ale szybko chwyciłem go za ruchliwy ogon i pysk przywarłem
do podłogi. Gadajże powoli o metodzie na wieczność! - krzyczałem.

Takashi nie odpowiadał. Skowyczał coraz ciszej.


* * *

Jest Lirycznie i Jest Lepiej

Judzia skroiła z telefonu Meandrę, Cerber skroił
okulary Mufki, Krajl posmarował przylepkę tymi okularami,
na jaw wyszła Drobny, do Worka wpadł pomysł lustracji,
Okhan wypalił dwa warny, Jajksik wyciągnął lufę banicji
Urząd Kontroli Strony posłodził gorzkie żale, Jest Lirycznie
i Jest Lepiej, maripaz zaczęła haftować, przecież kot Garfield
nie jest prawdziwy, a Frances F. i Stowarzyszenie Stopy
napadli debiutantów na forum, nie będzie próżnych rozmów
pod tekstami, nie będzie próżnych rozmów pod tekstami!

VoyteqHieronymusBorkovsky ma za długi nick, Nuria ma broń,
zimny groszek z marchewkiem, Don Trippio głośno nadaje,
sal0me wśród liści, angor wrócił na chwilę, sinnerman
najedzona muzyką, sojan myśli o polityce, rybak złowił
Velesa, Kyo i jego wierny avatar, ranyjulek,
Ranny Julek


* * *

Człowiek, który zmieniał trykoty, żeby nie mieć problemów

Ludzie mówili, że trzymam się od siebie z daleka.
Że to podejrzane. Zacząłem trenować. By strzelić gola
na okręgowym poziomie rozgrywek.
W żółtej koszulce drużyny Orkanu było mi dobrze.
Grałem na pozycji pomocnika. Prawego albo lewego.
Polegałem na decyzjach trenera. W deszczową sobotę -
stało się. Dostałem dobrą piłkę, ruszyłem skrzydłem.
Gdy mój przyjaciel czekał na podanie - strzeliłem,
w krótkim rogu nie było bramkarza. Był wiersz.
Pięćdziesiąt tysięcy kibiców z mojej wyobraźni
zdarło gardła. Pięćdziesiąt razy powtórzono to w telewizji.
Pięćdziesiąt lat później, na Francuskiej w Warszawie
czekolada była za słodka. Zapytano mnie
o szczegóły tej bramki, bo przecież jestem tylko poetą.
Żeby nie mieć problemów - powiedziałem - założyłem
żółtą koszulkę. Teraz, gdy patrzycie na mnie,
mam na sobie trykot poety. Z tego samego powodu.


* * *

biegnik

tego dnia nie zmieściłeś się
w mieszkaniu własnościowym
ty kontra drzwiczki później
ledwo wyjąłeś głowę z ciasnej futryny
udało się zabrać walizeczkę
i niewielkich rozmiarów surducik
pamiątki znalazły miejsce w kieszeni

minęła połówka życia

na dworcu po godzinach
prasowałeś żelazeczkiem
dwuwarstwowy płaszczyk
tym razem poszło ci źle
z kołnierzykiem

przed katedrą i lasem krzyżyków
kolana pękły ci jak dwie szklaneczki
z małej walizki wypadła fotografia
przedstawiająca pyzatą twarz chłopczyka

przez mgłę widziałeś
jak zdjęcie wylatuje ci z rąk
i ląduje wśród blaszanych szyldzików
reklamujących wielkość


* * *

Rzeź syjamska

w czterech ścianach, w czterech pustyniach patrzysz na kogoś swoim życiem
z czasem nie obchodzi cię, kim jesteś. śmieci i pamiątki gromadzi noc, najciemniejszy sejf

coś bardzo ważnego, jakaś objawiona prawda, zwykle przelatuje tuż obok ciebie
jak japoński ekspres. przypomina szybką miłość na gorącej trawie,
nie wskrzesisz pierwszego razu. nie utrwalisz w słowach

zwierzęcego niepokoju. gdy wszystko po kolei ot tak odchodzi. po prostu i bez pytania
zostajesz sam w pustym łóżku


* * *

*** (i spytała mnie...)

i spytała mnie, czy jest fajną laską
bo zostawiła ją matka, żona i kochanka
no panie morrison, pomóż pan, powiedziała, a ja
zrobiłem się czerwony jak parada równości
w myślach wciągnąłem kokę, wstrzyknąłem herę i zajarałem
jak w jakimś filmie, czas niewyobrażalnie przyspieszył
żaden ze mnie morrison, a z dorsów to pamiętam tylko
don't you love her madly, don't you need her badly

i spytała mnie, czy mogę to zaśpiewać
albo chociaż zanucić pod tym moim garbatym nosem,
żydowskim kulfonem, dodała, a ja
przypomniałem sobie żart, że jak coś jest za małe
to najlepiej zawinąć w wyborczą, która wszystko wyolbrzymi

i spytała mnie, czy jestem normalny, że tak na nią patrzę
tymi faszystowskimi gałami, ryknęła, a ja
patrzyłem jak sinieją jej popękane naczynka na policzkach
wytartych o te pomarańcze i zielenie chodnika
a usta mienią się jesienną czerwienią
i byłem szczęśliwy


* * *

ciało wyolbrzymione

oto jak wygląda człowiek: w środku
ma cztery kąty i dopala gwiazdę
w innym języku zapisaną

pilnują go psy, chociaż sam potrafi szczekać
i ujada po kawałku siebie

z bogiem - gorzkim smakiem
w ustach, jeszcze nie wyryczanym

wieczorem: czerwone słońce zalewa
płótno jego i obcej kobiety

usta chcą lub nie chcą lizać ran
można zacząć od sterczących sutków
albo niżej

z miłości mocno zagryźć knebel
inaczej można połknąć język

a rano: w tych wielkich łapach z bliznami
ciągle leżą małe dłonie

sięgają do końca


* * *

*** (budzę się w twoich rękach...)

budzę się w twoich rękach
o matko
w połowie tylko urodzony

wykochany z brudu
i wrzasku

spowiadasz się ze mnie
w pośpiechu

życie dyktuje ci modlitwę
jestem jej płaczem

pozostało jeszcze wybrać imię
dać żreć

mokre sny powiesić na sznurze
a suche - na drugą stronę
i pochować

twoje ostatnie słowo
to spokojna twarz
rzuca na mnie jasny cień

rzuca na kolana
i każe ryć w ziemi


* * *

Dora Diamant czeka na ostatni pociąg

nie chcę pamiętać albo nie pamiętam
jak długo traciliśmy razem wzrok jak często
twoje ciało było moim albo ile razy
nie powiedzieliśmy sobie tak
wszystko czego dotknę zamienia się w ciebie
a ty śmiejesz się z tego w moim śnie

teraz jednak nie ma czasu na spanie trzeba
czekać na wczesny ranek gdy wysławiam się
przed lustrem gestykuluję
podobno z nerwów mylę maski robię dobrą minę
do pustej butelki i nasłuchuję
bo od teraz twoje kroki brzmią jak cisza


* * *

Pejzaż z wozem /1821/

Na początek wystarczy domek na drzewie. I krótki sen
o drzewołazie patrzącym z góry na piękną margrabinę.
Budzisz się w mieszkaniu na trzecim piętrze. Pod Olchami,
Wśród Pól, Nad Jeziorem albo w Rezydencji Sopockiej.
Jako rycerz nieistniejący, wicehrabia przepołowiony.
Całość projektu uzupełnia zieleń. Dobry obiad gotują
nogi Tatiany Kucharovej. Na ścianie wisi coś Johna Constable'a.
Przez chwilę nawet zastanawiasz się, czy to Wóz z sianem,
czy Pejzaż z wozem. Za oknem niezłe widoczki otwierają się
i zamykają. Ktoś głośno słucha Eagles - Hotel California - Live '76
w jakości HD. Harmonijna, jasna zabudowa twojej twarzy
nawiązuje do urokliwych greckich miasteczek.
Tatiana nakrywa cię prześcieradłem.


* * *

Słabe łącze

Ulice są słone, nie ma roboty i zasiłków. Nikt nie pyta
czy będzie brutto, czy netto. Policzono rachunki
i porachowano kości. Idealną przeciwwagę stanowi
słodkawy zapach ceraty w czerwone serca. Leży na niej
papierek po Grześku i talerze po nas. Moje usta
najpierw literują słowo Jezus, a później słowo kotlet.
Czuję głód, zjadłbym boga z kopytami, gdybym mógł.
Wchodzisz do kuchni i zaczynasz mówić po francusku.
Wpatruję się w obcojęzyczne usta i zaczynam je całować
gryźć, zjadać. Żremy się nawzajem, na czysto, netto,
ale wychodzimy na tym na zero.



___________________
http://mechanizmsekundy.blogspot.com/


* * *

/podwieczorki w utopii

Moje ciało jest jednak trochę boże, unosi się.
Widać stąd auta w kolorze myśli, niektóre siedzą mi na ogonie,
inne ruszają się jak grdyka. Ale co tam, gwiazdy spadają mi na ręce.
Są jak antystresowe zabawki, wiesz?

Poprawiam cylinder i lecę, bo nie mam dziś czasu,
za to z przestrzenią jestem na ty.

Ktoś nagle mocno wali mnie w czerep -
mówi, że w mojej głowie mieszka wielki drwal.
Próbuje mnie ociosać.


* * *

Wewnątrz linii prostej

Trzeba pić dużo gorzkiej herbaty i szurać kapciami.
Założyć szlafrok, gdy ktoś o drugiej w nocy wali głową w mur,
wyjrzeć przez judasza. Ułożyć się wygodnie na czyimś śnie,
też czasami trzeba, dopalić po kimś i dopić, przyjść zawsze
gdy jest już za późno. Włączyć odbiornik, na pusty żołądek
tańczyć do reklam telewizyjnych, tańczyć do muzyki radiowej.

A kiedy nie można znaleźć przestrzeni do poruszania się,
trzeba schować głowę między ramiona, dłońmi chroniąc tył głowy.
I modlić się, po cichu, za zamkniętymi drzwiami, gwałcić,
rabować czyjeś usta i przygryzać różowy sutek. Złapać za
czubek życia i targać nim na wszystkie strony, ślinić go i
umierać z pełnymi ustami.


________________________
http://mechanizmsekundy.blogspot.com/


* * *

Już tyle czasu minęło, Kasiu

chwilę po conocnej miłości i rozstaniu
książki wypadły nam z głowy, filmy urwały się w połowie
widziałem jak wychodzą z nas dzikie zwierzęta
a zaraz po nich przychodzi kolejne upalne lato

patrzyłaś prosto w słońce i kochałaś
gdy świata było trochę więcej niż zwykle
w eterycznej sukni tańczyłaś sto tang
już tyle czasu minęło, Kasiu

od kiedy byliśmy w miejscach
w których ciało staje się słowem
i baju baj razem z liśćmi
wpada do nieprzejrzystej wody

mając w pamięci tyle już razów
tyle wejść po schodach pod górkę
całowania chyłkiem i z dostatkiem
na palcach razem z diabłem


już tyle czasu minęło, Kasiu
od kiedy wsiadłaś do byle jakiego snu
chwyciłaś mnie na pożegnanie za rękę
tak jak chwyta się mięso

i z kieszeni wytartego płaszcza
wypadł suchy patyk

strąciliśmy nim dużo czereśni

______________________
http://mechanizmsekundy.blogspot.com/2013/05/juz-tyle-czasu-mineo-kasiu.html


* * *

Jest jeden Internet

Google jest sędzią sprawiedliwym,
który dobre linki wynagradza, a złe karze.
Są trzy firmy boskie: Google, Apple i Microsoft.
Dołączyły do programu PRISM i umarły na krzyżu
dla naszego zbawienia. Dusza ludzka jest do pobrania.
Łatka Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna.


___________________________
http://mechanizmsekundy.blogspot.com/2013/06/jest-jeden-internet.html


* * *

Cztery spusty

ktoś był w moim domu i ktoś za mnie mieszkał
robił podchody do spania tak samo jak ja długo
bo pościel widzę potargana ale kto i kiedy
wyrył na moim biurku słowo JEBAĆ i zostawił karteczkę
że dobrze jest wznieść toast za wyludnioną twarz
i rzeczywiście w kuchni walają się jakieś butelki
po tych toastach z odciskami palców i ust też już wyludnionych
i znowuż na lodówce kartka kolejna że dobrze tonąć
jest znacznie trudniej niż dobrze pływać do cholery
czy ten zboczeniec chce mnie zabić czy tylko grozi
i jakim prawem w moich butach chodził obłocone zostawił
mógł już sobie je zabrać razem z tym żarciem z pokoju
na stole do połowy wyjedzonym tylko świnia nie człowiek
coś takiego może zrobić ale nie bo przecież świnia
butów nie założy i tych kartek nie zostawi pomyślałem
zamykając się na cztery spusty


* * *

egosystem

odżywki wzmacniające mięśnie, które nie istnieją.
słoiczki z obiadami dla dzieci nienarodzonych.
mistrzowie wyobraźni pozostawieni na pastwę, bez pomysłu.
gardła bez śliny, sny bez pokrycia w rzeczywistości.
rzeczywistość bez przykrycia, bez koca, bardzo zimna.
czystość z brudem naniesionym przez pisarzy, malarzy.
kreacja nowego świata z uwzględnieniem konserwatyzmu.
zależności, uwarunkowania nazywane społecznie anarchią.
bogowie modlitw w twardych oprawach, przyłapani na masturbacji.
leki warte miliony ludzi, leki na fikcyjne choroby.
środki racjonalizmu tworzone na bazie toksyn emocji.
fabryki przetwarzające wydzieliny na produkty spożywcze.
tuzin wygłodzonych dzieci adoptowanych przez aktorów.
manifest życia w wykonaniu poronionego płodu, małego serca.
sto tysięcy tych samych zagrywek w siatkówce plażowej.
zbieranie pieniędzy na wykupienie innych pieniędzy.
poniedziałki odznaczone w kalendarzu jako początek nowego.
podniesione sytuacją głosy, przeniesione w pamięć gesty.
pożary rozniecane wodą, różnice odbić w tafli i lustrze.
ołtarz ciszy zbezczeszczony wyciem buddystów Dalekiego.
bogowie młodych w mrożonce groszku i marchewki.
posiłki przekazywane z kuchni polskiej do telewizji.
powtarzalne jadłodajnie z zapachem palonej sierści kotów.
wilki umierające z głodu, szukające właściciela wścieklizny.
lecznice całodobowe przyjmujące tylko prawdziwie zdrowych.
przestrojone instrumenty człowieka podczas ostatniego koncertu.
rozdygotane galarety dusz nad przepaścią kolejnego dnia.
miliony wysp zatopionych głęboko w oczach starości.
nieskończoność kolorów malowanych domysłami ślepca.
mucha w uchu martwego, mucha ostatni gość.


* * *

Irek

telefon dzwoni Irek nie żyje on niedawno powiedział
bóg to pomyłka człowieka nie odwrotnie a z metafizyką
wypieprzać do peweksów słychać gwizdek od czajnika
zagotowało się Irek spadł właśnie z Ziemi na Księżyc
lekko wzruszony tarciem atmosferycznym a przedwczoraj kupił
nową marynarkę mówi jego Luiza i nerwowo ogląda się za siebie
tam nie ma Irka zostały po nim les choses i ocean danych
spłynie na osiedle z kawą i mlekiem zrobi się późno
a jutro świat złoży się w nową kostkę


* * *

poeci_

na tablecie
w toalecie
poetyckie
ecie-pecie


poeci_ mają dziś szybkie macintoshe i zręczne palce
szpieguję ich zdalnie od jakiegoś czasu widzę jak
wciskają sobie wiersze przykładają wygoloną część głowy
do poduszki i śpią w ciągu dnia bo w nocy robią komiksowe grafiki
ze śmiesznymi napisami w dymkach w domkach słuchają disco-szwecjo
o babochłopach tolerancji i miłości bez folii ochronnej później
zmieniają statusy jadą z ACTA podnoszą kciuki za a nawet przeciw
wojnie wojsku policji chcą ot tak ściągnąć gacie pokazać cycki
na drogach postawić homoradary zjeść czekoladowego jezusa
chociaż czasami głośno krzyczą hosanna
hosanna na wysokościach ave maria pater monster
lustra ich wtedy nie poznają a poeci_ na to: wtf lol rotfl

cóż wyjaśnię wam to asap


* * *

Wariacja

jestem tu na pewno. właśnie tu,
gdzie krążownikiem jest zwykłość.
i twoja czarna suknia, wiruje w tańcu,
gdy nucę pod nosem starą melodię.
od tego łysiejemy i jeździmy na wózkach,
z myśli na myśl. mienimy się w zupełności,
moje twarze następują, jedna po drugiej - w nocy -
idź tam, przyjdź tu - mówię - i widzisz mnie
służącego sobie, aranżującego ostatnie światło
dla nas, nie jest ani za wcześnie, ani za późno

jest idealnie pomiędzy.


* * *

monolog nienawidzącej mnie ulicy

od prawej, na nienawidzącej mnie ulicy, stoję ja
obok mama, dziadek na wózku Tadek, ciotka Elka dziennikarka
tata uśmiechnięty gitarzysta i siostra z rozbitym kolanem
chwilę później ogłoszono koniec komuny, początek Hollywoodu
wtedy dorosłem, pocałowałem parę razy podłogę i zacząłem
mówić głośniej, kraść konie z najbardziej mi obcą osobą na świecie
bo życie to przecież wieczne omijanie pokrzyw
ale spokojnie - teraz śpię tylko z gitarą i żenię się z drzewami
na nienawidzącej mnie ulicy, więc można powiedzieć
wariat, Cohen z Chelsea Hotel
zwłaszcza gdy podnoszę nóż, patrzę przed siebie, za siebie
a tam, na nienawidzącej mnie ulicy, stoję już tylko ja


* * *

ludzki wiersz

jest człowiek
cały w płomieniach
od rosnącego oprocentowania
przez strefę euro aż po Syberię
przy rosnących cenach za żywność
podwyżkach za gaz i prąd
na oczach państwowych dzieci
pod rządami nowego wspaniałego świata
z coraz większą oglądalnością
i ostatnimi słowami
w których nie ma już polskich znaków
jest za to ciekawy akcent
ludzki płomień w tonącej Europie
i jego zużyte rzeczy
które trzeba by opisać z osobna
w nieludzkim wierszu


* * *

Modlitwa o jutro

Teraz między bogiem a prawdą
są tylko formalności i umowy do podpisania.
Noc nie pachnie żadną wiosną,
tylko nieszczęściem. I palonymi gumami
na autostradach wiecznych świateł.

W oddali małe lisy chowają się
w borsuczych lub króliczych norach.
Są jak myśli, gdy brakuje nam słów
i idziemy nalać kolejną szklankę whisky.
Z chytrą, psowatą gębą, zakopani
w głębokim tunelu różnych korporacji.

Gdzieś tam w krzewach trzmieliny
szumi modlitwa o jutro. ALE: kogo to obchodzi?
Modlitwa to zwykle pusty przelot.

Tuż przed odwiedza mnie cesarzowa Sissi.
Na początku chce się nam kochać, nawet bardzo,
ale chwilę później w milczeniu pakujemy walizki.
A rzeczywistość całuje nas w dupę.


* * *

Lapidarium

Na wzniesieniu wiatraki.
Strzępki kurzu, popiół, spore muskuły chmur.
Powłóczę tędy z wielką ochotą, pod pachą niosę okno.
Zobacz, jaki cudny widok - zgarbiony rybak zarzuca sieci,
kobiety spacerują w koszulach nocnych, słońce drętwieje od wewnątrz.
Nareszcie ten ciężki, specyficzny stan rozkładu, w klepsydrach
skończył się piasek. Dalej będą słupy wysokiego napięcia,
ściany szklarni zaparowane krzykiem ludzi.


* * *

*** (Zszedłem sobie z drogi...)

Zszedłem sobie z drogi, przede mną toczyło się słońce,
a za mną turlał księżyc. Z jeziora wypłynęły sny -
jednym z nich była rzeczywistość. Stary rybak
zapytał mnie o drobne - oddałem mu nadzieję.

Do domu wrócę z niczym. I zapomnę się raz-dwa - -


* * *

pełnia pustki

prześladuje mnie rzeczywistość: wynik morfologii,
włosy z mydłem dove w odpływie wanny, na ulicy martwy ptak,
niebieski. dodatkowe linie autobusowe na cmentarz.
w ślepiach kota więcej boga niż w świątyni. w świątyni
więcej krwi niż na wojnie. po prawdzie większy kac
niż po wódzie. po kobiecie kolejny poranek. a za chmurami
wielkie gie. mówią że to smog, ale ja wiem swoje. to pełnia pustki.
pewnego dnia weźmie nasze dusze, pocztówki i szajs.
weźmie tak jak bierze się londyńską dziwkę w zaułkach Soho.
bez uczucia, bez sensu, bez słowa, w ciemną noc.

Warszawa, 6 września 2017