sasza
w w w . j e s t - l i r y c z n i e . a r t . p l


spis treści

cztery ręce jedno serce
generalny remont moich myśli
smyczkiem po wierzbach( do wierzbnego cyklu)
letnie grilowanie
moje głupie marzenia?
moja ojczyzna dama asymetryczna
kochamy wciąż za późno
smak liczby pojedynczej
Pomysł na wakacje( miało być z humorem)
porządki w komórkach
tramwaj z Giokondą
malowanie bez pozy
ziółko
jesienią o wiośnie na drawskim- coś z pozy (poprawiony)
wyblakła sukienka
pół żartem a wszystko na serio
kobieta w bieli urwanej pamięci
alkatras, czyli zapuszkowana dama
twarda kobieta z miękkim sercem
z Julcią na spacerze
alegoria zimy
błysk sylwestrowego flesza
rozmowy niekolorowane podsłuchem
noworoczne branie
tak rodzą badziewiaste wiersze o badziewiastej mi.ości
rozpustnica
ostatnie słowo ma ten kto rozmawia do siebie
mix niecenzurowany
a jednak kręci tak nie na żarty
taksie rozgadałam słuchając Jamesa..
psiakrew, cholera
poszukuję fachowca może być hydraulik
tak misie niesennie przy Vangelisie
poemat, który nie ma tytułu
Pierwsze kroczki w przedwiośnie
jakośtobędzie
moje niedoczekanie czyli [i]wyżej dupy...[/i]*
dla tych co nie chcą
figlarna odlotka
nocne wynurzania z instrukcją obsługi dla Mufki
amor fati - pies zagryzł kóliczka (wiersz eksperymentalny)
mijanie
kilka słów o miłości
zimowa dziewczyna [po poprawkach]
na co mi słowa
asymetryczna dama z portretu Witkacego
bunt, czyli podróż dla zaawansowanych
pierońsko anielsko
kiedy przekwitają maki
poeta bylejaki
tak to widzę
oglądając się patrzę w przód
nietrafiona puenta
narzeczone Pana
zapytać nie zawadzi
Wspomnienia- dla Rycha Kluski
wspólna osobność
wieczne niezdecydowanie
doskonały przepis na walentynkowe wypieki
uśpić dezertera
na liczbach niewiadomych
moje pożegnanie
wio- sennie z Londynu
psychoanaliza alternatywna
pod wiosenną nutą parasola
jakimś cudem...
przedwiośnie
jasne strony?.. jasne, że jasne
(...) miłość taka nie do końca
tańczę jak gra orkiestra
Wypominki Kobiece - na wesoło
moje postanowienia dniowokobietowe
o kobietach można wiele...
przedwiosenne roztargnienia
szaleństwa hektolitrowe
rozczarowanie
muzeum woskowych osoblistości
złodziej
dom- nasz wspólny
palma zamiast głowy
pobudzając czakramy - prezent
kwiecień kołuje, baba plotkuje
kotki na wierzbie, latawce w sadzawce
posągi uśpionych tak
i co wy na to?
z wyrzutami na twarzy
rozum paruje szukając pary do wiary
[i]czerwone melancholie[/i] Marka G.
wrastam w ziemię ze spuszczonymi oczami
nic do końca a wszystko od początku
na rozstaju dróg wiosna jeszcze się waha
pociąg do Nikąd?
pod ciężarem
kwieciście, ogniście
na jeziorze drawskim
bocianie gniazdo
czarny łabędź CZARNA NIEDZIELA
nielotny- przelotny- wywrotny
ZAMYSŁ
ZASRONIEC
dlaczego ptaki nie wiją gniazd na brzozach
Pankratkowy wypatruje wiosny
czekając na maj
czekając na maj, wersja na ostro dla amka
21 dzień mojej głupoty
ogród majowy
czy w ogóle ktoś mnie słucha?
dadaistycznosensorycznie podchody do kopy
z tobą wszystko, bez ciebie nic
passiflora
nie umiem znaleźć tytułu
ogrody zahukane
Z TEATRU ABSURDU XX i więcej
łap chwile
"nie mówię żegnaj"
okrojony ZAMYSŁ
morze lub może- tytuł się tropi
po co martwić się na zapas
a kiedy przyjdą już wakacje
wtedy nas nie będzie...
chodzikowe sny
prosto w oczy ( CZEKAM)
zrozumieć Boga
smak suszonych śliwek
taki sobie żarcik?
wypal onymi oczy ma
myśl miesiąca
marzenia utopią(one) w rozsądku
na grilu spieczone płatki
G A D A J A K P O T Ł U C Z O N A
erekcjato?
noc
OLŚNIENIA
PROBLEM
DZIEDZICZENIE
nieprzywidywalność
przychodzi taka chwila
na światło dzienne życiowe sprawki
CZEKAM NA ŻNIWA
WYPIEKI
NIEPOKORNE WĄTPLIWOŚĆI
LUKA CO PANA SZUKA
dobranoc
MORDA W KUPEŁ
blisko piaskownicy, czyli jak to jest na emeryturze
kiedy ma się ku zachodowi
karminowy krzak jaśminu
ciągoty za płoty
narażeni na brak uwielbienia- czyli odlotowo
droga dwupasmowa
Skąd ja to znam?
żółte melancholie
nagrabiłam sobie
rzekotki śpiewają najładniej
moment czasu w czasie *
Nie do twarzy nam z taką jesienią
myśli rozczochrane
bigotka
LUDOMANIA
wiersz naniby w odwrotności do sytuacji czasu
tak jakby o jesieni
z jesiennym wiatrem
to tylko kolejna pora roku, kochanie
moje podróże
DARY MORZA PÓŁNOCNEGO
staje w dzień
nie wierzycie w taki świat?
nie pytaj czego się boję
nie można tracić z oczu najważniejszego
[i]dziś nie na czasie[/i]
z cyklu - moje podróże- Nad Morzem Północnym
kapelusz z rondem
z Mikołajem w chowanego
wizerunek z Manoppello nie nosi śladów farb
...[i]nadmiarem myśli [/i]
prawda, święta i najprawdziwsza prawda
WRÓŻKI
Nie był taki jakim oczekiwano
pełen odlot
minęło tyle lat
winna odległość
na pewno nie schudnę z tęsknoty
sportsmenka?
po latach nie bycia
żebraczka
dziadem proszalnym jestem
zachścianki
do wiosny
piesdomni
BALET ŁABĘDZI - czyli re'Animacja
wiosna z o.o w ZOO
sny druidowe
smutność walentynkowa
modliszka
ogłoszenie
malarz niezdecydowania
wiersz 'zmetapotforzony' w swojej idei
oda do tęsknoty?
al..alz...heimer
gdy przyjaciel w partyzantkę poszedł
z powrotem do siebie
z braku podpałki
psiakrew, cholera
spełnienie marzeń szarych eminencji
uciec przed strachem
w powrotach - obca
dla Ireny z usmiechem
cień na ławce pod lipą
niech się spełnią marzenia
kiedy jeszcze mnie nie było
Najlepiej by stała się stałość ( poprawiony)
zakręcona w urojeniach
jeśli cię życie nie kręci, czyli wakacyjny sezon ogórkowy
Zatopiona komórka
bo nigdy nie wie co z tego wyniknie
graWITACJA
tylko ślad jak po przeciągu
psz...czółka
odwieczna przygoda
LISTOPAD
Gładko czesane
nic się zdarza bez przyczyny
a może tak zatańczymy
poukładać życie
początek na końcu
nie wierzę w świętego mikołaja
kobiece bajanie w andrzejkowy wieczór
coś z dekalogu
A KIEDY JUŻ
najprościej
w lustrze
DZIECiĘCY FARTUSZEK
zrozumieć i iść dalej
czekanie
Brama w Auschwitz
od niechcenia
Drobne? zaniedbania
dojrzewająca ślepota
poezja jest kobietą
zmierzch nad drawskim
zapisz marzenia pod sercem
wiejskie wilkołaki
nareszcie
przeistoczenie
zbudziłam demona
nawyk
kiedy noc przyćmiła dzień
nie pomoże puder róż...
współczesna Pani Twardowska
Antidotum
surrealistycznie
dyspusja
Przecież to było tak dawno
mani pulacje
Dzisiaj
Widok z okna
kiedy kończy się
w ogrodzie nie piszę już wierszy
prokreacja
nadgryziony księżyc
ku zatraceniu
po co komu zielnik Jacka?
ten co nie był uczniem Chrystusa
zwyczajna podróż
kiedy wiara jest niepotrzebna
zielono mi
nie mów do mnie
koło ratunkowe
to nie miała być skarga
wspomnienie wioski z dzieciństwa
niezdrowe popadanie w melancholię
jesienne wibracje (- nieco poprawione)
jabłuszko pełne snu
obudź się kobieto z dużymi oczami
Andrzejkowe ślady na poduszce
zimowe zmartwienia saszy
sępy żywią się papierem zapisanym sympatycznym atramentem
co słychać w naszej wsi
nie każ mi
stają ci się obce ptaki z twojego gniazda
na ból głowy
list bez adresata
wiosną tworzą się nowe
najgorszą rzeczą jest zbyt długie zastanawianie się
niezapominajki znad Wisły Jana Pawła II
wio senne feng-shui
kolejne pokolenie na szczycie
hula -babula
słomiany ogień
po burzy dobrze byłoby się nauczyć latać
z cyklu- Murmychowe opowieści
Wypędzona z raju
Słowo przekorne na niedzielę
całe miasto śpi a do Gdyni tak daleko
bez znaczenia
rzeczywistość jak papieros dzielony na dwa
herezja?
ogród przemijań
Lady romantyczka
w starych zegarach
dlaczego tak ci zależy....
w obejściach opuszczonej chaty
druidowe sny
kiedy przekwitają maki
i tu kończy się poziom... ze wspomnień w sepii
z niewolnika nie ma pracownika
Widziane inaczej
Konwersacje na cztery akty
refleksja przychodzi poniewczasie
erotyczna noc
Czas podwyższyć ptakom lot
Przebrałeś miarę
Wiersz spod upadłego pióra
widziane z lotu
czy mogę coś powiedzieć
wynurzenia Panawkratkę
sen o najprawdziwszej prawdzie
Taka paplanina
jesienna
wpływ obciętych włosów na tok myślenia
emigrant piosenka?
w ciągłej podróży
nie zabijajcie motyli
przyjaciel sen
enigmatyczna miłość
w stronę słońca
kolejny nie wysłany list
zaproszenie
czynna ignorancja
stary satyr
mów do mnie...
latam samolotem
enigmatyczna miłość (po poprawkach)
siła woli rodzi decyzje
Rozkosz dotyku
z marzeniami pod gwiazdami
Murmychowy cykl.3 Czasu nie cofniesz.
swój kawałek szczęścia
hipoterapia
i tylko śmierci nie wykpimy
ucieczka w zapach świec
liść
twój i mój kontynent nocy
nad jeziorem drawskim
malowałam sobie święta
urwanie głowy
dylematy emeryta
po prostu wiersz
spacerkiem przez wieś
zimowe haiku
pazurem we wrzosach
zaskoczony?


cztery ręce jedno serce

rozbierają się kochają wszystkimi zmysłami
blask świecy, zapach róż,
płonące euforie
- zdziwisz się
- dlaczego?
bo lecą liście
gaśnie płomień
i nic nie wybucha

patrzy na jego bladość
- nie śpisz

pokazuje na serce pokój okno
miłość -
mistrzyni metamorfozy


* * *

generalny remont moich myśli

twoje sny kochany
- rupieciarnia ciał niebieskich
na pępku świata nogi dupa i połówka
z innej epoki
gdzie rządzą niepiśmienni
mający puste długopisy
po udanym polowaniu
ciiii

jutro musimy wstać
- trudno będzie
spojrzeć sobie w oczy





* * *

smyczkiem po wierzbach( do wierzbnego cyklu)

A jeśli feniks nie powstanie z popiołów

Wierzby potrafią szybko odrastać. Siedmiogłowe.
Pożerają wschody. Rodzą koty. Teraz.
Podnoszą ciśnienie

Zamknęłam
parę słów nic nie znaczących na dobranoc
bajki złotoustne i sen jawą.

Zapadam się w popękane szpary kory
szukając wskazówek na dobry czas
wlecze się za mną cień mijanych lat.
Przede mną rozgałęzienia sękate
średniowiecze pokoleń trwa.

Powiedz że jest inaczej.

*wersja 2.

A jeśli feniks nie powstanie z popiołów

Wierzby potrafią szybko odrastać.
Siedmiogłowe.
Pożerają wschody. Rodzą koty.
Teraz.

Wsiąkam w popękaną korę
swojego Pacanowa
szukam za mną
przedemną - rozgałęzienia sękate
średniowiecze mojego pokolenia

Powiedz że jest inaczej.


* * *

letnie grilowanie

w powietrzu zapach kwiatów jaśminu
i ciętego arbuza

kiedy pochyliła się nad stołem
gwiazdy z trzaskiem spadły płosząc sen
w jej oczach zapalił się księżyc
wabiąc nocnego ducha

myślał o ogniu obejmując ręką
jabłko rozdzielone wąską szczeliną noża

uwielbiał gdy mawiała:-
jeśli mnie upuścisz wyjdę z siebie
na drogę rzymskiego imperium

więc trzymaj mocno
aż zaleje nas mój 'cichy don'


* * *

moje głupie marzenia?

chciałabym znaleźć takie miejsce
gdzie zioło się skręca w dziewiećsił witalnych na miedzy zając chroni wilka
w moherach nie wiją gniazda osy
a papugi nie drą się
z piór

gdzie zachowana jest równowaga
wymiennej roli sługi i pana

najbardziej mi trzeba


* * *

moja ojczyzna dama asymetryczna

[lewo]jesteś przy mnie od urodzenia
a nie dajesz poczucia bezpieczeństwa

codziennie widzę i słyszę
fałszywe dźwięki
zmienne nastroje
widoki nie do końca prawdziwe

chwiejna jak człowiek tylko potrafi
balansujesz z lewej na prawą
z przewagą na dziurawe kieszenie
- wstyd od sąsiadów

dla tonących brzytwę
dla jedzących łyżkę za płytką
pozostałym imitacje wędek

wiesz
nie odejdę od stołu
choć wielu uniosły fale
zdzierżę

patrz,
następny odchodzi
nie zatrzymasz?
Matko,
moja nadziejo[/lewo]




* * *

kochamy wciąż za późno

" Blokując w sobie uczucie milości,
rozjaśniamy rozsądek, ale cóż on jest bez niej wart."

[lewo]mnożę odległość początku od końca
skuteczniej niż dzieląca ściana z drzwiami
przytrzaskującymi ogony lat
z których zawsze traktujemy
wybiórczo charakter narad wojennych

dzielony na dwa kubek rosołu ma smak
wtedy gdy ciało spragnione ciepła
a głód rośnie w miarę braku
ćwiczeń porannych wiązanych kropelkami
zapobiegającymi chorobie sierocej

a jednak
twoją twarz topię w pamięci
z której ulewają się wspomnienia
zatrzymując się w ustach mają smak płomieni
chryzantem więdnących
w czadzie świec


* * *

smak liczby pojedynczej

usłyszałam pukanie
otworzyłam
[lewo]jak Bóg przykazał

zapałką tkwiącą w ręce
zapaliłam świecę migdałowo

wszystko wokół pachniało
pieprzonym obiadem

to nic że ciebie nie ma
ja też nie będę
odbiciem lustrze

rosół dzielony na dwoje
spojedynkuję

policzkiem przytulonym
do ciepłej szklanki dziurawca
złapię
chwile na chwilę
bo na wiecznie się boję

stygnięcia w ciemności
[/lewo]


* * *

Pomysł na wakacje( miało być z humorem)

[lewo]późnym latem urywałam ucho walizce
gnąc się pod ciężarem pomysłów
- bilet w zęby dziurkowałam bezwiednie
z przekory albo z powodu zajętych rąk
nigdy z niepamięci
porzucałam kostur na dworcu zachodnim
zamiast pod kapelusz chowałam afery
na wschodnim dworcu pomyłek

zapatrzeni we własne odbicia
badaliśmy skutki upływu

czasu brakowało na rozpamiętywanie
ciepła potrzebnego
do rozpalenia kominka
też
nie byłam roz-czarowana[/lewo]






* * *

porządki w komórkach

[lewo] Wstęp

to miał być wiersz o niezdecydowaniu,
nie mów mi że jest o niczym

za plecami rozmruczało się kocie futro
w kapeluszu przewiązanym mleczną szarfą
płynie okrąglak ponad drzewami
szukając powodu by zajrzeć w okno

Rozwinięcie

myśli na fotelu od bujania dostały wytrzeszczu
gdy zaczęłam zabarwiać szuflady
osobistych dążeń bez decyzji
pomijając chwile
gdy szukałam przeciwnego kierunku
do jazdy okrężnej

Zakończenie

nigdy nie byłam dobrym kierowcą
bo też nigdy nie trzymałam na okrągło
to taka moja tajemnica - tańczącej z wiatrem
na jednej drodze

Puenta

zawirowania to moja specjalność
a Inka wybebesza moje szuflady[/lewo]


* * *

tramwaj z Giokondą

[lewo]-kochanie, mógłbyś wstać?
przysiadłeś mi ogony lat
a damy nie lubią gdy asymetryczność
łamie szpilki

spojrzeniem
który zabiłby meduzę
młodzieniec uniósł szacowną płeć
za pozwoleniem i bez niego usiadłam
z błyskiem flesza nowego aparatu
przeciw wykrzywieniom

[i]cholerne baby, żeby chociaż brzuchata[/i]

przeżułam cytrynę w szerokim paśmie
odwzajemnonego uśmiechu
nie będąc już "Damą z łasiczką"
mogę zaistnieć tajemniczym uśmiechem
bez asymetryczności Witkacego

koniec. wysiadka.[/lewo]


* * *

malowanie bez pozy

masz deficyty w znajomości
sztuki naturalnej

w obrazie mojego pędzla
trzciny poddają się płomieniom
podsycanym przez wiatr
który nie zna swojego miejsca
ziemi wyrywa drzewa z korzeniami
swodobny i majestatyczny w swojej mnogości
niesie zapach huraganu
i słodkomdlących grążeli

czy to dziwne
że chronię się w zdrowy sen
naturalnie na fali


* * *

ziółko

[lewo] każdy potrzebuje poić złudzenia
zapachem drażnić
wędrówką zmysłów wzdłuż brzegu

[i]na szczycie poczuła smak[/i]

pod stopami trawnik uwierający ostem
którego nie sposób udomowić
nawet kwiaty upajając - bolą

[i]to jego porzucił Bóg[/i]

nie był jak zioło
zbawienny serdecznik czy bratek
mięta lub rumianek
wręcz przeciwnie
był ostrym kolcem
instynktu niezależności

pleni się
dla nikogo[/lewo]


* * *

jesienią o wiośnie na drawskim- coś z pozy (poprawiony)

Masz braki w znajomości natury - wymruczał kamień olszynie

drobne szyszki trzymają się mocno
unerwionych liści na tle
trzciny poddającej się płomieniom
podsycanym przez wiatr
który wyszumieć się chce w poziomie
kładąc trawy
w majestacie swobody
przyniósł zapach zefirka
i kocimiętki porastającej brzegi
w ostro- słodki sen
naturalnie na fali
palą się olszyny
z zielonymi szyszkami


* * *

wyblakła sukienka

[lewo] kolejny raz
zasypia z przestrzenią do oddychania
nie kończącą się na długości
opiekuńczych ramion

[i]cicha onomatopeja[/i]

zatraca się skóra gładka
jak brzuch oślicy
i palec z którym nie wie co zrobić
błądzi na poduszce

a przecież chciałaby
przystroić ciało

odlecieć[/lewo]


* * *

pół żartem a wszystko na serio

[lewo]stos piętrzy się niedbale
i nie chodzi o to że nie lubię wieczorem
cieszę się że mam dla kogo i komu
nawrzucać do tacy a potem bić czołem
w zbyt nisko wiszącą szafkę

[i]nie muszę zginać ostrożnie kości
z uśmiechem bigotki podejmować gości
słuchać komu bije i w jakim kościele
kto spadł z ambony bo przytył za wiele[/i]

popłynę
z życiem
wezmę za barki
powstrzymam

myśli jakby szybsze
byleby świat spowolnił
wtedy może na dłużej starczy chęci
do niechęci odstawania
ogona od kolejki

byleby nie było
tyle do zmywania[/lewo]





* * *

kobieta w bieli urwanej pamięci

[lewo] wtedy nie robiliśmy zdjęć
liściom opadającym na taftową suknię
wieczoru

nie układaliśmy bukietów
w deszczu pożegnań plątały się dłonie
nie wysychały krople na twarzach
pająki snuły misterną sieć

pamiętam
ślad więdnie w ciszy pełniejszej niż rana
po bąblu na zakręconej stopie

nadal szukam dzbana
ciągle nie po tej stronie tęczy[/lewo]

cholerna starość
- dzban -
nie do tej bajki


* * *

alkatras, czyli zapuszkowana dama

[lewo] ( z przymrużeniem...)
na własne życzenie
nie pytając nikogo
zgodę wyraziłam sama
pluję w brodę sobie
w zęby dać nie mogę
pogubiłam
drogę
potem wyścieliłam i tęsknotą
a ty pytasz po co
takie poświęcenie

właśnie po to

zaszyłam się w cztery kąty
dwie ręce na dwie psoty
babki z piasku
dla ozdoby
trzy pluszowe koty
kolczyk w uchu
w zębach szmina
u nóg kamień
więzi trzyma

a ty mówisz- w trasę rusz

w alkatrans
już


* * *

twarda kobieta z miękkim sercem

[lewo] Okładam zieloną herbatą bolące oczy .
Ile czasu potrzeba by ozdrowiały
niemrawe poranki czkające czarną albo
z mlekiem nie mogę się zdecydować
–wrzody, udar czy kamienie
konsekwentnie pracuję nad rozrostem
zielona łąka bardziej potrzebna
niż moje 'albanie' w nic
nie znaczących wersach

nie stawiam priorytetowo talerza z zupą albo
nowych butów skrzeczącej papugi na orła
łamiącego skrzydła w przyciasnej klatce.

Nie do mnie należy jego wybawienie lecz ja nadstawiam policzek
z blizną wczorajszej niezgody, której nie łaskoczą już obiecanki.

Tylko nad ranem dziwi mnie jezioro łabędzie
na mojej poduszce.


* * *

z Julcią na spacerze

[lewo]
w puchu wrony pogubiły pióra
jej nie zgubię
przywiązane do siebie
kroczymy duktem pod czapami
wystarczy rękę podnieść
a zlecą wszystkie
mieniące się w słońcu skarby
białego szaleństwa
ze śmiechem zmarzniętej kruszyny

płoną na policzku skapki płatków
nie zamienią się w krę
nigdy

taka miłość lody pali
zagłuszy krakanie
czasu





* * *

alegoria zimy

[lewo] nie jestem poetą zimy
sama jestem zimą
wysrebrzoną włosami kolejnych choinek
w wypłowiałym śniegu
bałwanowi dolepiam marchewkę

zimę traktuję jako sztukę
z kaprysami białej damy
do oglądania przez szybę
sopli zamykających pory roku

wyobcowana z zieleni
potykam się w przejściu



* * *

błysk sylwestrowego flesza

[lewo]wysrebrzona kolejną gwiazdą
soplami dłoni tłumię płomienie wieczoru
potęgujące bezradność nadmiaru
światła i huku

z parapetu podmuch strącił kieliszek
na szczęście
stłukł się jak kryształ Kaya
bąbelki i okruchy
myślisz że porównam je do życia
przeliczyłeś
było dokładnie jak w kalendarzu
*
kochani
zdrowia nade wszystko
resztę każdy sam sobie dopisze
ja stawiam



* * *

rozmowy niekolorowane podsłuchem

[lewo]spotkać się z poetą to żaden interes, człowieku
ten tylko buja, czasem chmurny, załatwi cię
wierszem. bywa
niepokój z nim, traktuje z góry myśli
swoje ucisza.
interesu żadnego.

nie rozumie- proszę ja ciebie-
że trzeba fiskusa podkręcić,
inaczej nie ruszysz, za cholerę,
z gówna bicza nie ukręcisz,
a chydrze łeb przy samym zakończeniu

na wszystkich frontach krótko na jeża
się przycina i jazda,
a taki to nawet porządnie
nie odjedzie bo i czym,
człowieku, zobacz u mnie,
żona ma swoje, syn ma swoje i ja mam swoje
twarde w kieszeni w pięści zaciśniętej
serce
kładę obok innej
dla pewności- proszę...
- ciii, maleńka, nie szczekaj. - ja tylko ciebie


* * *

noworoczne branie

nie uczyniłam nic wielkiego
wyrzuciłam tylko ziarno
z kieliszka chleba
wymownym ruchem
dziobiąc kromkę
rozpętanych zmysłów

egoistyczne ciągoty drugiej połowy
zalewają robaka absolut-nie
na wędkę

kołysząc dziurawą przystanią
spuszczam powietrze wyobrażeniom
o wspólnym wędkowaniu

- smaruję PIętkę optymizmu


* * *

tak rodzą badziewiaste wiersze o badziewiastej mi.ości

[lewo]znam takie miejsce wśród krzaków skryte
na końcu świata mały ot-forek
tu bicie serca możesz usłyszeć
kiedy mi.ością odetkasz korek

roztańczy się wtedy płomieni żar
buchnie melodią troszeczkę ckliwą
księżyc za oknem spotęguje czar
gdy szczęście spłynie ciepłą oliwą

oczy im zaszklą się i zajdą mgłą
za deszczem za progiem zostanie 'dziś'
gdy oni wyczerpią wylewność swą

wtedy w dłoń chwyci skonaną kiść
jutrem brzemienna nadzieją pełna
utworzy nowej miłości liść


* * *

rozpustnica

pewna swego odosobnienia
puściła się na łono natury
w ciszy wieczoru nie zwracając uwagi
na pożądliwe spojrzenia księżyca
ocierała się o szorstkie konary drzew

zamgliła się mgła
aż trawa bielała z zazdrości
a co dopiero ja


* * *

ostatnie słowo ma ten kto rozmawia do siebie

'Nauczcie się skorupy świata, zanim wyruszycie
szukać jego serca' -Z. Herbert

[lewo]Nie obejrzę się za nim. wyjdę z siebie
na złamanie karku o drogę
nie zapytam - jak będzie i co

pierwszy uśmiech czy spojrzenie
zmieszane jak ślad na wydmie
zostawia w źrenicach każdy ruch

nie trzeba błądzić w domysłach
cudzymi myślami tłuc swoje
słowa naszymi dłońmi otulić

czasem trzeba zmienić
okulary na bardziej słoneczne
by nie móc widzieć tego co zawidoczne

w zasięgu siebie
nie dając więcej niż to możliwe
przestajemy śnić wspólną rzeczywistość

aż dech zapiera gdy normalnie
oddycham
pod wiatr


* * *

mix niecenzurowany

"Jestem jak osioł, który nosi w sobie piękno," (...)

[lewo]myśli wymknęły się cenzurze
nagie latają po pokoju
wabiąc chęci niespożyte

oddechy napełnione
na przemian
wyważają za i przeciw
po niewczasie

zatraca się zapach skóry
gładkiej jak brzuch oślicy
palec wędruje i nie wiesz
co z nim zrobić

zostaje
[i] na ustach wspomnienie smaku[/i]-*


*Tim Guenard bokser francuski
*Outcast



* * *

a jednak kręci tak nie na żarty

[lewo]siadam na [i]piedustale [/i]rozrasta się czteroliterowy alfabet
wrzyna się w myśl cudzymi tekstami krążą pytania
dlaczego nie czułam tego przedtem
potem też nasiąkam [i] Andrenaliną [/i]
język kołacze o bramę podniebienia
dość rękę cofnąć by nie obrastać

jak bobry na zimę
ja od wiosny do zimy poszerzam
swoje horyzonty
by zasłonić widoki na przyszłość
chudemu mężowi



* * *

taksie rozgadałam słuchając Jamesa..


[lewo]nie wolno myśleć
tak samo a nawet podobnie –
zabronione noszenie identycznych
rozmiarów
wciąż przybywa

szkiełek kamieni coraz więcej
na plaży w gąskach
uzurpatorów piachu i nagości
gdy słońce pęka w szwach
stara szafa nie ma czym się okryć

nawet dziury na lekarstwo
nie stać emerytów też przywykamy
do nagich korzeni

potykając się o pokręcone
poglądy wszyscy mają
niektórzy inny rozmiar
- zależnie od stopy życiowej

moja mała na płaskim obcasie
a otwiera [i]małpa [/i]jedna drzwi do lasu
wyważyłam kamuflażem nieistotnych wierszy

na siłę

to jeszcze nie najgorsze wszystko
przede mną złe wyszło
szydłem dobrych intencji
w piekle
aż parzą

[i]nie mniej czekam na kolejną odsłonę[/i]


* * *

psiakrew, cholera

[lewo]lubię w swoim posprzątanym domku
wtulić się w zapach ciszy opanowujacej ściany
oddychają swobodnie kwiaty na oknie bujnie
zasłaniają świat dookoła jakby nie istniał
zgrzyt starego zegara przeciąża wyrzuty
godzina po godzinie zamiera w oczekiwaniu
zmiany do przewidzenia - licho wie po co

dobre czy złe w samo południe cień mi zabiera
moja przypadłość, psiakrew cholera
znam pochodzenie tego herr drania
licho wie po co [i] deszczem fontanny[/i]
wydzwania w przybytku tuż obok wanny

skleroza nie boli czyżby dlatego sik szedł powoli

alzheimer
- kropka i koniec -
psiakrew cholera
dzwoniec



* * *

poszukuję fachowca może być hydraulik

[lewo]zeskrobałam ze ściany ostatnie
o nim wyobrażenia
odpały gwałtownie
przy drzwiach
widoczne ślady ucieczki
pająków zerwane zajęczyny

niepokój
po wyblakłych miejscach
zalałam
zielenią wiosenną

wielokrotne próby doprowadziły
do zmęczenia materiału

sąsiadka radzi wezwać fachowca
nie poskleja
byleby w rozeznaniu był dobry




* * *

tak misie niesennie przy Vangelisie

[i]Dzikus wykrzyczał swoje credo:-...chcę Boga, poezji, wolności, cnoty,
chcę grzechu[/i]---wg Aldousa Huxleya

[lewo]poduszka przyciąga wzrok
przez szparę między parapetem a iluzjami
wszechnoc w obłocznej sukni
niebieskość nie przemawia do mnie

odcenzurowane myśli szemrzą nieprzystojnie
takiej poważnej osobie gonić hulajnogą
po strumyk czułości sączący się słono
- spieprzone złudzenia

ktoś wprowadził mnie do oazy ale czy mówi
do mojego serca trudno się dostukać z braku
rozdałam po kawałku i nie mam już siły dobić
resztek moralności pobożnymi deklaracjami

wielu próbowało naprawić cieknący zlew
gdzie krew zalewa wszystko
ale na spieprzonym życiu zna się tylko Jeden
dlatego nie wysyłajcie go na zasiłek dla bezrobotnych

tak naprawdę nie grzeszę
zdrowym rozsądkiem
piszę wiersze


* * *

poemat, który nie ma tytułu

[i]kto uwierzy, że u źródeł ludzkiego zagubienia jest zawsze brak
czułości i miłości[/i]

[lewo]Najgorsza chwila, kiedy wchodząc do pokoju
wstrzymujesz własny oddech, by usłyszeć tę,
która w zgniecionej pościeli cicho oddycha.
Patrzysz, chłoniesz ciemność wielkimi oczami,
a ona najciszej by nie być utrapieniem,
faluje drganiem w ciele, gdzie noc się domowi.
Możesz zrobić cokolwiek: śmiać się, pogłaskać lub
na palcach cichusieńko, nie budząc nikogo
odejść stąd, niosąc swojego cyrenejczyka.

Patrząc na twarz śpiącej, z głęboką wiarą Bogu
polecasz swoją bezradność i zagubienie.
Ciemność rozświetlasz lampkami cichej modlitwy,
nadając sens temu cierpieniu - wbrew logice.
Rany nie gojących się blizn, są jak stygmaty
na jej ciele. Szukasz odpowiedzi u Pana : -
ona jest sympatycznym atramentem Stwórcy.
Sumienie tylko paruje pod maglem grzechów.

Gdzieś w mroku, za oknem anioł prostuje skrzydła.
Mógłby łatwo podejść znienacka, w każdej chwili.
Jednak zwleka, jakby dawał czas tym na ziemi,
na jedyny rodzaj zajmowania się sobą:
co nie jest samolubnym dowartościowaniem.
Miłość, która późno odważyła się mówić,
wypełnia najtrudniejsze godziny wyrzeczeń.


* * *

Pierwsze kroczki w przedwiośnie

[i]wiosno - szkoda że odchodzisz tak wcześnie
i zabierasz to wszystko
bezpowrotnie, bezlitośnie -[/i]'Egzegeta'

[lewo]piąstki ściskają kapotę wiatru
sprężynki nóg podążając za ważnym
zmiatają niedawny śnieg zsunięty
na brzeg słońca -odwrotnie do kroczków

tupiących
z wielkim zaangażowaniem po płycie
chodnika zabrakło jakoś tak szybko
i zajączek nie dał się złapać

drży w piersiach grudka uczucia
zacieśnia się bliskość palców
przekornie do sytuacji tańczymy
choć płyta nie ta
a[i] świat się śmieje[/i] buziami pierwiosnków

serce uczy się drżenia na nowo
a ręce sprawności


* * *

jakośtobędzie

[lewo]gasną ostatnie lampy
jeszcze nie śpię
wskazówka przesuwa bezcelowość
usilnego zamknięcia pod powiekami
twojej wizji
bez kulistego światła*

dopijam gorzki wermut i wierzę
że w porze koguta sen opadanie
na czoło ulgą jakoś to będzie
mówiłaś [i]będzie lepiej nie pękaj [/i]
bańki mydlane już nie zabawą za bramą
brak
świadomości

a ja brukuję drogi usprawiedliwienia

*wg Junga to dusza


* * *

moje niedoczekanie czyli [i]wyżej dupy...[/i]*

[lewo]lampa zachęcona własnym mrokiem
zatacza myśli na obwodnicy klosza
od wczoraj siedzi ćma dając poczucie ubezwłasnowolnienia
dla niezbędnika kieszonkowego
zakleszczył się w torebce pomiędzy pośladkami
zakorkował wnętrze sprawami niecierpiącymi
zwłoki stygły w muszli

nieświeże powietrze powoduje więdnięcie
uszu od radia mówiącego do siebie
przestałam szczerzyć zęby wylewając
wodę z mycia nieswoich rąk pumeksem
ból wynikł z tarcia przy każdorazowym ucisku
serce
niczym tramwaj
wykoleja się na przejeździe

jak rządowe deklaracje

* tytuł p.Woltmana jak morde...pasuje tu


* * *

dla tych co nie chcą

[i]Oskar chciał przestać rosnąć w proteście
przeciwko okrucieństwu świata dorosłych[/i]*


[lewo]mówię do was...

dziwicie się że czeski film
niepotrzebnie
dobrze wiecie dlaczego
właśnie do was
do wszystkich razem i każdego z osobna

zastanawiam się i obieram
cebulę błędów
niech was szczypie w oczy
aż po dziurę w mózgu

sypiemy na głowę popioły
pijemy co nawarzyliśmy
a morały pędzimy w beczki
nasze pociechy bawią się w dorosłych
dorośli w ciuciubabkę
śmierć wybiera

bębenek nie oskarża
od niemocy pękają tylko szyby

minuta ciszy
to wszystko






* * *

figlarna odlotka

czyli każda z nas ma duszę kleopatry


[i] będę dzisiaj u ciebie [/i] napisał.

[lewo]W klatce zadrżało głupie serce.
Muszę zredukować je do zera,
przecież nie ma nic do powiedzenia.

Wypieniona w wannie maskuję twarz
doskonałym specyfikiem modeluję uda
się może pozbyć nadmiaru
słodyczy myśli rozwiązłe
nabalsamowałam.

Co raz w judaszu wymiernie do oceny
własnej wartości
oczekiwania mierzę czas.

Upiekło mi się niezłe ciasto,
gdy doczytałam:
[i] pod wierszem [/i]

Wypięłam się na karpatkę
padając grymasem z podkówką.
Bez odgłosu.

dla Mariuchy, który ma poczucie humoru


* * *

nocne wynurzania z instrukcją obsługi dla Mufki

[lewo]twoje sny kochany to
rupieciarnia ciał [i]niepieskich [/i]
na pępku świata nogi dupa
i połówka

z innej epoki
niepiśmienny długopis
po udanym polowaniu

ciiii... jutro musimy wstać
będzie trudno

spojrzeć sobie w oczy


* * *

amor fati - pies zagryzł kóliczka (wiersz eksperymentalny)

[lewo]mam doła
oła
fioła

bez słowa
nie zawołam m
owa
ądra
głowa

liczek
po
boli
och

nie mów
dont worry
letere

tere?

śmiało p
do
rzodu
rzyj
mimo ustki
chłodu
carpe diem

za mną cień
woła i tak
doła i tak
jak cho
mam
lera
o

*

[i]dla Mufki,(znowu), który wie, co to znaczy stracić przyjaciela w zwierzaczku[/i]


* * *

mijanie

www.youtube.com/watch?v=EkvrTjQJJ0Y


[lewo][i]spacer [/i]

niechby był choć trochę nieprzewidywalny,
a tak wszystko jak zawsze
niebo, drzewa, szron, pod nogami
kamyki, co nie chcą oderwać się z ziemi
mżawka, ziąb i czas -atrybut przestrzeni -
powiadają mądrzy nie on

widzi, jak przenikam ciemność
w lustra odbijane dowodem na twarzy
i rękach, na których plamy słońca
powiększają się w miarę zawieszania wzroku
na czymś, czego dogonić nie można
tak żyć i obmacywać
oczami te zmarszczki i słowa bliskie ziemi
która krzykiem cedzi we mnie
światło z coraz krótszym cieniem


* * *

kilka słów o miłości

[i]wielka rzeka
poziom spada z hukiem
w mgłę [/i]- Jemall

[lewo]obrastaliśmy w miłość z deszczowych drzew
potoki zmieniały się w chwile
nurtem zrównanym z ziemią
płynęły myśli wstydliwie zawiłe

zmierzch na nowo pozwala przeżywać
pamięć miejsc gorących i grzesznych
wspomnienie zostało mi przywoływać
kwitnące w oazie mgieł wiecznych

pitupitupatataj
nie dla mnie już ten cudny k,raj


* * *

zimowa dziewczyna [po poprawkach]

[lewo]zamyka okno z kwiecistymi żaluzjami
po pokoju zbłąkanych kilka płatków
kaprysów nie więcej niż cierpliwości
z lustra patrzą na nią kry
o wiele za mocno
dotyka ulotnych kryształków

przenika przyszłość lustrzaną
żegna by odeprzeć wszystkie
odbite i popękane oswaja
powoli - nieważne
zimę też można pokochać.


* * *

na co mi słowa

[lewo]odmieniasz przez przypadki
rzeczowniki dyszą z namaszczeniem
jak mantra
nadzieja, wiara i zobacz -
kroi się wiosna

z zamkniętymi oczami
z dystansem do mnie
i do tego co już nieważne
i co najważniejsze

idzie


* * *

asymetryczna dama z portretu Witkacego

[lewo]mam postępującą awersję do głosowania
co stawia mnie w ogonie demokracji
a raczej jego awangardzie

nie jestem odosobniona i tu nie będę tą
co rzuca monetę by rozstrzygnąć
kto ma rządzić w moim domu

co cztery lata przestępuję z nogi
na stronę, co nie jest zbyt eleganckim
zachowaniem, zwłaszcza wobec sąsiadów

moja asymetria nie wie jak się zdeklarować
raz kuleje na lewą, raz na prawą
a może odwrotnie

sklepy sprzedają przeterminowane masło
z zyskiem: kto smaruje, ten jedzie
do wód leczyć postępującą demencję-
albo fora ze dwora

pamiętajcie
jestem jedną z was
cokolwiek wysmażę, to nie ma znaczenia
dla tych, co ryb nie potrafią złapać w sieć



* * *

bunt, czyli podróż dla zaawansowanych

[lewo][i]mkną po mieście czerwone amwaje[/i]

moje ciało wsiadło w amwaj tra fiło
na kurs relacji początek- koniec my
ślicie że mu na to zez,woliłam
absurtnie

zawsze miałam sentymenty do staroci (senty z mentami do roci)
w lamusie układałam wszystkie zbiory
z natury bałaganiara
tutaj niczego nie zaniedbałam
miejscowo na baczność

pajęczyniłam się dobrymi mazidłami
(tak mi się zdaje bo ceny niezłe)
czasami wyrzuciłam kilka zbędnych rzeczy
i co
żadnej wątpliwości tfu wdzięczności
wsiada toto w byle jaki amwaj trach
i gubi na kolejnych przystankach fragmenty
m o j e g o ciała
zbierając potłuczone gwiazdy na dodatek jeszcze
rąbie na zakrętach

wsiadam na rower i gonię zaraz
który to przy stanek
karin ?


* * *

pierońsko anielsko

[lewo]
wczoraj anioł do mnie wpadł
za pazuchą miał co miał
nie pytałam co i jak
przecież anioł - wolny ptak

gadka - szmatka o tym
co ma cierpki smak
we włosach gniazdo
nie wiem kto i jak
krystalizował szkło

kolejka w kolejkę
dobrze wszystko szło
póki nie poczułam
piór gorzkiego smaku

myślę
szalony jest
świat

dalej nie pytaj
nie pamiętam jak
rozpił mi się ptak


* * *

kiedy przekwitają maki

[lewo]uchylę zasłony - drzwi na świat
zakołyszą się promienie
spłyną po brwiach nie obleczonych szronem

nie będę szukać odpowiedzi na pytania
rodzące się zawczasu dojrzałe
których nie da się na nowo oblec w skorupę
zielonego groszku

jeszcze nie myślę o katakumbach rzymskich
zachwycam się ciszą i głaskaniem powietrza
wyznacza kierunek
na przekór ręce
która przez zasłony wpuszcza jasność
w blasku włos jak krople rosy na poduszce
śniącej jeszcze o dalekich podróżach
grzechem jest pozbawiać ją złudzeń

słońce jeszcze nie zaszło


* * *

poeta bylejaki

[lewo]
Oto jestem.
Poeta byle jaki, co słów cedzi połowę.
Łańcuchem logicznie biegnących myśli
lukruje świat potworem metafor.
W wyobraźni zaszywa chęć poznania
własnej intuicji utwardzonej gorzką czekoladą .
Co burzy wszystkie świętości za nic mając miłość.

Oto jestem - zmierzch przekwitły srebrnymi wierzbami.
Przemienienia nie dosięgły mnie, nocą
wiatr wygwizdał dajmonium nowego doświadczenia.

Zapłacz świecie nad bolesnością bycia w kratkę.

Oto byłem.
Nie wypatruj mnie w głębi podświadomości,
w zamierzchu nowego dnia, w duszy karmionej spokojem.
Kołataniem do pustej bramy
nie obudzisz orszaków weselnych.


* * *

tak to widzę

[lewo] [i] tęsknota za utraconym rajem jest wpisana w ten wiersz[/i]

kiedyś napiszę prawdziwy wiersz
teraz żłoby na moim Parnasie
pełne są sieczki
- tak widzę

nawet długopis obrósł w pióra
i nie chce strugać ponad zamiar
ołówek rozłożył się jak stara drewutnia
grafit na niebie tworzy
[i] pomroczną jasność[/i]

teraz zbyt krótkie ręce
żeby sklejać potłuczone gwiazdy
w kalejdoskop przebarwionych wizji
na granicy wszechrzeczy
- tak widzę bez cienia
wątpliwości
nie mam

laserem w oczach prześwietlam
od niedawna


* * *

oglądając się patrzę w przód

ktoś tu kiedyś powiedział
że wrócił mu nawyk czegoś tam
a mnie
powrócił nawyk
przydeptywania kociego ogona
od zawsze było tak: kto nadepnie
ten kryje - pałka-zapałka-
w mysią dziurę
zaczynam wpadać w paranoję

nie chodzi o łażenie po drzewach
w dole też pełno niedopałków
które należy podnieść żeby droga była
gładsza a zieleń pełniejsza
ciekawych przygód doświadczałam
idąc prosto jeszcze
potykam się o przeszkody

znaczone na szlaku
- ślady współczesnej kultury -
kopnij w dupę bez przydeptywania ogona
.
czuję pęknięcia


* * *

nietrafiona puenta

[lewo]Mówisz że idzie wiosna
więc dlaczego powietrze zachowuje się ozięble
mrówcząc po plecach nie otula ciepłem.
Zapowiadał się deser z przepysznej zieleni
miękkość traw, tymczasem tylko oczy wymiękają
jak mech pachnący ciszą w głuchym lesie.

Tętno jakieś spowolniałe i mało miarowo
bije na przekór galopującym myślom.
I komu to i po co to.

*
Z księżycem obeszłam się uczciwie.
Po nieudanym spacerze w świat
osobistego zamiłowania do narzekań,
bez pretensji poddałam się jego czarowi.
Przecież idzie wiosna.
Listek szczawiu w zęby i zmielę wszystko
przyprawione trafną puentą.



* * *

narzeczone Pana

mamie mojej

[lewo]młodzi mają tyle na głowie
czasem świecą
nie przykładem

stare kobiety mają zmarszczki
w nich zmęczenie i zgodę
na odejście w dalszy plan
czasem różaniec i słowa
pochodzące gdzieś z głębi
jakby tylko wieczność była

zdarza się że młodzi nie uszanują
ofukną, wyśmieją

ale to mało ważne
skoro[i] Oblubieniec jest coraz bliżej[/i]

to miłość która wie
że najpiękniejsze w życiu
rodzi się gdy umieramy dla siebie

2006, maj



* * *

zapytać nie zawadzi

[i]nic nie jest takie jak nam się wydaje[/i]
*
* * *
* * * * *

założyłam w sercu tajną radiostację
cel wiadomy - nadaję
zaprosiłam świerszcze na koktajlparty
po kryjomu żeby potem nie było że żarty
bez rydzyka tajnym nadajnikiem
wysyłam świerszczową muzykę
co gdzieś w środku duszy się czai
do pękniętego słońca
konającego w oddali

wszystko jest obok
został mi cień i nie wiem dokąd zaprowadzi


* * *

Wspomnienia- dla Rycha Kluski

[lewo]gdy zima nadchodzi i ciepła brak


pragnę pieca kaflowego
tak żebraczo i zachłannie
pragnę tulić się do niego
a ty dajesz mi centralne

dzień ma szarą barwę pragnień
nawet deszcz gra nutę tęskną
w jasyr wzięta więdnę malwą
gdy się patrzę nań za często

zaburzyłeś moje życie
niezliczoną chmurą napięć
gdy rozliczam wręcz niechętnie
twoje czyny - moja pamięć

część 2

głupia garnie się do ciepła
jak żebraczka pod kościołem
wymoknięta w deszczu życzeń
wali jeszcze pokłon czołem

wypuszczone pod wiatr tęski
snują się melodią cichą
czasem kapną słowomiodnie
częściej jednak brzydko zgrzytną

pokręcone ścieżki życia
teraz chętnie czas omota
z przeznaczeniem się nie targuj
bierz za ogon, wiąż do płota


* * *

wspólna osobność


w parze pojedynczo idą przez życie
każde swój uśmiech i łzę dzierży
szczęście zardzewiało zgubioną obrączką
i już im się nie należy


* * *

wieczne niezdecydowanie

[lewo] rozmruczało się kocie futro za oknem
księżyc w kapeluszu przewiązanym mleczną szarfą
płynie ponad drzewami
szukając powodu by nie zajrzeć przez firankę

myśli w bujaku dostały wytrzeszczu
gdy zaczęłam zabarwiać szufladki bez decyzji
pomijając chwile
gdy szukałam przeciwnego kierunku
do jazdy okrężnej

nigdy nie byłam dobrym kierowcą
bo też nigdy nie trzymałam na okrągło
to taka moja tajemnica - tańczącej z wiatrem
na jednej drodze

zawirowania to moja specjalność
a Willy wybebesza moje szuflady

;)


* * *

doskonały przepis na walentynkowe wypieki

gdy osiągnie odpowiednią temperaturę wrzucaj
nie przerywając doprowadź do wrzenia
następnie mieszaj dokładnie
poprzestając na
moment .ponownie zanurzaj mieszaj
delikatnie gdy zmięknie
polej

gorące
odpowiednim sosem


* * *

uśpić dezertera

[lewo]rozbudzona układam myśli
w osobistej puszce
mrok twarzą przy szybie zajadle
bębni w moją pandorę

próba wydobycia nieskładnych
gdzieniegdzie ściśniętych odruchowo
kończy się zatrzaśnięciem powiek

ciemność pocięta iskierkami
wyprawia harce na orbicie
okołorealnej planetoidy oko

w zawiązkach obiektywizmu
wyłapuje conocny tumiwisizm
dezertera snów

bądź co bądź to dodatnie strony
wirtualnej rzeczywistości


* * *

na liczbach niewiadomych

pływamy po morzu
własnej głupoty

[lewo]
piątym kołem staczają się lata
fortun(nie)
powinno być lżej a ciężko
wspinać się po niewiadome

liczby- jak liczby - dodatnie
zataczają koła i jest lekko
wirować z odrobiną [i]dedalowacji[/i]
ujemnej

niestworzone rzeczy szepczą
usta w podkówkę wygięte
grymasem uczuć
nie udaję mówiąc [i]serce dyktuje[/i]

wiersz albo list - kolejna prośba
puszczona w przestrzeń
dotrze do celu
morze
do c z ł o w i e k a


* * *

moje pożegnanie

żegnam się z wami na krótko
jak facet u fryzjera
wyjechać muszę z wnuczką
a tak się nie chce, cholera

:)


* * *

wio- sennie z Londynu

[i]w leciutkich dotykach wchodzę cała w krystaliczną woń [/i]


pachnie kwieciem obcojęzycznie
nie ma czystej wody
w trawach fontanny różnokrokusów
hiacyntowa perfumeria w parku

wiatr stroszy krzewy z zaangażowaniem
zbieram czerwone kulki jakiejś rośliny
pełno ich tu
wszelkiego rodzaju puchów piórek

rozumiemy się doskonale w przelocie
między jednym kęsem a kwileniem
jasnej gołąbki uwiązanej w budce wózka
wyciąga ręce do strzępiastych promieni
żonkile łaskoczą noworodka wiosny

huśtam sikorkę cierpliwie na gałęzi
grzywacze godują znajomo
pogwizduje kos
nie muszę szukać tłumacza
wszystko rozumiem

przyszła wiosna
'ofkors'


* * *

psychoanaliza alternatywna

[lewo]wystarczy rozłożyć ręce i stać się
krzyżem na tle nieogarniętego
rzucić krzyk słyszany echem w sobie
pod wiatr wypluwać grzechy
- wystarczy

pochylić czoło i zobaczyć co kryje się
we własnym sercu łatwo oskarżyć innych
wystawić na pokaz ciało- towar
lub bić czapką w ziemię ćwicząc
swój krzyż
- wystarczy

na dwa kolana i w piramidkę rąk
szeptać modlitwy codzienne prośby
z wiarą w miłosierdzie albo rozsądek
wybór zdrowy czy chory - godny
świadomości na tle czasów
- czy wystarczy


* * *

pod wiosenną nutą parasola

[lewo]nie bój się szeptu trawy
przygniatanej wodą
załóż wianek z jej kropel
głaszczących włosy

pozwól lekko zawisnąć
cienkim nitkom przeznaczenia
nie oddawaj myślom czci
nie wierząc w lepszą przyszłość

poddaj ciało pieszczocie
obejmującej od głowy
a potem przyjmij chrzest
oczyszczającej kąpieli

nie bój się tego co na prawdę istnieje
i być może nie w porę puka w twój parasol

- zaufać to wspinać się po kroplach


* * *

jakimś cudem...

[lewo]na wzniesieniu cudów albo w dolinie
niezapomnień w zmierzchu pachnących
wiciokrzewów może o świcie gdy sen rosą spłynie
uda się nam spotkać
by wymienić ba(k)terie- pytam

słoneczni będziemy
nienagannie sentymentalni kochany
- [i]poruszasz głębie
dotykiem wspomnień[/i]

moja mokra sukienka lgnęła wtedy do ciała
dziś suchego
jak popiół z gorzkich migdałów

nasze całowanie
otwierało świat
po-dwoje w nas

ligustry zasłaniały uda mi
się na nowo zawinąć w liść rzepy
uda?

jutro
przypomnij mi nasze wczoraj


{ Maćku, to dla ciebie- amk}


* * *

przedwiośnie

[lewo]mrozy nie zmrożą- powiedział spiker
i jak mam nie wierzyć, skoro nadzieją promienieje

samotność uśpiona w ramionach
wykluwa radość w rozgardiaszu ptasim
tęsknota za
kwitła rannikiem

spod młodych palców pierwiosnków
spływa na ziemię dźwięk
ukochanej melodii
*
krecie domki są tarasami dla nóg
sznurówki na wietrze
wiążą w pary taneczne
miłośników wędrówek
i szepczą z czułością do dziurek
[i]kocham świat[/i]


* * *

jasne strony?.. jasne, że jasne

[lewo]jasne strony? - no, jasne że...

półjasność ociera się kocio
o grzbiet półmrroku

szarobure obydwa mruczą kołysz kołys ankę
na rozległych w biegu biegu nacht
półcieniami otul otul ona
ciasno ody oddy cham
dobre to i
gdy nie ma innego
wyj wyjścia
to zamrr oczenie jest sytuacją

kuku kukułka za szybką
za szybko spadła szyszka
nawet zerkając jednym przymknięciem
nie ukrócę biegu dni pstryknięciem

wymienię ją na kota - worek jutro
pan Cogito wy baczy wiersze pis ssane słonocą


* * *

(...) miłość taka nie do końca

[lewo]potrzeba bliskości z drugim człowiekiem
jest nam wpisana w serce,w duszę i w ciało

odeszła trzaskając przeciągiem
aż zabolało myślenie szokuje do dziś
nie pobiegł z białą flagą po schodach
nadziei żadnej na powrót zresztą
nie bez powodu świeczkami w oknie
wystawał od rana do zmierzchu
do cholernego zmierzchu licząc że jednak
wróci na klęczkach do ołtarza
rozłupanego 'czaskiem '

tu nie słowa są najmocniejszą stroną


* * *

tańczę jak gra orkiestra

[i]skoczne kawałki wyrywam żabom, płynne oddaję rybom
reszta lwom na pożarcie[/i]

[lewo]pamiętam jak zdjęłam buty na środku sali
ruszyłam śliskim parkietem - ja -wiedźmina
brzóz i kumkania nie ustępowałam
pantoflarzom sypać złudzenia
[i]mała nie masz jednego kolczyka[/i]

z perspektywy jednego ucha uwaga ćmiła
nieświeżym oddechem zgubionego zausznika
nie żałowałam w końcu to imitacja
gierek z włoskich poematów

*
[i]w kurzu czytam legendy o kamasutrze[/i]
szeptał szukający wczorajszego dnia

usiadłam ptasim zwyczajem wśród lasu nóg
zasnęłam bujana melodią
jego głosu do dziś zapomnieć nie mogę


* * *

Wypominki Kobiece - na wesoło

[i]dziwne święto, czy można nas wielbić tylko za to, że urodziłyśmy się kobietami[/i]*

żałuję
że nie jestem łyżką
którą delikatnie do ust podnosisz
czapką
na dzień dobry
do góry unosisz

kierownicą samochodu
tylko ją co dzień obłapujesz
i twoim telewizorem
bo tylko się w niego wpatrujesz

radiem
słuchasz go z zainteresowaniem
kanapką ściskaną
twoim drugim śniadaniem

łóżkiem, kołdrą, poduszką
do nich się tulisz nocą

chcę być twoimi oczami
jak gwiazdy migocą
gdy oglądasz się za dziewczynami


żałuję


* * *

moje postanowienia dniowokobietowe

[i]gdybym się nauczyła jeść soczewicę, nie musiałabym przypochlebiać się królowi[/i]*


[lewo]dojrzewa we mnie postanowienie
postawienia wszystkiego na główce szpilki.
główkuję jakby tu zamienić mieszkanie na takie samo
ale Inne kobiety nie muszą bo stara się Mąż
mówi że jestem nienormalna i normalnie
każe mi kupić łyżworolki Jemu
wszystko jedno co wypiję dla psychicznej równowagi
przestawiam meble ingerując w sposób maksymalnie oszczędny
we własne szufladki
akceptuję to co zbędne
za szafą
przycinam rondo kapelusza

skoro nie mogę nic zmienić
zamienię kijek na koło od roweru
niech pojeździ na okrągło


* * *

o kobietach można wiele...

.. a wszystko dobre

[lewo]


o kobietach można wiele

jedna kobieta- wyraz tak mały
a uzbierałam bukiet okazały

mam kwiatów naręcze ogromne
panien panienek i świeżych dziewuszek
białogłów eteryczny zestaw małolatek puszek

są wytworne damy strojne w kapelusze
przy nich z gracją niewiasty dostojne
ulotne jak mgiełka dziewczynki
z tulące się do matek - kwiatki zadziorne

różaną czerwienią mienią się dziewice
ponad nimi delikatne dzierlatki
jędrne dziewoje - krew z mlekiem
miękkie cizie i czepne dewotki

są też w bukiecie milutkie kotki
i ziółka przeróżne baby jak rzepa krzepkie
figlarne zalotnice i zalotne babki
i dziwy kokietki i słodkie kuciabki

tajemnicze wampy kurtyzany
przeróżnej urody panienki i panny

i czarodziejki, wiedźmy, czarownice
co w kąt wyrzuciły kiecki i spódnice
i miast swoich mioteł-nowe sprzęty mają
w spodniach na motorkach teraz pomykają


- kto dołoży wiecej



* * *

przedwiosenne roztargnienia

[lewo]papuga na samotność
w klatce się żali
sroka ciągnie za ogon psa
kot do swego pana się łasi
pani za panem
poszła w świat

fenomen hormonów
mowa ciała wciąż trwa

noc za pasem cień za lasem
dzień pogania łapą sen
miłość listkiem zielonym
świat cały przesłoni

kochaj i rób co chcesz*


* * *

szaleństwa hektolitrowe

[lewo]
najlepiej myślę przy myciu naczyń
hektolitry rozcieńczają
wyobrażenie o szukaniu nas

siebie szukać nie muszę
tylko czasami gdzieś gubię
buty
zaczepione o wskazówki
długim jęzorem donoszą
na szaleństwa zegara
nie pytam która godzina
gdy znów zaczynam żyć
boso
w zapachu modrzewiowych kadzideł
uparcie zrzucających igły- nie igły
przed chłodem
[i]i myli się ten kto myśli -[/i]

że moje serce naszpikowane nimi


[i] dobrze myśli[/i]


* * *

rozczarowanie

mała biedronka wygramoliła się na gałązkę
wyprostowała skrzydełka
wznosiła się coraz wyżej i wyżej
zachwycił ją świat wokół
nagle spadła
przygnieciona ciężką gałązką
bzu


* * *

muzeum woskowych osoblistości

[lewo]niczym kustosz obeznany ze szczegółami
oprowadzałeś tajemnymi przejściami
po zakamarkach

rozpalałam knot
na woskowych skapkach

sprawnie wylewałeś
topniejącą bryłę
wypełniając formę po brzegi

wstawiona
w odpowiedni klimat
żywo utożsamiłam się z miejscem

*
dziś błąkam się między
uformowanymi figurami
własnych doświadczeń



* * *

złodziej

[i] za młodu drży serce, na starość noga, wszystko co najlepsze, spaliło się w piekle[/i]*


[lewo]
odwracasz wzrok
gdy patrzę na ciebie
boisz się określonego
błędu w sztuce

wychodzę osrebrzona
mijamy się
celem
spacer po zielone
zakończył się na wytycznych

a ja
zapatrzona w złodzieja światła
rozcieplam się i wymiękam


* * *

dom- nasz wspólny

[i]nigdy nie jest tak dobrze, jak byśmy chcieli
ani tak źle, jak sobie wyobrażamy[/i]

[lewo]zagubieni
w refleksji nie prowadzącej do wniosków
na podtrzymanie mitu o udanym życiu
w przekorze tracimy się
jak obrączka wśród gnijących liści
obietnic i bicia w piersi
z fałszywych wypraw i powrotów

odwracamy twarze
bez poczucia honoru i zdolności improwizacji
z dystansem od siebie

podkreślamy kolor gwiazd
wplecionych w warkocz Bereniki
kiedy wiąże sen niedoskonały o doskonałych składzie narodowym


niemi na spokój i wytrwałość
otwieramy szeroko oczy na cudze
- nasze śmieci
rozrzucamy poza ulicę gdzie noc bezdomna
na usychającym drzewie rozwija się w niemoc
obrasta w demagogię

nawet zegar w moim domu nakręca się w depresji
powodując zezowatość świadków [i]cudu nad Wisłą[/i]

czy znajdzie się dłoń ciepła i zaplecie kosy
podwójnie

w moim ogródku czasem zajarzy jutrzenka


* * *

palma zamiast głowy

było minęło, ale co tam, niech jeszcze pobędzie

[lewo]usadzone
jedno obok drugiego przypominają
zaciśnięte powieki
[i] alleluja biją dzwony [/i]
niespokojnie
do cichego płaczu
- było

ciebie za mało
by oprzeć brodę na ramieniu
zmieszać kolor
oczu i nieba
- bez jaj

dyngus zmył niepokorne myśli
ale i tak przyjdę do ciebie
oprę głowę - jak wyżej
mieszanką
bez malowania doprowadzę
na twardo


* * *

pobudzając czakramy - prezent

[lewo]
na twoich piersiach wkreślam trzy
serca w kole wpisanym w kwadrat
obrazy wielobarwnie opadają
i wiem że jestem na dnie
twojego lewego i prawego oka
czytam
odbite miłości wszystkich gołębi wzbijających się w niebo
wczorajszych przyjaźni

moje codziennie napełniam deszczem
byś mógł utopić się
na zawsze
zmierzam Q dobremu

może zakwitnę lotosem


* * *

kwiecień kołuje, baba plotkuje

[lewo]spadnę w twój kaptur promykiem
zagubionym na szarej gałęzi
[i]zabluszczę [/i]ciemność wewnętrznej kieszeni
jak demiurg napełnię ci płuca świeżością
i staniesz się świadkiem cudu
zagadki zamienionej w rebus
o babie co nad Wisłą ze strzałą stała

[i] jestem mądrzejsza o zapomnienie[/i]


* * *

kotki na wierzbie, latawce w sadzawce

[lewo]kiedy się w sobie poukładałam,
palmom znalazłam miejsce na wierzbie
koty rozmiauczały się marcowo
wiosna psikuśnie
zwabiła rozkapryszone słońce

kielichy krokusów wypełniły się
niemrawymi pszczołami
w błotnistej sadzawce żurawie pogubiły pięty
gęsi szare dzioby a łabędzie szyje

ja igły nie biorę do ręki

nawet godziny certowały się
z miejscem pobytu na wiosennym zegarze
wybiła godzina do przodu

baby na tyłach rajcowały
pod lipą
dałam się uwieść
kwietniowi

a on puszcza się
latawcem


* * *

posągi uśpionych tak

[lewo]

słowa rozbite między nami
ciszą w cudownym[i] tak[/i]
jak kropla w morzu
morze z tych kropel
toniemy razem
ja - na wznak

wiosło powierzchnię
głaszcze przecina
zanurza się
w toni głębokiej

woda i ziemia
w jedno się zlewa
i burzy się falą
podwodnych raf

I ciszą się stają
posągi

werszyn 2 wg Jacka Sojana

[b]uśpieni [/b]

słowa rozbite ciszą
[i]tak[/i] jak kropla
morze z tych kropel
toniemy

wiosło głaszcze
przecina
zanurza się
głębia

woda i ziemia
jedno

i cisza
staje się


* * *

i co wy na to?

darowałam siebie
doprowadził do granic
w zmaganiu szczyt


* * *

z wyrzutami na twarzy

[lewo]ukrywamy w sobie tyle kłamstw
a każde z nich jak ciekłe srebro wypełnia
okłady nie zbiją temperatury
gdy płonie w nas
ślina w krtani
myśli rozsypują się jak wiśnie
wytrącone z dłoni

leżą, świnią pod murem
broniąc dojścia
prawdy
na własny użytek


* * *

rozum paruje szukając pary do wiary

[i]można umrzeć wierząc w sens życia i śmierci
koszmarem jest żyć wątpiąc we wszystko [/i]



życie daje szturchańce śpiącemu w ciemności
prawie dotykalnej pełnej zwątpień
kołysanych sierocą chorobą

wkładając dłoń w ranę obudzę się
bez zadawania pytań o sens szarpania
zamkniętych drzwi

trwam próbnie w aktach
nie dbając o napełnienie ich
treścią wiary

dopóki nie znajdziemy Boga
sami Go sobie zastępujemy
a Piotra obarczamy winą
za zamknięcie bramy


* * *

[i]czerwone melancholie[/i] Marka G.

[lewo]róża winną
melancholią błądzi we mnie
wyznaję

oddam ci leonidy
spadających gwiazd

wieczorem
bez głowy
na miejscu nie zasnę

cóż
był to tylko[i] bukiet zwykłych róż[/i]


* * *

wrastam w ziemię ze spuszczonymi oczami

[lewo]na uwięzi psina
kręci się wygina

w miejscu drepcze
iść już nie chce
biec nie daje
więc przystaję

zachowuje się dość dziwnie
ciągle siedzi przy mnie

gdy napiera tłuszcza
on - nie puszcza

czerpię ze strumienia
własnego sumienia

wierna psina
- trzyma


* * *

nic do końca a wszystko od początku

[lewo]
każdy potrzebuje bohatera dla przystani zbawiennej

uczuciem poić złudzenia
zapachem świeżego po zmysłach
wędrować za smakiem nieba
pod stopami trawnik
uwiera niepotrzebnym ostem
nie sposób go udomowić

nie jest jak zbawienny serdecznik
czy rześki wiatr od morza
przeciwnie
jest nagim instynktem uniezależnienia

[i]choćby mimo boga [/i]

budzi się nie sobą
nie dla siebie
obok


* * *

na rozstaju dróg wiosna jeszcze się waha

wjechaliśmy w korek na marszałkowskiej
pod obstrzałem czujnych oczu
wymieniliśmy swoje
na nie
[i]jasności szukam i miejsca [/i]
mówię oczami
nie rozumiesz

nie skleimy tego co nie chce się zrosnąć
bezdechem wyświadczam przysługę
powietrzu
zmieniam oddech w obłok

o dwunastej trzydzieści
czasu warszawa- centralnie
wyparowało ostatnie [i] my[/i]

nie umiem być nigdzie
na stałe


* * *

pociąg do Nikąd?

[lewo]
zagubiliśmy siebie w zadymie
spadających liści
coraz więcej

paliłeś

żarzyła się trawa
płomień nie strzelił w górę

w zagrzebanych popiołach
pomiędzy
dystansem a kolejnymi dniami
w wynajętym przedziale
stygnie ekspress

z małą czarną


* * *

pod ciężarem

[lewo]nie przepraszam że jestem niedoskonała
mylnie zinterpretowana
droga do nieba objawiła się
grawitacją

nie umiera się na brak
skrzydeł
ani na zła -
manie



* * *

kwieciście, ogniście

[lewo]

Zdjąłeś ze mnie winorośl
ciemnoszarych wspomnień,
wiarą, że istnieją tuli pany
- zakwitłam szał wiowo.

Spadły wszystkie zasuszki
z przedtem i z wczoraj
w chabry nieba.

Piwo nią senna, bluszczem winnym
piął się zachwyt
miętowo przez rumianek
w objęcia lwiej paszczy.

Noce wzruszone szeptem
delikatnego jaś minu,
nagie tki pełne emocji
słoneczni kiem dziwili ranek.

Przekwitły tulipany.
Macierz anką stałam w kąkolu zaperzona,
snuły się groszki po balustradach
lilak i róża necznik rozrastały się wzwyż
nasłoneczniając delikatną nemezję.

Takie to nasze law endy
niezapominajkami do końca.

Ach, jeszcze kiedyś poczuć kocimiętkę
rumianek, dzwonki konwalii, puszystość sasanki,
w jaś minie budzić się rankiem.

Dzisiaj jarzem biną, brzozą, po krzywą
bez korzenia dziewięć siła
skrzyp ię


* * *

na jeziorze drawskim

[lewo]Masz braki w znajomości
natury - wymruczał kamień

drobne szyszki trzymają się mocno
unerwionych liści na tle
trzciny poddającej się płomieniom
podsycanym przez wiatr
który wyszumieć się chce w poziomie
kładąc trawy

swobodny i majestatyczny w swojej mnogości
przyniósł zapach kwiatów grążeli
w mdląco- słodki sen
naturalnie na fali
zielone palą
się olszyny


* * *

bocianie gniazdo

[lewo]
między polami
dziewczyna ubrana
w skrzydła

z daleka

dojrzałam jej odlot


* * *

czarny łabędź CZARNA NIEDZIELA

[lewo]czasem budzi mnie w nocy
czarny łabędź niesnu
trzepocząc mokrymi skrzydłami
zalewa mi oczy
sen ulatuje przyczepiony do jego skrzydeł
zostają mysli. jak wzurzone fale oceanu
odliczają czas przypływu i odpływu sennych mamideł
regularnie według nieziemskiego planu
męczą mój umysł i nasączają toksycznymi odpadami
domysłów
pomysłów
wymysłów
dręczą
natrętnie wracają jak bumerang wpadają
wciąż w to samo miejsce
przecinają
mój mózg dostają sie do wnętrza
męczą Staję sie więźniuem wyobrazni
niewolnicą wspomnień i tęsknoty i miłości
zależna od czasu niestałości

sen nie nadchodzi słyszę szum skrzydeł
łabędź wiąże sieć z moich mamideł
osacza myśli oplata ogród moich marzeń
dostęp do niego maja tylko urojenia
ogród nierealnych zdarzńnie daje myslom moim ukojenia
szukam wyjścia.lecz bramy spowiła niewidzialność- władczyni niewiadomych obszarów- nicość

Czarny ł. trzepocząc skrzydłami zalewa mi oczy
budzę się w środku nocy
Sen to czy jawa
krzyczę woąłm pomocy
głowa ciężka skołatana
Mamidła czepiły się skrzydeł białego bociana
w oddali jego cień
odlatuje
budzi się nowy dzień
nowa nadzieja na spokojny sen

*
teraz wiecie skąd mam te długie tyrady, to jest mój trzeci wiersz, z którego BYŁAM bardzo dumna:):):) wyszperałam go z dna kufra.
Po latach, gdy go czytam śmieję się z naiwności własnej,
ale tak było nim się trochę ogładziłam na forum
ciekawam kto dobrnął do końcażzyczę spokojnych snów


* * *

nielotny- przelotny- wywrotny

[lewo]tak bardzo chciałby
jak nie może
-pofrunąć
oderwać się od rzeczy
[i]wisistości[/i]

wybić się kosztem innych
ulec euforii
daj mu boże - grawitacji

niekonsekwentnie podcięto mu skrzydła
(podskakuje jeszcze)
*
pan L i jemu podobni:P


* * *

ZAMYSŁ

[lewo] napiszę ci o mojej bezsenności
o głuchych odgłosach za ścianą
zroszoną szeptem bezbożnych
myśli
wybielonych westchnieniami
zmyślonych bajek o kochaniu po
wieczność

w ciemności słychać tylko
skrzypienie żaluzji pod łapą
wścibskiego księżyca

i włos się jeży w gotowości na figle
i to wszystko co przynosi
[i]zamysł pamięci[/i]


* * *

ZASRONIEC

[lewo]

leżał w słońcu
wywalił cielsko na całą długość patola
od czasu do czasu podnosiło mu się coś
na kształt małej główki zwężanej ku końcowi
przyglądałam się z daleka srebrzyła łuska

przez chwilę przysłoniła mnie chmura
podejrzeń - zaskroniec to czy padalec

doszłam
wszystko jedno
kto gadzi
co srebrzy

byleby z dala ode mnie



* * *

dlaczego ptaki nie wiją gniazd na brzozach

[lewo]słowa stanęły w kolejce po żelazko
do prostowania twarzy

[i]wiesz ten wiersz nieporadny[/i]
bez dystynkcji jak te brzozy blade
złapać chcą gołębia na ziarno gwiazd
kruchość i wiotkość i wiatr pomiędzy
parującymi
w oczy sypie zakłopotaniem

po raz kolejny
parzy szorstka kora






* * *

Pankratkowy wypatruje wiosny

[lewo]

liście radośnie szeleszczą dzieląc zieloność stadła
- mówię o wiośnie, maleńka, gdybyś nie odgadła

za oknem jaskółki odbudowują związki ze starymi gniazdami
- to o ptaszku, kochanie, nie o tym co między nami

kocim? pazurem rozdarta marynarka przytępia ciszę
- o czym prawisz kochanie? Wcale cię nie słyszę

buty znudzone brakiem ciepła pokasłują rytmicznie
- nie ma co się ślimaczyć, odrzekł pan flegmatycznie

i przyczesał siwą kępę chcąc wyczarować przystojnego szatyna
pomaszerował w drugi kąt pokoju strzelać w nową sąsiadkę
- oczyma


* * *

czekając na maj

[lewo]
[i]Poranek, wiążesz siebie w całość.
Dusza wciska się pod sznurowadło
gorsetu[/i]

kiedy się noc zarumieni o świcie
i złoty strumyk odsączy zieleń
namiotem liści ledwie zakryta
na ptasie rozkłada się trele

w alkowie ziemi niebiańskie tony
dzioby związują mowę perlistą
niosąc w świat cały skrzydlate drżenia
z drzew otrząsają rosę wszystką

w powietrzu fluidy ptasiej miłości
i wiosna na zimę już się nie zżyma
świt przełamany bezmiarem promieni
w pazurkach przy oku zatrzymam


* * *

czekając na maj, wersja na ostro dla amka

[lewo]

Kiedy się noc spotka ze świtem
jak dwa pragnienia wtoczymy się w zieleń
promykiem złotym osłonięta zalotnie
na ptaka twojego nałożę się trelem

w alkowie ziemi niebiańskie tony
języki sznurują gorsety drżenia
niosąc pod sufit skrzydlate żądze
z siebie strząsamy zauroczenia

powietrze aż drży od namiętności
ja na ciebie już się nie zżymam
następny przedświt ptaki obudzi
twojego w dłoni sprawnie zatrzymam


* * *

21 dzień mojej głupoty

[lewo]dzień w którym cię poznałam
zrozumiałe
zawsze świętuję

była pełnia więc szczególnie nie zapominam początku
do końca znasz moje wiersze
tym lepiej do rozsadzenia
siedzeniem bardziej tu i teraz
coś ściska za gardło albo za słowo

powiesz [i]maleńka [/i]a ja się stopię
jak wosk do okapslowania
prawdy
twoja to nieszczerość lasu birnamskiego
i tych wszystkich przywiązań

to nawet nie konformizm
tylko wiesz ta odległość
pamięci tyle
nas wchłonęły byty
i wpływy
a ja nie wiem
czy jeszcze się uda
no wiesz...

może w Londynie

da się uniknąć przeznaczenia


* * *

ogród majowy

[lewo]kalia konawalia bez dedykacji

wyglądam w tym majowym urlopie
jak niezapominajka na nadrzecznym urwisku
wszyscy ją widzą a nikt ręki nie wyciągnie

niebo utopione w słowikowym śpiewie
a ja zakukana w ogrodzie po łokcie
kłaniam się perzowi i podagrycznikom

tulipan wyniosły rumieni się na widok
wypiętej spódnicy pod niedzwiedzią trawą
pigwowiec zaczepia w sposób bezczelny

drze rękawy od kamizelki bratkom
papuśnie się kolorowią skamieliny z firletką
okrągłoliostna bergena wystawia na pokaz
różowe kwiecie na wysokiej łodydze

kusi pióropuszem cesarska korona
złotem oszałamia wabiąc nie tylko
chrabąszcze
kolczasta mahonia

niech tak zostanie
dobrze
pomimo



* * *

czy w ogóle ktoś mnie słucha?

[lewo]nie chcę
zostać tylko chwilą która cieszy
trzymać berło przez jedną noc
przy bladym księżycu
ćmą błyszczeć
i wierzyć że się powtórzy
śpiew słowika o świcie

brzemienna tylko pożądaniem
nasycać ciemności muzyką
kompozycji oboocznej
rozbierać się z uczuć
umrzeć później
migocąc koroną która straszy


* * *

dadaistycznosensorycznie podchody do kopy

dadaistycznopółwiecznysensensu

[lewo]sen-s półwieczny człowieczny
- pestka
daimonium nowego doświadczenia
- dziękować, dziękować
wspinać się nie nada
zachód wschody już nakłada
że wyjdzie na dobre
co komu po [i] domu
jak chałupa trzeszczy[/i]
rzeczy bez nazwy
nie bolą
ciało wymięte skwierczy

powoli stajesz się cieniem
że sęp już krąży
oczy kaprawe
- nic to
ciepłym szalem zwisasz
stopy mandrujesz grubymi skarpetami
aż stękają podłogi
- pestka
powoli wchodzisz do cienia
fiołki powąchasz nad sobą
okruchy dnia
nie dobiją z nocą targu
nie ma czym handlować
- to też pestka

ważne by się stawać bardziej tym
czym Jestsie


* * *

z tobą wszystko, bez ciebie nic

Zgiełk. Ty ponad ,
zamglenie radosne.
Dostatnie piętro od strony zachodniej.
Twoja Szkoła Orląt na wiosnę.

A w okna jaskółki stuk puk - niespokojnie
tak, tak - zegar na ścianie
oddycha.

[i]Ciii... Kochanie
to - innym - złe lata pukają!
Zanurzmy się w ulice, może nas nie znajdą
na Srebrnej[/i]

jak nasze włosy. Jeszcze jazda do Niedziałki
spacery brzegiem Wisły i rowerowe
powroty w poniedziałki.

Przystanki w deszczu!
Jeszcze nie pora by jakieś tam pukanie
zmorą nas prześladowało.

To deszczowe ulice bezpowrotnie
rozmiękczają nasze samotnie.


* * *

passiflora

[lewo]pośród traw zroszonych
dotykiem
dmuchawiec z resztkami godności
pod łopianem namiętnie
uskrzydla pszczołę

w skubanych płatkach rumianku
młoda dziewczyna skrywa wróżbę
- kocha lubi szanuje
nie chce nie dba żartuje

wiatr niesie spełnienie
splecionych w pocałunku

pass
jam nie pańska


* * *

nie umiem znaleźć tytułu

[lewo]gasną ostatnie lampy - jeszcze nie śpię
wskazówka zegara przesuwa bezcelowość
usilnego zamknięcia pod powiekami
wizji bez kolistego światła*

dopijam gorzki wermut i wierzę
że w porze koguta sen opadanie
na czoło ulgą jakoś to będzie
mawiał będzie lepiej nie pękaj
bańki mydlane to zabawa za bramą
brak
świadomości

odszedł szczęśliwy?

*wg Junga


* * *

ogrody zahukane

[lewo]Jest taka tęsknota, co piszczy w trawie
i taka bieda, co w kości zamknięta
i takie sito, co smutki przesiewa.
Jest taki ktoś co zawsze pamięta.

na pastwę suszy wydałam mój ogród

bardzo szybko zbratał się z perzem bratek
zakorzenił mniszek dziewannę
pod płotem spokrzywił się rododendron
zakolczyła się róża z kasztanem

rojnik łodygę wystawił wyniośle
zamotała się w nim konwalia
tulipan w płatkach się stulił żałośnie
biedronkami zakwitła ka(na)lia

lipa tnie niebo suchym konarem
próchnieje od środka powoli
gołąb w gnieździe z kukułczym jajem
na przekór sąsiadom - swawoli

niezmiennie wołając tiutiutirlitu
słowiki kwestują pod akacjami
z dobrą monetą czekając powrotu
ogrodu postać zmienna bez swojej pani


* * *

Z TEATRU ABSURDU XX i więcej

opuścił ciszę
cicho pianissimo diminuendo
wzniósł się ponad siebie
decrescendo

kompletnie ślepy
szukał arabesek (ja was liubliu)
moderato cantabile (ajlawiu)

jak pień głuchy
słuchał nie słysząc
widział co widział
brał co brał (zachocziesz nie budiet)
wszystko co jego było nie jego

tarzał się w gestach
ugniatał słowa
forte fortissimo
andante awanti 'wpier-jot!'
i paszoł won!

eksksjuzmi?

dankeszen bardzo
the end
made in wsio

A niechaj to narody
i orły i gęsi na grzędzie
kto [i]wyżejwzleci[/i]
kto[i] więcejweźmie[/i]


* * *

łap chwile

[lewo]łap chwile

słyszałeś
jak budzi się dzień
niepostrzeżenie i cicho
odpina mrok
by pierwszy promyk
przedarł się przez liście

*

widziałeś
jak dziko pachną łąki miętą
kumaryną i poranną rosą
a w lesie
zapach rozpuszczonej żywicy

*

dotykałeś powiewu wiatru
co pot z nosa strząsa
i brzozy co w siebie
wchłania twój ból

*

czułeś
na bosych stopach brylantowe
nutki gubione przez koniki polne

zatrzymaj w sercu
niech oczami lata witają zimę


* * *

"nie mówię żegnaj"

[i]każdego dnia budujemy swoje małe tratwy,
czasami odpływa na nich "łza", częściej dryfujemy na nich całą osobą.[/i]


[lewo]łza bezzwrotna -
pytań nie zadaje

z falą bolesnych wyznań
przypłynęły demony

szept nieśmiały [i]do zobaczenia[/i]
czeka wschodzącego słońca

moja tratwa
zalicza siną dal

białą chustką nie pomacham


* * *

okrojony ZAMYSŁ

opiszę ci moją bezsenność
za ścianą wybieloną zmyśleniami

szepty bezbożne

w ciemności słychać skrzypienie
żaluzji pod łapą wścibskiego księżyca

w gotowości włos się jeży
i to wszystko


* * *

morze lub może- tytuł się tropi

może niezapominajkom z łąk kwitnących czasem
długolistniewrębnym tęsknotom dmuchawca
przygryzę łodygę gorzko
zaświstam może
obudzą się miodne pszczoły
i zaśnie burza chciwa na deszcz


* * *

po co martwić się na zapas

[lewo]ogień
Matce Mojej

ogień smętnie płonie
dym ściele się nisko
grzejesz skostniałe dłonie
w dogasającym ognisku

włosy obrzucone popiołem
wypalają się namiętności
unosisz dłonie z mozołem
dotykasz przyszłości

ogień wygasa skrycie
w źrenicach żarzy się żal
oto odchodzi życie
w astralną dal


* * *

a kiedy przyjdą już wakacje


przyfrunę do twojego gołębnika lub
wjadę -prozaicznie- windą na szóste
by zapukać w twoje oczy zaglądając
w głąb najdalszych ogrodów widniejących
poprzez oczy ustami słuchać kwiatów

z tobą gwiazdami zapiąć się niebiesko
pod samą brodę uniesieniem ramion
na progu niewiadomego pogonić ciszę
jak łabędź gdy skrzydłami trzepocze
z ufnością w niezmąconą toń

pragnę
skubać pióra pojedynczym zmartwieniom
i rzucać na cztery
łapy jak kot spadam z marzeń
a one ciagle przy nadziei



* * *

wtedy nas nie będzie...

[lewo]
świat
rozrasta się w nieskończoność
a mówią że przyjdzie czas pokurczu
- być może - mam nadzieję
że kiedy się będzie kurczyć
nie osiągnie rozmiarów karła

gdy stężeje przestrzeń
pokłady energii zmaleją
zostanie mu tylko próżnia
zeroruchowa?

a może spotkamy się w zakrzywieniu
czasoprzestrzeni
wtedy ani czas ani przestrzeń
nie będą miały znaczenia

*
księżyc znów w pełni
zaćmił myślących
mnie to nie dotyczy


* * *

chodzikowe sny

[lewo]
akacjowy zapach miesza się z czarnym ziarnem
zmysły kryją w szczelinach
odbicia nocy

cisza

zapisana w chmurach oznajmia
- oto budzi się nowy dzień

czy lepszy?

potknął się przy pierwszym kroku

najwyraźniej nie wyrósł jeszcze z chodzika


* * *

prosto w oczy ( CZEKAM)


pokaż mi las i nas pośród wrzosów
i mów
dłońmi w moich włosach

w południe pokaż mi cienie
jak biegną za nami
owady
zielonej przestrzeni

mówisz
oczy przymykam
tulę policzek do ziemi
słucham
cieni


* * *

zrozumieć Boga

czy to znaczy
rozdawać siebie innym
po kawałku czy w całości
jak rozdaje się uśmiech
gdy dłoń wypełnia tylko
Anioł nieopierzony

czasem trudno zrozumieć
prostotę skomplikowanych zabiegów
a wystarczy otworzyć dłoń
i patrzeć
co z sobą przyniosła
i co zabierze stąd

dzieci tak szybko stają się wnukami


* * *

smak suszonych śliwek

w życiu nie wykpisz się łzą
naiwną jak wiara
w antycznego herosa

strącisz kroplę rzęsną
w gorący jeszcze kubek

i dłonie na nim zaciśniesz
zbyt mocno

zapomnisz


* * *

taki sobie żarcik?

czy ktoś uwierzy
- spotkałam ja nioła
bezskrzydłowego
powiedział że się pierzy
skrzydła odrosną
pierwszego


* * *

wypal onymi oczy ma

nadziei wypatruje

swojego losu kaleka
do antywłamaniowych serc
puka
doszukując się
w geście drugiego człowieka
odrobiny litości

postać przygięta cieniem
skutki osamotnienia
największym jego grzechem



* * *

myśl miesiąca

[i]Gdy kura z wiekiem skorupieje
jajko rozwija skrzydła[/i]

powstaje wiersz...

[lewo]odbija się od kamiennych ścian infernalnego miasta
pęka w postrzępionych ojbokach ciężkiego nieba
struży się na pomarszczonych twarzach dajchówek
i leci na łeb na szyję owiniętą kutasim puchem

oto ta, którą kochał za młodu pachnie
teraz i wygląda jak jej własna matka
z powagą
pchając wózek

a on ciągle bawi się babkami
w piaskownicy studiuje anatomię
rozbiera wzrokiem figury
między wersami czyta przykazania
ale kto

zmieni zdjęcia w jego albumie?
a na starość zimowy balejaż


* * *

marzenia utopią(one) w rozsądku

czasami uciekam od realizmu
strusim sposobem - nie w piasek
do marzeń w kieszeni
fartuszka dziecięcych fantazji

optymistycznego nastawienia do nich
nie wymazały nawet stereotypy myśleniowe
lecz żeby nie wydać się śmieszną
nie mówię o tym nikomu

i tak dobrze ukryte
nie w sercu lecz w rozsądku
przechodzą nie zrealizowane
w porządku


* * *

na grilu spieczone płatki

[lewo]rajski ogród - wiesz
on czeka
na deszcz
a ten drażni się ze mną
to słonko skryje chmurką
i zrobi się ciemno
to znów wiatr przegoni
żal piwonii
usychają płatki w piasku
nieśmiertelni pod murami Troi

leję wodę leję
a deszcze coraz śmielej
ze słońcem swawoli

na grilu pieczeń
pachnącej piwonii


* * *

G A D A J A K P O T Ł U C Z O N A

[lewo]w każdym społeczeństwie z czasem
tłuką posągi

wnoszę po schodach wiarę
w człowieka
czasami chce lepiej wyglądać
przez okno niż zejść na niziny
zniżyć głos
słowami bez większego znaczenia
pluje innym do zupy

podążając za modą
kreuje wizerunek
samego zła





* * *

erekcjato?

seksomaniak

na łożu wcale nie boleści
żądzą pisane pragnienia
zwierzęcy instynkt natury
domaga się zaistnienia

wytnie numerek jak z Playboya
jęzorem zamerda z radości
nie będzie już hamował
swojej powściągliwości

ona ubrana w chanel 5
potężną broń kobiety
on majteczki ściąga z niej
i gumkę dla podniety


























na procę naciąga
- niestety


* * *

noc


przesyła latarenki robaczków świętojańskich
pod niewidzialny płaszcz
tonący w paprociach
ubiera kochanków
w miłość

nic w zamian


* * *

OLŚNIENIA

[lewo]
zwijasz mój sen
w rulon bez powietrza
ginie w pustej kartce
inna czasoprzestrzeń

wzbijam się i jestem w stanie alfa
to jest czas darowany
wolny od myślenia

nie mam go za dużo
świadomość końca
gęsią skórką spływa po plecach

zastygam
w oczekiwaniu

na jakiś czas
we śnie


* * *

PROBLEM

[lewo]w szuwarach własnych myśli
zatapiam ciało na próbę
stworzone przez Boga
doświadczalnie
przeinaczone przez życie

myślenie
na nic się zda
gdy czyny leniwe
węzeł gordyjski to problem
wiary

nie do rozwiązania?


* * *

DZIEDZICZENIE

[lewo]

chabry
z gruntów wychodzą
prosto
w bukiety

wtykam je w loki pszeniczne
zapach napełnia dom
ciepłym pieczywem

znak krzyża czynię
nad nieskrojoną jeszcze pietką
rozkwitają buzie dziecięcych uśmiechów
zakorzenione
na dobre
we mnie
ze mnie


* * *

nieprzywidywalność

[lewo]spacer

niechby był choć trochę zawadiacki
a tak wszystko jak zawsze cienie pod nogami
kamyki co się nie chcą oderwać ziemi
deszcz, ziąb i czas - przestrzennny atrybut -
powiadają mądrzy
ty nie

widziałeś
jak przenikam ciemność
w kałuże mijane z dowodem na twarzy
i rękach plamy słońca
powiększają się w miarę zawieszania wzroku
na czymś, czego dogonić nie można
tak żyć
obmacywać oczami
zmarszczki
słowa
bliskie ziemi
cedzi we mnie
światło z coraz krótszym cieniem


* * *

przychodzi taka chwila


znajomy
juz ukochany
dojrzewa owoc

trzymać mocno
tę chwilę

kiedy
– tonuję głos
mysie myśli nadgryzają czas
już gnije owoc
pod naszą podeszwą

odrzucić jak najdalej poza
tę chwilę


* * *

na światło dzienne życiowe sprawki

głowa wciśnięta w ramiona doświadczeń
laurem spłowiałym nie na pokaz

zaczesane do tyłu wspomnienia
modelują się bujnie z twarzy

zastygłe w gry-masie rysy
kruszeją w płomieniach maski

nakłada filtr prze(dzi)ciwko
niech (ż)zal-śni pełnym p(oł)yskiem

tatuaż za(re)tuszowany


* * *

CZEKAM NA ŻNIWA

mam słabość nabytą
do drogi schodzącej w dół
gdzie wszumia się żyto
złotawym kłosem w zdrój

dobrane jak w korcu maku
zamykają klatkę złotą
ukrytej wśród źdzbeł głowy
którą czasem podnosi wysoko

z maków tylko makówka
czerwień w żyłach waży
tłumiąc nadciągającą burzę
wstydu kwitnącego na twarzy

codziennie łan zbóż tarmosi
by ogarnąć przestrzeń wymarzoną
gdzie w miękkości gleby nosi
dębu twarde nasiono


po Mufkowych poprawkach :)

mam słabość nabytą
do drogi schodzącej w dół
gdzie wszumia się żyto
złotawym kłosem w zdrój

dobrane jak w korcu maku
zamknęły klatkę złotą
skrytego wśród źdźbeł kołpaku
co czasem noszony wysoko

z maków tylko makówka
czerwień w żyłach wyważy
tłumiąc gwałtowną wymówkę
wstydu co zakwitł na twarzy

codziennie łan zbóż tarmosi
by przestrzeń mieć wymarzoną
gdzie w miękkiej glebie nosi
twarde dębowe nasiono


* * *

WYPIEKI

pochylona ugniata do wyrośnięcia
zwinnym przedramieniem zagarnia
formuje i pieści
do połysku

potem pośpiesznym ruchem
wyrosłe wsuwa do rozgrzanego
- jak samo piekło - wnętrza

oddycha ciężko w oczekiwaniu
szczeliną wypływa łechcąc podniebienie
- zapach
samego diabła by skusił
smak kruszonki na gorącej bułce
*
odprężona syci swój głód powszedni
smacznym wypiekiem


* * *

NIEPOKORNE WĄTPLIWOŚĆI

[lewo]nie pytasz jak się mam
- mam się jak kura znoszące złote jajka
nigdy nie ujrzą światła
tak się mam -
czyli dobrze wpasowana
w elementarz rzeczywistości
z kłopotami które bardziej związane są
z moim 'ja'niż posiadanie materialne

jednocześnie jak Marta chcę Boga
dopasować do swoich planów i udawać
że mam nad wszystkim kontrolę

moja równowaga jest bardzo krucha
zasłania braki
gdy świat nie chce uznać moich wysiłków

sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie
zbyt wiele wątpliwości ale
to mnie nie usprawiedliwia
więc usilnie staram się o sprawiedliwość
królestwa niebieskiego

a wtedy wszystko będzie mi dane?


* * *

LUKA CO PANA SZUKA

w międzyczasie gdy
nierówno miał pod sufitem
wszedł w pozycję
horyzontalną na maskę
nie samochodem bawiąc się
fortepianem nerwowo chrząkał

właściwie nie zawsze
załamuje się czasem
w pół drogi trafia niełatwo
zrozumieć nogi

więc pozostaje
sen na odtrutkę
bełkot co rządzi panem
luka co pana szuka
i kac nad ranem


* * *

dobranoc

deszczu kurtyna
otwórz drzwi
do innego świata

zanurz się w biel





















pościeli -
sz sobie, tak się wyśpi
sz


* * *

MORDA W KUPEŁ

gdzieś pomiędzy wieloma
oczy przymyka dla siebie
odpowiednio sklarowanym trunkiem
odwagą ślepca zasmakowanego trzymaniem w dłoni
bez zagryzki ryzykuje ześwinienie
jako pewnik do przepicia

gdzieś pomiędzy
miejsce na początek i koniec idealny
na przygryzienie ust napełnionych
odpowiednikiem światła

[i]nic co ludzkie nie jest mi obce [/i]
póki nie staje się świńskie

rój leonidów nie dla mnie


* * *

blisko piaskownicy, czyli jak to jest na emeryturze

[lewo] jak dziecko marzę o puchowej kołdrze z gwiazd

nie muszę już niczego
porastam
ziarnka z rozbitej babeczki
liczę kolejne

zawsze bałam się jazgotliwych
zawstawionych stołów
głośnych taboretów

łokciem - nigdy
na miarę wzrostu
czekam bezowocnie

również deszcz nie ożywił
przyniósł tylko chwilową ulgę

w uczuciach aura nijaka
nawet zimnym słowem nie powieje

zanosi się na burzę w szklance piasku


* * *

kiedy ma się ku zachodowi

popatrz
jak światło po liściach
odmładza drzewa

złotym pyłem nasyca
krajobraz płonie
przez chwilę


* * *

karminowy krzak jaśminu

[lewo]lubię twoje pocałunki aromatyczne
jak jaśminowa herbata
wolę myśleć
o dotykaniu twoich piersi kiedy
z pogodnym uśmiechem buddyjskiego mnicha
przyjmujesz należny? pokłon
odnajduję się opleciona pośród nagich konarów

lub słuchać cykad w dzień mający się ku zachodowi
niż układać paradygmaty kto ważniejszy

podobno mężczyźni są z kosmosu ciekawe
czy o tym wiedzieli przodkowie Robespierra
podkładając jego szyję pod gilotynę
wolę nie myśleć

co zgubiłam pod krzakiem jaśminu
machając przekwitłą gałązką


* * *

ciągoty za płoty

[lewo]za nami zaniedbany most
w stylu [i] co komu do tego[/i].myślę że dobrze
wyszłam na ludzi

stojąc po obu stronach rzeki
rozciągałam uśmiech
mijanym słowem kończąc

uchem przy słuchawce na której wiszę
żebraczo gotowa słuchać oddechu
wierzby pochylonej nad kałużą

zorganizowałeś sobie czas
szukając pętelki od zgubionego guzika
wśród martwoty blokowisk
pokonujesz swoisty maraton wyboistości

a mnie ciągnie na łono
z natury tak mam


* * *

narażeni na brak uwielbienia- czyli odlotowo

zebrałam swoją wyskokową nienormalność
ja - żebraczka wczorajszych dni zamykam usta
rozwichrzonym myślom

dom w laptopie sposobem na przeżycie
ponawia próbę pięknego uśmiechu bez wad
dobrze dostosowanej diety na rzymskie wakacje

zdradzam sekret przedłużenia rączki od parasola
w debacie jak pokonać trzysta lat złej historii

nie zaniedbuję okazji do milczenia
milczę więc jak ozłocony puchar i nie pytam
co słychać u naszych dawnych bohaterów

na głowie za duży kapelusz pod którym bezpiecznie
mija ból - żurawie tworzą klucz do nowego


* * *

droga dwupasmowa

oglądam zaprzeszłość
zwodzony most i głos Marty
[i]nigdy nie płynęłam gondolą[/i]

ja też nie
ciśnie się na usta
milczę
na przyszłość
łap moje 'mariemagdalenki'

czas - zorganizował niedościgłość
maraton nie dla mnie
nie dla ciebie chęć pokonania

pędzimy w odwrotnych kierunkach
a ja chciałabym w końcu dojść


* * *

Skąd ja to znam?

[lewo]Zachód. Dostatnie piętro.
Twoja Szkoła Orląt na wiosnę
ty ponad wszystko
radosny
przyśpieszacz czasu

w rynnach deszcz puk- puk niecierpliwie
tik-tak ponagla zegar

[i]ciii... maleńka
nie nam pukają
zanurzmy się w ulice, może nie znajdą
na Srebrnej
jak nasze włosy. [/i]

Jeszcze jazda do Niedziałki
spacery brzegiem Wisły i w deszczu przystanki

Jeszcze nie pora by jakieś tam pukanie
zmorą nas prześladowało.

To deszczowe ulice bezpowrotnie
rozmiękczają nasze samotnie.


* * *

żółte melancholie

Kolejny dzień
miejsce, którym zachwycam się.
W słońcu dojrzewają drzewa.
Liść usadowił się na mojej czuprynie.
Przywołuje wspomnienia.
Cień rękę podniósł, strzepnąć
nie zdołał.
Nie ma cię przy mnie
jest tylko cisza
i kolejny liść
marszczy nieskazitelną dotąd toń
chciałoby się krzyknąć [i] nie przychodź[/i]
Spoglądam.Odbicie poraziło
smutkiem.
Powoli odchodzę.


* * *

nagrabiłam sobie

[prawo] [i] liście już płoną
taka piękna śmierć[/i][prawo]
[lewo]

górę liści
promieni więdnących w trawie
z szelestem między zębami
z krzykiem lecących żurawi
w granat odległych przestworzy

zbłąkani wygnańcy jesieni
ostatnie wydadzą tchnienie
nim je spopielę na ziemi

nim moją górę śnieg skryje
duchy zapiszczą z uciechy
wiatr drzewom poczochra czupryny
wygwiżdże osy spod strzechy

liść - list pisany jesienią
świetlany rudawą chmurką
w oparach absurdu wpłynął
prosto na moje podwórko


* * *

rzekotki śpiewają najładniej

[lewo]

i przyszedł czas kiedy
kropla głaszcze szybę
szyba tuli się do policzka
- nikt nie jest zadowolony

kwiaty odwracają się od słońca
żeby oddychać wiatrem
słońce odwróciło się od brzoskwini
- dojrzewa gorzkniejąc

w mchu toną grzyby
jak w cieście rodzynki
i nikt nie wydłubuje
robaków

tylko rzekotki kumkają normalnie
tym ładniej im bliżej
ciebie


* * *

moment czasu w czasie *

*henryk sawka - satyryk
[prawo]
W STRONĘ SŁOŃCA


droga do nieba prowadzi przez
nadzieje nawinięte na kołowrotek wieczności
[lewo]
jak mgła ziemię skrywam w dłoniach
oddech targany wiatrem w czas burzy

gdybym mogła jak ptak patrzeć w słońce
bez obaw ogrzać pióra rozmokłe
tęsknotą która łączy dwoje szukających
wspólnego języka

a tak siedzę nad czystą kartką
nigdy nie wiem co wyjdzie
początek dnia albo zakończenie sezonu

gdy wszystko zastyga nawet czas staje wtedy
czujesz najmocniej zapach skoszonej trawy
i zmierzchu
bo wiesz


* * *

Nie do twarzy nam z taką jesienią

[prawo]


[i]ilekroć odnajdujemy siebie
w czterech ścianach dostrzegamy wszystko to
co nadmiarem przyciska do muru[/i]

[lewo]
literujemy na cztery wyogólnione słabostki
kolacje przy świecach bez
żadnej gry przerywanej
wieczornym trzaskaniem

winda płoszy
wszystkie korniki w tunelach korytarzy
dogrzebujemy się do krawędzi być
albo żyć osłaniając się różami

kolejna jesień chorych kasztanów
pomiędzy ulicami snują się
rozdeptane wakacyjne fantazje
wypalone w blokowiskach
spojrzenia

zadyma jak się patrzy


* * *

myśli rozczochrane

۩۞۩ஜ [prawo]
[i] bo wypłakać się też trzeba mieć komu[/i]

[lewo]

wszechświat skurczył się nagle
do roli garbatego żyda a może do karła-
myślę że to nie wszystko jedno
co spada w czarną dziurę
goryczką trującego grzyba

zaślepieni zbyt ciemnymi żaluzjami
nie dostrzegamy blasku
za-wierzeń w cudzych oczach

w płytkich garniturkach
trzymamy się kurczowo ram
na szyi wisielca
zapominamy o odrobinie przyzwoitości
a nowe szaty cesarza
okazały się stare jak bajka andersena

nie każdemu w nich do twarzy
w szczególności


* * *

bigotka

upłynniam procenty optymizmu ukrytego w setce
kolorowych gazet oferujących bezpruderyjność w łóżku
najlepiej obsadzać role dwu lub czteroosobowe mówić o apetycie
na miłość z fantazjami i poklaskiem

rodząc się do szczęścia lub tańca wybór
serio aż mdło się robi od sekretnych ujęć
klatka po klatce małpy z bananami rozkwaszone cytryną dam
zazdroski wypalone
kolejnym dymkiem srebrnej ciszy
zaczytanej w ciąg dalszy
nie nastąpi
o nie

palę
się


* * *

LUDOMANIA

powiedz
jak wygląda twój napięty
grafik
na trzycztery łatwo się przeliczyć'
zaczynasz od początku gdy czas zajęczy
a pies z kulawą nogą goniąc po miedzach
oznacza przejścia dla pieszych

trudno przebić się na nowy świat
mówisz zbudujemy tam gdzie kiedyś
żółciły się wrotycze i nawłoć trzęsła pióropuszem
iskry nadziei
bo widzisz
domy są potrzebne żeby nie leżały odłogiem
nasze myśli bez poczucia odpowiedzialności
za naturę naturalnie dzielą los
mnożąc napięcia

bo tak trzeba
bo musi się rozrastać moloch
nieświadomości że kiedyś zabraknie

zielenieję


* * *

wiersz naniby w odwrotności do sytuacji czasu

nibypoco- celujesz w sytuacje
nibydlaczego- drążysz bruzdy w tożsamości
obarczasz -wcale nie naniby- zegarem

krzyżując wskazówki na przekór
pędzącej głupocie
nadrzędnych 'protrzeb '

wyczerpane zapasy
w oczach nibywidzących
zastygają zmianami nie w lepsze

wykruszę ci zęby
wcale nie na niby


* * *

tak jakby o jesieni

[i]nic tak nie doświadcza nas [/i]

celujesz
z bruzdy tożsamości
w zamknięte okno boga
obarczasz zegarem
krzyżując na przekór
tryby
zgrzytają zmianami
w najlepsze

wykruszę ci zęby
po czasie


* * *

z jesiennym wiatrem

[prawo]poeci z drzew miekko spadaja na liscie

[lewo]lubię taką ciszę
która deszczem w okna puka
najbardziej szalonym pomysłem
usypia rozum na kilka dobrych dni

przywłaszczam sobie ten czas
wydzielony pod inwestycje na przyszłość
lepiej zajrzeć do worka z kotem
niz kupic funt fantazji - mowia doswiadczeni
mam jej w nadmiarze bez oszczędzania
na zaproszeniu letnich pokus
w jesienny wieczor nastroje
i basen
schłodzonego wina

w milosci nie ograniczaj się w niczym
[i]niech biodra układają
kanapę w miękkie kształty [/i]




* * *

to tylko kolejna pora roku, kochanie

[i]musnął mi twarz
na włosach przysiadł
ochrą czerwoną szadź przyozdobił[/i]

i choć przybyło lat
ciągle zdumiewa ten taniec
kotki na rozgrzanym dachu
w rytm furkotu
barwnego szala wokół głowy

gdzie sens
uśpionych zapachów i barw

zatapiam się w porannym mleku
jeszcze świeży kolor nieba
skrawek zawsze będzie przy mnie
w galopie konika na biegunach ku
tęsknocie za rajem
w kropli spod cudzych rzęs

do czasu krystalizacji i rozpadu


* * *

moje podróże

wyleciałam w obce słowa
z dużymi oczami szłam przed siebie
wiedząc
że za mną ty
omijasz nieistotne - wiedziałam

gdy wrócę opowiem o domach i ogrodach z hortensjami fuksjami
co nawet zimą mają kolor czerwony
wdeptywałam żółte liście w odpływy
czekając na przypływ
pokażę fotografie i te wszystkie miejsca
którymi zachwycałam się pisząc: "szkoda że tego nie widzicie”.

opowiem o dniach osamotnienia w ciężarze
czerwieni domu ojczystego
przepracowanie i radość mieszały wzajemne szyki teraz
marzenia przybrały kształt znajomego
punktu na mapie

zebrać wszystkie róże
usypać ścieżki powracającym ptakom niech mają
turkusowe lub pomarańczowe skrzydła
po drugiej stronie
wymarzony dom
wystarczy uchylić okna


* * *

DARY MORZA PÓŁNOCNEGO

wody włączyły wsteczny
odsłaniając kunszt abrazji
uzbrojona w muszelki forteca
ukazuje miejscami łysiny krabów
podążających w pysk
otwartych fal przez chwilę
stają się
ucztą dla mew

ja - demiurg rzeczywistości
podpieram się nieopierzonym skrzydłem
anioła - zółtodziób
wydeptuje
szkic promieni

tobie przywiozę
jednorożca
w czekoladzie

albo nie,
muszelkę
a ty darujesz jednorożca
takiejsobie poetce
tylko proszę
bez gorzkiej czekolady


* * *

staje w dzień

na przekór sennym majakom
rozpromieniło się
zaiskrzyło
pojaśniało powietrze

pies z kotem w jednej misce
obwąchują wczorajsze resztki
wrona klnie szpetnie na tę prywatność

kocim grzbietem zaskakuję
sprężystością ruchów budzę pragnienia
w kałuży dzień przegląda oblicze
pokryje szadź
ptasie gniazdo na kominie
nie zakwili radośnie
poznasz że już czas
rozetrzeć w oczach sen

- cholero
zasuń żalu
zje


* * *

nie wierzycie w taki świat?

[i]jeszcze wczoraj niebo grało
na pierzastych fortepianach
nokturn padał przez noc całą
nuty w kroplach mokły dla nas[/i]*

- dla Marcina, bo on wierzy
- dla Mufki, bo wie
- dla madam, bo ona ma

*
on jest nieopodal w waszych sercach
nawet jeśli to kamień jest
cząstką przyrody
i żyje
i łomocze w piersi

w moim świecie każde źdźbło trawy
ma inne linie papilarne
tutaj ryby mają głos i żurawie z czaplami
chodzą w parach bociany tylko nie
podrzucają dzieci tak zwyczajnie
spływają z fontanną wód płodowych
najczęściej jesienią
chmury układają się w harfy pierzaste
nokturny deszcz mruczy
kot i gąsiennice na dachu
bucikami stukają liście o parapet
lipa w kulki leci
noski zrzuca klon

taki jest mój świat
jeszcze
póki co
trwa


* * *

nie pytaj czego się boję

Od lat ustawiasz w okno ten sam obraz
zmienia barwę w zależności od światła
skrócone refleksy cieniem gniotą wczorajszą zieleń
zamykają dostęp pamięci
parapety gną do słońca wyblakłe rośliny
jakby chciały podtrzymać drzewa od upadku
Obok
już nigdy nie odnajdę
dziewczyny w białej sukience do ziemi
sięgają dłonie
potrafią rozczesywać włosy
których coraz więcej
na grzebieniu. gubi zęby
twarz
boi się własnego cienia


* * *

nie można tracić z oczu najważniejszego

napiszesz list?
nie lubię esemesów

pytanie rozświetliło ekran
moczenie nóg w październikowym
morzu nabrało sensu
krzyki mew jak wołanie
zamknięte w kopercie
i ta samotność bez znamion
chwil ukradzionych żywiołom

fale same odkryły magiczny świat
pachnący wilgocią
wyrzucone rośliny układały
wróżbę powrotu
w nich cała tajemnica
*
Czubkiem nosa zahaczam uśmiechy
schowane w zimnych muszlach
oczu spóżnionych plażowiczów
przybywa wraz z promieniami.

Napiszę ci
że kromka syci, że mur dzieli
ogrody od brzegu morza.
Nas nie musi dzielić
mruczenie północnego wiatru.

- nie marudź
dołóż do pieca, zima idzie


* * *

[i]dziś nie na czasie[/i]

głowa wciśnięta w ramiona doświadczeń
laurem spłowiałym dziś nie na pokaz

bujnie wczesane wstecznie wspomnienia
modelują zawrysy twarzy

zastygłe w masiegry blizny
kurzeją w płomieniach maski

nakłada filtr naprzedziwko
niech żalśni pełnym p(oł)yskiem

[i]retuszowany
tatuaż [/b]


* * *

z cyklu - moje podróże- Nad Morzem Północnym

Napiszesz list?
Nie lubię esemesów.

To pytanie rozświetliło dłoń.
Nabrało sensu poszukiwanie kropel
potu na setkach stopni
do włoskich ogrodów.

Brodzenie w październikowych
wylewiskach .

Mury, morze, a może
samotność pachnąca wilgocią
konających roślin. Czy im też brak ciebie?

Odkryty świat zamkniętych muszli.
Poskręcane wróżbą powrotu nadęte
morszczyny.

Czubkiem nosa unoszę kapelusz.
Uśmiechy ukryte w zimnych filiżankach
popołudniowych plażowiczów przybywa
z promieniami słońca. Tylko moje słońce oddalone o tysiące morskich mil.


Napiszę
włożę do koperty
krzyki mew,
bo przecież nie powiem , że tęsknię i kocham.




* * *

kapelusz z rondem

[i]gdybym się nauczyła jeść soczewicę,
nie musiałabym przypochlebiać się królowi[/i]


dojrzewa we mnie postanowienie
postawienia wszystkiego na głowie
główkuję jakby tu zamienić mieszkanie
na takie samo ale Inne kobiety nie muszą
bo stara się Mąż mówi że jestem nienormalna
i normalnie każe mi kupić łyżworolki Jemu
wszystko jedno co stłukę dla psychicznej równowagi
przestawiam meble ingerując maksymalnie oszczędnie
we własne szufladki akceptuję co niezbędne za szafą
zagram w zielone bo święta blisko albo w grę diogenesową
wrzucając bieg na rondo kapelusza

skoro nie mogę nic zmienić to może
zamienię kijek na koło od roweru
niech pojeździ na okrągło


* * *

z Mikołajem w chowanego

Wczoraj właśni zapomniałam
wysłać list do Mikołaja,
z dRugiej strony powiem szczerze
w Mikołaja już nie wierzę.

więc dlaczego już od rana
szukam czegoś w pustych dzbanach
w sieni cieni w oknie sanek
a tu cisza, eee do bani

cała śpiewka o tym świętym
- list na oknie jest - nietknięty


* * *

wizerunek z Manoppello nie nosi śladów farb

[prawo]"podajesz mi dłonie ja kładę własne na ich tkaninie"


[lewo]twarz na bisiorze
tkaninie cienkiej jak nić pajęcza
pojawia się i znika
pod odpowiednim kątem
żywo patrzą oczy
duże i jasne przenikają
z bliska
złamany nos
wydarty kawałek brody

stałam z kamieniem u nogi
było to jak spotkanie z żywą osobą
poruszyło

[i]dlaczego On taki brzydki [/i]
On wiedział

widzimy to co mamy w sercu


* * *

...[i]nadmiarem myśli [/i]

czy ja mogę być ptakiem
nie siać nie orać
patrzeć jasno
w słońce

czy mogę być lilią w polu
nie stroić się nie stać
przed lustrem dopasowując
twarz

czy mogę być biedronką
nie liczyć drobnych
na chleb

nawet sową konikiem polnym
trawą powietrzem, kwietnym pręcikiem
wszystkim mogę
[i]bo jestem[/i]


* * *

prawda, święta i najprawdziwsza prawda

pola sierpniowe jak dawniej
na wymiar krojone nasze
podróże w łany marzeń

kiedyś wiedzieliśmy w co wdepnąć
na psie gówno złorzeczyć i wielbić
dziś na ściernisku stawiamy nogi na czas

wrzesień pogania wrzosowiska miodnie
wabiąc dla ochrony przed apatią
w jesienne widowiska wplatamy
niedotrzymane obietnice
wyolbrzymiając grzechy sąsiadów
własne zasługi bronimy przed pleśnią listopada

najbardziej lubię chwile za zanim
wypali oczy
ta której nigdy nie chcemy


* * *

WRÓŻKI

dziś mało kto pamięta
za oknami powiewały kolorowe wróżki
mówili że tak się dzieje
kiedy przychodzi szczęście

wyciągniesz dłonie
zapatrzysz się podobnie
łapiąc spóźnione
miraże zaokienne
a może
wpadniemy niebu
w poprzek przekroi się
na szczęście


* * *

Nie był taki jakim oczekiwano

[/i] ludzie chętnie biegną do żłobu
ale są wściekli
gdy znajdują tam dziecko[/i]


miał być mocarzem - był maleńką dzieciną
miał trząść światem- to Nim trzesło zimno
miał rozpierać się na złotym tronie
a tu taki wstyd - leży na sianie w żłobie

Bóg wszystko stawia na głowie
obiecywał tron dawidowy
tymczasem daje szopę
uchronił przed Herodem
a zgotował Golgotę

kluczem ukrytym w stajence
odmieniło świat
to dziecko betlejemskie


* * *

pełen odlot

dzwoneczki
rozbudzone jednym ruchem
wypuściły melodie
z czasem oswoję wiatr
dla łagodnego powiewu
bez burz i nawałnic

z kamieniem w jednej i mimozą w drugiej
ręce krzyżuję bez wyrzucania sobie
zmarnowanego czasu

wypożyczę skrzydła
pozostawię ulubione korale
buty na obcasie
już nie pasują
do koloru włosów

polecę


* * *

minęło tyle lat

uczucia łabędzi pozostają niezmienne
wciąż chcą wchodzić do tej samej rzeki
płynąć pod prąd
u źródła oczyścić pióra

nie lubią krętych schodów
wysokiej wieży
od ciągłego patrzenia w dół
dostają zawrotu głowy



* * *

winna odległość



jesteś dalej niż codzienność
która czeka od rana z bąblami w kuchni
wieczorem też po ulewnym prysznicu
z piany spłukuję niewinne spojrzenia
układam w senność
nie widzę ciebie a nawet
jeżeli mielibyśmy się spotkać przypadkiem
to w tym mieście dosyć często
spotykają się ludzie z przypadku
w miejscach

do których chodzę
brzęczą grzech otki


* * *

na pewno nie schudnę z tęsknoty

kiedyś znałam dobry sposób
ucieczki
jak najdalej
do miejsca gdzie rozpalone
wszystkie światła i ty
stawałeś się jedynym
wyzwoleniem

dziś sposobem na życie
dobra forma
słodkie ciasto


* * *

sportsmenka?

ogarnia ją fala drgań
przy odbijaniu ruchów
dzikość miota się
w niej
sygnały euforii
poddają się erupcji

cel
trafiony zatopiony


* * *

po latach nie bycia

Lubię słuchać,
gdy marudzisz, że czas cię nie oszczędza.
Czuję się wtedy o niebo lepsza, wiem,
że jesteśmy sobie równi, najbardziej
pasujemy z przodu sprawiając wrażenie całości. Układasz
barwy w jednolitość struktur. Rozstajemy się
ze złudzeniami, ucząc się patrzeć podwójnie.
Na siebie skazani, puszczamy nowy nurt rzeki
zrównując brzegi w jedną barwę spokoju. Tłumaczysz
się z labiryntu środka, na dobry koniec zdzierasz maskę
klauna, uczysz patrzeć i śmiać się z przewrotności dróg,
które zwyczajowo prowadzą zawsze do siebie przedzieramy się
przez ogień emocji.

Lubię twój wilczy apetyt.


* * *

żebraczka

Stała wróblami podszyta
w nieśmiałym przygarbieniu nie liczyła
ani miesięcy ani lat.
Szara, jak kolor ulicy prawie
przyklejona do ściany domu,
który nie mógł być jej
widokiem na jutro.

Nie zauważali jedni, przestawiali inni
wciskali własną tolerancję -
nieodczytane sumienia.

Pewnego dnia ktoś podarował jej różę.

Dzisiaj widziałam cień
wciśnięty w ścianę
z widokiem na jutro.




* * *

dziadem proszalnym jestem

moje drzewo rozrasta się,
w rozgałęzieniach coraz więcej gniazd
- wylęgarnie aniołów,
w ich skrzydła kiedyś złożę mój sen

zawczasu splatam gałęzie
zanim spłoną. w ciemności
przerzucam łuk nadziei
na szczycie
zatrzymała się pieśń

[i]Bóg otwarł mi drogę przez Morze Czerwone
a ja krzyczę, że jestem na dnie

mów, Panie, [/i]
ale najpierw otwórz uszy moje
i z oczu zdejmij zaćmę

[i]będę słuchać [/i] może
obrócę dni w jasną stronę


* * *

zachścianki

szukałam empatii a znalazłam
słowa które do żywego dotykają
miejsc niezamieszkałych z braku
wyrafinowanej perwersji - sztuczna porcelana
tylko z wyglądu jest taka sama
i tłucze się jak chińska laleczka
nabiera rumieńców pod wpływem ciepła
na dobry początek wystarczy
uścisk dłoni

Panwkratkę zminiaturyzuje moje duchy
niespokojne

przysiądę



* * *

do wiosny

list do ciebie bez ciebie zaczynam od słów:
pamiętam takie dni
a potem długo długo nic

krew zakrzepnie w długim oczekiwaniu
dni odcinają się drastycznie od światła
oszronione skrzypiące
zamglone przemijaniem w przycichłych sosnach
aż pod chmury nic tylko śnieg i ptaki uderzające głową w horyzont
strach gołębi i kłótnie wróbli w siarczystym
zatykającym dech powietrzu
poślizg nóg

wycie wiatru przeciągłe coraz bardziej nieznośne czekanie na cień
[i]na zmartwychwstanie liści na zielony zamęt[/i] na odtajanie

piszę
w imieniu



* * *

piesdomni

w małych miasteczkach nie ma mostów
odpowiednich dla tych[i] z kulawą nogą[/i]
bezdomnych z wyboru
albo z pierwszego kontaktu
do ostatniego balastu

z prawdą której nigdy nie stać
na słowa mówione w oczy
prosto z mostu takiego
nigdy nie było

w małych miasteczkach nie ma mostów
które dzielą żałosnych
i łączą półżywych w supermarketach
kupiono- sprzedano
do ostatniego wina
zawsze leży po stronie
najmniej sobie winnych
pod mostem
tylko szkło nie ulega rozkładowi


* * *

BALET ŁABĘDZI - czyli re'Animacja

zimowy space'rek

wypuściłam się na scenę drobię
kroczki, taki balet w kozakach na sztywnych stopach
i nagle piruet zawrotny w tempie przysiadu płaskiego
brwi ułożyły się w wykrzyknik usta - w koło ratunkowe

wszystkie gwiazdy rozświetliły mrok przed oczami
mącę kryształowe tafle speszonym oddechem zaklinam
„ a niech to cholera” podnoszę głowę i czuję
jak mi rośnie limonka
dojrzewać będzie zmieniając kolory
w zaciszu wymuszonego reanimowania
zagęszczam się w pokrywie lodu
bez odwrotu na odwilż

muszę czekać
-[i] na jezioro łabędzie?[/i]


* * *

wiosna z o.o w ZOO

tymczasem
w obłokach mamy
niedosyt żółci
na lipie rozkłada się lipnie
szron i sadź

toniemy w pomarszczonych kałużach
bluzgając błotem monotonii
co się przedłuża

wiosna dostaje czkawki
od ciągłej gadki babek zielonych
stojących w kolejce
po namiętność

zapługują się orne chłopy
i staną im zime poletka ozime
przez sarny nadwyrężone
spod budki gawrony
obudzą naturę tuż za rogiem

zima - kurna- ustąpi
zalana ciepłem złotego deszczu
kap, kap, sik, sik
rozpada się kapuśniaczek na łepki
przebiśniegów żółtych ranników
rozmrrrrruczą się koty zakocurzone
krety podryzą nogi żyrafie
co szyje w chmurach
topi
wiośnie
wreszcie minie czkawka


* * *

sny druidowe

zatrzymasz do utraty
zamarzenia
wiatr skołysze
niekończący się
sen o drzewie

stanie się domem
posłaniem ogrody
z bezpiecznej niszy spojrzę
na wszystko
inaczej

nad wiekiem pochylam się
coraz bardziej
łyso


* * *

smutność walentynkowa

niebo co miało być rajem
w piekło zmieniło się
- szare
nie chcę więc nieba
ni piekła
- ot rzekłam
w zawieszeniu
między i pomiędzy bez

chcesz
to bierz


* * *

modliszka

W ramionach zmieści
niejednego`
w uśmiechu
utonie człowiek

czeka następnego


* * *

ogłoszenie


oddam całkowicie za darmo
srebrną depresję na chodzie i śliczną
napędzaną mieszanką nostalgii z melancholią
w ramach promocji - kosz wyrzutów sumienia
z własnych upraw ekologicznych

cena do uzgodnienia
- istnieje możliwość podmianki
na motyle w brzuchu
gwiazdy w oczach lub ściskanie w dołku
ewentualnie za pół litra czystej kryniczanki

adres do zapamiętania:
w czwartej stronie świata
- gdzie w ogrodzie malwy kwitną -
domek ociosany z przypadłości
pod wiekową miodną lipą
numer domu-
w starej ławce szczebel piąty
co się zagubił z miłości







* * *

malarz niezdecydowania



niesfornym pociągnięciem
rzuca wyzwanie na blejtram

płótno rozpięte świadomością
zakazanych owoców

rozkłada formę w pąsach

pędzel delikatnie dotyka
naciska zaciąga farbę
maluje
plamą

nieuchwytność późnonocna


w tle samotność zawstydzona
niezapominajkowo
przymyka skrzydła

obraz w ramach


* * *

wiersz 'zmetapotforzony' w swojej idei

[i]hej, wy tam, głośni, bezgłośni,
co tyle wiecie o świecie,
w karcz pniaków sierpami
strzelacie przynajmniej udając ,
że czytacie - przystańcie[/i]

*
gdy ona zrzuca z siebie
winną przenośni kamizelkę
rękawy słowami zaplata
kosmaty warkocz [i]czarmarnych metafor[/i]
szarą dłonią w proch
- powietrze
błękitem bieli
płomienie żółci
pół na pół
bo czymże jest

jawą przejawioną
w fioletach blizn
niespisanych wierszy

stoi załamując ręce
nad tomikiem
pierwszym
*

assai - uciekaj
do Benares?


* * *

oda do tęsknoty?

Wydawało się ,że to takie proste -
wskrzeszać zmarłe jeziora.

Omijać ten sam korzeń wystający
spod drzewa zgarniać liście w jedną
masę rozrzucać na ogród bez chęci
zbierania plonów.

Z każdym słowem
wydostają się na jasność spopielone ślady.
Bycie królową w spełnionej koronie
drzew, co dawno zmieniły twarze na zimowy spokój
- miało dwie strony.

Obudziłeś do wiosny spóźniony pąk rozmaił
te wszystkie określenia, których starała się uniknąć
- nie wchłaniała deszczu z braku czułych miejsc.

Teraz pożera wiatr i słońce
czy odrodzi się

Odwleka opadanie


* * *

al..alz...heimer

al..alc.. haimer?[b] na wesoło dla Nurii[/b]

słońce jesienne wysusza mózg
metodycznie dokładnie powoli
dla niego to duży plus
bo skleroza podobno nie boli

skulony w swej pelerynce
rzeczywistość pomyli z baśnią
smażąc kropki biedronce
obdarzy dozgonną przyjaźnią

chyba że jakaś frau odkryje
panaceum und antidotum
albo pogoni deutsche herr kijem
by nie zadręczał głupotą


* * *

gdy przyjaciel w partyzantkę poszedł

[i]serce Eryniom oddałaś
za życie przespane w półprawdzie[/i]

[b]jeśli nie wiesz o co chodzi[/b]

przywiodło mnie na te bezdroża
dookoła wody, lasy, pola, kilka domków
jeszcze niewygładzonych cywilizacją
chybotliwe wiejskie zapatrywania
przelewają się i łamią falami
czasem okoniem stają rozpaczliwie zasysając
powietrze spierzchniętymi dłońmi
zawężają drogę do nikąd
zatapiają palce głęboko
w horyzont gęsty od piany

tyle z nich do dziś

dźwięk telefonu otwiera mi oczy
wykrwawiam się
rozdzierana na strzępy
lekceważeniem

pozostał tor
nie ma pociągu


* * *

z powrotem do siebie

droga prowadzi przez

witraże w seledynach
przebłyskach promieni
na skrzydłach ważki falującej
nad trzcinami

*
z bukietu zieleni
oddzielasz błękit od skrzydeł
a skrzydła od ziemi

ze skurczem na twarzy
rozciągniętym bez rozsądku
oderwałeś skrzydła niebieskiej ważce
i stało się wszystko
od początku


* * *

z braku podpałki

pamiętam cię z opowieści o krajach
w których zawsze chciałam kwitnąć
po drodze wodę mam tylko
dla oczu drzewa prześwietlone czasem
słyszę

jak palisz w kominku
- magia sosnowego lasu
niesie kadzidło

staję pośród – jak Westa
składam ręce

i rozkładam w kłębach dymu
bez ognia


* * *

psiakrew, cholera

[i]To co jeszcze niedawno było delikatne i gładkie,
teraz jest czymś, co wygląda jak maleńkie
wysepki gęsto usiane, jedna przy drugiej,
albo jak pozostałości na placu targowym z setkami
porozrzucanych ziaren czerwonego pieprzu.[/i]

niepokój rzeźbi bruzdy w kąciku oka
przebłyski coraz rzadsze tylko we śnie
koszmarom wypadają zęby w doły wypełnione sianem
na własnej skórze przekonałeś się o prawdziwości
dotknęła cię w okrutnym przebudzeniu
ciało ze śladami ognistych bąbli zawijałeś
by nie ujrzały światła
na krzyżu czerwieniły się wyrzuty - lewostronnie
obejmowałeś wzrokiem twarz
w krzywym spojrzeniu zmarszczone czoło
naciągnięte brwi
pod strzechą zmierzwioną kotłował się brak
odpowiedzi potwierdza jedynie bezsilność

każdy wie
za lekkomyślność płacimy
żal możemy przelewać na język
z alternatywą - truć albo doświadczać objawienia
że
na bólu
[i]wyrosną kwiaty jeżeli chcemy je zobaczyć[/i] *



*parafraza słów analogii z wiersza "paradoks"


* * *

spełnienie marzeń szarych eminencji

wróble latają stadami, orzeł lata wysoko samotnie


rozpanoszyły się w podskakiwaniu
takie małe szare nawet
nie potrafią wzbudzić uśmiechu
na zdrewniałych ustach zakolorowić drzewo
okupują przed pierwszym seledynem gromadnie
i drą
pierze na nowe gniazdo po mistrzowsku
operują załamaniami światła by żaden promień
nie rozczepił się wielobarwnością
wydobywają zmęczenie cieni jednostajnym świreniem
pozostają szare, nijakie

po corocznych bojach ze szpakami
tej wiosny wygrały bitwę
o swój dom
pod oknem
nie mam pięknego śpiewu
nie mam też gąsienic na różach i kapuście

mam podziw dla wiary i wytrwałości stada
zrywam się z nimi do lotu


* * *

uciec przed strachem

prawie na stałe okapturzyłam się cieniem
czy dam radę
zburzyć bramy wczorajszych wstąpień do piekieł
po drodze zmierzchy wymienić na wschody
iść pod słońca złotą obręcz
w dowolnie wybranym momencie
złapać łut szczęścia
nie szukać w koniczynie
aż minie
zła mina

na twardą tęczę



* * *

w powrotach - obca

przyjaciel cień


Samotność i tęsknotę przeplatała wiarą
w szczęśliwe powroty
nawet liść oderwany gałęzi
był mniej samotny.

gładziła żyły napięte
jakby chciała wyrównać drogi
bez pokrycia
obietnice dane w pośpiechu.

Kartka zagryzmolona ręka dziecka
i śpiew drozda
taki sam jak tam
tu
to cała bliskość.

potyka się o wieczny ból głowy



* * *

dla Ireny z usmiechem

zafascynowanie

miarą jej niespożytej siły
były kolejne razy
ozdobione gwiazdami w oczach

uwielbiał ją i siebie
i wszystko co szeptało
że jest takim
jakim ona chce go widzieć

im częściej się zbliżał
tym chętniej otwierała bramę piekła
nienasycona wciągała go bez reszty
bez oporu dawał rzeźbić sobie bruzdy

co noc zbierał gwiazdy zaślepiony
strachem że traci równowagę

w zamian
swinska grypa


* * *

cień na ławce pod lipą

wiśnie ścieliły ziemię bielą
ścieżki splątane perzem mleczem i babką

siedziała pod lipą gotowa
jak ta sroka w pogoni za ważką

obleciało kwiecie
owoców nie będzie

[i] nie zagwiżdże stojąc na drabinie[/i]
do nieba nie zaszyje dziury

zapachem lipy upaja się
tylko ławka

nie zmieni miejsca
kot przy kominie


* * *

niech się spełnią marzenia

czas goni
żelazną obręcz toczy
- kolejny dzień zabawką
w jego dłoni

marzysz
o ukojeniu stóp
nad morzem w ciepłym piasku
ślady zostaw
co chcesz
rób z tymczasem

wyśnij jutro
lub wypij do dna



* * *

kiedy jeszcze mnie nie było

słowami malowałaś moją twarz
bezwiednie układałam grymas
uśmiechu
jak dziecko
cieszyłaś się

wyprzedziłaś drżące słowa
jak myśli wyprzedzają ruch ręki

byłam śladem twoich stóp
profilem dłoni
pod sercem


* * *

Najlepiej by stała się stałość ( poprawiony)

[i]w kwiatach szukam dawnego istnienia[/i]


Pamiętam, jak lała śmietanę do smalcu, majeranek myliła z herbatą ,
a pastą do zębów smarowała twarz.
- Śmiejcie się, śmiejcie, mówiła, was też to czeka.

Odległa perspektywa. Ja nigdy nie będę patrzeć pochyło.
Bratać się z pajęczynami, pajączkami, przenigdy.

Mocuje się z szybą. Bezradnie .
Dla niej przezroczystość nie może być nieprzenikalna.
Tylko dlaczego ze smugami ; do latania?
Zna tylko Londyn.

Niezrozumienie. Teraz jest inna
perspektywa z wejściem w próg zdeptany.

Ogarnianie czasu boli .
Zakrzepł tamtem śmiech


* * *

zakręcona w urojeniach

Mam odmierzyć cię biciem zegara
Żale kołysać w chwilach zwątpienia
Zatopić oczy w starych obrazach
Czy krwi upuścić w odległy temat

W linijkach wiersza skrywam pragnienia
Duszy rozdartej w zgubnych manowcach
Przysiadła w kącie ma urojenia
Bo szuka drogi w worku wędrowca

Echo powtarza jazgot kukułki
Ponaglający w różowym brzasku
Na wpół przytomna w swojej głupocie
kompas znalazłam z upływem czasu


* * *

jeśli cię życie nie kręci, czyli wakacyjny sezon ogórkowy



Jeśli cię życie nie zadowala.
Pomyśl, że innych też coś wpierdala.
Ktoś w rządzie, sąsiad, twoja papuga.
Lub wręcz na odwrót, połowa druga.

Na plecy weź plecak, nogi za pas
I wędruj w góry, w jeziora lub w las.
Znajdziesz tam spokój i wyciszenie
A może nawet serducha drżenie.

Gdy pośród trawy zobaczysz łanie.
Głaszcze ją słońce, a ty baranie
Stoisz wymokły zakompleksiony
Boisz się cienia i własnej żony.

A wziąłeś wszystko, oprócz odwagi.
Tak ci się marzy , by stanąć nagi
Naprzeciw łani , prosto pod słońce
I móc się tarzać w łące pachnącej .

Winniczka wyjąć z ciasnej skorupy
Roga wystawić włożyć do zupy
zdziwionej łani coś ku pamięci.
Czy to, baranie, nic cię nie kręci?


* * *

Zatopiona komórka

-[i]ryby rekinom
kraby ośmiornicom
poleciała poczta pantofelkowa[/i]

i co powiesz na morze bezkresne
być może to fale są przyczyną
a może zafalowania
gdy przypływ odbierał twoje wiadomości
w oczekiwaniu na doładowania
rozlały się brzegi
z braku łączności
utopią
w krainie dziwolągów poddających się falom
i w noc i w dzień
i tak bez końca cokolwiek chciałbyś
na wymiar
bezmiar strat na tymczasem
koniec rozmowy

rozlał się wyświetlacz


* * *

bo nigdy nie wie co z tego wyniknie

oparta o ścianę z punktem ciężkości na piętach
gotowa w każdej chwili do pozycji na baczność

naprzeciw hologram prostych pragnień
wiruje w przestrzeni wysokiego napięcia

nie wyciąga ręki by nie spłoszyć sygnałów
więzionych we śnie o zielonych jabłkach

bez pokrycia
a może jednak

wersja 2

oparta o niepewną ścianę z punktem ciężkości na piętach
gotowa w każdej chwili do pozycji na baczność

naprzeciw hologram prostych pragnień
na wyciągnięcie ręki
wiruje w przestrzeni zbyt wysokiego napięcia

nieruchomieje by nie spłoszyć sygnałów
więzionych w złotych jabłkach

bez odbioru
a może jednak


* * *

graWITACJA

schowana za przyciemnionymi szkłami
udaję niewidoczną

śladami wczorajszych plam
karmię wiecznie głodne gołębie
jeden
przechyla głowę
szuka moich oczu
podobnie jak wtedy nad morzem

przegarniałeś piasek w słodki surogat
nieśmiałe
spontaniczne gesty
wskazały drogę w nieznane
bez przyszłości jednak

gołębie są wszędzie
tak samo wścibskie


* * *

tylko ślad jak po przeciągu


zjawiasz się
taki silny, prężny
w poziomie

otulasz moje ciało
muskasz delikatnie usta
bawisz się włosami

czuję cię każdym nerwem
każdą częścią ciała
wciskasz się i wyciskasz łzy
kiedy znikasz

zostawiasz ślad
na ustach wysuszonych
w bólu
gardła
nieposkromiony wietrze


* * *

psz...czółka

Żądli świadomie broniąc
swojego prawa do życia,
a niechcący( w samoobronie)
traci je po złożeniu broni.
Samobójstwo w bohaterstwie.
Nad sobą się rozczulasz.
Bezskrzydła kręci się w kółko,
nie poleci już do ula.
Zniszczyłeś jej powab.
Pszczółka, gdy miód daje.
W innym wypadku- owad.


* * *

odwieczna przygoda



w poszukiwaniu włoskich ogrodów

idzie za mną szura szeleści
trzeszczą rozdeptywane kwiaty buczyny
miazga ziaren nie nadaje się na ząb nawet dla wiewiórki
drzewo ogołocone ze złudzeń przepowiada
- zima będzie długa i głodna

pokrętnymi schodami prowadzi głupota
czy chęć przygody lubię wyzwania pod mostem krzyki
znajome i swojskie gęsi rzucają się do rzeki
w moim kierunku niestety
nie mam czym dzielić
kwiaty postrzępione nie same z siebie
niebezpiecznie
droga się zwęża nagle
błysk i furkot tysiąca niebieskich skrzydeł

jestem po drugiej stronie tęczy
bez okruchów


* * *

LISTOPAD

wyzbierał kolory
z wyblakłego stołu słońce spłynęło
w liście modlitwą
szumną leciały
do nagich gniazd

parasole siąpiły nosami
cieniem otuleni przechodnie
na czubkach butów wiązali myśli
w nieprzychylny wyraz
nie pytaj jaki
nie powiem słońce zaświeci
wtedy staną się jasne
i czyste

kosmate

2.

OTULENI CIENIEM

z wyblakłego stołu
słońce spłynęło w liście
modlitwą szumną
leciały do nagich gniazd

parasole siąpiły nosami
na czubkach butów
wiązały myśli
w nieprzyzwoity wyraz

nie pytaj jaki
nie powiem
aż staną się czyste
jasne

kosmate


* * *

Gładko czesane

powiedziałaś
wrócisz szybciej niż myślisz
powroty są niezmienne
nawet wtedy gdy świat opowie się za tobą
poczujesz wiatr od jezior
fala obejmie nogi
powrócisz
podzielić z nim myśli i tajemnice
przypływów i odpływów poszukać
miejsca na pogodę

pod lipą ścieżki do od
ławka do przygarnięcia
przysiądziesz na chwilę i znów

polecisz dzielić włos na szlaku


* * *

nic się zdarza bez przyczyny

na skrzyżowaniu dnia i zmierzchu
zdarzają się
łzy

ostatnio jesień
i trochę częściej

wieje


* * *

a może tak zatańczymy

na światło dzienne
wyciąga podniszczone fakty
wydają się znajome te prześwity
pamięci kolejny raz dopełniają
nadgryzione strony

nie wie kiedy
nie wie jak
tak nagle wszystko
nie tak

tego roku jakby więcej
opanowały słowa przypięte
do grymasu twarzy

maleje czy kurczy się
jak kto woli ona mówi
że bąbelki zobojętniają
osobliwy zmierzch

nie wie kiedy
nie wie jak
tak nagle wszystko
nie tak

łapie oddech z braku
innej czynności nie potrafi
krzyżować rąk za plecami

i nie pytaj dlaczego
sama nie wie
kiedy przykleiła się
do wydrążonych znaczeń

czas ją oszukuje
a może odwrotnie
czyta jego zalecenia

nie wie kiedy
nie wie jak
tak nagle wszystko
nie tak

niepotrzebnie przywiązujesz
wagę
chciałam rzec
nie było komu
poszła precz


* * *

poukładać życie

powietrze na chwilę zawisło
nad bibelotami gotowymi do wylotu
i kilku wspomnień

dojrzałych miłości

światło gaśnie dla milczących
oglądają się za siebie
mrużą oczy
a życie zastyga w nieobecność
ciągnącą się

latami


* * *

początek na końcu

widzisz
tłum po drugiej stronie rzeki
bliżej pierwsze zmarszczki
kołyszą się niespokojnie
patrz
świat styka się z głębią wychodzi spomiędzy gwaru
gaśnie wśród mostów

mgła rozrywana przez wiatr
kona pod latarniami
powietrze
wlewa się
na przystań

schodzimy
niewidzialni nietykalni
nieprzygotowani

niebo wychwytuje początek


* * *

nie wierzę w świętego mikołaja

czas adwentu

spojrzenia przechodniów
wieszają się na świerkach w miejscu
gdzie wrony nie mogą
wyżej usiąść

pod powiekami coraz mniej miejsca
kiedy na drzwiach wieszamy
zwinięte symbole szczęścia

dając dowód na istnienie sensu

dbamy o kroki stawiane na czas
w marszu po nierównych krawężnikach
kręcimy makówką bez urwania głowy

cała prawda mieszka ulicę dalej
oswajam

czasem przykładam ucho

wersja 2.


każdego grudnia punktualnie
zielenieją spojrzenia przechodniów
wieszają się na świerkach w miejscu
gdzie wrony nie mogą

na lata ubiegłe
coraz mniej miejsca
tyle minęło
tradycji

cała prawda mieszka ulicę dalej
oswajam czasem
przykładam ucho
do barszczu z grzybami


* * *

kobiece bajanie w andrzejkowy wieczór

nocą tulę w miękkim uścisku
oswojony kłębek czasem przekładam
udając że do ciebie należy

przerwany sen

zapowiada oswajanie
z pianiem i gdakaniem aż obudzi się
druga połowa kukułki zgrzytnie
i odfrunie zjawa

[i]nie jestem tą dziewczyną
która w wodzie czytała przyszłość
paliła karteczki w płomiennych wyznaniach
i buty wystawiała za próg[/i]

bez wiary
leję wodę
na wylewy woskowe

pozytywne myślenie już
nie moją domeną
streszczać w dotknięciu kartek
nie napisany wiersz

nie zawracam [i]kijem rzeki [/i]
by martwić się
o czym mówią symbole
u schyłku roku

[ co oznacza niedzwiedź?]


* * *

coś z dekalogu

[i] słuchaj starszych
dobrze radzą ich nauki się przydadzą[/i]


mówiła też
[i]tanie mięso psy jedzą[/i]
słuchałam jednym uchem
z przyzwyczajenia
a może z szacunku

czy brałam do serca
z pewnością
nie

dziś boli mnie
z wypuszczanej strony


* * *

A KIEDY JUŻ

czyli kolejna [i] smierć poety[/i]

nie przygotowałam żadnych scenariuszy
Tencojepisze i tak zrobi po swojemu
latawce
uniosą strach
doskonałości nie napisanych wierszy

kolejny obrót
ziemi wypatrującej wyspy z miastami
wibruje jak tarcze wojowników

o wolność
zabłąkanych promieni
na wczorajszym liściu

wtedy
zasłonię się pomnikiem
[i]niepoczytelności[/i]


* * *

najprościej

kochajże mnie sobie
kochaj do woli
bez miary możesz
bez opamiętania

aż w głowie zatrzeszczy
w uchu zadźwięczy muzyka
nieznana

i ubierz w błyskotki
i przekrocz granice za
światów

a kochajże mnie sobie
ja też kocham

śpiew ptaków

******
http://niespodzianka.info/99940594a297cc430a776bf5b00e3ac1


* * *

w lustrze

codziennie ją widzę
otulona zbędnymi rzeczami
przykleiła się do wydrążonych znaczeń
rozbiera sny i jabłka
plami rozlanym winem

kiedyś spojrzała słońcu
w oczy na zawsze
pozostała ślepa


* * *

DZIECiĘCY FARTUSZEK



[i]wspomnienia dla wnuków[/i]

nigdy nie była dziurawa
starannie zacerowana nie pozwalała
na dezercję żołnierzyków
i pchełek

bez górnych jedynek
wystawialiśmy język na deszcz
licząc krople i kukanie
wiosennej wróżby

[i]kukułeczko powiedz przecie
ile lat pożyję na świecie[/i]

badaliśmy wytrzymałość gałęzi
pod ciężarem owoców
naszej siły

kaskady pięter
i gorzki smak pestki
połkniętej w biegu do kieszonki
odczuwało się do następnego razu

wierzbowe fujarki dawały upust
satyfakcji wygwizdania tego
czego nie mogliśmy wyśmiać

rozbiegły się marzenia po świecie
żołnierze z dziurami
w swoich wcale nie dziecinnych mundurkach
wypatrują gołębi na obcym niebie

kto zaszyje
kieszonkę dzieciństwa


* * *

zrozumieć i iść dalej

motywy literatury
mieszają się z ostrością słów

- [i] przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli[/i]


treści i przepowiednie
o kończącym się czasie
nie robią na mnie wrażenia

deszczowe dni krystalizują
promień

niedoskonałe kroki
prowadzą w światło
obszary niezrozumienia

a życie czytając każdą chwilę
po swojemu
idzie pod rękę ze słowem


* * *

czekanie

cisza
to czekanie
na kres myśli
wygniatają kolejne wschody
łagodnie chwytając w locie słońce
wstępujemy w zachód

zamarznięte na szybie obrazy
odtają ptaki nawołujące

w zdławionych szczelinach
mrok zgasi oddech

cisza


* * *

Brama w Auschwitz

[i]był czas apokalipsy
zostało znamię
- wrota zapowiedź strachu
ktoś utrącił im ramię[/i]

za cenę strachu cena w złocie
dzisiaj wszystko sprzedać można

napisy zardzewiałej apokalipsy chrypią
kiedy wyciągamy kolec zdraty i kłamstwa
smak krwi pokąsanych zbyt kolczastymi różami
zostaje na zawsze
pod drutami
użyźniona gleba kolejnym numerem
z którego żaden feniks nie powstanie
wypierasz się
doświadczeń na żywych
pociętych spojrzeniami połamanych krzyży


* * *

od niechcenia

o północy

zgaś księżyc
w ciemności też zdołamy

opanować
szyderstwa gwiazd

zbyt słaby wiatr
upuszcza nasze dusze

poronione


* * *

Drobne? zaniedbania

[i]proś Boga o zdrowie
gdy rozum zaspał [/i]


Noc na podłodze układa przyszłość.
Chłód płaszczy się niczym dywan udeptany tysiącami butów,
których nie da się posegregować jak stare listy
ciasno wciśnięte w szczelinę
gdzie latem mieszkają robaki
a jesienią zimują muchy
w nosie
masz teraz wszystkie fanaberie
i pogoń za dobrami

Prosiłaś Boga o miłość.
Dostałaś nasiona.

Termin realizacji minął.


* * *

dojrzewająca ślepota

o świcie
wypełza spośród pokracznych
zakrzywień ulic
otrzepuje z mroku ukryte domy
pełne wspomnień w sepii

rodzimy się od nowa
wliczając przeoczone okazje w zarodku
kiełkujemy zwyczajnie czekaniem
zapisanym siatką reklam na czole

wychodzimy w poskręcane cienie miasta
gdzie zamiast nieba są anteny
z kolejną kumulacją świtów
pozbawionych świadomości

i tu kończy się poziom I
zaczyna kolejny


* * *

poezja jest kobietą

ukrytą za kopiastym talerzem nieba

moje wiersze nie potrafią poleżeć

ciągle w ruchu
czasem kuleją kołyszą się
w rytm tańca z nożem w ręku
obierają ziemniaki
skrobią marchew

i dzieje się proza
i nic
wymykają się wtedy na spacer
szukać słów

wspinają się na garb księżyca
pod mgławice gwiazd
spadają z obłoków
jak piórka z poszarpanych skrzydeł
ptasich treli
i dzieje się
nic



* * *

zmierzch nad drawskim

o zmierzchu horyzont połyka krawędzie światła
kształty niewidzialnych duchów przenikają przestrzenie
pomiędzy rozchylonymi wyspami drzew pękają
krzyki wduszone w wodę
wieczność ukrywa widma białych ptaków
anioły
zaproszone przez wiatr nawołują się bez końca

zanikają ścieżki
nocą
szlak miękko porasta cieniem

siadamy i wspólnie oczekujemy aż dzień wyznaczy brzegi
niewyraźny zarys horyzontu
zmieni kostium
nada kształt wilgotnej ziemi odciśniętej naszymi ciałami




* * *

zapisz marzenia pod sercem

sępy żywią się papierem
zapisanym tak łatwo
rezygnujemy
z atramentu


* * *

wiejskie wilkołaki

z niechęcią do wydarzeń
z ostatniej chwili
wilczeją myśli

bo oni
z klapkami jak świńskie uszy
nurzają się w ciepłym błotku
własnego koryta

przelewa się
chlusta na głowy nieudany żart
zamierzeń upychanych w paragrafy

zaczynam wierzyć
w wilkołaki
to wszystko ujemny wpływ
księżyca

zbliża się pełnia


* * *

nareszcie

chmury

blokują promieniom dostęp
zmieniają się jak słowa obietnicy
wypełniając horyzont szarością
po zimie wśród wąskich alejek niebo
od nowa uczy się wyrastać w kłosy
i wypiekać placki starej skóry

cisza zamienia się ze świstem skrzydeł
lśniących korowodów
w blasku księżyca i za dnia
paruje krajobraz


* * *

przeistoczenie

otworkiem wygryzionym w liściu
przeciąga westchnienie
zanim ubranie
zmieni

szczelinką przeciska się
zanim zawiśnie
cieniem w dół

zerkasz
spoza liścia

poza tym nie musisz udawać
że nie potrafisz
zawinąć się w kokon


* * *

zbudziłam demona

kiedy byliśmy

parzył każdy ruch
gdy oczy wędrowały po tobie
w najgłębszym uniesieniu
odginając się stosownie
od podłoża
wyliczałam odległość
między twoim brzuchem a moim

nagły ruch ciepła
odnajdował każdy kawałek tkanki

wchłaniałam oddech jak ciszę
tuliłam światło
w dłoniach
ciemność snuła się
wśród dzikich traw i niekończących się ścieżek
pulsowała
w ciągłym szukaniu

dotykam miejsc
w których byliśmy razem

*

a kiedy
odnajdę wszystkie slowa
i na wszelkie sposoby
opiszę to znajdę jeszcze jedno
i wykorzystam do cna

Ty znowu mnie dotkniesz
i będzie jak pierwszy raz
a ja jeszcze raz opiszę
inaczej
(sterany)


* * *

nawyk

wśród bezsennych zegarów marznę
a przecież wyobrażałam sobie że jesteś
od nakręcania czasu wśród śmiechu
spisywaliśmy na skórze gorące listy

rzucam liście za siebie by nie wiedzieć do końca
dlaczego tak się dzieje że omijamy kołek w płocie
cupiąc na gałęzi bażanta samotnika

w pociętym lustrze
ciało drży przyjmując obawy rzeki
podmywającej własny brzeg

jak zagubiona mewa
ściągam sztormy

nawykiem jest wspominanie


* * *

kiedy noc przyćmiła dzień

[i]z kilku zdań złożona rozmowa
kończy się zawsze …[/i]

pochylasz się nade mną
czuję przenikanie
wtedy wierzę
że świat ma kolor i kształt serca

noc zamyka swój rozdział
w łóżku sen zatacza koło
w milczeniu
ucieka z nas życie

krzepną myśli
po magnetycznym śnie

jesteśmy jakby z boku
wypatrujemy czegoś
w naszym świecie
w stworzonym z urojeń

teraz wiem czym pachnie
poduszka dzieciństwa


* * *

nie pomoże puder róż...

zastanawiam się gdzie znikły wróżki
jeszcze wczoraj rozpuszczały magiczne wici

dzisiaj dwie ręce do dyspozycji i coś się przewraca
od poniedziałku do piątku kolejny
spadek ciśnienia
za plecami powietrze szczypie w kark
a przecież marzannom zdarto suknie

do słońca nie wystawiam twarzy
nawet nie wiem jak nazwać te pierwsze znaki
rzezbione dłutem złego mistrza

wszystko jest kłamstwem ustawionym
na ołtarzach młodosci zabrakło balsamów
na renowację duszy

cała jestem kłamstwem
przychodzę i odchodzę kiedy mocniej wieje
za oknem szukam wróżek


2.

zastanawiam się gdzie znikły wróżki
wczoraj rozpuszczały czerwone wici
dzisiaj dwie ręce do dyspozycji i coś się przewraca
od poniedziałku do piątku kolejny spadek ciśnienia
za plecami powietrze szczypie w kark
a przecież marzannom zadarto suknie

wystawiam twarz do słońca
i nie wiem jak nazwać pierwsze znaki
nierówno rzeźbione
kłamstwem pozostawionym na ołtarzu
bajek o ujędrniających balsamach
których nie starczyło na duszę

cała jestem kłamstwem
przychodzę i odchodzę kiedy mocniej wieje


* * *

współczesna Pani Twardowska


[i]z kilku kieliszków złożona rozmowa
kończy się stosownie do sytuacji[/i]

pochyla się nad nim
uderza w nozdrza woń ogórka z którego wyschła zalewa
cholera teraz wie dlaczego traci wiarę że świat ma kolor i kształt serca

mowę odbiera haust powietrza
nie chce plamić dywanu niestosownym paplaniem
nieprawda rzyga na kartony z markowymi bytami

diabli nadali chłopa w kieliszku
pstrykiem go nie wywabisz
lecz dłoń otwarta w pogotowiu

budzi się w barłogu wydzielin
ta [i]skundlona kula genetyczna [/i] *
po nocy opuchłej świadomość przelana amnezją
uzupełnia braki wyczekane snem


* mihaly


* * *

Antidotum

nie stałeś się moim antidotum
inaczej się zapowiadało
na samotność nie piszę wierszy
one trwają

czas odmierzany w krzywych literach
linijka po linijce znaczy więcej
niż zwykłe klepsydry

nie modlę się już
wybieram z oczu piasek
nie łzy

podnoszę kolejny kamień w nadziei


2.

czas odmierzany w krzywych literach
linijka po linijce znaczy więcej
niż zwykłe klepsydry

antidotum na odosobnienie
to wybierać listy z piasku
w oczach


* * *

surrealistycznie



to nie koniec

śpieszę się a pociąg wciąż ucieka
zmieniam kolejne buty
gubię parasole
frunę i spadam
myśli
rozpuszczają we mnie całą sól nieba
wybudzam w kolejną wiosnę
ekspress
wciąż ucieka


* * *

dyspusja

wiatr rozrywa słowa
zatrzymane w zaułkach

pod kapturami kiełkuje
pustka
na języku
pypeć


* * *

Przecież to było tak dawno

To nie koniec snu,
ciągle ta sama scena
.
Biegnę do pociągu
nogi wrastają w ziemię
budzę się zlana potem zasypiam
pociąg we mnie
a ja nago i wstyd
że mam czarne stopy.

Uważnie oglądam kartki na cukier
by nie pomylić z bonami staję
w kolejkę za kieliszkiem kawy
albo jakimś niepotrzebnym młynkiem.

To nic gdy w środku zimy idę do pracy
w gumofilcach obcasy nie stukają
cichutko, mięciutko i głupio
że wystać nie mogę nowych butów.

A dziś co. Wielkie nic
bez wstydu
bez kartek na cukier
w uściskach czasu
kraju BEZ.


* * *

mani pulacje

wiesz..
codzienność jest po to żeby pod rynną
odnajdywać kiełki zielonego groszku
wdeptane w ziemie za dobrych czasów
zadbać o stare
przyjaźnie
tworzyć nowe
zawiązki owoców

wiesz...
zastanawiam się po co strzelamy w innych
nie mogąc trafić w swój środek odbicia
obarczamy wszystkich dookoła
winą za niepowodzenia
i wiesz
może i nie będzie nam dane trafić
ale na psa urok ( może być ostrzej)
przecież to nie o to chodzi


* * *

Dzisiaj


kwitnąca weszłam w świat klepsydry
odwrotnie
posypały się ziarnka
zamknięte w mojej głowie

wiek ma swoje racje bytu

prawda brzmi okrutniej niż słowa
gołe przemoczone rosą

pozwala poczuć
wygnanie z raju


* * *

Widok z okna

na pierwszym planie
gałęzie i promienie słońca
wypijają cienie

motyl pomiędzy kwiatami
zbyt kruchy aby zatrzymać
deszcz w tle
bezbarwny jak
słowo rzucone
we mnie
szaleje
wiosna i słowik
przeklina powódź


w.2.

na pierwszym planie
gałęzie i promienie słońca
wpijają się w cienie

motyl zbyt kruchy aby zatrzymać
deszcz w tle bezbarwny jak
słowa rozrzucane ot tak
wiosna i słowik
szaleje
przeklina powódź/

w.2.




* * *

kiedy kończy się

dzień

ciężko opada z sił
strudzony topi w zanikającym błękicie chwilę
nieskażonej ciszy

kropla w dłoniach
każdą rysą rozbija tęczę
wyrzeźbioną życiem

kobieto z dużymi oczami
usiądź nieopodal
i patrz

na księżyc


* * *

w ogrodzie nie piszę już wierszy

płynę z chmurami w zmienność
potem rzeźbię w kamieniach kwiaty
układam stos na wydartej ziemi
znaczę nowe podejście starej sytuacji
w zamkniętym obrazie kilku arów korzeni
kiełkujących rąk
nie podaję na dzień dobry
głęboko chowam
za siebie proszę Boga
o zdrowie




* * *

prokreacja

Ze złożonych rąk układamy kształty,
można je wytyczyć prosto w serce
dotykiem.

(niebo i ziemia przeminą...)

Naiwnymi słowami chcemy przybliżyć
oś czasu, czerpiąc ze źródła,
wydaje się nam,
że posiedliśmy tajemnicę życia.

A to życie posiadło nas w swojej odwiecznej tajemnicy. Nie zgłębimy.


* * *

nadgryziony księżyc

światło wypacza
w podmokłych krajobrazach miejsca wypełnione czekaniem
rzeczywistość pokrywa rybią łuską
wszystko
kojarzy się z wodą

w uchu igielnym
próbujesz odnaleźć
suchą nitkę
w tle jeziora
z nowym widokiem

wszystko pływa
do góry taboretami
jak księżyc





* * *

ku zatraceniu

tuszem malowane zasłony
chowają kielichy przepełnione koralami
niczym w melodramacie
przywodzą na myśl tylko umieranie
sterty notatników
nikomu nie potrzebnych wierszy
pustosłowia nie uratuje obietnica

referat o życiu wygłosi
mydląca oczy cisza

i nic się nie zmieni
stąd po horyzont
choćbyśmy palce zgryzli do krwi


* * *

po co komu zielnik Jacka?

Lubię o tobie myśleć. Wyciągasz dwa fajanse.
Uderza zapach kawy.
Czujesz?

Już stygnie, zapatrzyłeś się
w punkt bez widoku.
Jestem po drugiej stronie,
zwinięta gazeta.
Czekam, przeczytasz być może
nie zaparzę ziółek Sojanowych.

W jaskrawym świetle widoczne
bruzdy naszych przemijań. Za oknem
dziko tańczy wiatr, jakby chciał wyprostować
korzenie starych drzew wrośniętych w puste mieszkania.
Ty i ja. Wznoszenie i opadanie na falach oddechów.Było.

Mówiłeś,
miłość jest smutna,
gdy nie jesteśmy jej pewni.



**
a oto zielnik Jacka:

ciemiernik cuchnący, lulek czarny, cimicifuga-pluskwica,
tojady, wężymord,- skorzonella, zawilec gajowy, jaskry, kaczeńce

[i]taki zawilec gajowy
o niewinnej buzi aniołka
Anemone nemorosa
wie jak trudno mu się oprzeć
ale nikt nie wie
że jego dotyk unicestwia
rozkosz obcowania kończy się
rozpadem tkanki
drgawkami[/i]


http://www.poezja.org/debiuty/viewforum.php?id=2


* * *

ten co nie był uczniem Chrystusa

W tej dalekiej podróży
zabija siebie
jego dłonie błyszczą rosą
nie dając ulgi

codziennie powtarza seans
nie mów nikomu pod którym mostem
wszak jest
jeden
rozumie każdego
licznym wybacza

długo jeszcze?


* * *

zwyczajna podróż

We śnie myśli mnożą nieznane zjawiska
kołują nad łowiskami chwil
w lunatycznej świadomości
przekraczają horyzont.

Czy możemy śnić o tym samym?
Lecimy nad kukułczym gniazdem
wśród zapachów wilgotnej ziemi
zabrakło czystych barw .

Deszcz kosi brzuchy wzgórz ,
najmniejszy szczegół pociętej trawy
liniami papilarnymi układa się na twarzy.

Dom. Mnóstwo rzeczy niepotrzebnych,
taboretów, codziennych posiedzeń,
rozmów i drzwi przez które wciska się jutro.
Pełznie wzdłuż ścian, sięga okien,
zabiera blask i wyznacza kres

naszej podróży.

[ http://www.youtube.com/watch?v=LtNFQ7RJbaQ&feature=related]


* * *

kiedy wiara jest niepotrzebna

( ze względów bezpieczeństwa
motto wycofane:p)

o nas

stal beton i kilka drzew
zniekształconych tłumem ulic
napręża się i zamyśla w kolorze reklam
umęczone dniem rumieńce cegły
nagie mury
w oknach ciemność pęka
jak lustro rwącego nurtu

za nimi ci, co nie byli w stanie
[i]zebrać wiatru w zagłębieniach dłoni
ani zawinąć wody w płaszcz[/i] to nic
że przeszli morze
suchą stopą

przylgnięci do koszmarów
w słońcu osuszą zziębnięte serca

bez słów Adonaj*
wrzucą w ziemię kolejne ziarno

w blask
w cień







* * *

zielono mi

udaje damę w kapeluszu
farbowany lis
kłębek srebrnych nici tak naprawdę
nie umie odnaleźć drogi w lesie
zbyt ciemno
pod nogami mchowa rzeczywistość
przekracza wyobrażenie o tym
co na pewno nie należy do świata
pod lipą noski i kulki bez pancerza

zielony świerszcz
śpiew i szemranie
tych co nie potrafią żyć w zgodzie
z naturą naturalnie
najlepiej wychodzi się przez okno
w stronę gór
z kamieniem w ręku

alternatywa
schodzić czy rzucać


* * *

nie mów do mnie

- dziwaczko
kiedy kładę się na ławce
zaglądam niebu pod sukienkę
przez seledynowe koronki
nie przez ramię
osłonięte
ławką która drzemie pod lipą
zniecierpliwiona twoimi słowami
zwija się w kulki

cokolwiek powiesz wiem że się mylisz
lipa jest słaba od środka
przechowuje milczenie w cienkich żyłkach
odradza się na zewnątrz





* * *

koło ratunkowe

siedzimy pod lipą
murmych nieogolony ogorzały
patrzymy na liście
pomarszczone żółkną dokładnie
gdzie jesteśmy jakby wessało zieleń
i wszystkie lata w niebo
- ma teraz krótszą drogę wpisaną w obraz
bezrybnego jeziora i bezzębnego lasu - mówi

milczę
on kiwa głową
lecą liście na murmycha prosty ubiór ostre kanty
musiałam prosto w oczy - zmień architekturę -

klimat lipy robi swoje -myśli
kobiety mają piersi
z wiekiem nie barokowe
kto mnie uratuje starego kormorana tonącego

w liściach przepoczwarza się jutro na jutro
nie ma ratunku


* * *

to nie miała być skarga

pamiętasz to miejsce
gdzie pióropusze nawłoci
sypały złoty pył na wietrze
skowronki gnieździły się bezpiecznie
pomiędzy niebem a płodną ziemią

w nowej wizji nie spotkamy się
w zieleni za twoim domem
gruzowiska nowych
stawianych na łeb na szyję
domów ulic mostów
mnożą się jak zgniłe liście'

nie zgrabimy w jedną górę

nad wszystkim góruje wieża kościoła
stamtąd pieśń skowronkowa
zrywa się do lotu
nowa dzielnica zwana Wilgą

- tym bardziej nie wiersz


* * *

wspomnienie wioski z dzieciństwa



[i]wszystkie znaczenia zatarte znamionami teraźniejszości
tylko sny zostają z nami[/i]

stąd z trudem cię dostrzegam
wiosko mojego dzieciństwa
inny wymiar
pod stopami tylko ziemia tak samo
pod palcami
w sezonie układa wrzosy
miękko i posłusznie

cień lipy na moim domu
kładzie się potężnymi gałęziami
strącając słońce w samo południe

zwyczajem przysiada na dachu
mając w zanadrzu zapach żółknących
i zimne wieczory dzisiejszego września
lasu, grzybów i ziemniaków

biegnę potykając się o krecie kopce
serce skacze a do nieba daleko

i pies wierny przyjaciel od lat taki sam
wyczekuje z zadartym do góry sercem

na stole bochen chleba
matka znak krzyża czyni
dzieląc słowa nie spożyte do końca

powiało wzruszeniem


2010-09-19 00:21:20

w lustrze widzę twoją twarz
zacierają się rysy, woda faluje
lecz w sercu nie zatarte mam
ślady twoich ciepłych słów,
mamo


* * *

niezdrowe popadanie w melancholię

w moich oczach zmierzch
pachnie gdzieś
jesień
krępuje dłonie
zegar
jak zawsze punktualny

czas szalony
przy mnie



* * *

jesienne wibracje (- nieco poprawione)

babie lato*

srebrzysta baba skąpana w rosie
snuje się lasem polem bezdrożem
w porannym słońcu małe brylanty
przecina wiatru zbyt ostrym nożem

oplata nicią wiotkie paprocie
liście klonu rozrzuca w nieładzie
nad łąką słońce rozpala złotem
cieniem na drodze drzewa kładzie

szarym welonem dymu na polach
zoraną tuli skibę po skibie
stygnie spokojnie wśród melancholii
nicią pajęczą na mojej głowie





* * *

jabłuszko pełne snu

wiję gniazdo
pod powiekami
rozkłada się jesień
i ciepłe czajniki
od których wszystko się zaczęło

poduszka niczym kamień
ciąży niedokończonym snem

przez cienkie szyby dotyka nas noc
owinięta szorstkim chłodem
prowadzi w czarne doliny
gorącej czekolady
nagrzewam dłonie aśki

zamoczone jabłka
w gumowej posypce nie zasną
zjedzą je hallowynowe czarownice
w ogniu na plaży Morza Północnego

czuć ciepło
studzę powietrze
kolejnym ogryzkiem

ciągle jestem [i]nienażarta [/i]


* * *

obudź się kobieto z dużymi oczami


nigdy nie paliła mostów
pozostawiona furtka
rdzewieje z czasem jak wspomnienia
których też nie potrafi spalić

nie ma nagości w pamięci
pozostał obraz
w spalonej ramie

furtka z zardzwwiałym zamkiem

*
hej kobieto z dużymi oczami
obudź się nim wyschniesz na pieprz lub liść
raj wtedy będzie za drzwiami
nam zostanie do czyśćca iść


* * *

Andrzejkowe ślady na poduszce

Codzienne kroki bezszelestnie oddalają nas.
Chociaż patrzymy w jednym kierunku,
już nie wróżymy z gwiazd.

Wieczorem odwaga niknie wraz z twoim zarysem
zakotwiczonym jak źdźbło jęczmienia w oku
Drobny szkopuł.

Ale gdybyśmy przypadkiem wyciągnęli dłonie
po tę samą gazetę przypadkowo
stykając się palcami, to wiedz ,
że nie wyczytamy w niej wspólnego horoskopu.

Cholera, wie dlaczego
od niego zależy pierwszy gest.


* * *

zimowe zmartwienia saszy

śmierć czai się w zimnym oddechu wiatru
jej krzyk odznaczany liniami powtórzeń
dotyka skóry i topi się
niczym nietrwały pocałunek

sny zabalsamowane w soplach
pragną spowiedzi

zdarzenia nabierają znaczeń symbolicznych
zmieniające się dekoracje wiodą w nieznane
mimowolnie stając się przekazem przyszłości

widzę przez rozbity sopel
wnętrze dłoni
gdzie znika jeden ze srebrników

powodów jest dużo


* * *

sępy żywią się papierem zapisanym sympatycznym atramentem

płuca wypełniam ciszą niebezpiecznie blisko serca
tempo zaczyna zwalniać w objęciach niedomkniętych drzwi
urojone dźwięki słów nie przetrawionych od początku
napływają do uszu wszystkie melodie rzeźbione kaskadami świateł noworocznych

z każdym krokiem oddala się od celu święta tajemnica wiary w siebie
zagląda przez pokutne okna odmierzany kogucim pianiem czas umyka
w góry porosłe ostami i trudno się wspinać z przetrąconym kręgosłupem
najlepiej leżeć płasko na ciepłym piasku i słuchać o czym szumią wierzby
najczęściej o rokicie płaczą poprzez fujarkę źle skrojoną z wydłubanym zębem
nie zagra śpiewnie, raczej zafałszuje jak ogłoszenia przedwyborcze


oby spełniały się
marzenia


* * *

co słychać w naszej wsi

ciemność w wiejskim domu
kultury sieją latem pod płotem
słoneczniki do nieba i robią warsztaty
pełną gębą
zimą grają w tenisa stołowego
jeśli nie ma nic [i]naprzeciwko [/i] pani od kuchni
o jakiś tam bałaganu [i]krzynkę [/i]

całe życie nocne gromadziło się kiedyś
przy sklepiku świetlicowym
okupowali go chętni w oczko i inne mariaszki
ale przerobili na sztukę tkania w próżne

jak donosi lokalna gazetka
będą robić chodnik do cmentarza
powiększą areał nieśmiertelników
przy stawie już rośnie
wygrany konkurs na odświeżanie powietrza
złote rybki wpuszczone do sadzawki
popłynęły do góry brzuchem
w odmęty wiosennego ocieplenia

przy gesesowskim skrzynka
na listy nie czeka bociana
[i]kurwa mać - rzyga pianą
zajechany autochton[/i]

butelki rzędem okupują drogę
do kościoła
policja nie gasi pożaru

kobiety też będą mieć swoje
marcowanie w remizie

młodzi wycierają języki z obcych bruków

to by było na tyle


* * *

nie każ mi

pisać wierszy
nie potrafię w dziurawą sieć złapać myśli
rozpierzchają się po szarych kątach minionego dnia
nie zawróci żaden skradziony pocałunek

nie każ mi łapać motyli
widzisz jak niezgrabnie biegnę
i dziwi się świat że czas to nie wata cukrowa
lecz nogi jak z waty krokiem niechcianym
podążają w nieskończoność

nie każ mi oswajać lasu
kiedy na oślep jak dzika łania
po wykrotach gonię własny cień

wyciągam rękę zabliźnioną po złamaniu
w mroczności zaokiennej upoluję kilka złudnych promieni
ginących na granicy okamgnienia


w zamotylowanej ciszy
mogę tylko złapać katar
przy lampce czerwonego wina
prosisz


* * *

stają ci się obce ptaki z twojego gniazda

Agnieszko z przeszłości
dziewczynko drobna
z włosami koloru żyta

pomyślałabyś
że będziesz kiedyś na kolanach
szukać szczęścia pod obcym niebem
niewolnico niepokojów
win nieuzasadnionych

[i] myślami tylko jak ptak
do gniazda [/i]

nie patrzysz na niebo
nie sadzisz nowych kwiatów
zarasta twój ogród
a ty w ziemię wrastasz
sękami starego drzewa
młode ręce
chowasz za plecy
twardą tęsknotę w kolorze red
sama będziesz w bieli
uzasadnionej

teraz dąż ku szczęściu


* * *

na ból głowy

[i]najlepszy spacer w nieznane
czyli naprzód dopóki masz kości w grze[/i]

Dzień bardziej biały niż się zapowiadało i nie trzeba się szczypać,
żeby poczuć wiatr w zębach i szron na włosach.
Właściwie to nie na miejscu ten szron, szadź i [i]gołoleć,[/i]
- w samym środku zimy? Aż rumieńcem spłynęłam w policzki.
Teraz najchętniej tylko do łóżka, ale nie wypada w biały dzień
i ta szadź postępująca jak ból w okolicy środka,
czy to hipochondria, czy jakaś inna mania? A może nimfa mani?

Idę po wertepach nieskoszonych łąk, żeby nie pośliznąć się
na szklance drożyny,
potykam się o kopce torfowej ziemi zmrożonej bryły,
twardej jak kryształowa czaszka z [i]britisz museum.[/i]
I poleciała tylko [i] cholera.[/i]

Rowy głębokie, a na zawrat się nie piszę, skaczę więc
jak przetrącona sarna.
Mam ubaw na całą szerokość i długą drogę powrotną.
Skoro wszystkie do rzymu, w czym problem.

Mój strach wypoczęty, nie przysnął
lecz dopingował do marszu graniem w kolanach.
I cholerne poczucie, że mam dwie głowy.

Potrzeba paradoksów urosła do rangi nóg w galarecie.
Zimnych, oj będzie katar!

Czuję się jak źdźbło trawy na tych łąkach zdeptanych bólem.
Nie minął.
To zŻycie.


* * *

list bez adresata

[i]Dobrymi myślami zawsze można się otulić jak ciepłym szalem.
Są wtedy takie bliskie, że słychać ich szepty .
Ciepłymi myślami można namalować obraz
lub napisać wiersz i podarować komuś bez okazji,
tak po prostu za to, że jest.[/i]

Czekasz listu ode mnie. Niecierpliwisz się,
wiesz, kochany, nie lubię pisać kiedy morze
rozmawia ze mną
muszle w pokrętnych korytarzach zatrzymują jego szum.
Mewy chłodzą powietrze i wyczekują zapłaty.
A ja nie mam nawet kawałka
dobrej muzyki do wtóru krzykom.
Macham złamanym skrzydłem udając jedną z nich.

U ciebie mroźna wiosna, drzewa chore z tęsknoty ,
czekają na ozdoby. U mnie kwiaty już kwitną
wiesz, te pierwszowiosenne,
obejmują pachnącymi ramionami rozbudzone pszczoły
dając im wybór nie czują samotności.

Pamiętasz
biegłam lekka jak ptak .
Schowałeś mnie w objęciach.
[i]Bądź ze mną szeptałeś. Zbuduję ci dom
ze złożonych dłoni, osłoni przed burzą.[/i]
[i]Obiecuję ci nas zawsze i wszędzie.
Uwierz mi, proszę.[/i]


Poczekam kiedy dzień odda ostatni promień,
napiszę ci o tym wszystkim.

Czas, jak fale przypływu
rozlewa się szeroko i zabiera kawałek życia.


* * *

wiosną tworzą się nowe

kra wsiąka spisana na straty
już od początku tworzenia
wplątujemy nowe zawiązki
w stare puzzle
pokrętnych korytarzy
coraz więcej magii

odtwórcy głównych ról
piszą scenariusze
kolejnych wiosen
próbując włożyć rozpamiętywanie
w szukanie gwiezdnych wrót

nie przestaną
póki brakuje kawałka
wiary

2.

kra wsiąka spisana na straty
już od początku tworzenia
wplątujemy nowe zawiązki
w stare puzzle pokrętnych korytarzy
coraz więcej magii

odtwórcy głównych ról
piszą scenariusze
kolejnych wiosen próbują
wykorzystać pamięć
przy poszukiwaniu gwiezdnych wrót

dopóki brakuje kawałka
wiary
nie przestaną


* * *

najgorszą rzeczą jest zbyt długie zastanawianie się

[i]Życie jest jak lustro, samo się do ciebie nie uśmiechnie.[/i]


Inaczej by nasz świat wyglądał
gdybyśmy spotkali się wcześniej
mówisz (a ja składam liść)
skrzydła dorabiam samotności
a może kamień do nogi.

Milczenie jak cała nasza jesień
mgłą włazi w oczy .

Upragniona podróż w nieznane
zamknęła się mostem bez przejścia
jak ten na którym stanęliśmy
tylko zdjęć nikt nie robił.
Deszcz odrywał ciężkimi kroplami
kolejne liście
ścieliły drogę depczącym.

*
[i]zastanawianie się uchyliło rąbka tajemnicy
stało się przewodnikiem[/i]

dziś, jutro, teraz- jestem czystą wódką.
Następny haust należy do ciebie.



* * *

niezapominajki znad Wisły Jana Pawła II



bukiecik znad brzegu Wisły
skromnych niezapomnień
jak błękit oczu dobrych i bliskich
w kąciku - dla potomnych
- ustawię

niech patrzą czystą miłością
niech śmieją się Jego oczami
w pękniętym wazonie serca
dziś przepełnionym łzami

gdy płatki im przywiędną
zasuszę w albumie pamięci
i powiem kiedyś wnukom
[i]po świecie nie chodzą już święci[/i]


* * *

wio senne feng-shui

Spójrz
za oknem stara ławka puszcza wolno
zielone listki sztucznych kwiatów
w butelce po żywcu straszą
pająki za szafą
łapią w sieć naiwne muchy

ptasi świergot umieścił się w sercu
do głowy strzeliły bezbożne myśli
jeden drugiemu podsyca żar
zadyma w całej okolicy
coraz trudniej żyć

czas odrodzenia prostych dróg do niebieskich
pantofelków
kwitnie na potęgę w skalnych ogrodach
życie
nie mieści się już w garści

bo widzisz to co lekkie niczego od ciebie nie chce
a ciężkie samo się garnie jak kamień do kamienia


* * *

kolejne pokolenie na szczycie

matka

zapomina jak rodzi się ból
kiedy nowe życie sili się
ślini nabrzmiałą pierś

wrasta w oczy zarys
kruchego ciała

na szczycie piramidy



matka

w uścisku własnej gościnności
staje się kimś innym
bardziej przekonująca
gdy nowe życie sili się
i ślini nabrzmiałą pierś

wrasta w oczy zarys
kruchego ciała
na szczycie piramidy





* * *

hula -babula

z Kiką w Szutworkparku

Od wiatru grabieją
trzeszczą w stawach stare konary
kto by się przejmował
liczeniem kropek na ciele
biedronek pod drzewami
pełno czarnych na zielonym

w uchwyconym momencie rozścielam między nimi
uśmiech skradziony słońcu tak zwyczajnie
wyszło sobie a ja nadużywam gościnności

w tempie skrzypiących stawów gonię [i]złodzieja[/i]
zarzucam koc na głowę długim opisem
między zabawę a furkot dotykany powietrzem
zleciały się nie wiadomo skąd
to sygnał
czas na lancz

odbieramy chleb biedronce


* * *

słomiany ogień



nastał czas zdziwień
i czas zbierania się w sobie
czas tęczy i deszczu w szarym kolorze

obwiązał wszystkim usta

o czym można śpiewać
kiedy świat rozkłada ręce
a ceny zniżają spragnionych
do poziomu kartonu

na truciznę

uodporniły się szczury
wolą jednak nie pokazywać się na oczy
by nie wpaść w potrzask
dla nas te same sposoby są po prostu za małe
wewnątrz ostatniej myśli zamkniętej w pudełku zapałek
wystarczy jedna iskra

nabierz wody

policz do trzech i otwórz
pięści


* * *

po burzy dobrze byłoby się nauczyć latać



czekamy aż powietrze znieruchomieje
i pozwoli nam wkroczyć we wszystkie szczegóły
ziemi
na zewnątrz jeszcze wilgotna
lekko rozpływa się pod palcami
zbyt niebieskie niebo okrywa niesforny język

siadamy w oczekiwaniu
niewyraźny zarys horyzontu
wyznacza koniec dnia

powieki wpółprzymknięte
czekają na gorące okruchy powietrza
eteryczna mgła nad brwiami
nagły wybuch trzciny drżą u posad

ciało wrasta w świt wilgotny od wspomnień
jakby bardziej wierzyło nocy niż we własne odruchy

milczymy leżąc na wygniecionych mchach
[i]nad głowa gnieżdżą się sowy[/i]


* * *

z cyklu- Murmychowe opowieści

Słodki sen Murmycha
z przełomu lat ...89...reszta się nie liczy.



Murmych przez otwór wiatru wystawia twarz
najlepszych lat swojego życia.
[i]Minęły jak jeden dzień[/i] wszystkie seriale
wstrząsnęły jego wrażliwą duszą.

Oto zniewalająca Majka Skowron.
Przez szczelinę jej przyjścia
ujrzał dziewczynę w dżinsach,
bez których świat jego młodości nie miałby sensu,
żegna się z ukochanym
samochodzikiem, wybacza Brunhildzie wszystkie zera
do przerwy.

Nagłe wołanie- [i]panie inżynierze, panie inżynierze- [/i]
wybudza go z tańca z kobietą pracującą,
macha do niej :
[i]Farewell miss Iza, farewell.[/i]

Z oddali dobiega szczekanie Rudego.
Cichy szept wabi miłym głosem:
[i]Najlepsze kasztany rosną...[/i]
Już nie rosną zżarła je zaraza.
[i]Koniec świata [/i]- załamuje ręce.

W ciemności dostrzega rzeźbę.
Wygląda jak Rzecz pod gwiazdami.
[i]Bogumił, Bogumił !Basiu, co tobie.[/i]

Ja ci dam Basiu! Ocknij się chłopie!
W szklanej jaskini żyjesz?
Tyle zdołałeś poznać, ile zakwitło bąbelków
w puszce.

Poczuł mocne szarpnięcie wiatru.
Spycha go ku sprzeczności.

Z babami tak zawsze.
Nie Oskarowo.


* * *

Wypędzona z raju

spakowała
wszystkie swoje [i]mariemagdalenki[/i]
do zimnej walizki wylała stare fusy
pod suchą jabłoń za oknem
czerwiec pachniał wszystkim tym
co ukochała

szła ściśniętym korytarzem
w przytłaczającym oddechu mięty i rumianku
niczym paragraf wykręcona żalem
każdy ruch odczuwała jak złożoną wiadomość
nikt nie wołał

kiedyś
wśród słowiczych kląskań
zapadali się w obiektyw szybkich ujęć
on w niej ona z nim
razem
wybierali strome schody
bez pośpiechu
do piekła
nadgryzione jabła


wąż nie wnosił reklamacji


* * *

Słowo przekorne na niedzielę


przyłapałam cię na milczeniu
właśnie wyjaśniałam sobie czym kieruje się świat
i natknęłam się na węża
woda z niego wyciekła dosyć dawno
leżał taki bezwładny
niepotrzebny

muśnięcie ręką wystarczy
mocno trzymać
w cieniu figowego drzewa

proces zrzucania skóry
minął
tak bym chciała
by się prężył wił i tryskał
na jałową ziemię

a ja nie mam nawet psa



* * *

całe miasto śpi a do Gdyni tak daleko

zapalam światło
słyszę jak ćmy uderzają o żarówkę
i z sykiem spadają ku drzwiom
wlokę całą masę niepotrzebności
w lustrze odbija się książka
w tytule ma znak zapytania

pytania mają to do siebie
że trzeba na nie odpowiadać
mimo bólu glowy
nie dają satysfakcji obietnice
i nie wystarczy zgasić światło
by ćmy nie przypalały sobie skrzydeł
z premedytacją
przewracasz się na drugi wąs

wychodzę
zatopić pytania bez odpowiedzi
morze zabierze


* * *

bez znaczenia

źli ludzie nie mówią
co mają za paznokciami
najczęściej brudną listę błędów
pławią się w niej niczym szczury w rynsztoku
szukając plam na słońcu
rozdzierają szaty gołych bliźnich.

Gwiżdżę



* * *

rzeczywistość jak papieros dzielony na dwa

Piąta .
Ranek ciasno zapętla się pod głową
krótkim ściegiem poduszek.
Pokój tonie w gąszczu nieprzespanych godzin.

Nie wiem jak blisko jesteś i jak daleko.
Ile nieobecności jest w nas
kiedy sen nie morzy
szukam luźnych atomów,
może ułożą się w sens.

A może twoje dłonie
w milczeniu wskażą drogę
myślom zabłąkanym pośród nas
szukać nie muszę

Poczekam aż się obudzisz
w najkrótszą noc w roku
omijając tutejszy park i kręte drogi
znów zamieszkasz ze mną
na siódmej górze

pora na małą czarną


* * *

herezja?

[i] łatwiej pojąć męża lub żonę
niż miłosierdzie Boże [/i]?



nawet nie próbuj ziemi na niebo przerabiać
natura wygra walkę o każdy pokłon
w bezdennym tle po uszy zanurzeni
rwącym oddechem targamy nici
wiążące nieustanną grę z walką
o czystość sumienia

korzeniami w Hadesie
trudno uwierzyć w miłosierdzie

a jednak jesteśmy bliscy
bardziej niż nam się wydaje


* * *

ogród przemijań

z opowieści Murmycha III

Za plecami mam dom i stary modrzew
wskazujący drogę do nieba
sroki są częstymi gośćmi
w najmniej odpowiednim momencie
zlatują gubiąc pióra w rosole.

Po drugiej stronie lipa ogarnia cały ogród.
Suchymi konarami poszturchuje zadomowionego gołębia.
Czasem pacnie jakąś mrówkę wskazując jej miejsce w społeczności.
Czasem wystraszy lekkoduchy biesiadujące na rudbekiach.
Najczęściej jednak pożera słońce w samo południe.

Ogród kryje wiele tajemnic. a krzaki pigwowca
to kłują, to zawstydzają siedmioplamki leniwie
wygrzewające się w ramach miejsca i czasu
pod lipą wszystko trzeba wyrwać pazurami.

Nie mam już pięciu lat, ona pewnie wie o tym
stara grusza opleciona
kroplami nostalgii jesiennego deszczu,
jest pewnie babcią, a ja wciąż mam chęć
na soczyste klapsy.


* * *

Lady romantyczka

odczytywała wersy z rozrzuconych gałęzi
układała własny język z zasłyszanych słów
jakby była kimś w rodzaju poetki
kiedy wiatr podrywał i świstał do wtóru

nie słuchała
pędziła za głosem wewnętrznym
za jaskółkami samochodami

teraz słucha jak rośnie trawa korzenie rozmawiają
wiatr smęci nad głową okrytą grubą pierzyną liści

nasza mała psina


* * *

w starych zegarach

kukułki wiją puste gniazda
z piór aniołów

a oni zjawiają się na zawołanie
długie szaty osłaniają rany
po skrzydłach

między wskazówki chowają
rady na pogodne jutro

w starych zegarach
cicho zgrzyta czas

ja zębami
nie mogę


* * *

dlaczego tak ci zależy....

Spotykasz mnie codziennie
dziś wyjątkowo
wiesz, że lubię trochę dłużej
że co? – że w piżamie ,
fryzura nastroszona jak zimowy kołnierz?
Kapcie zdeptane jak lata.

Twarz za to, jak od dobrego rzeźbiarza,
zaznaczone mocno bruzdy
przeorane wyjątkowym dłutem
od nosa do ust
- problemy? - z pasożytami
rodzajowo- męski ucisk
na żołądek.

Nie pytaj, czy będzie ci dane posiąść
kilka zmarszczek mojego doświadczenia,
powiem ci w zaufaniu
- obejrzyj Walkę o ogień
i wszystko będzie jasne.


* * *

w obejściach opuszczonej chaty

w opuszczonym domu wyje tęsknica
do odbicia księżyca w szybie
w spiżarni stara mysz samotnica
na czerstwy chleb ślipkami łypie

kuchnia niedawno wyzionęła ducha
resztkami pary rozgrzewa chłód
dziurawy garnek nadstawia ucha
czy w pustym brzuchu burczy mu głód

w konturach nocy pustkami straszy
domostwo opuszczone przez ludzi
wiatr już dawno wywiał zapachy
w kominie cegły ostudził

sroki plotkują na krzywym płocie
kot niedołęga ptactwa nie goni
w progi domu nie zjadą się goście
na murawie ślad pozostał po nich


* * *

druidowe sny

[i]tylko pień rozdarty straż trzyma nad zwłokami[/i]

dłonie dotykają miejsc gdzie przelatywały mgły
wilgotne ciepło mieszało noc miękkim dźwiękiem
otaczającej wody

kiedy lata zaczynały opadać z kalendarza
szczyty w brązach tliły się na tle księżyca
zaczęła wyrastać ona
huba
wśliznęła się w tożsamość
zdobyła status zasiedleńca
opanowała niezamieszkałe obszary

ratunkiem miała być szczepionka
inna huba

pękły ramiona potężnego starca
z hukiem i krzykiem ptactwa
próchnem płacze
zieloność wydeptana przez ludzkie myśli


* * *

kiedy przekwitają maki

uchylę zasłony
- drzwi na świat zakołyszą się
promienie
spłyną po skroni szronem

nie będę szukać odpowiedzi
pytania rodzą się zawczasu
dojrzałe słowa
nie da się oblec w bawełnę

nie myślę o katakumbach
zachwycam się ciszą i głaskaniem powietrza
pod koszulą - wyznacza kierunek
na przekór ręce
która wpuszcza jasność

krople rosy na poduszce
jeszcze śnią o dalekich podróżach
nie pozbawiaj ich złudzeń
póki słońce w oczach


* * *

i tu kończy się poziom... ze wspomnień w sepii


[i]o świcie wypełza
by w pionie dojrzewać
na ślepo [/i]


rodzimy się nowi w zarodku
wliczając przeoczone okazje
kiełkujemy czekaniem
z siatką na czole
wychodzimy

w miasta poskręcane cienie
gdzie zamiast nieba anteny
kumulują świt




* * *

z niewolnika nie ma pracownika

naucz się jeść soczewicę
by przypodobać się królowi

nie będę soczewicy
nabierać
ani kamieni do ust
by uległą ćwiczyć wymowę

nabieram wody

do soczewicy zmuszona
z wodą wypuściła pawia -
na wolność


* * *

Widziane inaczej

Obrazy jak londyńska mgła nad Tamizą,
niemrawe,spokojne nawet wtedy gdy wiatr
na palcach cicho podchodzi, by je spłoszyć.

Na fali rozkrzyczane ptactwo
oczekuje kęsów darowizny. Nie ma nic
do powiedzenia, wpatruje się w odległy ołówek
biurowiec zaciągnięty szarością. Odleciała do rodziny
jak złoczyńca przeszukuje szuflady
dawno nie odkurzanego umysłu. Niepewność o jutro
dławi jej poczucie godności. Czuje się jak tygrys
w pułapce świateł migocących reklam. Nie rzuca się jednak
z braku słów o znanej treści. Twarz na skraju zapomnienia
o tym co było najważniejsze w pustej kieszeni,
znalazła bilet w jedną stronę.
Drąży go, rzeźbi, bawi się jego strukturą.
Bez odcienia przyszłych wiosen.Twarz kruszy w latach
i rzuca mewom kołującym nad głową.

Nic tu po niej.



wersja.2

Obrazy jak mgła nad Tamizą ,spokojnie niemrawe,
wiatr na palcach podchodzi, by spłoszyć
rozkrzyczane ptactwo wyczekuje kęsów.
Nie ma nic .Wpatruje się w odległy ołówek
- biurowiec za szarością. Milczy.

Niepewność o jutro dławi jej poczucie godności.
Czuje się jak tygrys w pułapce świateł
migocących reklam. Nie rzuca się jednak
z braku języka.

W pustej kieszeni znalazła bilet w jedną stronę.
Drąży go, rzeźbi, bawi się jego fakturą.
Bez odcienia przyszłych.Twarz kruszy w latach
i rzuca mewom nad głową.

Nic tu po niej.

3. WERSJA NONI:))

Obrazy - londyńska mgła nad Tamizą,
niemrawe, spokojne nawet wtedy gdy wiatr
na palcach cicho płosząc - podchodzi
na fali. Rozkrzyczane ptactwo

czeka na jałmużnę. Nie ma nic
do powiedzenia, wpatruje się w ołówek,
biurowiec odległy szarością. Odleciała do rodziny -
złoczyńca przeszukuje szuflady

w nieodkurzanym umyśle. Czuje się jak tygrys
za fladrami migocących reklam. Nie rzuca się jednak
z braku słów o znanej treści. Twarz na skraju
zapomnienia o tym co najważniejsze,
w pustej kieszeni bilet

w jedną stronę. Drąży go, rzeźbi. Bez odcienia przyszłych. Twarz kruszy w latach i rzuca mewom
nad głową - nic po niej.



* * *

Konwersacje na cztery akty

Wiosna nadchodzi i moja stara trawa
zaczyna tańczyć w rytm pożądania.
Rozmiękczona w radosnym szaleństwie
wyciska krople na kiełek tulipana.

Noc już nie trzeszczy w stawach.
W spojrzeniach tęcza z kontrolą
jasności ziemia
pełna kontrastów.

Cztery akty z życia i dysharmonia w lustrze
mężczyzna w zimowym krajobrazie
z resztkami czerni. Nie lubi
szorstkiego materiału skóry.

Wio!Senne stany posiadania
już za nią.


* * *

refleksja przychodzi poniewczasie



chciałabym kwiatem akacji na wietrze
gubić płatki dla wonnej herbaty
brzozą snujną rozpuścić włosy
kołysząc biodrami w zachłannym wtuleniu

nie bluszczem proszącym o podporę
o dotyk ciepłego deszczu
nie dziadem proszalnym
odmierzać monety

myślę o ziarnach co nie wzeszły
boleśnie wiażąc zależności


* * *

erotyczna noc

niczym utrudzony wędrowiec
noc spadła na puste biodra
wciska się w szpary

wywiercone przez księżyc
w żalu

nim jego sierp opadnie
spłonę pod lampą
ręcznie zapłonioną


niech już noc robi co chce


* * *

Czas podwyższyć ptakom lot


kiedy czas nie popędza dojrzewamy w ciszy
śladów zaschniętej szminki
nikt nie zatrze z kołnierza
wystrzępionego od ciągłego ścierania
pięty stały się jak dziecięca pupcia
delikatnie całuj i nie wtykaj nosa
do cudzych spojrzeń
za barierą dymu emocje
wszystkich opuszczonych gniazd

[i]dziwi cię to?[/i]

na granicy wszechrzeczy zostajemy
sami z sobą i nadętymi koszulami
wiatr pomiata wygasłe ciepło
i dobrze wiedzieć że to już było

[i]hej nie marudź[/i]

wstrzymaj oddech na chwilę
ptakom dmuchnij w pióra
niech fruną wysoko
albo zostaną z tobą


* * *

Przebrałeś miarę

w powrotach zawsze staję na głowie
żeby odnaleźć siebie
w zgrzytach starego zegara

wahadło zarośnięte żalem i dziegciem
gdzieniegdzie
rumianek na mięcie dziki dziurawiec
na schorzałą wątrobę

sam sobie
panem i sługą lekarzem i księdzem
twoje wyskoki słowne igraszki nędzne
ucieczki znienacka
do miasta
czarnych przywidzeń

wiem zaperzone słowa
rozcieńczą się z czasem
pod lasem

zamienię skórę koczkodana
na bardziej eleganckie buty
wężowe -nowe
i zdepczę nimi drogę
przypalonych gwiazd

tymczasem
cisza w tobie rozwinie przestrzeń
i piekło rozsypie się na tysiące
bladych manekinów

może jeszcze nie czas
na nowe
musimy przekroczyć
centrum
skurczonych nas


[b]wersja, 2.

w powrotach zawsze staję na głowie
żeby odnaleźć siebie
w zgrzytach starej kukułki

wahadło zarośnięte żalem i dziegciem
gdzieniegdzie
rumianek na mięcie dziki dziurawiec
na schorzałą wątrobę
sam sobie
jesteś

panem sługą lekarzem i księdzem
twoje wyskoki słowne nędzne hejnały
ucieczki znienacka
do miasta
czarnych przywidzeń

zaperzone słowa
rozmienią się z czasem
a ja zamienię wilczą skórę
na trzewiki bardziej ludzkie
wężowe
i zdepczę nimi szlak
wypalonych gwiazd

tymczasem
cisza w tobie rozwinie przestrzeń
i piekło rozpadnie się na tysiące
bladych manekinów
może jeszcze nie pora

na nas skurczonych
musimy przekroczyć
od nowa[/b]

dzięki pekto!!!



* * *

Wiersz spod upadłego pióra

Za oknem noc stroszy upierzenie
ptakom całkiem dobrze między konarami

przysiadła cisza chciała przeczesać
strzępy słów rozpanoszyły się
na dwa pokoje i ciemny korytarz
bez miejsca azylu dla bezdomnych wróżek
zasilają konto wyobraźni

nie wypędzaj
zostaw ducha przyrzeczeń
danych w przelocie
ptaki stroszą pióra z tendencją zrzutu.

spod upadłego wyszedł ten wiersz.
nie dziw się
wróżki przygarbione odchodzą
z naszego snu


2.
Za oknem noc stroszy upierzenie
ptakom całkiem dobrze między konarami
przysiadła cisza spokój i bezpieczeństwo
chciałaś przeczesać strzępy słów
rozpanoszyły się na dwa pokoje i ciemny korytarz
gniotą miejsca kiedyś ciepłego azylu
w kuchni miejsce dla bezdomnych wróżek
zasilają konto wyobraźni


nie wypędzaj zostaw ducha wszystkich obietnic
i przyrzeczeń danych w przelocie
między oknem a drzewami w przeciągu
ptaki stroszą pióra z tendencją do zrzutu

spod upadłego pióra wyszedł ten wiersz
nie dziw się
wróżki odchodzą przygarbione
do naszego snu

3, WERSJA AMKOWA:)

Wiersz spod

za oknem noc stroszy piórka
ptakom dobrze, pierze
między konarami. cisza
przysiadła całkiem. czeszesz
strzępy. słowa panoszą się po
pokojach dwóch. po korytarzu
kuchnia ciepła. azyl wróżek dla.
wyobraźni
mojej? serca. domu

nie płosz ducha. przyrzeczeń
dawanych w przeplocie. okna
w gałęziach ptak. ptaki gotowe
zrzucać upadłego.
gaśnie sen. garbi wróżki, odchodzi

wraca poza snem tem
zamiast

DZIĘKI :):)

hihi i wersja 4:))))
za oknem noc stroszy piórka
ptakom. całkiem dobrze. w konarach

przycupnęła cisza. chciałaś zaczesać
strzępy słów na czoło. przedzielić
na dwa pokoje, ciemny korytarz
i kuchnię. azyl gdzie chrapią
satyry i wróżki. zasilając
myśli. nie wypędzaj - zostaw

przyrzeczenia dane w przeciągu
między oknem a drzewami. ptaki
stroszą pióra. bez zarzutu

wyszedł wiersz więc nie dziw się:
ze snów odchodzi setka
rozczochranych - wręcz
baśniowych głów.

Pekto- ukłony!!!!



* * *

widziane z lotu

[i]urodzony w gnieździe kury
sokołem nie wzbije się do góry [/i]


z lotu łatwiej dotknąć nieba
zdawałoby się
lecącym nawarstwiają się chmury
myślisz
w górze milej
ułuda tylko
pęd wielkości za niczym
ważnym jest tylko to co trzymam
wróbla za plewy sokoła nie prześcigniesz
czasu tęsknot problemów w tyle
pozostają tylko oddolne marzenia

góra z dołem zrównać się może
i dół dogoni górę


w.2.

łatwiej dotknąć nieba w locie
nawarstwiają się chmury
zdawałoby się
w górze milej

miraż
ważne że trzymam
wróbla za plewy

orła nie prześcigniesz
czasu ani tęsknot
oddolne marzenia
zostały w tyle

góra z górą zejść się może
i błękit dogoni

dzięki pekto:):):)


* * *

czy mogę coś powiedzieć

nic nowego


krótkie formy myśli
zatopione w chrzęst

ociekają zapachem
wczorajszego śniegu

sens życia
próbujemy odczytać
z buta wędrowca



wersja. 2 a właściwie to była 1.
nie mogłam się powstrzymać

***

krótkie formy myśli
zatopione w chrzęst
prześwitują
bladym księżycem

na bucie zapach
wczorajszego śniegu
to wszystko

bez sensu




* * *

wynurzenia Panawkratkę


każda myśl nasza skrywa jesienne
kwiaty pól lawendowych
przystanki pożądania
na żądanie tylko
stogi pachnące kumaryną
siana którego nie wygnietliśmy ciałem

jak gołębica wczorajszego zachodu
od okna pod niebo wzlatujesz myślami
zbierając pióra na nieswoje gniazdo
ja zapuszczam żurawia
w cudzych oknach
szukam momentu
kiedy stała się przeszłość

wszystko mogło stać
w miejscu na bezdrożach
niezaspokojonych czułości
a nie stało

poskąpiliśmy sobie
kochania
moja mała


* * *

sen o najprawdziwszej prawdzie

może to przez ten
punkt światła nad nami
a może przez zabawę
w oszukańca
najpierw oczu
potem uszu
i karty rozdane

oszukuj
że dla mnie
uwalniasz księżyc
i kobierzec włosów
rozczesuj kwieciście
wszystkie srebrne chwile
unieś
kiedy nadejdzie czas

w sen spokojny



* * *

Taka paplanina

mówisz że masz pełne ręce roboty
sobie nie żałujesz
przepracowania w pustych pokojach swojego nowego domu

ja jestem gdzieś w obłokach
i myślę o markowych sklepach w Londynie w których manekiny
na zdjęciach wyglądają jak lalki Barbie nigdy nie chciałabym
zostać tam na noc przecież wiesz jak każda kobieta uwielbiam
buty i torebki pełne drobnych kształtów
nie żartuję gdy mówię o swoich natręctwach
przechodząc obok pubu
gdzie mógłbyś urżnąć się w trupa
bezczeszcząc pawia w drodze do domu
wariatów pełno
wystarczy odwrócić głowę by stać się powierniczką
zagadywania samotnych w tłumie dobrze
że nie rozumiem bo inaczej łysina gwarantowana i zapewnione
stałe miejsce na kapelusz

nie bierz poważnie paplaniny
płynącej z telewizora bo jak można pamiętać wybujałe
piersi jakiejś tam Loli i jej numer telefonu
wykręcę ci lepszy kiedy złożę zlecenie na powiększenie twojego interesu
wtedy
myślę że mogłabym się w tobie
na zabój


* * *

jesienna

Szumnie wychodzi ze swej alkowy,
z planem działania zupełnie nowym.
Dwoi się, troi wszystkie zielenie
chce w midasowe barwę zamienić.

Dzisiaj mówili, że jest prześliczna.
Ciepła,bezwietrzna,taka liryczna.
Mgiełką skrzydlatą płynie w powietrzu,
zbiera brylanty z kropelek deszczu.

Niespodziewanie w samo południe,
wiatr jej rozerwał złocistą suknię.
Rozżalona ze smutkiem na szali,
bezlistnym drzewom próżno się żali.

Wiesz,
jesień wszędzie jest taka sama.


* * *

wpływ obciętych włosów na tok myślenia


Czwarta.
Codziennie budzi mnie suchość
w gardle jakby jeże znalazły przystań.
Ranek ciasno zapętla koronę rozczarowań
na głowie opadłe liście marzeń w gąszczu
nieprzespanych godzin. Ostatnio za dużo
rozmyślam.

Powiadają, że niedługo koniec świata.
Mój już skończył się.Wraz z obcięciem włosów
nie poznaję ciebie.
Nie wiem jak blisko jesteś i jak daleko.
Ile nieobecności jest w nas.

Poczekam, aż się przebudzisz.
Rankiem wyprostujesz drogi.
Włosy odrosną, znów zamieszkamy
pod jemiołą w najkrótszą noc
śnić będziemy o nieprzemijalności.

Położysz dłoń na mojej twarzy.W aureoli jasnych skojarzeń przeżyjemy ten koniec świata.

Pora na duży haust -
przebudzenia?


* * *

emigrant piosenka?


na krawędzi

biegniesz mgłą w szerokie łąki
nie ma w tobie ni światła ni cienia
tylko pustka kwiląca o zmroku
myśli odmienia

liść skręcony
jednak na gałęzi drzewa
chociaż ciężki nabrzmiały deszczem
ile sił w tobie jest z tego liścia
zastanawiasz się marznąc na wietrze

ref.
kruchy jak lustro
i nie ma w tobie ni słońca ni gwiazd
miłość fikcją jest absolutną
jak znicz co nagle zgasł

powiedz kim jesteś
wznosząc wieże dla obcych już braw
co zostało z twoich miraży
jeszcze
zziębnięty jak ty
strach

powiedz co dalej
kiedy bogini euforii
ciebie opuści
pozostawione gdzieś ideały
w samotności anorektycznie
będą dogorywały
jak ty

ref.
kruchy jak lustro


* * *

w ciągłej podróży

skrzydło wielkiego ptaka kołuje
słońce na wburzonym niebie
raz z jednej raz z drugiej strony
pola pocięte jak szarlotka

lądowisko
fanfary oklaski i ulga
na nabrzeżu portu rzeka głów

rzeczywistość
w oczach walizy plecy uda
mi się dotrzeć do ciebie?
by sen stał się jawą tej miłości
mamy tyle
ile siebie złożyliśmy na tacy znaczenia

mogę wciąż rozmyślać o lesie deszczu
i ścieżce pomiędzy
twoim i moim [i]udamisię[/i]

mogę wskazać żwirek pod stopami wilgotny
kłujący las faluje
i ucieka powietrze z płuc
ciepłe jak twoje dłonie

a tu zima


* * *

nie zabijajcie motyli

[i]przychodzi taka chwila, kiedy dochodzisz do wniosku,
że wszystko co do tej pory zrobiłaś nie ma
sensu, bo życie jest jak bańka,
znika pozostawiając mały ślad[/i]


grudzień śnieg
świat nabiera nowej perspektywy
bardziej oddala się na północ
w stronę dębu za którym zielone światło
daje nadzieję kobiecie w kamiennym domu
została ze swoim[i] proszę ja ciebie [/i] pocieszeniem
że to nic takiego
tylko[i] jakiśtam[/i] którego trzeba zradializować

strydową twarzą dyskretnie spogląda zza firanki
i udaje że jest na wschodzie swojego życia
tam gdzie ów dąb wznosi potężne ramiona do nieba
też by tak chciała - wiary na wiosnne przebudzenie

patrzy na ten kawałek szyby który odbija twarz
za plecami dziwna świetlistość

zagryza usta i tłumaczy wnukom
że motyle nie umierają
zmęczone przestają machać skrzydłami


* * *

przyjaciel sen

noc której nie wystarczy by kochać
w milczeniu otwiera swój rozdział
zapisanymi stronicami dnia
chłodną ręką dotyka powiek

cząstkami ucieka z nas życie
duszny wymiar zatacza koło
przenika pod skórę
kładzie się w głowie

ciiiiisza



* * *

enigmatyczna miłość

Dni dotykane przezroczyście w pędzie
rozmazują kolejne godziny między mną
a miejscem skąd przychodzi wiatr.
Tam właśnie bezpiecznie
brzmi twoje imię
nie zapisane w żadnym kalendarzu.

Nikt nie wie skąd jesteś i jaki
labirynt jest twoim domem.
Zbyt pokrętnie by patrzeć prosto.
Z dala od cudzych rozmów
ziemia pęka pod ciężarem
wewnętrznych żywiołów.

W nocy ustalamy punkty zwrotne
i nic nie jest w stanie zaburzyć grawitacji
bez zaglądania do sekretnej księgi
w której znajdują się wszystkie nasze kamasutry .


* * *

w stronę słońca


[i]droga do nieba prowadzi przez nadzieje
nawinięte na kołowrotek wieczności [/i]

jak mgła ziemię skrywam w dłoniach
oddech targany wiatrem w czas burzy

gdybym mogła jak ptak patrzeć w słońce
bez obaw ogrzać pióra rozmokłe tęsknotą
która łączy dwoje szukających wspólnego języka

a tak siedzę nad czystą kartką
nigdy nie wiem co wyjdzie
początek dnia albo zakończenie sezonu

gdy wszystko zastyga nawet czas
wtedy czujesz najmocniej
zapach skoszonej trawy o zmierzchu
nie dziw się

mam już w końcu swoje lata


* * *

kolejny nie wysłany list

napiszę ci

o mojej bezsenności
o głuchych odgłosach za ścianą
zroszoną szeptem myśli bezbożnych

wybielonych westchnieniami
zmyślonych bajek o kochaniu po
wieczność

w ciemności słychać tylko
skrzypienie żaluzji pod łapą
wścibskiego księżyca

i włos się jeży w gotowości
na to wszystko co przynosi
zamysł pamięci


* * *

zaproszenie

przyjdź
poczęstuję cię zrozumieniem
na wszelki wypadek zaparzę dwa
słowa może starczy najpiękniejsze
wybiorę ze świątecznego serwisu dla mnie
dla ciebie w złotych obwódkach
na ustach miodna rozkosz uniesień
spełnienia
nie obawiaj się
za progiem zostaw puszkę pandory

I przyjdź
nastawię odpowiednią melodię
tym razem bezzwrotnie


* * *

czynna ignorancja

pod białą sukienką
przeistacza się zmrożony świat
bez westchnień dławionych wiatrem
dokona się

ujrzysz niosącego krzyż
boso po śniegu
znaczyć będzie drogę
ziemia wchłonie krew

po raz kolejny
z palmami w dłoniach
udawać będziemy
że nas nie dotyczy

dziura po gwoździu


* * *

stary satyr

gdybym był młodszy- mawia

nie chce przyjąć oczywistych prawd
coraz bardziej zagłębia się
w zdradzany czas

pragnąc znów mieć głowę
do studenckiego kaszkietu
staje się niczyj jak rękawiczka
na drodze do supermarketu

wyziębiony z uczuć otula się kolejną
wytargowaną rzeczą do kolekcji
wysp otoczonych morzem tęsknoty

w poszukiwaniu oparcia i akceptacji
stawia domy coraz to nowe
a chodzi tymi samymi ścieżkami
czy dlatego że zbiorowe

osamotniony odyniec


* * *

mów do mnie...


Jesteś ważna, jak nikt - mówisz.

Wiem, że kochasz
porządek rzeczy,wszystko na miejscu,
szczególnie twój męski punkt
widzenia.

Mów do mnie tak,
aby nie obudzić gwiazd,
Ich zazdrość może wytrącić cię
z konceptu.

Lubię kiedy twoje słowa
unoszą się lekko,
jak światło w tęczowej bańce.

Mów, wypełnij przestrzeń
zmysłowym szeptem
obejmij mnie całą.

Mów tak, abym uwierzyła,
że jesteś mnie wart





* * *

latam samolotem



ja
nowoczesna czarownica
ciągle w locie

krzyż na drogę
siad przed podróżą
ku przestrodze miotła
i spokojny sen

w opatrzności dom
któremu nienażarty czas
podgryza fundament


* * *

enigmatyczna miłość (po poprawkach)

dni
w pędzie
rozmazują kolejne godziny
wiatr
przynosi twoje imię
niezapisane w cudzych rozmowach

w dzień
ładuję akumulatory namiętności

noc
nie burzy grawitacji
otwartej księgi

rankiem
zapisujemy nasze kamasutry


* * *

siła woli rodzi decyzje

nie zmuszaj mnie do przyjęcia
twoich osobistych celów
zrozumienia niejasnych sztuczek
przekonania nie mają tu nic do rzeczy

nie pocieszaj słowami bez pokrycia
nauczyłam się już po swojemu
myśleć i czynić

moje słowa są przemyślane
realności uczyłam się
przez lata ciężkich prób i wyrzeczeń
bo jak nazwiesz nasz dom z butelek
rozmyty przez rzekę procentów

spójrz
moja ziemia porośnięta zielskiem
lecz odpowiednio nawilżona łzami i potem
drzewa prostują konary
wiesz
może to dla ciebie wyda się śmieszne
ale ja jeszcze zbiorę z tego plon

2.wersja Katarzyny
jaśniejsza :D

woli rola

nie zmuszaj do przyjęcia
celów, niejasnych sztuczek
tu nic do rzeczy

nie pocieszaj bez pokrycia
nauczyłam się po swojemu
realności
przez lata prób i wyrzeczeń
jak nazwiesz dom z butelek?

spójrz
ziemia porośnięta zielskiem
odpowiednio nawilżona
drzewa prostują konary
jeszcze zbiorę z tego plon

wersja MIhaly'ego

nie zmuszaj do przyjęcia osobistych celów
zrozumienia niejasnych sztuczek
przekonania nie mają nic do rzeczy

nie pocieszaj bez pokrycia
nauczyłam się myśleć
latami prób i wyrzeczeń
rozmytych rzeką procentów
(...)
nie upadam
ziemia porośnięta zielem
zbiorę jeszcze bogaty plon :P :)


* * *

Rozkosz dotyku


miękka i uległa
ciepła i zimna
bez ostrych krawędzi
nie rani dłoni gdy się w nią wgłębiasz
cierpliwa i silna i krucha jednocześnie
a wydrąży skałę

na głowie ma cały dom
jak Kaśka Kariatyda


niewzruszona huczy płynie
szumi pluska spływa
zabiera by oddać
wsiąka w ubranie
obejmuje rozkosznym dotykiem
oczyszcza
bez niej nie ma życia

kobieta


* * *

z marzeniami pod gwiazdami

światło załamuje się w spojeniu
przestrzeni z wyobraznią
zostawia korytarze
poświatą iluzji rozciąga obraz
wzdłuż najdalszych dotyków

wieczorem
wyprowadzam na spacer oczekiwania
w towarzystwie chmary komarów

tną
wygasłe z tajemnic ciało
ulega degradacji

cisza będąca we mnie
wysusza pytanie

gdzie jesteś z wodą życia


* * *

Murmychowy cykl.3 Czasu nie cofniesz.

[i]Życie jest krótkie i pełne straszliwych zwrotów akcji...
poza tym, na co się człowiek godzi
cała reszta to starania i walka, by tego,
na co się godzi człowiek miał jak najmniej..[/i] [* Złote Pomyśli. ]


kiedy patrzę na jej nagie stopy
udeptujące zimną posadzkę
dostaję dreszczy
do cholery
a jeszcze w łózku miałaś skarpety
ale nie narażam się kiedy ona

wyszukuje ciepło w zapachu kawy
rozchodzi się po całej kuchni
wreszcie myśli nabierają sensu
umysł jasności

siadamy przy jednym stole i udajemy
zwyczajne życie mrówek w kopcu

czasem wynegocjuję jakiś nikły uśmiech
przelotne skręcenie szyi ukierunkowane na moją postać
to i tak zbytek łaski z miliona powodów
żeby w oczach nie zobaczyć prawdziwego obrazu siebie
odciśniętego na zawsze

nie wiem, nie pytam dlaczego
wszystko co nie ma kontaktu z ciałem
dla niej jest próżnią
nie narzucam się
z depozytem

idę budować domek marzeń
jestem o cal od szczęścia


* * *

swój kawałek szczęścia

tlo nieba wypełniamy własnymi cieniami
rzeczywistość pokrywa łuską perlistą
wszystko
kojarzy się ze spełnieniem

na Drodze Mlecznej ucho igielne
z nowym widokiem na księżyc
w pełni
jestem zadowolona z takiego obrotu


czekając na Łzy św. Wawrzyńca
opowiadasz mi o perseidach
tych w czterdziestym czwartym

tyle minęło
czasu
wypatruję

rozchmurz się



* * *

hipoterapia

jestem a jakby mnie nie było
kurczowo trzymam się grzbietu

na ziemi
końskie kopyta w zieleni
łeb ponad nimi
duży
niech się martwi
niech streszcza życie

ja się rozmywam
w błękicie


* * *

i tylko śmierci nie wykpimy

Powiedziałaś,pisz,
nawet jeśli nie rozumiem twoich wierszy, pisz.
Póki tli się iskra w marnym ciele moim.Pisz.
Będę czytać.
Wszystko minie, zgaśnie jak płomień świecy
na cmentarzu marności, zostaną pomniki słów.

Nie zdążyłam powiedzieć całej prawdy.Odeszła.
Przeminęło znaczenie tamtego miejsca.
Dobija uzasadniony smutek, ale i on minie,
jak amen w pacierzu, jak zdmuchnięty znicz.

Zamykam rozdział wydrylowany z bóstw.
Staję się piewczynią rytuałów modlitewnych wierszy.
Przestając istnieć dla świata, stajemy się świadkami
bożego zamysłu. Jest w tym sens?


A ty.
Bujasz, gdzieś w przestworzach wiadomych tylko
dla ciebie czas przestał istnieć.
Z czasem nie ma żartów, mówiłaś.

Uwolniłaś duszę
ponadczasowo.


* * *

ucieczka w zapach świec

skopałam ogród
zasiałam dzieciństwo

zanurzyć się chciałam w ciepło
matczynych dłoni wieczorem
wysłuchać szeptów modlitewnych ojca

zasiałam dzieciństwo

tak szybko dojrzało
w pokłosie lat byłych
nie poczuję
nie usłyszę najbliższych

znicz jedynie płonie we mnie
w zapachu chryzantem

dla pokoleń


* * *

liść

popatrz
przylepił twarz do okna
wsłuchaj się w jego szept
o czułości miękkiej pieszczoty

to ja

smutne bajanie wiatru w kominie
o tęsknocie marzeniach nadziei
na spełnienie

słuchaj
deszcz po szybie
po liściu spływa kropelkami
moich namiętności

siła pragnienia
to też ja


* * *

twój i mój kontynent nocy

Niebo jak przekrojone jabłko.
Obrzeża czerwienieją lekko.
W stronę pestki.
Mdłe słońce
kona
w mżawce dnia.

Krople rozwieszone między niebem
a parasolem
wydzwaniają wieczorne kuranty
naszych wahań.
Szeptem rozgrzeszamy ciemność
z niemożności.

Kap, kap, stuk, plum
i do dna.
A ludzie idą, idą, idą ...


*
wersja poprawiona

Niebo jak przekrojone jabłko.
Obrzeża czerwienieją lekko
w stronę pestki słońca.
Mdłe kryje się za mżawką

Krople rozwieszone między niebem
a parasolem
wydzwaniają wieczorne kuranty.
Nie widzisz tych wahań.
Tykań.
Ogarnia nas całkowita ciemność.
Szeptem rozgrzeszamy ją
z niemożności.

Ty u siebie.
Ja pod lasem.

Nie potrafię zasadzić drzewa w betonie.




* * *

nad jeziorem drawskim

!.

o zmierzchu horyzont połyka krawędzie światła
kształty przeciekają wduszone w wodę
oczy niewidzialnych duchów przemykają
między rozchylonymi wyspami drzew

żagle i białe anioły przywołane przez wiatr
nawołują się bez końca i otwiera się dal
z widmami

noc w głębinach bezszelestnie dojrzewa
w ciszy stąpa sennie
osiada na dnie
wypełnia przestrzenie szlaków
które miękko porastają bezsłowiem

usłyszysz odgłos westchnienia
to anioły nawołują dusze zbłąkane
w głębiach




2.
o zmierzchu
horyzont połyka kształty
wduszonych w wodę widm
żagle
pękają na wietrze
między rozchylonymi wyspami
noc
sennie osiada na dnie
wypełnia głębinę bezsłowiem

trzcina
czasem zaszeleści
to czuwają białe anioły


* * *

malowałam sobie święta

u mnie
w stronę lasu odpływają obłoki
cień dnia chowa się po kątach
i daje nura w brudny szalik śniegu
zgubiony przez roztargnioną zimę
pędziła na roraty

u ciebie na krakowskim
pod dotykiem mroku
nad miastem rozlewa się wielobarwna łuna
chwytasz kolorowe światła
a ręce nie pachną piernikiem

w większości
przygasły wczorajsze cienie
w blasku sztucznej gwiazdy
posiąść chcemy niebo
w surogacie


* * *

urwanie głowy

wszystko przez te wiatry i deszcz
od rana do wieczora
wieczne wypatrywanie skrawka błękitu
czasem trzeba było się wspinać po tęczy
by ukraść słoneczny promień
ale tylko czasem

rytm strugi bijącej o dach
rozpraszał wewnętrznie

na pocieszenie
nie ominęłam wyprzedaży
zafurkotało wokół powietrze
rozpachniło davidoffem
kobieco

w parku zakwitło drzewko wiśni japońskiej
krokusy złotym palcem wskazywały prześwity
a może groziły za brak optymizmu
w końcu to nie koniec świata
tylko zimowa aura angielskiej pogody


na stopniach samolotu
wywiało wszystkie myśli
żeby tylko myśli
całą wenę rozniosło po londyńskim lotnisku

przytulam twarz do szyby
zmęczonej ciągłymi podróżami
skrzydła przecinają niebo zaciągnięte ziewaniem

póki co poczekam na bociany
może lecąc tranzytem zahaczą o miasto cudów
zwiną słowo do słowa w tłumok niemowlęcy
i oddadzą w przelocie nad stodołą sołtysową

oby do wiosny
kochani






* * *

dylematy emeryta

miało być godnie i wygodnie
a ja jak student szukam drobnych
po kieszeniach starych płaszczy
może grosik się gdzieś zaszył
może i zbłąkana dyszka

szukam głębiej
tu zadyszka

wraz z myślami idę w niebyt
chyba wezmę chleb na kredyt


* * *

po prostu wiersz



najtrudniej przy biurku
samotne zmaganie z nieskładną myślą

najłatwiej cichutko na brzegu stołu
gdy kot leniwie mruczy
i zapach kawy podnieca zmysły
na przekór brnąc w ciszę
zaprasza na ucztę
wiersz


* * *

spacerkiem przez wieś

styczniowy śnieg sadzi długimi susami
by zdążyć przed stopnieniem
buty zlizują chrupiący lód

za wsią wzgórza nasrożone zmarzlinami
rozczochrane kopytami zwierząt
wprowadziły nieład do krajobrazu

w białej monotonii zwiędły motyl
uczepiony gałęzi prosi o łaskę
skinął dąb i zeschły liść osunął się w śnieg

ruchliwy dzieciak dym z komina
zachłystując się świeżym powietrzem
ogrzewa domów skostniałe wnętrze

z wiadomym zamiarem
przedzieram się przez gęstwiny
gałęzi pochylonych pod ciężarem
śniegu diamentowe oczka kolą w oczy
garść do garści krok po kroku

wspinam się
ku wyobraźni







* * *

zimowe haiku

zimowa scena
- krwawe ślady na śniegu
- walka jeleni


* * *

pazurem we wrzosach

kiedy dzień budzi oczy
wczorajszego snu nie pytam
co mnie czeka
za kolejnym zakrętem
chwytam chwile
barwione lotem klonowego liścia
zapisanego słońcem lipca
owijam w bawełnę babiego wieczoru
i koduję w skorupie orzecha
myśli nastrojonych na radość

i nie płaczę za jaskółkami
opuszczającymi gniazdo
grzebię pazurem we wrzosach
zachowam pamięć igraszek
do ich powrotu

zawsze wracają
wiecie

kocham tę moją jesień

www.youtube.com/watch?v=bg6QzPpttVU


* * *

zaskoczony?

parzę pustkę w niczyim kubku
myśli formują fusy nasycone pragnieniem
otwórz drzwi niepokoju

nie dawaj odpowiedzi
w oddechu szybszym od wiatru
aż zachwieje się drabina jakubowa
w ogrodzie marzeń

posadzę barwne cebulki
wyrośnie z nich tęcza
napełni kubek świętego niepokoju

nie lękam się zimowych dni
kiedy jesteś ze mną
nade mną
pode mną