jacek sojan
w w w . j e s t - l i r y c z n i e . a r t . p l


spis treści

Post scriptum
Bezczas
Salvadore Dali
Odpowiedź
Waga
Boguśka-cross czyli wiersz najmocniej zaangażowany
Dlaczego
***
Zaimki osobowe /co sobie powiedzieli/
Gniew Buddy
Morał do piwa
Do ciebie
jak "być" poprzez kraje
Przesyłka
Pod ścianą
Portret pamięciowy
każdemu wedle jego zasad
Szczerość
***
Nieskończona wygrana /przyjaciołom w rozpaczy/
Istota rzeczy
Krajobraz zaznany
Big-Bang 1989
Weryfikacje /wiersz integracyjny/
obroża
powrót do raju
Tusk w Pułtusku
List /Ewie/
zgaś za sobą słońce
ostrzeżenie
otwartość
całuję
sopran liryczny
wirtualne miasto JL
beneficium inventarii
przed sobą samym
wiersz w afekcie
Gdy pozostały słowa
Pytam
kawior i trufle
daj mi dowód że jestem
mówi do niego - Słonko
tożsamość
Synteza II
obsesja nowej "Ery"
linia życia
zawsze jesteś w lesie
stary komplemenciarz
Do hymnu
Apologia apoteozy
kiedy ona zasypia mężczyzna się otwiera
podręczne telefony
Pogoda polityczna
Pogoda polityczna II
góra
koniec kropka
kierunek ostateczny
bilet do wczoraj
Bohater romantyczny
wiem
złote gody
czas apokalipsy
Wino
człowiek
tytuł
dupa
żyrafa
Polak nad prasą zaczytany w sobie
Aria
czas zaistnienia
w poszukiwaniu ja
mimikra
ad rem
dziewięćsił
Wierszyk jesienny przetykany złotą nicią porozumienia
sen
Ikar osaczony
lilia dla Li Baia
Epitafium dla Donalda Tuska
Epitafium dla Waldemara Pawlaka
wigilia
Epitafium dla Czesława Kiszczaka
Epitafium dla Aleksandry Jakubowskiej
pocztówka spod limby
Epitafium ekologiczne
portret
Epitafium dla Aleksandra Halla
Epitafium dla Adama Struzika
Epitafium dla Jana Pietrzaka
Epitafium dla Włodzimierza Sokorskiego
Epitafium dla ojca Rydzyka
Epitafium dla Tadeusza Mazowieckiego
Epitafium dla Albina Siwaka
Epitafium dla Barbary Labudy
Epitafium dla Marka Siwca
Epitafium dla Janusza Korwin-Mikkego
lekturowy awers-rewers
manuskrypt znaleziony w Toyocie
manuskrypt znaleziony w Mercedesie
śpiąca cyganka
Jan Vermeer z Delft
potępienie
usprawiedliwienie
autodafe
haiku
homilia
królestwo
inwazja
Salomon
wyznanie
Rozmyślania emeryta z BiproCemWapu
lipcowe durnoty
z plecakiem
miss i macho
antystrofa
nagość
psze-prze***
stan podwójny
fretka o damie
przystanek Kafki
fotka
odpowiedź
inwentaryzacja
zachęta
Wiwat
kartka noworoczna
bez gwarancji
zaplątany w miło-słowie
no proszę
zmagnia z gramatyką trudniejsze niż zmagania z grawitacją
Petycje i romanse
cena
canto
szczyl do kobiety
przepis na wiersz współczesny
miara
isagoga
dowód z ciekawości
autodestrukcyjna odpowiedź na prakseologię
o znikaniu
kochanie jest jak łańcuch w górach
różnica
dołeczek
Powiedziałaś mi - [i]dobranoc[/i]
[jejuś]
śladami dorożki
osiołkowi w żłoby dano
rozważania o śmierci czyli pożytki z lektury
słoik miodu
o potrzebie spotkania
sam w pustym łóżku
jem twoje ogórki
trójkowy znak jakości
czas kiedy zwierzęta mówią ludzkim głosem
świąteczna pawana
sieć
małżeński dialog o miłości z ciężkim narzędziem w tle
wiecznością jest pamięć
disco
pozycja Palikota
apassionata
Dzień dobry!
do Hondy Minako
erotyk kryminalny
orgia orientalna
odezwa
ja - Bin Laden
requiem dla Janusza Kurtyki
miałem coś
granica
prolegomena
dusza
koneser
to
mordercy
list Casanovy
naleśniki
cmentarz pod Osterwą
portret Ludwika XIV
miłość własna
jak lubię
stawianie żagli
na wspomnienie pewnej Węgierki
expiacje
dobry uczeń
tupanie
Nikifor
media
rzeczy niewymowne
skała
do mojej kochanki
o maj darling
apatia
pedagogika lepszej szansy
x x x
kolczyk prola*
głupio o mądrości
przyprawa do skrzydełek Kentucky
o królewnach
rzeźba
ulotne słowa
sutek
oda do Marylki
portret przeźroczysty
CV
manifa Henia
raz na zawsze
trucizna
canzona
na facebook'u
świat w naszych rękach
lingwistyczne zakupy w politycznej promocji
Limeryk solidarny
noeza albo okruszki z weselnego stołu
dziewice i smoki
do poetów
Samuraj polski
splot
Joaśka
strzała Amora miecz Anioła
dziewczyna z walizki
jego dupa
zamyśliłem się
Bałtyk
Epitafium dla Wojciecha Jaruzelskiego
skarbiec polski
Dytyramb literowy - karnawałowo
Moskaliki Podwawelskie
soliloquia św. Muz
cimcirymci
Kwiecień-plecień
mądrość Jacka Sojana
zielony kontrabas
związki frazeologiczne
imperatyw
casus antypoety
odwołanie randki w ciemno
sura Alego
w poszukiwaniu Atlantydy
nowy elementarz
codex doskonałego kochanka
na gadu-gadu
harpun
logopedia egzystencjalna
Czyżyk
las na reglu
gender
uwaga na szatynki
lekcja z mitologii
et ne nos inducas in tentationem, sed libera nos a malo
PKP
dlaczego nie
pomiędzy
o grabarzach
lekcja druga
długi język
hipnoza
moje Nagrody Nobla
co by tu
Zakład pogrzebowy Pod Wesołym Umarlakiem
magia i magicy
Morskie Oko
J.P Sartre
pod bramą


Post scriptum

[lewo]Światło południa pije błyszczący lakier limuzyn;
o - światło które jest ruchem unosi z sobą rzeczy
na oznaczone miejsca...A jeśli zamiar jest łukiem,
strzała twojego imienia uderza w kogoś jak w tarczę
- światło staje się cieniem krótkiej wskazówki życia.
Nasze ukryte miejsca są zawsze główną aleją.
Trójkątnym okiem patrzy zegar na głównym dworcu.
Skrzynki pocztowe łykają mięso ofiarne dziękczynień.
Bezmiar nadziei, złudzeń oblewa nasze porty.
A wszystkie morza tak płytkie przy głębokościach okien!
Na wiecznych śniegach pościeli sny jak las tropikalny,
lecz snu złocisty kluczyk drzwi nie otwiera żadnych.
Długa ulica bez nazwy wymija słońce jak bramę.
Miasto tak małe, w kopercie. Słowo - ukrwiony kamień[lewo]

Kraków 22-06-90


* * *

Bezczas

[lewo]Upodobania nasze Bogaty ich rodowód
Upodobanie jezior Cień żaglowego płótna
Ruch tak miękki jak palców opuszek na skórze
bezwiednie szukającej siebie we śnie pary
Falowanie powietrza Falowanie wody
Ciało traci swój ciężar Dowody istnienie
Zwycięża mit I żagiel szary ciężki gruby
zyskuje jedwabistość Blask piór na usługach
twoich snów anioła Boski boski bezruch
Wola twa nad światem

Na szlakach zapomnienia ptasich wysp chorały
Jak linia brzegów długa deszczowa kantylena
Wiatr zrywa struny deszczu Wyznacza drugi kraniec
Ustala możliwości lecz nie cofa pragnień
Trwające w pamięci jak ryby w akwarium
migotliwie z przeszłości pluskają ogonem
Obudż się Do piaszczystej dobijaj przystani
Wszystko jest jak było Ta sosna nad nami
z naszą stopą wspólną ma ziemię i korzeń
Jeziora zwierciadło zwraca nam nas samych
Przez żagiel przesunęły się barwne przeźrocza
i trwa już bez końca nadrealizm wody
Jezioro w nas szeroko daleko rozlane I tam tkwimy odtąd
Na środku jeziora Na wieczność wód W ulewie
wzbierających świateł Na zawsze już
Na zawsze[lewo]


* * *

Salvadore Dali

[lewo]To on
Herostrates sztuki dwudziestego wieku
podpalił żyrafę strachu wyższego niż niebo
nad Verdun żyrafę śmierci tak nagłej
jak dzwonek u drzwi żyrafę czasu szybszego niż pytanie odpowiedź zdziwienie

zatrzymał ją w biegu
pośrodku przerażenia w ostrym słońcu
rozpaczy
wśród żółknącej trawy ziemskiego żywota

a ten ogień u grzywy
to ty
i ja[lewo]


* * *

Odpowiedź

[lewo]Można iść ku słońcu, aż do tej granicy,
którą wyznaczyli dla żywych umarli;
kontrabandę uprawiać zakazanych pojęć,
nie dla sławy - dla zysku tych, co przyjdą jutro.
A może przeciw falom, co są jak wyzwanie,
by wtórować mewom i tym, którzy w drodze
czekają twego znaku, na znak, że do żywych
należy ich pragnienie i świat, w który idą.
Można przesypywać sylaby jak piasek
na lipcowej plaży, i czuć się jak dziecko -
Bogu kłopotliwe zadając pytania,
wśród dorosłych, co pytać dawno zapomnieli.
- Nie wiem, nie wiem Adamie, Kadmonie, człowieku.
Choć się nie spodziewam żadnych odpowiedzi,
widzę świt poznania ponad ręką dziecka.
Z cierpliwości takiego w piasku budowania
powstał wszechświat Mozarta, Einsteina, Rilkego.[lewo]


* * *

Waga

[lewo]Na jednej szalce oni razem
z aktem, przysięgą, obrączkami.
Na drugiej - buty i firanki,
budzik, kubeł ze śmieciami.

Oni we dwoje jeden cień
kładą na jutra Mleczną Drogę.
Szalka przeciwna dźwiga słowa
spiętrzone w mur. I rozdwojone.

Na jednej szali ich milczenie
rośnie zmieszane ze sztućcami.
Gdy z drugiej igłę choć dorzucą -
stromymi będą szli schodami.

Waga fałszuje! Oni razem
warci to samo co penaty?
- Nie można kłaść na szali tego
co jest języczkiem u tej wagi.[lewo]



* * *

Boguśka-cross czyli wiersz najmocniej zaangażowany

[lewo]Czemu chłopy stojom w oknie?
Czemu wsparli się na widłach?
Na czerwonym Fergussonie
jedzie pikno dziwa.

Jedzie, jedzie i strzelają
zagraniczne świce;
nad z importu kierownicą
wiszą polskie cyce.

A Boguśka gaz do dechy
gumiokiem przyciska...
Chciołbyk, chciołbyk być siodełkiem
podle jej siedziska!

Hej! Boguśka, zejdź z maszyny
bo resory potrzaskają,
dolar szkoda brać z bielizny,
opon szkoda, bo pękają!

Masz Boguśka, masz w pęcinach
wsparcie kiej sośnina,
kiedy zaprzesz się biodrami -
blachę powyginasz!

Weź traktorek swój pod pachę,
daj mi za zabawkę;
ja ci za to dam ci za to
swą pijacką czkawkę![lewo]


* * *

Dlaczego

[lewo]Pytamy pustego miejsca
które miało imię i kształt
kształ pozostał już tylko w imieniu
i na wargach palący ma smak

Pytamy nieznośnej pamięci
która nagle rzuca nas wstecz
- kogo teraz trzymamy w objęciach
bo na twarzy zalega cień

Wyjaskrawia się w zmierzchu i znowu
pytamy kiedy i jaki gest
z tego ciała zdjął tylko kontur
a pominął ważniejszą treść

Dlaczego - wzajemnie pytamy
przez rok cały każdego dnia
aż zdejmiemy w najgłębszym milczeniu
czarne ramki z odległych dat[lewo]


* * *

***

[lewo]A jeśli świata nie ma A jeśli cztery ściany
dzielą nas od pustki przepaści otchłani
i słychać jak napiera z tamtej strony nicość
lampa będzie lampą i stół będzie stołem
twoja twarz wędrówką wschodem i zachodem
a krok twój zegarem co wszechświatu bije[lewo]


* * *

Zaimki osobowe /co sobie powiedzieli/

[lewo]To żona moja - powiedział Powiedziała
- to mąż mój I to ich łączyło - wspólne
słowo - moje /?/ Wiązało z sobą bardziej
niż ciemność i noc Mocniej niż kamień
z ziemią Pióro z ptakiem Co to było
- była obok Oddalała się nagle Znikała
za progiem niewypowiedziany zamiar
rozdając godzinom swej nieobecności
Co to było - własna jego wiara w powrót /?/
To ją przywracało w ramiona jego - ten
dźwięk do złoconego podobny łańcuszka
z dwóch składającego się ogniw - moja
- moje /?/ Tyle co własne ale powierzone
komuś kto oddając - dodaje wszystko co swoje
Wszystko co posiada - słuch dłoń goleń
Bliznę po wyrostku i sen niespokojny
Coś więcej - swoją osobną śmierć Moje
- a więc twoje /?/ Podzieliło się słowo
i odmienione /przez śmierć?/ wyraża się
- nasze W łańcuszku zjawiło się ogniwo nowe
I domaga się pyta Zabiera ich z sobą
w krainę wielkich odkryć cudów przerażenia
Na ziemię odrzucenia i ziemię pokory
Moje - mówią oboje aby się upewnić
otaczając tak kręgiem magicznym rodzinę
która światu zanosi to - moje - bez reszty
Jeśli tyle świat zabrał - nie było iluzją
to pierwsze co powiedział Co rzekli oboje
o pewnej godzinie - to żona moja To mój mąż[lewo]


* * *

Gniew Buddy

[lewo]święty
jeśli świętością jest łagodność
dobro i współczucie

święty bo doskonały
a doskonały bo wstrzemięźliwy
/taka wewnętrzna dyscyplina
która dla większości śmiertelników
jest tak niedostępna
jak szczyt K2

fakt że na K2 nie rośnie winorośl
niechaj stanowi dla mnie usprawiedliwienie/

zatem święty
jako że rezygnacja z doczesnej
władzy
dla polityka
jest dziś tak samo niepojęta
że nadprzyrodzona

Budda
goszczący od tysięcy lat
na afgańskiej skale
w roku dwutysięcznym pierwszym po Chrystusie
wynalazkiem niejakiego Nobla
dobrego wujka wszystkich oświeconych
zamieniony w ziemski kurz
w nicość przepędzony
przez brodatych Talibów

chcieli być żołnierzami Allacha
stali się najemnikami rojeń ibn Ladena
czy zauważyli pomyłkę
kiedy sześć miesięcy później
ich brody płonęły

bo nie własny wizerunek w pyle
tak rozgniewał Buddę
ale w gruz zamienione dwie ręce księgowej

zazdrościły wszystkie gwiazdy Hollywood'u
jej prostej sylwetki optymizmu blasku
ściągającego tłumy czaru jej imienia
Word Trade Center
imię bogini sukcesu

księgowa tak podobna do postaci Buddy
w lotosie zachwytu
w nirwanie spełnienia[lewo]



* * *

Morał do piwa

[lewo]Grucha gołąb do gołębia:
-Pijesz piwo? - czyś ty zdębiał?!
- Gdy już wzbijesz się nad Pragę
Jak utrzymasz równowagę?

Gołąb piankę zlizał z dzioba:
-Mnie przy kuflu się podoba!
Won - bo zrobię z piór poduchę!
Piwa chcę - bo mam posuchę!

Grucha do gołębia gołąb:
-Czwarte piwo? - niewesoło...
- Abstynencie - niechbyś zdechł!
Mnie przy piątym bierze śmiech!

Gołąb piankę zlizał z dzioba:
-Dobre piwo - nie choroba;
W Pradze życie jet królewskie.
Nie ma nic nad piwo czeskie!

Mówiąc to rozwinął skrzydła
Aż tamtemu mina zbrzydła.
- I wy skrzydła rozwiniecie
Gdy się piwa napijecie!

Ps.

Dobry także jest Okocim,
On ci duszę w mig ozłoci;
Żywiec żywcem śle do raju,
Jak to Żywiec ma w zwyczaju.

Taki morał więc się sprzędł:
Nie pij nigdy pośród zrzęd!
Gdy już jesteś na opilstwie
Pij - lecz w dobrym towarzystwie!

Lecz, gdy trafi się maruda
Że ją słuchasz - tylko udaj;
Gdy zamilknie choć na chwilkę,
Dobij ją - i zamów - skrzynkę.

Żywca, Tyskie, Okocimskie,
Strzelca, Gdańskie i Lechickie;
Gdy marudę trafi szlag -
To wyboru dobry znak!

Lepszą minę da przyczyna
gdy zamówisz beczkę wina!




* * *

Do ciebie

[lewo]A ja powinienem uderzyć cię w twarz
strażniczko wszystkich luster
w których więzisz oczy

i dłoni na twych piersiach nie położę
nocą

nieskończona wędrówka do twojego boku
przez rozbite powietrza
do widzeń widzenia

więc nadstaw miła drugi
za dziecko
policzek
i módl się
by syn nie pił
chcąc wzrok swój uwolnić[lewo]


* * *

jak "być" poprzez kraje

[lewo]po rosyjsku /uwzględniając miękki znak i osobę największego językoznawcy - Stalina/:

ja - bić
ty - bić
on - bić
my - bici
wy - bici
oni - bici

czyli jak "być" po soviecku

wersja afrykańska:

ja - być
ty -
on - być jak ja jego-onego nie zjeść

my - być
wy -
oni - być jak my ich nie zjeść

wersja japońska:

ja - i-ja!
ty/on - se-puku

my - i-my!
wy/oni - se-puku

wersja żydowska:

ja -być
ty -
on - być jak u mnie kupić

my - być
wy -
oni - być jak u nas kupić[lewo]



* * *

Przesyłka

[lewo]Przez zakratowane okna w pocztowym wagonie
pszeniczną strugą płynęła ziemia odzyskana
Wyrwana zmarłym przez tych którzy wkrótce umrą
pozostała czym była - niczyją ziemią czyli ziemią Boga
Głowa dziewczyny na ramieniu chłopca podobna
do Ewy z biblijnego raju - ten sam gest oddania
to samo niespokojne wygnańców czuwanie
Oni znowu piszą swą Księgę Rodzaju
Kain mówi wszystkimi ziemi językami i wszystkimi
mówi językami Abel I to co umyka - bracia jednej matki
Na podłodze chłopcy wsparci o plecaki tropią
myśli swoje językiem Cranacha a w przeciwnym kącie
wagonu Rosjanin tłumaczył coś kobiecie Może swojej
żonie I słyszałem w tonie namiętność Bunina
i coś z Pasternaka Coś zagubionego
Nie mogłem się nie poczuć jak w arce Noego
Koła twardym rytmem niosły twardość ziemi
Zobaczyłem nas wszystkich w pocztowym wagonie
jak przesyłkę nadaną tajemniczą ręką

Podążaliśmy na nieznany adres
a przez zakratowane okna przesuwały się drzewa
uprawne pola nazwy stacji nazwy obiecujące
bliżej nam nieznane światy Gdy w chwili ostatniej
wyskoczyłem na trawą zarośnięty peron zrozumiałem
że nie uda mi się przesyłki odebrać Że tylko nowy
stempel przybędzie mi w drodze Adres jeden z wielu
I że po to ta stacja aby pieczęć przyjąć[lewo]


* * *

Pod ścianą

[lewo]Jeśli słowo to maska
każde nasze spotkanie to bal
to karnawał
nieuchwytni w pląsie dobrze w śmiechu ukryci
rozmawiamy na niby

gesty nasze to formy
wydmuchane na krótko
idee - wycinanki w kolorowym papierze
na noc jedną zwiedzeni szeleszczącym strojem
rozmieniamy życie
na taneczne figury

śmiech nasz śmiechem godziny
która z nas się natrząsa
sensu tyle co w połach atłasowych fraka
wypij głębszy kieliszek żartem podbij obcasy
nie mówmy o prawdach

i słowa jak rzucone na parkiet confetti
nie ranią choć tak łatwo pośliznąć się można
każdy z nas gra rolę
w teatrze chińskich cieni
a kto zna reżysera
a kto widział autora
nie - nie mówmy o prawdach

gdy masz rację to trzymaj
jak dziewczynę w talii
lub ją z wodą wymieszaj pół na pół
pij z lodem
swoją rację zobaczysz na koszuli całą
trzeszczą dachu wiązania
prawda wyszła spod ściany[/lewo]


* * *

Portret pamięciowy

[lewo]I pamięcią władamy i pamięć nami włada
Mieszkańcy ruchomej piramidy czasu
drążymy korytarze Wyjść poza przyczynę
to wyjść poza ciało To przekreślić imię
Cofamy się schodzimy cichaczem do wewnątrz
Zanurzeni w sobie - toniemy w pamięci
Przegapiając proroków Nie słysząc wezwania
Zamknięci we wspomnieniach jak w ciekłym
balsamie budzimy się w złoconych pokojach
bursztynu Bez wyjścia Bez nadziei Ze wzrokiem
- za karę ożywionym światłem godzin i pór roku
Patrzymy na rysunek ulicy o zmierzchu
nie pojmując że sami jesteśmy obrazem
Portretem co nas przeżył gdzieś w czyjejś pamięci[lewo]


* * *

każdemu wedle jego zasad

[lewo]jeśli i Bóg podporządkował się
zasadzie śmierci /kto ustala zasady
wszechświata ma władzę je uchylić/
nie płaczmy nad umarłym aby nie zepsuć
smaku wina przy którym właśnie usiadł
imię bowiem to etykieta na trunku
za który on zapłacił - i o cóż płaczemy
z żalu że nas nie zaproszono - bluźnimy
zatem bluźnimy podwójnie kiedy umarłego
budzimy z zadumy i kiedy mu kłamiemy
że nie wino pije ale małodusznych
i bezbożnych łzy[lewo]


* * *

Szczerość

[lewo]opowiadamy siebie z tak różnym talentem
dopóki nam nie przerwą - jesteśmy słowami
jak tatuaż kładziony po wewnętrznej stronie
stajemy się czytelni tylko dla wybranych
a ich łupem wszystkie nasze ortografie
i nie wiemy jak mylą się nasze zapisy
z tym co wiemy naprawdę
a prawda - tak się ma do szczerości
jak romans i miłość[lewo]


* * *

***

[lewo]Czy była tą kobietą z którą mężczyzna rozmawia
tylko skórą i przez skórę
gdy nawet oczy są czułkami światła
sięgającymi aż po kody płci

rozkołysane w połączonych ciałach
zasadą przeciwieństw wielością w jedności
nakazem przetrwania co wiąże śmiertelnych

spętało tych dwoje pożądanie ciekawość
nadzieja na przemianę
heroiczne trwanie przy drugim imieniu

pytania spóźnione
odnajdują ich w świecie by połączyć znowu
więc rozstania nie było
i znowu są razem
w niezniszczalnej przestrzeni aktów dokonanych
tam zawsze przy sobie
idą w życiu osobno
lecz w takim milczeniu
jakby wsłuchiwali się w kroki drugiego

nie wiedzą że tak idąc
wczoraj wyprzedziło nadchodzące jutro
dlatego się mijają
za czasową szybą[lewo]


* * *

Nieskończona wygrana /przyjaciołom w rozpaczy/

[lewo]Szczęśliwi którym los przynosi usprawiedliwienie
zapominając siebie z oczami powiększonymi przerażeniem
wskazują w dal i mówią - to idzie - to przyszło
stamtąd i łkają wiedząc że mają do tego prawo
Szczęśliwcy Łzy są ich szczęściem

Ale o was przyjaciele w rozpaczy o was zapomina
nie tylko szczęście nawet nieszczęście was omija abyście
nie mieli żadnego wytłumaczenia Przerażeniem
jesteście dla innych dlatego tak osamotnieni Lęk
mieszka w waszych oczach boi się was własny los

Wielcy jesteście przyjaciele w rozpaczy Podziw
dla was nie was karmi ale waszą rozpacz
Nic wam nie przeszkodzi nic wam nie pomoże Ale swoją
rozpacz nieście sami Kto widzi siebie tak jak wy
ten spogląda w wieczność i cały świat mu obojętny

Rozpacz taka nie jest do rozdania Dlatego pusto
wokół was a nawet ci którzy przeszli obok coś stracili
Wdzięczni są za to choć nie ma to dla was żadnego znaczenia
Kto cierpi tak jak wy nie idzie do przyjaciół - ceni sobie
najbardziej przyjaźń z samym sobą co jest najtrudniejsze

Szalejący w rozpaczy świadomi szaleństwa - jesteście
bardziej niż słowo a więc jesteście - i więcej nie trzeba
Każde słowo jest ulgą ale wy - milczycie Wasze listy
nie do nas - choć my je czytamy ciekawością skuszeni
Odpisuję wam przyjaciele w rozpaczy kuszeni wielkością[lewo]


* * *

Istota rzeczy

[lewo]położyłem dłoń na twojej piersi
/takie małe wzniesienie a tak wielkie przyciąganie/
zeszliśmy właśnie z granitowych wzgórz
schronienia szukając przed nocą
/schronić się przed sobą mogliśmy już
tylko w przeznaczeniu - tym byliśmy
dla siebie/ wiatr który nami wstrząsał
czaił się w nas potwierdzając istnienie
światów równoległych
chiromancja jedynie zna miejsce
spotkania

położyłem dłoń na twoim życiu
zawłaszczając cudzą rzecz
stałem się strażnikiem tej rzeczy
nieopatrznie schlebiłem sobie
rzecz uznając za cenną
zdania nie zmieniam choć wiem
na ile zmieniła mnie własna fortuna

kładąc dłoń na twojej piersi
uwierzyłem w możliwą harmonię sfer
tak bardzo te dwie rzeczy
są dopasowane do siebie
że odtąd słowo moje szuka
tego samego - idealności przylegania

ale mówiąc - kocham
czuję w dłoni pustkę
dlatego
pozwól na swojej piersi
znowu dłoń położyć[lewo]


* * *

Krajobraz zaznany

[lewo]skrawek ziemi obrysowany pętlą
spełniającej się w czasie świadomości
świat wirujący
w magnetycznym polu płyty chodnika
a w nim zwyczajny ty

u bram w oczach
świt się zatacza przekleństwem
bardziej czułym niż rtęć
świt z brodą piwa
to twarz niczyja ojca i syna

tak coraz więcej osób
na mej największej scenie
na widowni pełnej urodzaju
niedaleko
w miejscu bez znaczenia
czeka na mnie brat
z uchem przy ziemi

zasłuchany w skrzypienie jej osi
idę wśród żywych
na całej oktawie okaleczony
wciąż biorący oddech
na inną pieśń

wokół coraz większe oczekiwanie
na zdyszanej ulicy zawieszenie
sumień
i puściej w mieście
kwitną wiolinowe łąki
wieczne morze przelewa się z oczu
do oczu

ręce ojców pełne są pokory
matek własnego narzeczeństwa
i wydaje się że jest pięknie
aż po świt zataczający się niepewnie
w bramach od podwórek
gdzie na wyspach szkła
ból i wina[lewo]




* * *

Big-Bang 1989

[lewo]to przypominało wybuch
i był to wybuch wolności
ze wszystkimi konsekwencjami

niektórym odjęło mowę
podczas gdy inni w katatonicznym skandowaniu
wyrzucali z siebie słowa
w niepojętym wymarłym narzeczu

ci - co stracili twarz
piszą książki dla tych
którzy stracili pamięć

o - tak
pamiętnikarstwo kwitnie
wspomnienia oprawców stały się
podręcznikiem nowoczesnej katechezy
budzą litość i zrozumienie - u ofiar
wyrzuty sumienia
ofiara jest niczym
przy heroicznej roli kata - gra Makbeta
wymaga talentu a to zasługuje
na podziw

tak skrzywdzeni stracili poczucie krzywdy
każdy coś stracił

jedni tożsamość drudzy wroga
a z wrogiem odwagę
inni wzrok dzięki temu w lustrze
nie zauważyli pustki

nazajutrz po wybuchu
stolarz przyjmował konsula zza oceanu
portier obejmował katedrę
każdy wejść mógł ponownie do tej samej
rzeki

i stał się dzień pierwszy
a potem uchwalono budżet
i był to dzień ostatni[/lewo]


* * *

Weryfikacje /wiersz integracyjny/

[lewo]prawdziwy amator herbaty
sam ją parzy

prawdziwy amator wina
sam kupuje otwiera

prawdziwy amator miłości
szuka sobie drugiego amatora

prawdziwy przyjaciel
zostaje w przyjaźni sam ze sobą

prawdziwy tropiciel prawdy
przepada z prawdą bez wieści

.........dopisz swój wątek[/lewo]


* * *

obroża

/inspirowane rysunkiem Brunona Schulza/

[lewo]psie nasze życie dobry psie
obrożę jedną trzeba dźwigać
kaganiec jeden nam - milczenia
a kości nasze ból ogryza i czas
i wszystkie troski-pchły

jedna nam panie miska dzwoni
obydwu jeden łańcuch skuwa
tobie obłoki a mnie wiatr
a dusza panie - mała psina
tyle co w oknie naszej ziemi

a dom nasz - pusta wielka buda
kamieniem rzucać na co komu

nie bój się piesku
nie smuć panie[/lewo]


* * *

powrót do raju

/po wstędze Moebiusa/ - Ewie

[lewo]od kiedy filozofia grecka
ubrała adidasy
nasze spotkanie
już nie dla przeznaczenia
na giełdach świata
pogrążone bessą
ma twarz fruwającego po peronach
biletu do raju

dwoje na huśtawce
między przeszłością a przyszłością

za nami rozczarowanie
przed nami oczekiwanie
na ekstazę

czyli pełnię

czy utrzymamy się jeszcze
na rozchybotanym losie
gdy oddamy siebie
tylko tak przeszłość i przyszłość
znowu będzie stanowić jedność

i wszechświat znowu wróci do początku
do przeznaczenia[/lewo]


* * *

Tusk w Pułtusku

[lewo]Utyskiwał Tusk w Pułtusku,
że mu nie raz dał po pysku
los - że obitych tak Polaków
on uwolni od podatków

i że czeka nas odmiana,
bo on z dziada zrobi pana.
Że to nie jest kwestia stołka
biedzie sypnąć z euroworka

i oświecić ją, przytulić,
państwu przydać coś z matuli.
Że on wszystkich pracodawców
zmieni jutro już w łaskawców,

co korzyścią się podzielą
i rodaków rozanielą.
Cóż - lecz w przyszłym raju-kraju
Kaczki dwie go przedrzeźniają

słowo - w słowo szczęście głosząc
i fortuny blask podnosząc.

Zbladł w Pułtusku Tusk i credo
padło z jego ust: dość tego!
- tego Kacząt tam kwakania.
Ja zaprzeczam i zabraniam!

Lud oniemiał - nie pojmuje
jak się z drobiem dyskutuje,
kwacząc kaczo tu - w Pułtusku.
Poliglota z tego Tuska!

Z oniemienia was wybudzę
i pozbawię wszelkich złudzeń;
do dwóch Kaczek trzecią dodaj
co ma wdzięczne imię - Donald!

Tuska już o nic nie pytam.
W Kaczorlandii czwartej witam![/lewo]


* * *

List /Ewie/

[lewo]Jestem w małej dzielnicy na rogu
wieczności
napływa ciepła fala spokoju
i przenosi góry
słyszę oddech Stwórcy
w piaskownicy dla dzieci odkrywam ślady
Jego czynnej bezsenności

milczenie bliższe pokuty niż mądrości
trawi diabły w konserwach w sosie zawałowym
hamlety suszone w cenie czterech polonistów
za jeden kilogram

znalazłem prawa dla wyjętych spod braw
sprzedałem widzimisię
wykrzykniki i przyrzeczenia
cały kapitał ulokowałem w lodowcu
na niewielki procent podbiegunowej gorączki

napisałem wiersz który śmiał się ze mnie
ta ułomność własnego dzieła powołała mnie
do filozofii
biografii Boga pisanej przez człowieka

na złotych schodach
które wzniósł Faust Budowniczy
łatwo można stracić tajemnicę - nie
nie ma nieśmiertelnych
miłość spopiela nasze ciała

śnię tu sprawiedliwość wyrazem twarzy
i twarz używam jako drzwi i okien

człowiek jest jedyną książką
godną otwarcia
spędzam czas na lekturze
swoich największych nadziei[/lewo]



* * *

zgaś za sobą słońce

[lewo]przeźroczyste dłonie nie dotkną
już nikogo
jeszcze nie odfrunęły
osowiałe niczym sokoły
zgubiły ziemię straciły niebo
można je tylko wypchać
ze świadomości

milczą łąki wszechświata
wino tężeje nie syci
pragnienie rośnie w czerwonych pożarach
zamiast alarmu całopalenie

góry rosną
pewnie dlatego że rośnie milczenie
słowa nie przelatują
spadają kamieniem

w przeźroczystym powietrzu
pamięć oddycha snem lodowca
to mój własny rezerwat wspomnień

modlę się o śnieg
o stuletnią zimę
o glacjalny interwał
biel kartki[/lewo]


* * *

ostrzeżenie

[lewo]on ma
on ma długiego
on ma długiego i grubego
on ma długiego i grubego kija

na jednym końcu on
na drugim końcu złość
uważaj

cóż warta złość bez kija
albo kij bez złości

a i on bez kija
też jakiś
kijowy[lewo]


* * *

otwartość

[lewo]miej oczy otwarte
jeśliś w cieniu powieki wymknął się światu
stajesz się cieniem
którego niebo spędza spod okna
i psem chowa na łasce

lepiej umrzeć psem niż żyć
wiatrakiem ramion mieląc w sobie słowa
na pogardzony chleb

jakże powierzać prawdę
język kwitnie w kłamstwie
równie pięknie jak w pocałunku
skąd nie sądź
że prawda nie zna swojego owocu

strzeż się dłoni
ich dzieło bywa krwawe

stopom powierzasz ziemię
dlaczego nie myśli
która może pomieścić ją
całą

wędrowcze
drogi nie ma
drogę znajduje się idąc
i nie ma celu poza tobą

śnij otwarcie swą miłość
której nie nazywaj imieniem
nazwana umiera
jak tajemnica otwartego listu

świat rozda wszystko co posiada
więc czuwaj przy nim
miej oczy otwarte[lewo]



* * *

całuję

[lewo]jak długo trwać może
pocałunek

rekordy
o których donoszą
są jak życiorys
dla prekambru


ten o którym piszę
trwa kolejny miesiąc
bez oddechu

kto zatem oddycha
za nas

pytam co zrozumiałe
za zamkniętymi oczami
myśl jak rtęć się przelewa
w ekstremalnych wartościach

czy jeszcze żyjemy

całuję
i ty całuj
gdy otworzymy oczy
odkryjemy
że kogoś z nas brakuje[/lewo]


* * *

sopran liryczny

[lewo]ubrany w ciało wielkie i ciężkie
jest antytezą materii

w jednej chwili tłum z filharmonii
przenieść pod namiot Samsona
[i]zwyciężyłaś Dalilo
skąd taki smutny śpiew[/i]

jeśli forma ustala treść
głos pogrąża zdradzonych
zdradzając najpierw ciebie

treść pozbawiona formy
będzie jak twoje ciało
martwe na scenie pustej

ubrana w sopran liryczny
stoisz u wyjścia z piekła

po której ono stronie
progu filharmonii
trudno zgadnąć[lewo]


* * *

wirtualne miasto JL

[lewo]Rozmowy przeciągały się
daleko poza północ Słowa przykuwały
do krzeseł wiązały spojrzenia rozwijały
w długie nie mogące się zamknąć
zdania Do rozmowy wtrącały się cienie
wędrujące schodami Myśl kilkakrotnie
zawracała od drzwi Coś chciało się zsumować
rozwiązać objawić Czas światła i ciemności stał
na równoważni na szeroko otwartych
powiekach
W końcu było już jasne
rozstrzygnięcia nie będzie
wyszliśmy
ulicę dalej już żadnej rozmowy nie było

Miasto w jeden kamień stężało
w bezwietrznej stojąc nocy
latarnie płonęły wplątane w gałęzie
październik jak przyjezdny na krótko jubiler
dreptał po alejach gubiąc swoje złoto
słyszeliśmy wszyscy miarowy suchy szelest
rdzy
osypując cicho blaszkami liścieni
odsłoniła się nagle naga rzeczywistość
wieczne tu i teraz wśród zawrotów głowy

Zbudzeni poza czasem od wszelkich słów wolni
i jak nigdy w tym mieście usiedliśmy razem
wokół drzewa wszystkiego dobrego i złego
nie widząc się nawzajem ale rozumiejąc
jak dzieci liście podając z rąk do rąk
szczęśliwi że nam palce płoną pierwszym szronem
wyzwoleni z litery i spokojni w sobie
ponad wszelki wyraz[/lewo]


* * *

beneficium inventarii

[lewo]zaniepokoiłem się - tak już jest
kiedy uporczywie przyglądamy się czemuś
odkrywamy
że chodzimy z zamkniętymi oczami
śnimy obraz świata jaki śnić pragniemy

czy obawiałem się rdzawych plam
piątego przykazania - moje dłonie
te same które
otwierały niosły
zapinały podawały
myły dźwigały
czesały pieściły
zasłaniały ścieliły
zbierały i brały
stały mi się obce jak narośl na drzewie
ani je odrzucić ani choćby ukryć

wyróżnione ze mnie
monstrualnym się teraz stały moim wrogiem
tym bardziej bezwzględnym
im dłużej służyły

a przecież zawdzięczałem im tyle
tak wiele że chroniłem na różne sposoby
najczęściej przed pustką
najbardziej przed sobą
- to było najgorsze że były posłuszne
i były mną wtedy gdy sobą nie byłem

[i]dajemy obraz duszy wierniejszy niż lustro
trzeba nam zaufać[/i] - wciąż mówiły do mnie
nie chciałem się spierać
i nie zapytałem czy wspomniane dłonie
przenoszą swoją wartość też na właściciela
(bo co by się stało - gdyby tak odwrotnie)

postąpiłem roztropnie
myjąc
myjąc
myjąc[/lewo]


* * *

przed sobą samym

[lewo]ja o tak tak tak myślałem
jeżeli można to myśleniem nazwać
tak czułem jeżeli cokolwiek czułem
prócz zmęczenia głodu swędzenia
skóry bólu głowy

nigdy bym na to nie wpadł
że jestem że jest moje ja
powiedzieli mi inni mówiąc do mnie
synu chłopcze wołając po imieniu
które przylgnęło jak skóra
i zmyć sie nie dało żadnym mydłem

ubrany w to imię
zwracano się do kroju niby do mnie
i o mnie mówiono dobry zły
wesoły głupi
byłem brzydki dla jednych
i ładny dla drugich mądry i złośliwy
w tej samej godzinie
ja - czy to jest piłka
piłka w waszych rękach
zapytałem kiedyś i zwątpiłem
raz pierwszy

nikt mi nie potwierdził
istnienie ja - tylko ciało moje
powtarzało mi o tym
więc nie zapomniałem
rosłem

i pewnego dnia zobaczyłem
siebie naprzeciwko
że nie mogłem uciec z lustra
gładź jego ocaliło

oswajałem siebie
jak nieznane zwierzę schwytane
w zatrzaśniętych nagle drzwiach
pokoju
przedrzeźniało każde poważne
spojrzenie i stało nade mną
jak bliźniaczy kat

set razy jak Rembrandt
odtwarzałem milczący obraz mego ja
i tyleż razy słyszałem
od samego siebie
[i]choć taki podobny
to jednak go nie znam[/i]

i nie wiem czy siebie się wtedy zapieram
i kto w takiej chwili potrzebuje kogo[/lewo]



* * *

wiersz w afekcie

[prawo]Ewie[/prawo]

[lewo]po pas w pokrzywach słów
albo toniemy
w przeręblach czasu
na samym dnie szukając
swoich ciał

nie będę więcej wzywał jej imienia
mam dość myślenia kim oddycha
kogo zlizuje z warg językiem
i czyj cień za rzęsą chowa

przyjadę
zachowując się jak rabuś
zostawię jej stłumiony skowyt
a na dowód ślady linii papilarnych
odtąd na co dzień
będzie to całe jej ubranie

prawda
straciłem cierpliwość

to dziwne
mówili
że bez głowy żyć się nie da[/lewo]


* * *

Gdy pozostały słowa

[lewo]Gdzie ty gdzie ja Jeżeli coś nas dzieli
nie dzieli nas przestrzeń Dzieli nas
ta przestrzeń którą nosimy w sobie
Bo choć ten sam ogień nas spalał
na innych łąkach deptaliśmy wrzosy
i przepływał przez nie innego czasu
strumień

Ogień wykrzesany krzemieniem
naszych ciał dłonią ciemnej natury
oświetla tylko Nicość -czas
w którym nas nie ma
Wprzągnięci w namiętny rytuał tworzenia
ogłaszamy dzień pierwszy Początek
wszystkiego według tych samych tablic
jedynego wzoru Kobieta zbiera chrust
Mężczyzna go podpala Kobieta czuwa
ale on odchodzi

Musi być cierpliwa Stać go na niewiele
Na iskrę i ziarno Jeśli wybrał - ona też
będzie wybrana i taką pozostanie choć on
jest daleko Bo on już w modlitwie
o wiatr i o światło

Oto chleb powie ona
cóż wart chleb bez soli więc skrapia go
łzami Słowem drogi budują Wśród słów
jednakowo oboje bezradni

Cóż im pozostaje W dzień obcy
na słowach klęczący u ściany
A ściana z marzenia cierpienia i lęku
W nocy w przepaść spychani i w przepaść
lecący trzymają się kurczowo swych
ciepłem tchnących ciał We krwi skrzydła
im rosną Lot ich lotem iskier
w jeszcze większy mrok Przebudzeni
milczą Jak kamień przed morskimi
stojący falami A morze bezbrzeżne
Jedynym lądem własna pod rzęsą
grudka soli Obie połączone
mężczyzna i kobieta nazywają
młość[/lewo]


* * *

Pytam

[lewo]czym jest pamięć - liść
odbity na płycie skalnej
imię bez twarzy i bez echa

lecz pamięć liścia nie wypełnia
barwą zapachem

imię - kometa
ginąca na tysiące lat
lecz jak długo można czekać

czy kazać jej umierać
grzebiąc wszystko
wyprowadzić się z pamięci

na cmentarzu jakże mieszkać

czy jedynie
rachunek prawdopodobieństwa
taka wiara
że się powtórzy niemożliwe

i z płyty skalnej spadnie liść
świeży rosą[/lewo]


* * *

kawior i trufle

[lewo]ona wierzy
że kawior i trufle uczynią ją
piękniejszą

przekonana
że jest tego warta
odda każdą zmarszczkę
za każde pieniądze

odwieczny podlotek
w odwiecznych złudzeniach[/lewo]


* * *

daj mi dowód że jestem

/Ewie - walentynkowo/


[lewo]jestem przy tobie
a tak w ogóle próbuję być

i znowu
stale będę się szukał nawet wtedy
gdy inni
gdy ty stwierdzasz
że jestem
a ja nie jestem tego taki pewny

w zawieszeniu
to jak być powieszonym
też niby się jest

jak utrzymać zgodę na siebie w każdej chwili
w każdym czasie

intensywność bycia wzrasta wraz
z bliskością drugiej osoby
zauważyłaś[/lewo]


* * *

mówi do niego - Słonko

/Ewie/


[lewo]to związek dusz
dlatego czasami tak duszno
gdy budzi się
potrzeba dotyku

chciałby być jej słońcem
stworzyć ogród wiecznego kwitnienia

dlatego nigdy nie zachodzi
czuwa
by nie zamienić jej dnia
w Dolinę Śmierci

pisze jej
[i]jak chcesz mnie przeklinać
przezywaj na h - jak Helios
albo Hades - czyli mrok[/i]

przeciwieństwom do siebie najbliżej[/lewo]



* * *

tożsamość

[lewo]nie jestem inny
i jeśli stoję obok
to dlatego tylko że obok siebie
stoję

nie jestem inny
i jeśli kłamię - wierzę
że tak być powinno - kłamię
nie wam - sobie

nie jestem inny -
jestem tam gdzie inność
i dlatego jestem podobny
do siebie[/lewo]


* * *

Synteza II

[lewo]muskuły chcą znać swą wartość
a rower sam w sobie martwy
posłuszny będzie i prędki
pozwoli poczuć się zdrowym
grzbietem jak delfin w niebie
mkniesz naprzeciw zmęczeniu

pierwszy wniosek - trwonienie sił
jest środkiem sił pomnażania

bez celu
dla pewności że nas wystarcza
na każde wezwanie

imię pośród żywiołów
głazem
chcącym istnieć w nich
jak planeta
słońcem teraz obracasz
a żyjesz przeciw własnemu
istnieniu

chcąc być silnym
zbierasz jak chrust letni piorun
silny jesteś
stanowisz sam w sobie dwa bieguny
i dlatego że możesz
odważnie rezygnujesz
jesteś silny swą własną poskramiając siłę

a przecież
choć sprężysty jest floret twego kręgosłupa
i tak szybkie pięt pingpongowe piłeczki
bywasz chłopcze bezradny
i taki bezbronny
jak twoje ramiona papierowe wiosła
walczące z przypływem purpurowej krwi
stoisz
przedziwnie bezsilny

o n a patrzy
rzęsą jak konar jesionu
przesącza blask południa

i chwytasz spojrzenie
zlatujące z najbardziej odległego brzegu

wiesz teraz jak niewiele warta twoja siła
aby stanąć obok
trzeba umieć fruwać
siłę swoją osadzić już nie na przegubach
ale na cierpliwym
czujnym się poddaniu
zrozumienia osoby
przez nią dotknąć myśli co pragnie wolności
wchodzi jak ptak w okno
i już się nie boi[/lewo]



* * *

obsesja nowej "Ery"




[lewo]milczę komórka milczy
mówię i ona mówi

śpię
jem i piję - cóż
ona zawsze odmawia
[i]czystość[/i] mówi lśni błyszczy
czasem świeci
widać ci już duszę mówię
tuszę że cię braknie

[i]czystość kochanie
ale nie wstrzemięźliwość[/i] mówi

i gada gada gada


II

komórko najdroższa
kocham kochaj kochana
z tej i tamtej strony
całowana

trzymam
trzymamy się za słowo

no to jak
gdzie te ręce
i puls

[i]przekroczenie limitu
doładowanie[/i]


III

śpię komórka czytam komórka
jadę komórka piszę komórka
piję komórka

za co mnie tak w komórce
cap jestem tryk byk

jestem
i szukam ciebie

wyskocz już z tej komórki
halo[/lewo]


* * *

linia życia

[lewo]wymierzył trójkątem doskonałość ciała
nocą skalpelem wyjaśniał tajemnicę życia
gdzie się kończy szukał wyraźnej granicy
okiem doskonałym obejmował pustkę rozłączonych tkanek
na ścieżkach krwi wapienne ślady śmierci
boskiej akuszerki
pod cyrklem przyłożonym do oka opatrzności
otwarła się przepaść

II

niewyraźny jej kontur zamazana linia
mówi coś o istnieniu w czasie i wieczności
jakby odległa pamięć zbudzona na chwilę
przesłania horyzont pamięć o początku
o zdobywczej sile kształtującej piękno
łzawi bezsilne oko Leonarda

tobie powierzono największą z tajemnic
istniejących na ziemi przyjmij hołdy Lizo
uśmiechasz się do dziecka na znak
potwierdzenia
żeby ciebie zrozumieć nie trzeba ekierki
muzyka słodki owoc miękka szata barwna
Mona – uśmiechem unieważniasz wszystko
co zamyślił rozum[/lewo]



* * *

zawsze jesteś w lesie

[lewo]kto pragnie ciszy
szuka ciszy w sobie
czas jak nuta la trącająca myśli
palec na ustach
i rozłożony szeroko miech mchu

nuta la powraca
widzisz pięknoduchu

powraca jak wystrzał
to nazywasz śmiercią[/lewo]



* * *

stary komplemenciarz

[lewo]hipnotyzer hochsztapler
patrzy na świat z uśmiechem
[i]to cyrk[/i] powtarza i gra rolę klowna
nigdy arlekina
[i]łzy dla dzieci i kobiet[/i] tak myśląc
woli nosić kamienie niż obrażać Boga
złym rysunkiem twarzy i nosi kamienie
aż światło je zamienia w kurz przydrożny
w klasztor

kiedy mówi pragnie od razu nawracać
już wie aby świecić należy się spalać
tylko wtedy milczy kiedy idzie w góry
pośród nich szczęśliwy jak kwarc promienieje
gwałtowności w słowach nauczył się tutaj
od górskich strumieni
miss świata to dla niego siedmiogrodzki pełnik
optymizm utwierdza perspektywa
przestrzeni - na chwilę tam czuje się wolny

niechętnie wraca do drzwi i stolików
zaczytane noce zmienia w aforyzmy o ludzkiej głupocie
że należy do ludzi upewnia się co dnia pośród swych słabości
składając komplementy wciąż udaje ślepca
sam przed sobą ukrywa że wierzy i kocha
te twarze ich maski i słowa skrzydlate

trudniej je oswoić niż jastrzębia sokoła
krążących nad ziemią skazaną na łowy
przez wzrok zachwycenia przez gest przez przypadek[/lewo]


* * *

Do hymnu

[lewo]brzdąc do wody daje nura
stoi zakład czy wypłynie
jak wypłynie - czy przeżyje
głównym nurtem gówno płynie

rosę pije wieś na kacu
rosi zagon baba bita
siorbie winko głupi Jacuś
z tym kacapem trza być kwita

córka lezie mu po głowie
puka w czółko żonka-cud
przy śmiejącym się Jacusiu
intelektem błyszczy but

nic to - tyś europejczyk
bzyczą ci już euromuchy
rzeczywistość chociaż skrzeczy
jesteś ślepy niemy głuchy

czyli hurrra - pro i opty
rzeźne ciele - niech tam kurna
czeka wszystkich nas wiek złoty
złoty hak i złota trumna[/lewo]




* * *

Apologia apoteozy

[prawo]Jeżeli będziesz odgrywał rolę geniusza, staniesz się nim.Salvadore Dali[/prawo]



[lewo]każdego ranka budząc się
odczuwam wyszukaną rozkosz
rozkosz bycia Jackiem Sojanem
i pełen podniecenia
zadaję sobie pytanie
co też wspaniałego
dokona dzisiaj ten Jacek Sojan[/lewo]


* * *

kiedy ona zasypia mężczyzna się otwiera

[lewo]kiedy przekracza próg włącza się syrena
nie patrzy ale pragnie to jego męstwo bycia
usłyszeć śpiew syreny i cierpieć jak Odys
przejść mimo przemyć twarz starać się oddychać

śpiew narasta nie przerwie będzie nadal słuchał
kiedy ona choć słowo chce wyrwać jak klucz
będzie milczał mężczyzna otwiera się wtedy
kiedy ona zasypia dopiero wtedy słowo wrzuca
do jej snu - mówi

[i]ty możesz się otworzyć
gdy rozchylisz kolana ja rozkładam ręce
zaledwie kierunek dostrzegam spod dłoni
mnie otwiera chwila nie człowiek nie miejsce

bądź mi wiosłem bądź żaglem śpiewaj nie zatrzymuj
dobrze coś wziąć na drogę ot cień w kącikach ust[/i]
wzrok odwraca stara się oddychać twarz przemywa snem
w którym znowu dla niej podpala swą Troję[/lewo]


* * *

podręczne telefony

[lewo]Policja------------------------padać nie zwlekać
Straż Pożarna-----------------------nie zgasi uczuć
Pogotowie ratunkowe---------------znak pożegnania
Pogotowie wodno-kanalizacyjne----nie ma żartów
Pogotowie elektryczne--------------nie iskrzyć
Pogotowie gazowe------------------odkręcić pełny kurek, inaczej: dać gazu i w gaz
informacja PKP----------------------nie pytać
informacja PKS----------------------nie liczyć
pogodynka--------------------------na twarzy
zegarynka---------------------------każdy czas jest dobry
naprawa telefonu-------------------nie mówić za oczami
administracja domu----------------głód sen oczekiwanie
lekarz--------------------------------drogie złudzenia
samochód----------------------------tak - dużo chodzić samo-chodzić wiedzieć tylko[lewo]
[prawo]Gdzie z Kim
i do Kogo[/prawo]


* * *

Pogoda polityczna

I


[lewo]Kaczory stroszą pióra. Szykuje się zmiana.
Już kropiwnicki wróży rozkwit parasoli.
W gałęziach lepperuje wiatr i giertychuje.
Strumieni złoto spiesznie chowa balcerowicz.

Liściem łopuszański przygarnął czule jerza.
Gadzinowski łeb zwiesił w cień olechowskiego.
Macierewicz z dwururką wyszedł na zaleski -
[i]nadchodzi dorn[/i] - mruknął strzepując kwaśniewskiego.

Piechociński on teraz z wroną wokół pola
nad którym grzmi senyszyn idąc z nad kalisza;
choć go ziobro uwierał i chwytał go kuźmiuk
putrał się w rokitach, wassermannił w zawiszach.

Niosło echo kanelę-sowińską w piniory.
Dyduchał się mikuła. Ucichł marcinkiewicz.
Wierzejski zakołysał szarpiąc tyszkiewiczem.
Po niebie krwawą łuną przeszedł michalkiewicz.[/lewo]


* * *

Pogoda polityczna II

[lewo]Kto żyw teraz płażyńskim, podkańskim się chronił;
lecz i Macierewicz też stał już na ulicki;
[i]daremna fotyga kto mutor się wałęsa[/i]
- mruknął i do Gilowskiej zapukał kamińskim.

[i]Remanent![/i] - usłyszał zdziwiony - [i]tak po nocy?[/i]
dopytywał się jeszcze waląc w odrzwia głuche.
Nie on pierwszy, obok już sapał Olejniczak,
który tu się tuskolił licząc na poduchę.

Naiwni. Wraz z ulewą spływał romaszewski
i w mularczyk pogrążał pechowych amantów.
Nie ma mocnych na taką polityczną pogodę!
Gdzie pieniądze są - potop. Gilowska ma atut.

Gdy rankiem niedospana wyszła na kaczmarki,
artymowski się zgadzał, cały, do przecinka!
Rozliczony w millerze, spięty w komorowskim,
nowy budżet wystarczał w sam raz na śledzika

czyli na powszechną stypę narodową
za mężów stanów niskich i tych wskazujących.
Prognozy polityczne na najbliższy tydzień
mówią o dymańskich w religach moknących.[/lewo]




* * *

góra

[lewo]jest jak zadanie
postawione naturze człowieka

niekoniecznie w alpach himalajach
na przykład w Beskidach
Babia Góra

ukryta w swoim ogromie tajemnicza
kusi

jest rodzaju żeńskiego
kusi więc tym bardziej

raz dostrzeżona
pozostaje w pamięci

omijamy ją jednak
jeszcze nie przygotowani
jeszcze nie zdecydowani

ale to się stanie

zjawimy się u jej stóp
gotowi na wszystko

zanim ogarnie nas duma zdobywcy
zatrzymajmy się
jesteśmy bowiem o krok od iluzji

przybywamy na jej wezwanie
góra zdobyła naszą wyobraźnię pierwsza

jej skalna stopa we śnie uciska piersi
to my jesteśmy gór zdobyczą

góra
poszerzona przestrzeń
punkt przecięcia się natury woli świadomości
dlatego jest miejscem chwili
które ustąpić trzeba bogom[/lewo]


* * *

koniec kropka

[prawo]na końcu naszej arterii jest kropka
Jerzy Rybak[/prawo]



[lewo]kropka kropce nierówna
łatwo może zamienić się w dwukropek

albo trzykropkiem rozsypać


dlatego nie wiem co myśleć
o twoim zdaniu

przecież może zdarzyć się
słup ognia nad nią
a każdy wykrzyknik ma swoje echo

kropka może się rozmazać
i żywym już przecinkiem rozgadać się
ponownie

dlatego - proszę
umówmy się
to ziarnko maku lub gorczycy
poczekajmy
niech wzejdzie

bo jeśli to tylko octówka
to znaczy
że obok kwaśnieje wino
po nieudanym spotkaniu[/lewo]



* * *

kierunek ostateczny

[lewo]kiedy patrzę przed siebie - widzę
usta mówiące usta przełykające wszystko
czego pragnę co widzę

kiedy patrzę za siebie widzę gruz i dym
spadające gęsto krople krwi
i choć wiem że drugiego potopu nie będzie
idę w góry

ale wracam z połowy drogi wracam
jest przecież jeszcze coś co każdy słyszy i widzi w sobie[/lewo]


* * *

bilet do wczoraj

[prawo]Ewie[/prawo]


[lewo]ukrywając wstydliwie zdeptany policzek
pod szminką pół-uśmiechu za perfumą myśli
nawołujemy się na dworcach
wędrując od miasta do miasta
od imienia do imienia
od słowa do słowa

([i]chciałem z tobą się ukryć
w raju traw mówiących
między skałą nadziei a skałą pewności
w połączonym krwiobiegu już płukałem złoto
za które nabyć miałem niebiańską parcelę
znając dłoni naszych twórczy zapał dotyk
budować zamierzałem świątynię Khadźuraho
aby oddać należną cześć ziemskiej rozkoszy
chciałem nie to co było w kamieniu pisane
i próg wyobraźni zasypuje piasek
na zakolu zimnej obojętnej rzeki
coraz grubszą warstwą[/i])

jeśli sądzisz ty co podsłuchujesz myśli
że to kara - umieraj czyli żyj bez światła
co rozszczepia nęcące po świecie kolory

drogocenne kryształy darowanych godzin
rozwozimy po krańce życiowej przygody
w przekonaniu że w nich są utajone moce

sztuka budzenia pragnienia i głodu
pozwoli wstać i ruszyć choćby na piechotę
bo poznać to doświadczyć i znaczy pozwolić
dać się chwili zaskoczyć aby się otworzyć

jesteśmy w sobie jak centralne dworce
pełni nawoływań pożegnań powitań
z zaułków z gór i portów znosimy poezję
by zapełniać pociągi tą esencją bytu

tu czekałem i czekam zawsze wsiadać gotów
z bagażem słów spełnionych spóźniony pasażer[/lewo]





* * *

Bohater romantyczny

[lewo]Co bohater romantyczny jada?
- odpowiedzi brak.

Co bohater romantyczny pije?
- odpowiedzi brak.

Gdzie bohater romantyczny mieszka?
- adresu brak.

Za co bohater romantyczny żyje?
- za swoje łzy i krew rodaków.

Czym bohater romantyczny żyje?
- przeszłością.

Co o sobie bohater romantyczny myśli?
- że jest nieszczęśliwym geniuszem
i tylko permanentnie złe samopoczucie
różni go od Boga.

Co o bohaterze romantycznym
myśli inny bohater romantyczny
- nic
każdy z nich myśli tylko o sobie.

Co bohater romantyczny robi?
- cierpi i kocha.

Kogo bohater romantyczny kocha?
- siebie w cierpieniu.

Dlaczego bohater romantyczny cierpi?
- dlatego że kocha.

Dlaczego bohater romantyczny się nie żeni?
- to pytanie bohatera romantycznego nie dotyczy.

W co bohater romantyczny wierzy?
- w czyn
najlepiej gdyby to było samobójstwo.

Dlaczego bohater romantyczny jeszcze żyje?
- bo jest nieśmiertelny
niestety żyje w każdym z nas.

Dopisek do ankiety personalnej bohatera romantycznego
- [i]buntownik przeciw rzeczom koniecznym i ostatecznym
którego serce pogardziło rozumem,
przypadek kliniczny nieuleczalny, nie trzeba izolować,
izoluje go własna choroba, niebezpieczny tylko dla siebie
samego,
notoryczny samobójca,
groźny gdy znajdzie publiczność.[/i][/lewo]



* * *

wiem

[lewo]kiedy chłód zwątpienia wkradał się
w ciało i cienie rzeczy brałem
za rzeczywistość [i]cień ręki jak wąż
skacze ze ściany słowo biegnące
po strunach powietrza miażdży
jak rozpędzony pociąg uśmiech
przypomina paszczę ryby Jonasza
a milczenie jak topiel pogrąża
bez dna[/i]

kiedy wzrok przestał rozróżniać
i najlepiej było nie poruszać się nie chcieć
pragnąć jedynie dla pragnienia
wpuściłeś mnie

doświadczyłem ciebie tak mocno
wpuściłeś mnie do siebie
bo wszędzie u siebie jesteś
i wszystkie drzwi otwierasz temu
co szuka ciebie
mistrzu

wiem
byłem dlatego zamknięty
aby poznać radość otwarcia[/lewo]


* * *

złote gody

[lewo]życie
najdłuższy
romans
ze śmiercią
zakończony
małżeństwem[/lewo]


* * *

czas apokalipsy

[lewo]siedemnaście lat razem
dziś - w sądzie
naprzeciw siebie

obcym podają gołe fakty
sobie zachowując konteksty

bardzo się starają
aby z katastrofy wynieść twarz ofiary

wiadomo przecież z góry - winny
on
ona

ono
gdzieś skulone w sobie - czeka
by rozsypane klocki chciały się ułożyć

wyrokiem
przypisane do niej
lub do niego
patrzy

słońce rozłamuje się
na połowy[/lewo]


* * *

Wino

[prawo] "Czasami, ażeby być trzeźwym, trzeba się napić."
C.K.Norwid
dedykuję Sylwestrowi Michałowi Michalczewskiemu[/prawo]


[lewo]Czymże jest wino? - Wierszem ziemi.
Sonetem dnia. Traktatem roku.
Spotkaniem wszystkich na weselu.
Przemianą serc. Widzeniem w oku.

Czymże jest wino? - Zaproszeniem
dla poławiaczy nut i pereł.
Ziemskich przypadłości odpuszczeniem.
I wielkodusznym wyzwoleniem.

Czymże jest wino? - Jest szklanicą
praoceanu krwi i słońca.
Tysiąc tym - co sto lat! - krzyczą.
Tak się z chwilą wieczność trąca.

Czymże jest wino? - aby poznać
do dna je wypić trzeba. Umrzeć.
Jasnowidzenia aby doznać
trzeba się raz pijanym ujrzeć.

Pijanym myślą. I przyjaźnią
co myśl tę rodzi kusząc życie.
Oczyszczającą duszy łaźnią
niech będzie wspólne wina picie.

Wino otwierasz - świat otwierasz.
Otwierasz oczy. Umysł stroisz.
Prawda, co w rozmowie się zawiera
smak wina uczci. Chęć potroi.[/lewo]


* * *

człowiek


[lewo]zwierzobóstwo
zabłąkane między dobrem a złem

tama
spiętrzająca na sobie
strumień życia

otchłań pod nogami
pustka naokoło

pośród duchów
szuka sprzymierzeńców

duchowiejąc
staje się wszystkim
piszącą wiecznością[/lewo]


* * *

tytuł

[lewo]a jeśli istnienie jest poza słowem
odrzuć wszystko i tytuł poety
jeśli nadal i teraz odczuwasz istnienie
istniejesz istnieniem swoim
istniejesz naprawdę - wolno ci być poetą

już możesz pisać wiersze[/lewo]


* * *

dupa

[lewo]pozbawiona skrupułów
szuka pokrewieństwa
ze swoim właścicielem

ciekawa rzecz
upodmiotowiona
siada na twarzy

przypomina polskiego posła
w aktualnym sejmie

dupa domaga się szacunku
i dożywotnich przywilejów

obsługując dupę
masz swój chwalebny udział w życiu

dlatego staropolacy
mawiali
rzyć

o życiu trzeba dosadnie[/lewo]


* * *

żyrafa

[prawo]Jerzemu Rybakowi co obiecane[/prawo]


[lewo]z pozoru
zdumiewające stworzenie
wywołujące uśmiech

ta niewymiarowo zachwiana długość do wysokości
dobrze ilustruje fantom człowieczeństwa
jego niespokojną ambicję sytuowania się ponad

wieczne zerkanie za /i przed/ horyzont zdarzeń
za horyzont godziny dnia miesiąca roku
i stawanie okrakiem na życiu
swoim i cudzym

to bezustanne pozowanie na panią
pana bytu
gdy sam byt tuż przed lwim skokiem
spręża się w trawach bliżej
niż jej dostojny cień

no i ta sukienka
jak piżamka nastolatki
ten tużurek klowna

zamiast rozweselać
budzi współczucie i zażenowanie
jak zwykle
gdy w pajacowaniu dostrzegamy nieudolną
sztukę

należy jednak być ostrożnym w sądach
żyrafa ujawni szybko to
co skrywamy za uszami
ostre twarde jak fakty
różki

góruje nad człowiekiem
nie tylko wzrostem i szczerością
przerasta nie tylko bliższym kontaktem z niebieskimi
sferami
słusznym poczuciem godności
także wiernością swemu gatunkowi
czyli wiarą w takie wartości
jak rodzina pokarm słońce[/lewo]




* * *

Polak nad prasą zaczytany w sobie

[lewo]dziś w Empiku
nie czytałem lewicowych pisemek
choć myślę o twoich dzieciach
boso chodzących po domu

facet pod krawatem dopija whisky
a mnie ucieka życie
i nic - kurwuję

owinięta kołdrą wspomniałaś
dni prowadzące z Azji do Europy
tej samej która wczoraj zaparła się sąsiada
a dziś uczy go cnoty
hipokryzja jak zwykle ubrana w tytuły
rozdziela racje podług stóp zysku
Europa buduje slumsy
bieda to czarnoziem każdej agitacji
nic tak nie procentuje jak hasło
demokracja

wytrych do każdego umysłu
do każdego domu

dlatego dziś w Empiku
nie czytałem lewicowych pisemek
ani prawicowych rot wnoszonych na ołtarze
wbrew pierwszemu przykazaniu

facet pod krawatem dopija drugą whisky
a ja patrząc jak ucieka bezpowrotnie życie
nie znajduję więcej słów i milczę
lepiej słychać krzyk
idący wszerz i wzdłuż Europy

nie mam wątpliwości - on podpali Empik
facet pod krawatem znów zamówi whisky[/lewo]



* * *

Aria

[lewo]czym różnią się Alpy
od Tatr
pewnie tym czym ja
od mojego brata
miejscem zamieszkania
wzrostem głosem
a i życiorysy tak odmienne
jak lody Eigeru
od piargów Wysokiej

Alpy to nie moja historia
najwyżej krótkoterminowa zdawkowa
przedpokój o zawrotnych ścianach
z wąską półką na luksusy
granit tutaj bez finezji ciężki jak los
emigranta

w Tatry wchodzisz jak w nutowy zeszyt
tu pejzaż partyturą
na Kościelcu Karłowicz
na upłazach Szymanowski
w dolinach Krzesany Kilara

dźwięczą zostawione tu godziny
rzucone pod Płaczliwą Skałę
toczone do Młynarza niesione na Lodowy

szczyt Jastrzębiej otula mój gorący oddech
a ten huk zapadającej się w dolinach Białej Wody
to moje przyspieszone tętno

tu - na scenie Czarnego Stawu
(z Pyszniańskiej Przełęczy zabrzmi równie czysto)
usłyszałem arię
usta milczą dusza śpiewa[/lewo]


* * *

czas zaistnienia

[lewo]ze środka nocy
wyłuskana
toczysz się przez wszystkie palce
ale jesteś - nieprzebrana
i wciąż mało
mało ciebie

ponad nami
przejrzystego mroku namiot
wypełnia go poznania eter
masztem szyja
twoja
niezgłębiony
w swych posadach
unosi nas
w istnienie[/lewo]


* * *

w poszukiwaniu ja

[lewo]ach ach ach
(no to teraz pogłaszcie mnie pocałujcie przytulcie)
och och och
(niechaj mnie otoczą czytelniczki wianuszkiem - ale tylko te młode)

zawstydzeni aktorstwem odludki
gadający z cieniami na ścianie
bez ustanku zajęci
wypełnianiem i kształtowaniem

sylabizujący imiona poetów
czy zaznają choć raz tej pustki
krzyczącej ich głosem - znajdź mnie
znajdź mnie na dnie lub na górze
tak tylko sam znajdziesz siebie[/lewo]


* * *

mimikra

[lewo]typ wyraziście muskularny
przyglądał mi się - moje poczucie winy rosło
wszak zamiast czytać poematy
mogłem zadbać o swą męskość
dźwigając sztangi nie problemy
wiodące prosto do psychiatry
a jednak on - tyranosaurus mój łaskawy
okazał litość czyli słabość

nie żałowałem już mych pasji
w skrytości serca nadmuchując
triumfującą swą świadomość[/lewo]


* * *

ad rem

[lewo]kot stół
należą do umeblowania tego świata
głupio że ja też
ja - mebel
politura

moje dwie trzy albo cztery nogi
dwie pierwsze - umięśnione zwierzęta pociągowe
trzecia - to nauka kultura i takie tam złocenia
czwarta niewidoczna ale najważniejsza
- wola

to właśnie jej okresowa atrofia
odbiera znaczenie pozostałym
- w góry już nie pójdziesz
myśl zatrzymana oznacza stagnację
czyli bezmyślność
w oknie wystawowym świata
ja - mebel
do kupienia wynajęcia

nie być tylko rzeczownikiem
przedmiotem do przestawiania
można w jeden tylko sposób

swoje wszystkie szuflady
wszystkie półki należy wypełnić
- ciężko jest ruszyć taki mebel

zostawią cię w spokoju
graciarnię
obiekt muzealny

wydany na pastwę czasu
może nawet doczekasz się splendoru
staniesz się osobliwością
kimś kogo wszyscy adorują

z prawem do całopalenia
bez prawa głosu[/lewo]


* * *

dziewięćsił

[lewo]I

- przekroczyć zmysły
nie dać się ograniczyć uwiązać pod ścianą
poznać więcej to przekroczyć granicę własnego ciała
to inne ciało odkryć
niechaj opadnie suknia ze wszystkiego
niech krzyk pożądania oznacza nieskończoność
nie zaspokojenia pragnę lecz łaknienia

II

- budować
i schodami rozumu spinać wołającą przestrzeń
tylko horyzonty pozwalają oddychać

III

- słuchać aż do zrozumienia
dać się kształtować fletom na przełęczach życia
gdzie śpiewać solo można tylko razem

IV

- myśleć
byle nie sumami
to co sublimuje w liczbach się nie zgadza
przeskoczyć porządek aby wskoczyć w wizję
modlić się codziennie o chleb wyobraźni

V

- widzieć
i nie cofać już nigdy spojrzenia od obrazu świata
wejść w obraz jak w wodę niosącą trupy nenufary
słupy łun ruchomych jak słupy graniczne
nasycone naftą niesytej historii

VI

- bronić świata
w którym mamy swe zakorzenienie
lepszy dziki ugór z truciznami chwastów
niż gracone ścieżki sezonowych bogów
zsyłających zbawienie w ekstazie extazy
po której w zenicie czarne zimne słońce

VII

- wyznać
swoją wolę (jeśli chcesz swą prawdę)
i nieść ją nie jak berło lecz jak głodny miskę
by dzielić się tą prawdą i wspierać swą siłą
okradzionych z wiary w jednoznaczność słów

VIII

- być z sobą w pokoju
dniom pozwolić nasycać nasze oczy blaskiem
nocą w snach się uśmiechać do czasu przeszłego
umieć być to przyjąć dar każdej godziny
niezależnie od tego co nam wręczy w dłonie
brudną plotkę rachunek czy list rozwodowy
być z sobą w pokoju pogodzić się z życiem

IX
- nie
zatrzaskiwać serca jak sejf pełen łupów
im więcej siebie rozdasz w oznaczonym czasie
tym pełniej zaistniejesz w żywotach tak wielu
na znak miłowania otwierać się
na wieczność[/lewo]


* * *

Wierszyk jesienny przetykany złotą nicią porozumienia



[lewo]Leje z góry. W butach mokro.
Jesień daje w kość. I w gaz.
Jak paskudnie. Jak okro
pnie. Ranyboskie! Pass.

Jadę jutro na Saharę
choć tam nie ma nawet chwastów.
Choć tam czyha Ali Baba
i czterdziestu pederastów.

Lub się kurde - zaloguję
na portalu gdzieś poetką,
transwestytą się poczuję -
nick urodzi mnie kobietką.

Gdy już rozdam pocałunki
wszystkim asom sztuki wiersza,
nie zwlekając, bez ratunku
oddam się adminom pierwsza![/lewo]


* * *

sen

[lewo]narastający hałas
ogłuszający szum wodospadów
i rozszerzone oczy
wyskakuję ze snu na brzeg
cichej jawy
w głębokich oddechach
przeżywam własne ocalenie

albo

wyludnione miasto bieg przez skwery
po omacku - nie za czymś
bardziej do kogoś kogo nie ma
i ta nieustępliwa świadomość
- nie będzie

okno do innego świata

gdzie jestem zanurzony we śnie
gdzie budząc się licząc godziny
czy rozmawiając ze zmarłymi
lub z tymi - których spotkam jutro
za tydzień za rok - tam jestem
czy tu
zaczytany w imionach
zaplątany w słowach

jak mogę być tak podwójny
w realność idąc za plecami sobowtóra
a przecież wiem - kiedy złapię jego rękę
gdy zwróci do mnie twarz lustrzaną
pozostanę jeden i po jednej stronie

dla drugich w zimnej jawie pustego kosmosu
lub we śnie co dojrzewa jak zgubione jabłko[/lewo]


* * *

Ikar osaczony

[lewo]pytałem o imię
pytałem o nuty sny książki
o drogę
by najprostsza była ptasia

uskrzydliła mnie
mówiłem - lecę
leciałem

a ona pod łopian
do stawu
pod kamień

rzucała mórz lusterkami
grzebieniami borów
chusteczkami pustyń

im bliżej byłem
tym dalej byłem

osaczona jestem - krzyczała
zniewolona

odpadły skrzydła
ten Ikar żyje nadal
w chwilach długiego milczenia
rusza ramionami
jakby chciał coś objąć
ogarnąć[/lewo]



* * *

lilia dla Li Baia

[prawo]gdy masz dwa bochenki
jeden oddaj za lilię
(przysłowie chińskie)[/prawo]

[lewo]mój brat o skośnych oczach
Li Bai
przynosi z okresu dynastii Tang
wezwanie - [i]pijcie wino
baraninę gotujcie i wołu
przed nami trzysta czarek[/i]

chwilowy właściciel tęczowego konia
zawsze dobrego apetytu
bezustannego pragnienia
hulaka z wyboru i z upodobania
gest oddania dziesięciu tysięcy dukatów
za garniec wina
przeniósł nad terytorialne zdobycze cesarza
za co wygnano go z dworu

jak mówi legenda
poeta utonął
próbując objąć odbicie księżyca
w tafli jeziora

prawda jest inna

Li Bai co wieczór
przybywa do Krakowa
co wieczór oddaje tęczowego konia
i wiewiórcze futro
za stół na Kanoniczej
zastawiony najprzedniejszym winem
poezją radosnego ducha

pijąc
szukam w zatokach czerwieni
księżyca Li Baia
to jedyne złoto które mogę dorzucić
za pełną czarkę
by ostatecznie smakując nieśmiertelność
pozostać na wygnaniu[/lewo]


* * *

Epitafium dla Donalda Tuska

[lewo]Tu leży Tusk; pogromca Czwartej Kaczorlandii,
założyciel dynastii; Pierwszej Tuskolandii;
wieszcz i prorok medialny, znany cudotwórca.
W dyplomacji się przesiadł z samolotu na kuca

że niby taniej. Toteż zapachniało tandetą.
Nawet Rusek łaskawiej przyjrzał się kotletom
made in Bartoszewski. Gdy już zacznie źreć
- z Tuskolandii zostanie na parkiecie śmieć.

Gdy nam Boże Donalda dałeś za premiera
była to filmowa największa afera,
że na czele rządu bohater kreskówki
zmienił Polskę w Disneyland, Polaków w krasnoludki.[/lewo]


* * *

Epitafium dla Waldemara Pawlaka

[lewo]Tu leży Pawlak Czuje się w swoim żywiole
Od deski do deski tylko jego pole
Sejm to taka większa remiza strażacka
Na koalicjanta najlepsza jest packa

ale jeszcze lepsza paczka z koalicją.
Sołtys zawsze trzyma z magistratem. Z policją.
A-sio a sio z ogrodu rajskiej synekury.
Tam wziął Pan Pawlaka, by se patrzył - z góry[/lewo]


* * *

wigilia

[lewo]zapach jedliny
i rosnące zegarów tarcze – ich cykanie
wśród rozżarzonych gwiazd

pod drzewem nocy
pod konarami obwieszonymi
obręczami orbit srebrem zodiaków
łańcuchem komet złowróżbnych
słychać Kolędę

chrupie siano
w pysku turonia osła wołu
anioły wchodzą w ciche miasto
w windach wściekle tupią diabły
anioły idą skąd płacz dziecka
przenika mroźny mrok galaktyk

i wraca
wraca po dwóch tysiącach lat
a my przy stołach

i spadnie śnieg i przyjdą goście
i cud się zdarzy prostych słów
pod drzewkiem świerka
drzewkiem jodły[/lewo]


* * *

Epitafium dla Czesława Kiszczaka



[lewo]Tu leży Czesław Kiszczak Leży incognito
Nawyk tajniaka - kryć się choć pod grobową płytą
Pochwalmy go szczerze mówiąć o zasługach
Maminsynkiem przy Czesiu był książę Drakula

Zwyczajem Draculi jest ssać krew jak colę
Czesiu ją przez słomkę pić sobie pozwolił
Przecież gruba kreska nie ścięła mu karku
Ciekawe - czyją krwawicę teraz trzyma w barku[/lewo]



* * *

Epitafium dla Aleksandry Jakubowskiej

[lewo]Tu leży Jakubowska Gadająca torba
Co dzień jeden komunał to jest torby norma
Zamiast gwiazdą została papugą - dlatego
Że dla Oli echo - to jej alter ego[/lewo]


* * *

pocztówka spod limby




[lewo]morzem Tatr jest niebo
na jego dnie
uczepiony kamieni pamięci celu
taka ta wspinaczka
kraba małża langusty

wyławiam się
smakuję własne zmęczenie
sobą zatrzymuję żywioły
uciszam w sobie wiatr
nagle
oderwany z dna
wypływa ze mnie ukwiał

chciałby iść w jakieś ręce
chciałby całować stopy
ale uciekają przed nim nawet pięty
aniołów

i wtedy odnajduje się problem
parzydełka
przekleństwo gatunku
czy uroda życia
tak
niebo jest morzem Tatr[/lewo]


* * *

Epitafium ekologiczne

[lewo]biedne ryby złapane w sieć i poeci złapani za słowo
biedna rzeka zmieniona w ściek biedni ludzie nad taką wodą
nurt poniesie wszystko jak nurt a u źródeł źródło czy szambo
już nigdy nie będzie się myć z elementarza murzynek Bambo

dobry Boże tak ślepych ludzi
spraw by wyschła rzeka co brudzi
gdy o czystość wód brakło starań
będzie lepsza czysta Sahara[/lewo]


* * *

portret

[prawo]/krakowskiemu artyście-malarzowi Kazimierzowi Machowinie/[/prawo]


[lewo]za tą brodą za tym wąsem
biega chłopiec z wędką
szczupak burzy jasne oczy
gaśnie słońce wiatr się zrywa
gdy zaciska twarde piąstki

za tą brodą za tym wąsem
mieszka kątem smutny chłopiec
w jasnych oczach stoją panny
przelatują czarne ptaki
dzwonią lata obrączkami
chłopcu świeci czarny kamień
na dnie kielicha

słucha
a tu ramy zbija mistrzowska ręka opatrzności
widzi złożone na krzyż pędzle
górną ramą zdążył wybiec mały chłopiec
głaszcze koty na kolanach
karmi wrony
i nikt nie wie co tak straszy za tą brodą
za tym wąsem[/lewo]


* * *

Epitafium dla Aleksandra Halla



[lewo]Tu leży Hall Amorek Putto Cherubinek
Założył partię Poważną przy tym zrobił minę
Skautowskie podchody czynił ku lewicy
A mógłby z całą partią pójść do piaskownicy

Właściwie to w poznańskich słowikach miał miejsce
Ale wolał teatr w purpurę I wieńce
Daj mu Panie krzesełko Kakałko w kubeczku
Niechaj w niebie usłyszy - wytrzyj nos syneczku[/lewo]


* * *

Epitafium dla Adama Struzika



[lewo]Tu leży Adam Struzik Ważny w Sejmie guzik
Jak ważny – wypisane zawsze miał na buzi
Czemu taki ważny był Struzik – nie wiemy
Dlatego epitafium do potomnych ślemy

Tu leży Adam Struzik Ważny w Sejmie guzik
… …[/lewo]


* * *

Epitafium dla Jana Pietrzaka

[lewo]Tu leży taki facet co na śmiech miał placet
W konwulsjach nas pogrążył gdy na Belweder dążył
To smutas w rzeczy samej co wierzył w Polskę – damę
Dziś grają cykady – śpi tu prezydent estrady[/lewo]


* * *

Epitafium dla Włodzimierza Sokorskiego



[lewo]Tu Sokorski Włodek leży Pół boksera Pół buldoga
Znaczy się że nie rasowy Żarł za trzech I aportował
Kraj azylem zwał publicznie – krata klata kość ochłapy
Merdał szczekał Dawał łapę Wiedział gdzie i jak się łasić

Niby brytan rozpłodowy wciąż uganiał się i ślinił
Kryłby w partii i na plenum gdyby w Moskwie pozwolili
Mocny w lędźwiach Mocny w szczękach W gotowości niezawodny
Brytan ów jak suka partia też okazał się bezpłodny[/lewo]



* * *

Epitafium dla ojca Rydzyka



[lewo]Tu leży ojciec Rydzyk Nerwowa natura
Kiedy błogosławił dotykał pioruna
Kiedy skarżył sądził że mu Skarga klaszcze
A tu coś na fonii chrząka chrypi mlaszcze

Bo owszem – rydz jest dobry w occie i na ostro
Lecz Słowo – ma być chlebem A nie tępą kosą
Daj mu Panie do krypty głośnik Niech posłucha
Jak łaje ojciec Rydzyk swego w Panu ducha[/lewo]


* * *

Epitafium dla Tadeusza Mazowieckiego



[lewo]Tu leży Mazowiecki Mąż pokój czyniący
Przy okrągłym stole amnezję chwalący
Przypijał do typków spod czerwonej gwiazdy
Za grubą kreską ukrył bandę ludojadów

Miał coś z ministranta który służył w klapkach
Zdanie które zaczynał kończył za dwa latka
Obdarzał nas hojnie cnotą cierpliwości
W samą porę go Panie wziąłeś do wieczności[/lewo]


* * *

Epitafium dla Albina Siwaka


[lewo]Tu leży Albin Siwak
Socjalizmu podpora
Miał Kraków swego smoka
Partia - belfegora

Złote jego myśli
Na pamięć wkuwał Kwas
Przy jego intelekcie
Nawet skuter gasł

Panie Boże goryla
Szympansa i makaka
Przyjmij do swej puszczy
Albina Siwaka

Słabowity zawsze
Pomiędzy uszami
Mając dwie lewe ręce
Zaszkodził biedak sobie
Sam – tymi ręcami[/lewo]


* * *

Epitafium dla Barbary Labudy

[lewo]Tu leży tak słodka jak zemsta Labuda
Udawanie że leży już jej się nie uda
Leży trzpiotka niestety bo w cuda nie wierząc
Miejsca zmienić nie może Może marzyć leżąc

O czym marzy Labuda dwa metry pod ziemią
Czy o akcji podziemnej przeciwko rodzeniu
Jakże ciąży jej ciąża niechciana i ciężka
Już to że na świat przyszła to światowa klęska

Mata-Hari Labuda To marzenie posłanki
Ziściło się lecz w ramach kinder-niespodzianki
Bo kto by przypuszczał z tych Basi wybryków
Że zostanie pieszczoszkiem księży i kleryków[/lewo]


* * *

Epitafium dla Marka Siwca



[lewo]Tu leży Marek Siwiec Wyznawca Światowida
Zawsze wiedział skąd miodek a skąd płynie bida
Dwie role w życiu zagrał – cienia No i wtyki
Teraz leżąc jest tym czym był zawsze Nikim[/lewo]


* * *

Epitafium dla Janusza Korwin-Mikkego

[lewo]Tu leży Korwin-Mikke Leży ale z klasą
Gentelmen Przypominał Platona nad kasą
Filozofia zysku znalazła w nim artystę
Lecz Janusz polityk gniótł kabarecistę

I byłby go z kretesem bezpowrotnie zdławił
Lecz mu Pan na drodze bałwanów postawił
Oświeć tę głupotę - rzekł - a ja ci w niebie
Zrobię miejsce dla muchy twojej i dla ciebie

Nie oświecił głupoty bo ta bezmózgowa
Fakt przyjmuje tylko jej kość ogonowa
Bóg poczucie humoru Janusza docenił
Jego muchę w chorągiew swojej chwały zmienił[/lewo]


* * *

lekturowy awers-rewers

[lewo]ten platoński pesymizm
wyrażony nomen omen
w dziele Prawa
zmierzał najwyraźniej w lewo

wizja degeneracji ustrojów
od arystokracji
przez demokrację do ochlokracji i tyranii
nie była wygodna dla współczesnych utopistów
władców

lud
języczek u wagi dziejów
motłoch dobra gromadzący i dóbr używający
wróg arystokracji czyli wróg wszystkiego
co przeciw ciału co niezrozumiałe

ofiarne zwierzę tyranii
dziecię demokracji zawsze w roli cyrkowego widza
z lizakiem obiecanek wciśniętym
w rozkrzyczaną buzię

i w tej samej księdze
idea państwa doskonałego

tak doskonałego
że zamieszkałego przez manekiny
poruszane zdalnie myślą filozofa

jak kusząca to idea
czytamy w biografiach Robespierre’a
Lenina Stalina Mao Saddama Husajna

państwo idealne
z idealnym porządkiem
sprawiedliwie i równo ustawionych krzyży

zamiast budować idealne klatki
czy nie lepiej zadbać o doskonalenie siebie
co nie oznacza pozbywania się problemów
przeciwnie
jak zawsze gdy bierze się odpowiedzialność
za własne idee[/lewo]


* * *

manuskrypt znaleziony w Toyocie

[lewo]nie pamiętam już
w którym kącie oka narodziłaś się
moją Amaterasu
w środku zdyszanego miasta
na skrzyżowaniu stalowych dróg
unoszących i wyrzucających ludzi
zdziwionych nagłą jasnością
twojej obecności

w tej samej chwili
i ja
urodziłem się cesarzem

i jest prawdą
jako cesarz miałem władzę
tylko nad słowami
nie nad bogami i boginiami

zamknięta w pieczarze
oddalenia
postanowiłaś ciemność
pełną mamiących głosów
wezwań szeptów

dlatego
zrzekłem się tytułów i tronu
by studiować magię senniki astrologię
próbuję rozmaitych alchemii
i zaklęć
daremnie

szukając utraconej świetności
mieszam własne sny z głosami naśladującymi
ciebie
ale kiedy przebudzony
stoję na pustym skrzyżowaniu
widzę samotność i wydziedziczenie
nawet z wyobraźni

jedyną pociechą upadłego mikado
są dzieci z naszego rodu

noszą imiona wierszy
i co jest niezrozumiałe
jest ich coraz więcej[/lewo]


* * *

manuskrypt znaleziony w Mercedesie

[lewo]ja Faust dwudziestego pierwszego wieku
rezygnuję z szalonej młodości
(w moim wieku to żaden problem
to niemal konieczność)
nie dlatego że dostąpiłem zaspokojenia
pragnień i ambicji
to raczej ucieczka przed widmem Małgorzaty
niż samą Małgorzatą

cóż
szaleństwo nie jest moją fascynacją
historia minionego wieku obdzieliła nim w nadmiarze
pozbawiony sumienia jak każdy poeta
(czyż dręczenie innych swoim ego nie jest
wyrafinowaną torturą)
chronię swoją nałogową wyobraźnię
przed tyranią cudzego cierpienia (w Auschwitz
nie byłem Katyń mnie przeraża)
i starannie przechowuję w pamięci
ostrzeżenie Goethego – najpiękniejsza kobieta
świata zawsze przychodzi z Hadesu

nie będę też budował na piasku utopii
zbiorowego szczęścia – zawsze stoi za tym
ręka kusiciela Mefistofelesa
mojego kompana
jego platońska greka dźwięczy tak uwodzicielsko
dla poszukujących – ci zanim odkryją
że język filozofii to język zgubienia
ze swoimi wyznawcami zdążą przekroczyć
zatracenia progi
więc nie
bo zazdroszczę Jamesowi Bondowi
jego pięknych zdobyczy
pod przymrużonym okiem losu
perskim okiem przeznaczenia

Mefisto
mój brat bliźniak pomimo popłochu
jaki wzbudza jego uporczywy wzrok
siedzi naprzeciw dolewając wina
kusimy się wzajemnie kto przetrzyma kogo
odbierając mu rozum i jasność widzenia

ja Faust
szukając słów odrzucam w nich władzę sądzenia
wybieram milczenia litościwą ciemność[/lewo]


* * *

śpiąca cyganka


[prawo]/w hołdzie
pogodnej wyobraźni
Henri Rousseau-Celnika/[/prawo]

[lewo]śpią skrzypce w objęciach cyganki
przebytą drogą każda struna
na każdej strunie strzela ogień
i czarnowłosa tańczy północ

faluje spódnica
jak mijane za dnia pola
hej cyganie gdzieżeś polazł
karty mówią
lew na drodze

kiedy śpi cyganka nie śpią wróżby
księżyc je w kominy jak farby rozlewa
kiedy skrzypce śpią dusza śpi cygana
grające pióra gubią na kwitnących wyspach
lirogony

faluje spódnica
jak mijane za dnia pola
hej cyganko masz tu franka
i dłoń moją
powróż

długo wróżę dłoni takiej nie widziałam
wszystkie linie kolorowe linia serca jak Loara
na ścieżce pomyślności żaden grosz nie świeci
linia życia jak zielona palma

faluje spódnica
jak mijane za dnia pola
hej Celniku o duszy cygana
szczęście masz
bo zostałeś z woli Boga
wysp kwitnących wiecznie panem[/lewo]


* * *

Jan Vermeer z Delft

[lewo]w ciemnych sklepach
pieniądze tylko mają oczy
ważą towary czułe ręce
za białym palcem niby ślepiec
idą niepewne kształtów rzeczy
barwą zmąconą ceną zysku

pośród mebli gniotących
ściany i powietrze
gdzie sufit jak baldachim spada
pod żyrandolu wielkim brzemieniem
a pościel cięższa od zmęczenia
pogrąża w sen jak w jaką topiel

kobiety niosą swoje ciała
w zawojach szczelnych jak więzienie
w gorsetach jakby w koszach siedzą

- [i]Delft ulico jasna gwarna
wejdź do sklepów i do mieszkań
kiedy tylko list nadejdzie
poranny obłok tam przyprowadź[/i]

Vermeer odsunął kotary otworzył ciężkie okna
i z obłoku światło dnia wycisnął na paletę[/lewo]




* * *

potępienie

[lewo]metal przyjmie gniew i zemstę
nad bankierami i sędziami
aktorce ktoś z kwiaciarni
przyniesie bukiet z czarną wstążką
filozof zbudzi się na rżysku
w południe skwarne
pijakowi wyschną rzeki
by nie miał czym pragnienia gasić

jak metal twarde dźwięczą słowa
ryte jak zakon na Synaju
ryte w zagrodzie pełnej wilków
zębem co w dłoni tkwił
i stopach
Savonaroli nad grawiurą
Georges’a Rouaulta[/lewo]


* * *

usprawiedliwienie

[lewo]przezywam się Jacek Sojan
nie wiem za co nie wiem dlaczego
znoszę to cierpliwie od urodzenia
nie wiem czy zniosę do końca
bo śmierć już nie ma wyboru
Sojana musi przyjąć na gościnną
wieczność

to mały pokoik z widokiem
na dwa duże palce u nóg
zawsze już na baczność

tam
co z imieniem co z nazwiskiem
bez dowodu osobistego bez peselu bez nipu
moje ja ogarnie spojrzenie niczego
co było a co odtąd będzie wszystkim

Jacek Sojan kiedyś zwieszony pod wierszem
jak wahadło zegara
kilka liter oddechem chwili zespolonych
w krew w snop szperającego wokół siebie wzroku
w pewność i niepewność

przezywam się Jacek Sojan
nic na to nie poradzę
moje miejsce przy nim
przepraszam nie mam czasu
czas ma mnie[/lewo]


* * *

autodafe

[lewo]kiedy jej skóra na piersiach
i biodrach zapaliła się
wiedziałem
należy podtrzymać ten ogień
wrzucając weń wszystko
co tylko pod ręką

no i spaliłem obrazy książki
pamięć wstyd strach kraków europę
ciemną noc rąbałem w kawały
aby nakarmić
wszystkoogarniający ogień

ściany świata
zwinęły się w błękitne światło
i kiedy wieczność rosła w oczach
odgradzając nasze imiona
sam rzuciłem się w płomień z nadzieją
że stop rozpaczy i piękna
zachowa ciała zmienione
w dym

i teraz płynne złoto
przybiera nasze kształty
kiedy tylko patrzymy na siebie[/lewo]


* * *

haiku

[lewo]mat za matem
pat za patem
tak się żyje - po swojemu[/lewo]


* * *

homilia

[lewo]zgromadzeni wokół słowa
stojący za słowem
klęczący słowami
wysłowieni i zagubieni w słowach

Norwid napisał
Sebyła powiedział
wyraziła Obertyńska

czekamy na światło na dotknięcie

między Kaną a Golgotą
spotkaliśmy się

rozchodząc
dotknięcie schowajmy za siódmą skórą
weźmy ze sobą światło[/lewo]


* * *

królestwo

[lewo]

kurestwo jej królestwa
leży w trzepocie rzęsy
w kontraście warg na bieli zębów
z języczkiem tańcującym
jak słodka pozytywka

przechyla z nagła głowę
karczek odsłaniając na wolty
wyobraźni

ciało co uwodzi
ma swą własną mowę
pytanie
bez władcy
poza świadomością władzy
właściciela

zatem nie kurestwo
przeciwnie
dziewictwo
tego jeszcze nie wiem
być może nie wie ona

trudno czytać znaki
ufać bezkrólewiu
ale wiem dlaczego
ukrywa się rozum
kiedy się spotyka natura
z naturą[/lewo]


* * *

inwazja


[lewo]inwazja podpasek

Bella Nova
Bella Perfecta Duo Tesco
Always Ultra Sensitive
Carefree Discreet

higiena osobista przybiera rozmiary epidemii
dżuma fizjologii pandemonium ciała
w skrzynce pocztowej telewizji radio
także na trawnikach za kaloryferem

skoro ciało takim utrapieniem
widzę spełnienie apokalipsy
na miarę Wellsa
sterylizacja wszystkiego
piekła nieba
a zwłaszcza ziemi
jej wschodów i zachodów

nullitatis cierpień
problemów

sama przyjemność umierania
definitywnego[/lewo]


* * *

Salomon

[lewo]był biedny
cnota umiaru była mu równie obca
co ubóstwo

i co z tego że swoim bogactwem
przyćmił faraona
co z tego
że poślubił jego córkę

siedemset żon księżniczek
i trzysta żon drugorzędnych
okazało się dla mędrca
problemem nie do rozwiązania
brzemieniem nie do udźwignięcia
skoro
jako pierwszy
padł ofiarą feminizmu

spełniając kaprysy swoich kobiet
posunął sie aż do bałwochwalstwa
okazało się to zgubne dla królestwa
zaraz po jego śmierci

jeśli zatem król Salomon był mądry
to rasa głupców wymarła razem z pterodaktylami

budowa świątyni dowodzi
że nad marnościami korony i rozumu
jest świętość
która żonom zamyka usta
a mężom przywraca słuch[/lewo]




* * *

wyznanie

[lewo]przyznaję
nie jestem aniołem
są mi potrzebne buty
drogi życia takie nierówne i twarde
potrzebny jest mi zapach chleba
wola i postanowienie widać nie wystarcza
aby zebrać siły w podążaniu przed siebie

nie jestem aniołem także dlatego
że rola stróża dozorcy cudzej duszy
jest mi obca
i nie do wyobrażenia
może mnie przerasta a może
pełen wątpliwości nie umiałbym przekonująco
zawołać - vede me cum

jaki ze mnie anioł
skoro złorzeczę czasami pomstuję
w winie szukam swojego powołania

jeśli komu się przyśnię
to nie po to by otworzyć drzwi
ale jako ten który w nie zagląda
powodowany ludzkim wścibstwem
nieproszony gość śmiejący się do sera

i co to za anioł
który widząc kobietę zapomina o niebie
zmieniając się w prześladowcę ma wszystko
z kusiciela

jedyny nimb który dźwiga
to ten fioletowy ślad na czole
znak niewymiarowego stanu świadomości
niedopasowanej[/lewo]



* * *

Rozmyślania emeryta z BiproCemWapu




[lewo]pyfko sobie przytulam na ławce
zarośnięty zmierzwiony zmęczony
z pyfkiem gadam na świat rozżalony
mankietami macham na agrafce

żona w domu z gderania pół-żywa
wczoraj cudo dziś strzyga co straszy
wszystkie dzieci wyrosły i poszły
dokąd nie wiem wnuk nie zamajaczy

zapomniały czy świat wziął je w tany
i w żelaznych przymusach je trzyma
miały wsparciem być dziś jedyne co cieszy
cień kasztana ławka puszka piwa

i wspomnienia kolegów z roboty
BiproCemWap zamknięto splajtował
część kumpli piotrowe głaska koty
garść w szpitalach do Piotra gotowa

ech to życie przemknęło jak auto
dalej piękne piękniejsze niż było
malowana świeżo pachnie ławka
tylko życie jak pyfko się skończyło[/lewo]


* * *

lipcowe durnoty

[b]Lepiej krowę mieć na szafie,
niźli byka w autografie.

Lepiej drzeć z Katarasińską
niż mieć żonę Kociubińską;
bo kto zna Hermenegildę
woli spuścić na łeb windę.

Lepiej pisać głupie wiersze
niż mieć w Sejmie stołki pierwsze;
z każdej fraszki coś wyłuskasz
ale nic z przemówień Tuska.

Lepiej w WC własnym palcem
z gówna tworzyć rym-zakalce
niż Leppera drętwe mowy
wysłuchiwać do połowy.
Lepszy gwałt w Samoobronie
niźli w złotej wannie słonie.

Lepszy już bredzący Jacek
niż bez zajęć własny wacek.[/b]


* * *

z plecakiem


[prawo]/dedykowany/[/prawo]

[lewo]zbieram wiersze o górach
lubię gładzić stopami kosówkę
pokręcone czupryny
we mgłach
w oślepiającym blasku
siódmego dnia

tam na szczytach
nie kończy się nic
zaczyna się wszystko
od stworzenia świata

powroty są jak wygnanie Adama
kto mi podał to jabłko
niech będzie pochwalony

mamo żono kochanko
zakładam plecak
w dolinach ciężki
tu w górach coraz lżejszy
jak obłok nad głową
mówiący – wstąp
odpocznij rozgość się
na sto lat tysiąc

ja kamień na kamieniu
góra wśród gór
jeszcze niezdobyta
przez ostateczność

wezwanie
spełnienie którego
zawsze kończy się tak samo
wniebowstąpieniem[/lewo]


* * *

miss i macho



[lewo]miss Norwegii Hong-Kongu Boliwii
bez litości dla oczu burzy spokój macho
w ludożerczym wyszczerzu oczekuje korony
jak czeka się na bilet w przydworcowym kiosku

przybyły zza mórz siedmiu zza gór z zaskoczenia
i żądają królestwa fleszów jupiterów
w oczach płoną przepaście w nich się kłębią demony
macho nie jest estetą jest za życia królem
bogiem i kapłanem strażnikiem i katem

miss Pcimia Łapanowa Węglówki Poręby
bez litości dla oczu burzy spokój macho
w dziecinnym uśmiechu marzy o koronie
szukając przeznaczenia w remizie strażackiej[/lewo]



* * *

antystrofa

[lewo]wyobraźnia
i już próbujesz latać

wszystko w skrzydłach
myślisz

a w niewidzialnych rękach
packa na muchy[/lewo]


* * *

nagość

[prawo]"otworzyły się im oczy i poznali
że są nadzy..."

Księga Rodzaju[/prawo]



[lewo]oboje czują jeszcze smak cierpkiego jabłka
Ewa - kwiat szklarniowy burzy nie znający
i on - Adam z ostatnim uwięzłym w gardle
kęsem wpatrzony w nią

co ujrzał
nożycami wzroku tnąc powietrze

że oto balon niebios mknie tak szybko w górę
że już sam od siebie o śmierć osobnieje
obejrzał się - to znowu on sam tam pod drzewem
z którego spływa chłód

a poza kręgiem cienia płomienie południa
ruchome przestrzenie o głosach zdławionych
już niezrozumiałych
samotność chłód i groza tyle nowych pojęć
i jeszcze

ta postać
i ktoś kogo nie ma właściciel ogrodu
wróci
to jedyna pewność

postać o skórze rajskiego owocu kuląca się
w sobie to ona los jego
Ewa

- kim jest pyta siebie swój brzuch
swoje piersi ciążące do snu i zawsze ich pełne
sny nieprzerwane nagłym trzaskiem
złamanej pod nimi galęzi

kim jest musi spytać tamtego mężczyznę
który drąży w niej sprzeczne pragnienie ucieczki
Adam w rezygnacji ukryty za drzewem
choć zamyka oczy widzi Ewę
nagą[/lewo]


* * *

psze-prze***

[lewo]psze pani
do czego pani prze

przecieram oczy
przezornie

pani ma moje nazwisko
przezabawne

pozwoli pani
że przemyślę

przez rok
może dzień

przegapiłem coś

jeśli
to przepraszam[/lewo]


* * *

stan podwójny

[lewo]tak wchodzę i wychodzę
a pani nic
nie ma mnie wcale za natręta

przeciwnie
błogostan
śmiechostan

krzyk
zostań kończy katatonię

ale mam świadomość
kiedy już zostanę
znowu się urodzę[/lewo]


* * *

fretka o damie

/Marcie Mozol i Juliuszowi F.B.T. - Kamilowi/


[lewo]mówią o niej
kochanka
siedząc u niej na rękach
wiem swoje - Cecylia miłuje
ale interesy Sforzów
wymagają ofiar

dziecko które okrywam
wbrew swojemu imieniu - Cezarem nie będzie
bękart możnych jest jak łowna zwierzyna
Cecylia patrzy w przyszłość z obawą
ale bez rozpaczy
zna swoją cenę
Cesare
dla syna zrobi wszystko

Lodovico
Maur nie tylko z wyglądu
chce zdobywać
nasycony szuka nowego
więcej laurów więcej władzy
łzy i krew to tylko decorum
artysta w polityce
skończył jak każdy nikczemnik
w lochach Loches

mówią o nim
kochał Cecylię
o mnie fretce też mówią
gronostaj[/lewo]


* * *

przystanek Kafki

[lewo]mam powiedzieć tym dwojgu
całującym się na przystankowej ławce
[i]idylla to tylko stan przejściowy
potem wyrok zbyt ciężkiego chleba
aby wynieść go po schodach
wyrok pękających jak szrapnele słów
poronień i milczenia - kotwicy
tak kruchej jak maca podczas Paschy
czy wigilijny opłatek[/i]

gdy podjedzie autobus
może wsiądą razem
a może osobno
każde do swojej kolonii
karnej

czy jestem fatalistą -

na ból nieobojętny skończonej idylli
ale zawsze gotowy na proces
całowany całuję[/lewo]


* * *

fotka

[lewo]wysłałem pani zdjęcie
zdjąłem z siebie wszystko
spodnie filozofa koszulę poety
podkoszulek chłopca
sama pani widzi
nic już do ukrycia

moje zamiary
są jak słup graniczny
który muszę przenieść
w epicentrum jutra

proszę nie odwracać wzroku
pod skórą przeźroczystą do ostatniej myśli
ujrzy pani swoje
piernikowe serce

pani to potrafi
zmiękczyć je
i skruszyć
zmienić w łaszące się
z wdzięczności zwierzę[/lewo]


* * *

odpowiedź

[lewo]pyta mnie pani
skąd się biorą rzeźbione płatki śniegu
a ja nawet nie wiem
skąd się biorą dzieci

jedni powiadają
że z zapatrzenia
inni że z lektury

otwieramy na ten przykład "Naszą szkapę"
a tu wysypują się Marysie
Antki Zosie Jasie

nie pozwolimy na sieroctwo
zostaniemy tatusiami
nawet po zamknięciu książki
mamy przecież dobre serce

podobno czytelnictwo spada
właśnie z tego powodu
czyli ze skromności
nikt nie chce ujawnić
osobistych danych

wracając do pytania
nazajutrz
gdy urodzi pani nasze dziecko
czego dziś nie wiemy
jutro nam odpowie

rzeźbione palcami milczenia
na każdym płatku śniegu
zostawiamy ślady[/lewo]


* * *

inwentaryzacja

[lewo]uszy
chociaż przygryzione płasko
dobrze odbierają skoro pani jest

jeszcze stanik
pierś lewa po lewej
prawa szuka prawa
do pełniejszego oddychania

dba pani o plecy
rzecz to ważna w życiu

brzuch jak brzuchomówca
w wymownym milczeniu
trzecim okiem pępka
widzi dużo więcej

uda i kolana mają wdzięk spaceru
po śnie tak głębokim jak Rów Filipiński

dziurki wszystkie dziurawe
są i policzone
zgodnie z normą ISO standardem BHP
ciało musi mieć okna i drzwi
i balkony
wszędzie swoją pieczęć zostawiam
i podpis[/lewo]


* * *

zachęta

[lewo]wiem
że to bezczelność
by się tak rozpychać
niech pani wybaczy
skoro wszedłem dojść chcę
niech pani nie zwleka
i za mną podąża
mnie to nie przeszkadza
może pani krzyczeć
dla mnie to zachęta

dojdziemy tak razem
gdzie dalej nie można
ale można powtórzyć
jeszcze raz tę drogę[/lewo]


* * *

Wiwat

[prawo]"Miasto wiwatowało, w kwiatach.
Kończyła się moda, faza, epoka, życie.
Groza i słodycz ostatecznego rozwiązania.
Niech już najprędzej pierwsze bomby spadną."
Czesław Miłosz[/prawo]



[lewo]Przeżyłeś - twoje. A nam zostaw
urodę świata, która z nami
rodzi się, tańczy i umiera...
Koniecznie - bomba?

Z bombą żyłeś
jak z parasolem, gdy deszcz z nieba
ognisty zstąpił w twoje życie;
miałeś ty - Noe, poprzez potop
milczenia przenieść słowo-pszenicę
dla ociemniałych i skazanych.

Jesteśmy dziećmi tych, których
pochłonęła pustyni czerwień.
Z twego ziarna chleb pieczemy.
Ziemia wokół jeszcze jałowa,
rodzi majaki; jak w gorączce.
Nadchodzi Wielkie Przesilenie.
Cieszymy się. Orzemy ziemię.
Czytamy i piszemy książki.
Nasze pragnienia takie płaskie
jak dachy wielkomiejskich domów:
mieszkanie, w nim rodzinna saga
na dni i noce.

Jutro
będziemy wiwatować komuś
albo sobie - swoje zdziwienia
sącząc duszkiem, by - choć na chwilę
poczuć się sytym, wtajemniczonym.
Nasze prawo i nasza kolej próbować
miód, kawior, ocet. Nie - poeto,
z tobą razem świat nie odejdzie.
W trzy wymiary tego świata
wierzymy tak jak w Trójcę Świętą:
jest Piekło, Niebo, jest i Dzisiaj.
Stronica jest tak samo płaska
jak telewizyjny ekran. W naszych
głowach słowa zrywają się do lotu
a przez ekran podajemy dłoń
przyjazną. Tej, której źródło
wyschło w tobie - nadziei -
mamy pełne studnie.
Nie wspominamy.

My biegniemy
bo świat to olimpijski stadion,
gdzie się nagradza tak za zwycięstwo,
jak i za to, że się podjęło trud
- dobiegło. Modlitwy -
aby święto zakończyć szybko
katastrofą - mamy przyjąć
jako mądrość i ostrzeżenie twe?
- naszą radość za głupotę?
Jeśli modlimy się o bombę -
to jedynie mamy na myśli bombę
śmiechu, która zburzy urojenia.

Każdy swojego
stracha stawia na własnej roli.
Wiwatujemy w osobie twojej
świetne słowo - poeto z bombą.
Bądź miłościw. Daj nam
łaskawco trochę czasu, byśmy
czcząc twoje dzieła dziś - poczuli,
że bomby, które na nas spadną -
twe słowo zmieni w rajski owoc.[/lewo]


* * *

kartka noworoczna

[lewo]ciemne góry lodowe płyną między nami
każdy szuka biegunów a te tkwią w języku
zimowy czas milczenia zamroził zegary
mój spokój i twój niebyt śnieżą dziś w dwójnasób

w takim nic-niemówieniu wstrzymujemy oddech
staramy się nie stopić lodowców alpejskich
biel gotowa na wiersze iskrzy srebrem zgłosek
sny zwieszone soplami czekają na odwilż

widzę w zorzy polarnej twe rozdygotanie
słyszę krę pękającą całej Euroazji
twoja nagość tak nagle cofnęła lądolód
do tej kartki na której: [i]kocham cię tak bardzo[i][/lewo]


* * *

bez gwarancji

przesiadywała
w studio pięknego ciała
tak długo
aż umarła

a szkoda
bo studiowanie tego artefaktu
nie daje żadnych wniosków post-factum
właścicielce
takoż amatorom aktów


* * *

zaplątany w miło-słowie

[prawo]motto:[i]"napisz mi coś miłego"[/i][/prawo]





czy ja wyglądam jak miłek wiosenny
albo miłosna górska

jednak
postanowiłem być dla pani
miły

dlatego piszę - miła pani
nic nie wiem o miłości
ale mam podejrzenie
że miłość wszystko wie o mnie

a skoro już pani taka miła
czy mógłbym
za jej uprzejmym pośrednictwem
zapytać

dlaczego miłość dzwoni do mnie po nocach
i spać nie daje
wyrywa kartki z książek
(zawsze z tomików poezji)
i nimi tapetuje sny kościoły i dworce

chciałbym wiedzieć
dlaczego mnie prześladuje
i nasyła na mnie anioły wyobraźni
są natrętne i dokuczliwe bardzo

w czym zawiniłem
że mości we mnie swoje niepokoje

jeśli zechce wyjaśnić
rozwiać wątpliwości pilną odpowiedzią
choćby jakimś znakiem

miło by było


* * *

no proszę

kiedy język okrył wszystkie jej miejsca
przestał słuchać
zmienił pana

to ja się pani pytam
/nieadekwatność zwrotu wytkną mi logicy/
czy to powtórka z historii
sejm niemy

na jakim kłamstwie mnie złapano
straciłem najwierniejszego sługę
powiernika i tłumacza
fakt bezczelnego
ale znającego smak poznania

pytam
jaka to zakładka tkwi
w książeczce opłat za prąd
/niechby w Bożym Igrzysku Normana Davies'a
albo wśród wierszy Haliny Poświatowskiej/

no proszę pani
teraz
niech ją prąd popieści


* * *

zmagnia z gramatyką trudniejsze niż zmagania z grawitacją

dlaczego piszemy [i]dziób[/i] przez ó zamknięte
jeśli dziób otwarty
[i]całowanie[/i] nigdy nie obejmie całości
jedynie znikomą cząstkę

[i]miłość[/i] zostawia ość we wszystkim co miłe
a kochanie zawiera w sobie sprzeczność
- negację końcowego nie

zastanówmy się w nowiu
dlaczego język
nazywa całą tę rozkosz istnienia
oszukując w przedrostkach fleksjach i partykułach
czy o milczeniu
nie lepiej napisać wiersz milczeniem

na początku niech już nie będzie słowo
bądź ty


* * *

Petycje i romanse

Co to za chłopiec, jurny, niemłody?
A obok co za dziewica?
Ona mu daje pokazy mody,
on uśmiecha się...zachwyca!

To Marcinkiewicz, namiętny Kazio -
premier romansów, polski don Juan;
wziął wyspę Brytów, bo tak się zawziął
cisnąć ją Izie w geście - jak ułan!

Co to za facet jurny, niemłody?
A obok co za dziewoja?
Ona mu daje nieziemską słodycz
i najważniejsze - splendor playboya.

Ona mu oczy maślane krągli,
a on jej daje bankowe opcje.
Grecy Parysa opiewać mogli,
my chcemy Kazia sławić emocje.

Niech z tej miłości spali się Londyn,
niech Iza będzie polską Heleną -
byle w ojczyźnie sprawował rządy
przytomny premier i twardy pieniądz.


* * *

cena

na kopercie BACH
BY STOKOWSKI
Czech Philharmonic Orchestra
SUPRAPHON STEREO
SEPTEMBER 1972

trzy czarno-białe zdjęcia
starszy pan rzednące siwe włosy w nieładzie
ręce w magicznych gestach

pośród różnojęzycznych tekstów
prostokącik cenowy z nadrukiem – 5,00 złotych

czarna płyta kupiona w krakowskim sklepie muzycznym
w końcu lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku
na wielkiej wyprzedaży staroci
kilka tygodni później otworzono tam szmatex
tania sztuka tanie ciuchy

ale tu
pod Bramą Florjańską obrastającą Mc Donald’sem
siecią salonów gdzie samochód stoi pod dachem
a bezdomni mieszkają w kanałach

tu w Krakowie w mieście studentów i artystów
wielka sztuka w równie wielkiej przecenie
może oznaczać jedno – pięć złotych
to cena cywilizacji jaką się chlubimy

kto raz przesłuchał tę płytę
zostanie bogaczem
będzie nieszczęśliwy
i bezdomny


* * *

canto

czyż mosty nie są po to
by całować się pod nimi
pocałunek po ich prawej stronie
po lewej inaczej smakuje

a puste parki czy nie są po to
aby dłonie łowić w dłonie
jak złotą rybkę
co spełnia życzenia

a muzyka
czy nie jest falą
która przez oceany niesie serca
do siebie
jak wiosna bukiet fiołków
rzuca pod stopy

tak wszystko zmierza do otwarcia
klatki świata
do uwolnienia duszy na nieskończony lot
aby w dole i w górze
w każdej śmierci i w każdym życiu
trwała pieśń

i nad pieśniami
była wysłuchana


* * *

szczyl do kobiety

czyjaś musi być wina
że jestem szczylem
a ty kobietą

mniejsza o majestat
szczyle tak mają – im
nie zależy

a jeśli tak – to
co bierzesz za wściekłość
i atak
jest tylko konsekwencją
zachowania twarzy
i nieustępliwością w jednym
- zaprzeczaniu
że tak jest tak
no bo tak
- a tak nie jest

zatem prawda
w niczym nie jestem lepszy
od kobiet
ani od szczylów
bo widzisz moje urojenia
a ja lubię się z nich tłumaczyć
ale na dictum
[i]złaź ze mnie[/i]
odpowiem z ulgą
[i]nareszcie[/i]


* * *

przepis na wiersz współczesny

musi być kurwa
albo dupa
Bóg obowiązkowo z małej
sporo fizjologii
idea zmieszana z ideologią
mitologia z religią
wymagane piąte stany świadomości
do wczoraj nazywane bełkotem
i wypinanie się na wszystkich
na wszystko

wypinanie się na tegoż autora
uchodzi za nietakt
grozi wykluczeniem z salonu
banicją w prehistoryczny okres
gdzieś pomiędzy Dantego i Sebyłę
skazaniem na kamień
z Rosety


* * *

miara

pytasz mnie pani
- [i]komu się podoba gruba kobieta
w ciąży
na pewno nie Poecie[/i]

odpowiadam
- [i]czy Poeta to eunuch
albo homo

znam takich
którzy biorąc na ręce pierwsze swoje dziecko
sami w tym momencie
urodzili się poetą

czy Poeta
nie chodzi bezustannie w ciąży
fakt
zdarza się poronienie
ale czy to nie fenomen
być matką i ojcem
swoich dzieci

czym różni się ta kobieta
od grubego tomu wierszy
jeśli i tu i tam
grubość jest miarą doświadczeń[/i]


* * *

isagoga


podążam tobie na spotkanie
przez portal skóry gotyk gestów
oddaniem twoim namaszczony
radosny więzień ceremonii

przez słony pot konkwistadora
wspólnej podróży do istnienia
w twoim krzyku odnajduję
siebie w kajdanach i w koronie


* * *

dowód z ciekawości

jestem tajemnicą
tajemnica jest we mnie
jestem tajemnicą dla samego siebie
tajemnica żąda poznania
to co tajemne pragnie być odkryte
tajemnica szuka mnie i wzywa
- ergo
ktoś zna moją tajemnicę
tajemnica zna mnie
bo mnie wzywa
- ergo
Bóg istnieje


* * *

autodestrukcyjna odpowiedź na prakseologię

komu
do czego

schizofreniczne obrazy
waga zużytych przedmiotów
liźnięte filozofie
ja odmienione przez wszystkie przypadki
rozmnożone i sklonowane
na wszystkich planetach
we wszystkich językach

wiersz
monolog wariata
albo idiotki
wirus wyobraźni

paszport do świata
klucz do człowieka
odcisk linii papilarnych
w archiwach czasu
na szkolnych świadectwach
rosnącego Boga

wiersz
promień lasera
ślący komunikat
w odmęty kosmosu

- żyjemy pod presją śmierci
mówimy do siebie
by siebie przekonać

gdzie już jesteśmy
po tej czy po tamtej stronie


* * *

o znikaniu


starsza pani otwiera kiosk
kiedy sprzeda ostatnią gazetę
z aktualną datą
zamyka kiosk

i tak jutro
pojutrze
będzie się starzeć
garbić
i marszczyć

a kiedy jej twarz
stanie się jak przeczytana
wymięta gazeta

wiatr ją porwie w nieznane

a wtedy
przyjdą sprzątać
anioły


* * *

kochanie jest jak łańcuch w górach

/córce/



nikt już mnie na ziemi
tak kochać nie będzie

dlatego
ciebie przytulając
sam siebie przytulam
do słowa
które waży więcej
niż ty i ja razem

i pewnie tyle co świat
ze wszystkimi górami
do których i ja
lubię się przytulać
myśląc
o tobie
na stromiznach i przepaściach
trzymając słowo-łańcuch"


* * *

różnica

gratulujmy sobie trzeźwości
bo gratulując myślimy
o tak zwanym
męskim rozsądku

niektórzy całkiem inaczej
rozumieją ten termin

łatwo to sprawdzić
wracając do domu
nad ranem

pytanie
- gdzie byłeś
i dlaczego tak późno
wydają się zawsze idiotyczne
a nad ranem całkiem bez sensu

zastanawiam się wtedy
kto z interlokutorów
jest trzeźwy
a raczej
dlaczego jeden z nich
nigdy nie trzeźwieje

płeć nie ujawnia się czytelnie
gdy opadną majtki

wyraziściej
gdy pada słowo


* * *

dołeczek

bywa przykrą niespodzianką
pułapką godziny
sezonem horrorów
spełniającą się pulą nieszczęść
aż po katatonię

a przecież
może być słońcem ukrytym w policzku
kanarkiem w brodzie
kielichem snów pępka
toastem z Księgi Rodzaju

dołeczek dobrze wypełnić
szybko choćby słowami

między nim a otchłanią
niepewność
potem pustka

dołeczek ma dno ma oparcie
w tym co tworzy dołeczek
w osobie

czym jest osoba - światem
miarą wszystkich dołeczków
tobą


* * *

Powiedziałaś mi - [i]dobranoc[/i]

Poślubny pejzaż tak odległy jak górski szczyt
we mgle. Za mgłą. Po Krakowie halny
hula jak baca za majakiem z wódki.
Kobieta chowa się cała w dobrą noc
jakby chowała się pod kołdrą. Wszystko
w zaklęciach trwa. Jak słowo bajki,
z której wydarto najważniejsze bo ostatnie
kartki. Zamiast słów głęboki haust.
Wina haust głęboki zamiast słów.

Zegar jest katem dnia. O zmierzchu
wskazówki jego są masztami brygu
w podróży. Ontologiczny archipelag
z każdego czyni Guliwera. Małe
urasta do kanonu. Zwykła mrówka
faraona jak lew czyha tuż za okiem.
Ledwie zdążam z jednej roli do innych
lecz niezbędnych wcieleń. Z piórem,
co papier dnia snami plami – kim jestem,
jeśli choć raz byłem? Kim jestem teraz,
z otwartymi mapami – jak drzwi na oścież –
między minionym a przyszłym. Zawsze
chciałem nienasycony iść w to jutro.

(Z mojej sztuki czarodziejskiej nici do koszul
i guzików? Do cerowania własnych skarpet?
Czy tak wygląda nić Ariadny? Wygwizduje
halny kogo?)

Kobieta obok w sen zagląda jak w przepis
na niedzielne ciasto. Dłonie jej cicho spoczywają
wzdłuż czegoś, co jest ich ojczyzną – ziemią
konkwisty. Ziemią świętą.. Zbudzić ją wrzawą
ciągłych pytań to pytać o to czy istnieje.
Zdziwienie zstąpi w cały obraz i będzie zaraz
wielkie święto. Ze zdziwienia rodzi się człowiek
i poezja. Kobieta obok powie imię i nazwie to
co pragnie siebie. Teraz niech śpi. Sen jest darem
dla tych co trwają bez zwątpienia. Ich zasługą.
Może trzeba zanurzyć pióro we wspólny oddech
i nie czekając już uwierzyć, że górski szczyt
nad Morskim Okiem to odsłonięte jej kolana.
A halny, co po Krakowie goni jak baca
za majakiem z wódki – to ja sam – zagubiony
w życiorysie. Halny z ciupagą myśli mknie
i miesza z wiatrem wszystkie daty.


* * *

[jejuś]

[b][Jejuś! Jak mnie tak kochasz to napisz że mnie nie kochasz!][/b]

bądź tu mądry
kładź głowę pod kafar
wołając - [i]jaki jestem szczęśliwy[/i]

albo skocz z ostatniego piętra Pałacu Kultury i Nauki
bo kultura jest lotem nad nędzą i śmiercią
a nauka doświadczaniem praw
równie starych jak Bóg
- zlekceważone
są jak znarowiony koń
rozdepczą ignoranta

jak stać aby leżeć
jak czuwać by spać

widzisz
jak staram się napisać
co nie jest
jak staram się być kimś innym
jakim nie chcę być nigdy
jak staram się
jejuś


* * *

śladami dorożki

/ostatniemu w Krakowie Magowi/



wierzyłem - z a c z a r o w a n a
marzyłem - floriańska brama obejmie
i ugości
Hawełek jak na koźle
na bruku się kiwał
podchodzę -
i kto mi uwierzy
- dorożka skrzypi
- koń łzawo łypie
- wypił dorożkarz

rozejrzałem się wkoło
rynek w śniegu po czubek latarni
tylko księżyc jak kufel się pienił
myślę - śnieg to czy piwo
i liznąłem co żywo
niech to jasna - parszywe
i słone

że parszywe - niech tam
ale słone - dlaczego - -
ach - tak - te łzawe
końskie oczy
widzę płacze konisko
ciężki łeb schyla nisko
a łzy ciekną że lód się sam kraje

- dość tej soli - powiadam
i dość hec nieporządków
gdzie Ben Ali jest
gdzie są czary
- siano masz księżycowe
podnieś koniu swą głowę
dośc tej soli
wyprostuj kolano

chrapy wsadził mi w kieszeń
a z niej płatek wyfrunął
był to - proszę konia
wierszyk bezcukrowy
- nie mam czym cię pocieszyć
stąd sól i inne rzeczy
już wiem - to ten wierszyk
to on cię odczarował

a jednak dość tej soli
i dość hec nieporządków
gdzie Ben Ali - -
gdzie jest mistrz
Konstanty - - -
On ma moc czarowania
On za uzdę cię trzymał
poezjo -

hejnał przerwał w pół słowa
wiersz napisał się jakby od nowa
jakby nagle go z cukrem podano


* * *

osiołkowi w żłoby dano

nie mam problemu
co wybrać
kuchnię czy sypialnię

zdaję sobie sprawę
- w pewnych trudnych sytuacjach
kuchnia staje się sypialnią
ale za to sypialnia
zawsze będzie kuchnią

to ze względu na paluszki
słone albo słodkie
i z powodu ozorka
słodki jest
nawet kiedy cierpki
i z powodu tych wszystkich
dań mięsnych
które jaroszowi
przyprawiają rogi

w sypialni
zgadzam się być osłem
nawet gdybyś chciała
na oklep do raju
pamiętając o tym
że dla osła sypialnia
i kuchnia jest wszędzie



* * *

rozważania o śmierci czyli pożytki z lektury

z powagą
właściwą dla miejsca i czasu
patrzysz na mnie
jak na nagrobek

data śmierci zatarta
ale
czy tylko raz umierałem

pewien człowiek
na którym ciążył proces
mówi
[i]trzeba po wielokroć umrzeć
by się naprawdę narodzić[/i]
czy Kafka umarł
- bo mówi
ja słyszę

dlatego tak na mnie nie patrz
nie jestem zombi
chociaż żywię się ludźmi
ale i oni zjadają mi serce
wątrobę

mam ogromny apetyt
życie to dobra kuchnia
no zgoda
nie zawsze smaczna

a teraz przepraszam wszystkich
wracam do swoich lektur
przede mną żywy Hemingway
[i]stary człowiek a może[/i]
a może całkiem podobnie
tak jakoś


* * *

słoik miodu

słoik miodu spadł mi ze stołu
skleił ręce i myśli do wiersza
może sklei miła sny nasze
w słodycz ziemską a może nieziemską

noc jak szklana bania wydzwania
orbitalne pasaże i gamy
głos człowieka cichutki jak kamień
upuszczony na dno oceanu

a więc milczę patrzę w skorupy
w których pieni się łąka lipcowa
tyle szkła w moim życiu szkła tyle
ile miodu w kwiatach i słowach

sama widzisz twój miód nie dla mnie
pamięć ostrą krawędzią kaleczy
już nieziemską słodyczą się stajesz
w słoiczku na amen zamkniętym


* * *

o potrzebie spotkania

trzeba się spotkać
omijając jednorękich bandytów
burząc mur berliński
ignorując dziurawe drogi
fantomowe autostrady
i spóźnienia ekspresów

trzeba się spotkać
by zawiesić sobie na szyi
w donośnych autoaplauzach
te same gwiazdy
i ten sam kawalerski księżyc
niech nam honory oddadzą
wszyscy kochankowie
ze wszystkich dramatów Shakespeare'a
i Rostanda

trzeba się spotkać
by pozostać tym jednym wierszem
który teraz raczkuje
wołając znienacka
- [i]mama
- tata[/i]



* * *

sam w pustym łóżku

sam w pustym łóżku
nie narzekam
sam w łóżku to komfort
nikomu nie muszę odpowiadać
na te same pytania co wczoraj
i przedwczoraj
tylko podawane w innej kolejności
- [i]co będzie jak co będzie
- co będzie jak nie będzie
- jak nie będzie nie będzie co było by było[/i]

jakby nie było jestem poetą
nie prorokiem
nie uprawiam futurologii i nie mam widzeń
i przewidzeń
zasypiam w łóżku ufając że jutro
z niego wstanę i jutro do niego wrócę

sam w łóżku
jestem jak król bez pretendenta
mogę się skupić na istnieniu
na wierszach i takich tam fantazjach
wyobraźnia zamienia mi łóżko w lektykę
ale gdzie ją niosą
nie powiem
sprawa prywatna

niepokoi mnie jedno
ale nie to że jestem sam
bo jak stwierdzam
ma to swoje plusy
ujemnym plusem jest że jestem
w łóżku pustym

jakby mnie tam nie było

to gdzie jestem
jeśli nie jestem we śnie w czasie
gdy łóżko jest puste

jak to
nie dość że jestem sam
to jeszcze mnie nie ma

zbudzić się trzeba
- [i]halo[/i]


* * *

jem twoje ogórki

zamiast ciebie
słoik kiszonych ogórków
nie dzwoń skoro nie dzwonisz
wystarczy że słoik dzwoni

i podaje mi twoje usta
w zielonej szmince

dobre ogórki
w sam raz
by zjeść i zapomnieć

albo pizgnąć nimi
w zielone


* * *

trójkowy znak jakości

[prawo]motto: „porzuć męża dla muzyki”
tekst piosenki usłyszanej w „trójce”[/prawo]


dramatyczny wybór
panie redaktorze

w przeddzień rodzinnego święta
nowonarodzony Jezus
nagle traci rodzinę

kto winien

Beatlesi Mozart Pergolesi
Pink Floyd Waglewski

czy ta śliczna panienka
o twarzy jak choinkowa bańka
liżąca mikrofon

panie redaktorze
piosneczka
tysiąc razy powtórzona
na antenie
staje się prawdą pokolenia
przykazaniem

- [i]bądź trendy
porzuć żonę dla wędki kart piwa
nie oglądaj się na śnieżną zaspę słów
którą przykryto
małe nagie dziecko[/i]


* * *

czas kiedy zwierzęta mówią ludzkim głosem

moje wąsy mi mówią
że kotka prycha

tygrysku w piżamie
zróbmy po staremu
zabawmy się
w koci-koci
chwyćmy się za łapki

mruczenie
zamieńmy w mruczando
i niech sypią się iskry

niczego nie spalimy
jesteśmy jak zimne ognie
bądżmy jak choinka
jak piec


* * *

świąteczna pawana

kiedy kobieta kocha
rozkłada obrus
ścieli łóżko
komponuje pawanę
na łyżki i widelce
na patelnię unisono
szklanki i talerze
czeka

uśmiecha się do siebie
czeka na dotyk
a dotyk czeka na nią

kiedy kobieta kocha
godziny pachną w dłoniach
kwiaty nie więdną
światła nie brakuje
ani pieniędzy
nie brakuje czasu
słów cierpliwości

kiedy kobieta kocha
mężczyzna budzi się mężczyzną
stoi na straży
do drzwi nie puka zło
strach lęk

kiedy kobieta kocha
miłość mnoży się przez miłość
rosną dzieci
świat jak pokój gościnny
otwarty

kiedy kobieta płacze
wszystko się sypie
wszędzie piasek


* * *

sieć

[i]wszystkie atuty w twoim ręku
otwórz program[/i]

wchodząc w system
czujesz się olimpijczykiem
to program twojej szansy
z tego pola każdy zbiera

wchodzisz w sytem
bierzesz wszystko
[i]to sieć sukcesu
każdy łowi złotą rybkę[/i]

potęga informacji
programem twej potęgi
maksimum możliwości
maksimum korzyści
minimum czasu

kontakty inspirują
[i]włącz się w system
zintegruj się
zaistniejesz[/i]

i po co ci bank
ten program ma tylko aktywa
baza ludzi sukcesu

jaka baza taki sukces

masz podstawę
postawę
program
przyszłość

słyszysz
to ona wzywa
[i]czip czip czip[/i]


* * *

małżeński dialog o miłości z ciężkim narzędziem w tle

- [i]Hanuś!...Hanuś!...
- Ceguj!
- Hanuś…Hanuś…
- Ta cegu kces!
- To…co?
- Fajka.
- Ni moja…
- Dyć twoja…twoja.
Od twojej Hanusi…Ja kupiła.
- Uzywana!
- Troseecke.
- Hanuś…Hanuś!
- Ceguj ta znowu…
- To…co?
- Kapelus…
- Ni mój!
- Dyć twój, twój,
od twojej Hanusi…Kupiła…
- Uzywany…
- No co, troseecke…troseecke.
- Hanuś! Hanuś!
- Ta ceguj!
- To…co?
- Galoty.
- Ni moje.
- Nie twoje, nie twoje…
- Uzywane!
- Trosecke…To ten…był kumotr.
- Hanuś?!
- No?...
- Ten Franek, co go spotkałem
przy furtce, to pewnikiem kuzyn?
- Przy furtce?! Dyć kuzyn…pewnikiem.
- Pewnikiem nie wstanie, bo zasłabł,
na amen zasłabł, jak tylko mnie zocył.
- Jasieńku! A to…co?
- Siekiera.
- Żelazo całe cerwone!
- Troseecke…troseecke…
Dopiro bedzie...całe![/i]


* * *

wiecznością jest pamięć

za miastem jak za głową
nad rzeką jak nad czasem
pomiędzy szuwarami spłoszyliśmy czaple

słychać warkot traktora zza miedzy
komary wszystko wiedzą
i bazie i żuki

tam wsród traw leżymy
nago
i na zawsze
na trawie niekoszonej
już zawsze zielonej


* * *

disco

pulsuje światło fosforycznie
a ona tak kaligraficznie
wygina się zapamiętale
przerzuca łokcie i kolana
przez rytmy w takt ich pulsowania

przez wrzask głośników przez eksplozje
niby-muzyki w trans hipnozy
wprowadza noc wpatrzoną w ciało
kobiety - kobry cień tajpana
bo ona mamba na parkiecie
kąsa pod skórą ogień miecie

a surowicą tu litania
do szyi którą śmierć zasłania
a wyzwoleniem tu ślepota
na ruch jej bioder i głuchota
na stuk jej stóp na łomot w skroniach
- powietrza albo lobotomia

snu albo wina albo grzech
z mambą zatańczyć raz - a niech


* * *

pozycja Palikota


/erotyk polityczny/


politycy
od zawsze
preferują
trzy pozycje seksualne

gejowską
gdy jako partyjni partnerzy
wchodzą sobie do zadka

albo oralną
gdy biorąc członka partii opozycyjnej
obrabiają go w ustach
publicznie
w sejmie
otrzymując za seans
niezłą stawkę z kieszeni podatnika

najciekawszą pozycją
preferowaną choćby przez osobnika
o pseudonimie Palikot
jest sado-masochizm
uprawiany partnersko
z pewnym typem
o wdzięcznej ksywce
prezydent

wzajemne wyzwiska
stymulują podniecenie
/po uprzednim wzajemnym
kopaniu i policzkowaniu/
atrybuty takie jak
czapka Stańczyka wibrator
i "małpeczki" w rękach
wzmagają pragnienie
zrealizowania tego
o czym marzył narodowy wieszcz
mówiąc
- kochajcie się

a przecież jako piewca wolności
Mickiewicz
nie musiał dodawać
- jak umiecie


* * *

apassionata



kiedy mężczyzna kocha
odpina spiż
wieloma oczami
gapi się w swoje cudo
i nagle
staje się chłopcem
wesołym skorym do żartów
psoci

w zabawach idzie w zawody
z kotem
na poduszkę wybranej
kładzie złoto Alaski
księżycowy kamień
afrykańskie diamenty
tej jednej mówi
- [i]będziesz profesorową
byznes-nianią panią minister[/i]

ta która ma pecha
zostaje muzą
i nie ma lepszej diety
od takiego tytułu
unoszenie się w słowach
wymaga samozaparcia
wie coś o tym Małysz

kiedy mężczyzna kocha
buduje swoje imperium
na miarę M-2 M-4
to jego zamek
a dzieci - gwardia przyboczna
dopiero kiedy wyrosną
wszystkie zaadoptuje
choć wbrew pozorom
rozkazy
nie on wydaje lecz spełnia

kiedy mężczyzna kocha
na świecie panuje pokój
drogi prowadzą do celu
książki uczą sztuka wzrusza
wszystko rymuje się w tej samej
harmonii
w jakiej on dotyka ustami
swoje marzenie

kiedy mężczyzna płacze
staje się śmieszny
aby zdążyć przed łzą
zapina spiż


* * *

Dzień dobry!



Nie większa kieby wykałaczka,
Nic – tylko pupa i jadaczka;
To ja – Zosieńka – herbu smoczek,
W rzędzie naczelnych tron swój moszczę.

A gdyby kto miał wątpliwości
Jestem bo krzyczę – i z radości
Jak trzeba siusiam urzędowo
Sto razy na dzień nałogowo

Na cyrk na Wiejskiej. Na mapety
Kręcące cudów piruety.
Siusiam na urząd i na teki
Ministrów, posłów i bezpieki.

Mamusia moja – funkcja zmienna,
Wczoraj kolebka – dziś cysterna.
Wyborowego mleka fala
Słodką bryzą mnie zniewala.

Mój świat to twarze. Jak mój tato
Co głowę wielką ma, kudłatą.
W kudłatych głowach – mówią księgi
Małe dziewczynki się zalęgły.

Małe jak ja – do czasu małe.
Codziennie rosnę o dwa cale.
A kiedy Zosia metr podskoczy
To spojrzy wszystkim prosto w oczy.


* * *

do Hondy Minako

motto:www.youtube.com/watch?v=JgmBOJiSK_g&feature=related

śnieg to nie śnieg to list do ciebie
wokół nas graduał chmur
eolski wiatr uderza w gniewie
w morza i w skalne plecy gór

nie to nie śnieg i nie białaczka
trawi ziemię - to twój śpiew
rozbudził wszystkie wiśnie świata
dziś w kwiatach brnąc szukamy się

więc to nie śnieg to głos istnienia
przenika ziemi ciężką kiść
słyszymy ciebie w tych przestrzeniach
w których nam przyjdzie cieniem żyć

ale to nic ten wiatr i woda
słoneczne światło w mrokach snu
twojej ciemnej krwi kancjonał
przeniesie tam co było tu


* * *

erotyk kryminalny

/wszystkim ofiarom męskiego szowinizmu z okazji Dnia Kobiet/

gryzł ją i dźgał ją
i tłamsił i szczypał
i sprawdzał - kat jej
czy jeszcze dycha


* * *

orgia orientalna

dwie japonki
z prawej i z lewej
na cienkich rzemykach
wzruszeń
wezmą mnie zaraz
w drogę
ciche jak świt przy łóżku
stopom czułe
i wierne


* * *

odezwa

motto: „Z Polakami tak zawsze, dopóki nie nauczą się uszanować w człowieku człowieka.”
C. K. Norwid


dopóki żył
ośmieszali
spotwarzali

obywatelu Januszu Palikocie
obywatelu Radosławie Sikorski
jeśli macie honor
zwróćcie swoje mandaty poselskie

wasza partia
wylewając krokodyle łzy
nie plami
brudzi flagę państwową


* * *

ja - Bin Laden

wyobraź sobie
że jestem Bin Ladenem
ukrywam się pod Wawelem

trapi mnie
czy znajdzie się jakiś As
wywiadu
który
przy pomocy służb specjalnych
zaprosi mnie do obiadu
z prezydentem Obamą

jeśli nie
absolutnie
rezygnując z szalonych pomysłów
wstąpię do trapistów


* * *

requiem dla Janusza Kurtyki

motto: "Kto kontroluje przeszłość, kontroluje teraźniejszość i przyszłość"
G. Orwell

nie oglądać się wstecz
przecież tak wygodniej
urodzić się dnia następnego
nie pytać gdzie jest ojciec
za co wujek siedział
wykreślić ze słownika Miednoje i Kozielsk
do lasów smoleńskich pojechać
na grzyby

martwić się tylko o jutro
i nie wnikać w życiorys tego pana
który z takim namaszczeniem mówi o sprawiedliwości
co robił w mundurze służby bezpieczeństwa
w pewnym małym miasteczku na południu kraju

klaskać każdemu
kto buzię wypycha wielkimi słowami
kochać ludzkość
zatykając uszy na bałamuctwa narodowe
ojczyznę widzieć wielką sytą i szczęśliwą
uczyć się języków
by kraj marzeń zwiedzać podziwiać rozumieć
wracając nie narzekać

pracując dla jutra
uczyć się wytrwale zapominać wczoraj

wśród milczenia owiec
nauczyć się skubać
trawkę na mogiłach


* * *

miałem coś

w poniedziałek
miałem cię

we wtorek
miałem cię

w środę
miałem cię

w czwartek
miałem cię

w piątek
miałem cię

w sobotę miałem cię
o czymś ważnym zawiadomić
ale zapomniałem

na szczęście
aby sobie przypomnieć
mam całą niedzielę


* * *

granica

/zamiast motta: www.rp.pl/artykul/365345.html?print=tak/

stoję na granicy dwóch słów
tam Słowacja
tu Polska

słowacki świerk
cień ma biało-czerwony

po jednej i po drugiej stronie
białe plamy owiec
przesuwają się po trawach
hale mają ten sam
majowy kolor
tam zeleny
tu zielony

mówią
jesteśmy teraz jedną Europą
a język który różni
nie ma już znaczenia

nie jestem noblistą
nie będę pisał wiersza jak Miłosz
w czterech językach

nadal stoję na granicy dwóch słów
tam Słowacja tu Polska

choć słyszałem
to granica umowna
w ostrym świetle dnia
nie zamykam oczu na symbol
w nim granica twarda
jak skały Wysokiej

symbolu nie da się zakopać
wystaje jak graniczny słup
i trzeba uważać
aby się nie potknąć


* * *

prolegomena

to była powódź
spojrzał przelotnie w oczy kobiety
i utonął

jego zwłoki
śledczy odkryli
w wierszu pewnego poety

czy miał się tłumaczyć
że je tylko balsamuje
z zachowaniem wszelkich
przypisanych praktyk rytualnych
magia słowa to przecież
dla takich jak on
codzienność

nie uwierzyli
skazany na dożywocie
umarł w zapomnieniu

tymczasem ten balsamowany
pewnego dnia się zbudził
zaczął mówić

pierwsze zdanie brzmiało
[i]żadna powódź nie zabiera wszystkiego
ale to co zostawia
okazuje się najcenniejsze[/i]


* * *

dusza

myślałem
kamienna góra obrastająca mchem

czy wielka

dla mrówki ogromna
dla słońca mrówka zmieniona w totem

raczkowała
raczkuje
i będzie tam raczkować
gdzie nad rabatką sumienia
stanie łagodny
ale sumienny Ogrodnik
i powie

gdybyś dymił
jak moje garnki – wulkany
gdybyś stał się skałą
marmurem

za miękki jesteś
nawet na kamyczek
choć i ten
ściśnięty przez mój wiatr
i wodę
rozsypuje się szybko

zgoda
wielka z ciebie góra
wykarmiona światem
ale pusta

budowałeś się słowami
dlatego brak ciężaru
zakłóca ci statykę
coś z balona
coś z fantomu
raczej szklana góra
bardzo krucha

dlatego postawię ciebie
na swojej rabatce
jako dymion
po nieudanej fermentacji
bez treści

klęcz sobie tu na wieczność
a kiedy wschody i zachody
napełnią ciebie swoją krwią
przypomnisz sobie ziemskie wino
to pozwoli ci wrócić choć na chwilę
na Lubogoszcz
na Czerwone Wierchy
na Babią Górę
na Turbacz
na Krywań


* * *

koneser

patrzy na piersi
i widzi worki mąki
dla głodnego
bardzo głodnego

patrzy na plecy
i jest kartografem
wędrującym wargami
po Dekanie
Afryce

patrzy na twarz
zmieniającą się w powódź
ogromnych jak katedra
ciemnych samogłosek

patrzy zachwycony
jak płacze
jak umiera


* * *

to

pod mój szałas ktoś się skradał
świst wiatru wzmagał się
w konarach
a to
zbliżało się po pierwszych
ciężkich kroplach deszczu
zamknięte w sobie
i nieznane
za zasłoną nocy bliskie
wielkie milczeniem
samotnika

u wejścia zawiesiło ślepia
zagubione dwa jeziora

stałem na obydwu brzegach
leżała moja twarz na toni
a głębia pogłębiała się pode mną
aż do suchego głębin dna

i poznałem
ślady moje obok pazurów
ciężkich łap idące zgodnie
byłaż to ziemia sprzed potopu

szedłeś naprzeciw przyjacielu
wilgoć twych oczu mnie obmyła
zapomniana źrenic szczerość
napoiła niegodnego nawet zębów
pod swym gardłem
objąłeś mnie swoim milczeniem
mocniej niżby ramionami


chłodny szałas dawną przyjaźnią ogrzejemy
wejdź
odchodzisz
stój dlaczego

zerwałem się i wybiegłem
przed szałasem stał już świt
ustronie otwierały wszystkie swe pokoje
dębowy sosnowy bukowy brzozowy
ale w każdym pusto
nikogo


* * *

mordercy

wśród nich tacy
których podejrzana aparycja
nie budzi wątpliwości
jakby krzyczeli z daleka
strzeż się

na przykład ciemiernik cuchnący
Helleborus foetidus
otoczka paszczy dzwonków
jak po uczcie ludożerców
spływa świeżą krwią

albo lulek czarny
Hyoscyamus niger
ta odpychająca lepkość
odrażająca woń
przypominająca apokaliptyczną zemstę
wszystkich żywiołów nad żywymi
upomina
[i]brudzę nawet twoje myśli
w powidokach halucynacji
uprowadzam każdego w mrok
skąd już się nie wraca[/i]

podobnie pluskwica
Cimcifuga
ponieważ nie znam smakoszy pluskiew
jej zielony kwiatostan
nigdy nie znajdzie się
w imieninowym bukiecie

a zielone oddziały SS
na czele ze szczwołem plamistym
Conium maculatum
o mysim odorze

tojady
wszystkie rasy Aconitum
oficerowie łąk od spraw ostatecznych
kończących definitywnie wszystkie kwestie filozoficzne
i egzystencjalne
w trybie przyspieszonym
wraz ze swoimi pomocnikami
trędownikami
Skrophularia nodosa scopoli umbrosa
z sierżantem od spraw jednakowo nikczemnych
co podstępnych
wężymordem
o pseudonimie Skorzonella humilis

warto wspomnieć o szwadronach śmierci
wilczomleczach
z gatunku Euphorbia
nie ukrywających zamiarów
a niosących zagładę
jako sposób na wolność
i szczęśliwość wieczną

ale przecież są jeszcze mordercy
których fizjonomia może zmylić

taki zawilec gajowy
o niewinnej buzi aniołka
Anemone nemorosa
wie jak trudno mu się oprzeć
ale nikt nie wie
że jego dotyk unicestwia
rozkosz obcowania kończy się
rozpadem tkanki
drgawkami

któż nie sięgnie po promieniste złoto jaskrów
z rodziny Ramunculus
każda chciwość gubi
bo to zloto parzy jak złoto rudbeki
złotokapu kaczeńca
bogactwo zawsze idzie ze stratą
strata z zatraceniem

cóż wiemy zatem o mordercach
niewiele
że są

mordercy wiedzą więcej
czekają na okazję


* * *

list Casanovy

bella donna
na twojej skórze
zostawiłem pięć tysięcy pocałunków
który z książąt
ofiarował bardziej okazały bukiet

przyznaję
wziąłem więcej
za aktywa miłosnego banku
mogę dziś wykupić w niebie
wszystkie udziały
pod jednym warunkiem
że wyrazisz zgodę

na placu twoich pleców
na wzniesieniach brzucha
chcę zbudować miasto
katedry rozkoszy

w listach
pełnych niemądrych zazdrości
na moich kolanach
posadziłaś wszystkie dziewki
republiki

wiesz czym jest samotność

wspominaniem tego
co poza zasięgiem

nie byłem i nie chcę być świętym
a tamte
w nieistotnych romansach
udawały ciebie
ty znawczyni rynku
wiesz co warta kopia

dzisiaj jestem pusty
jak beczka po winie
które nieostrożnie czas rozlał w ulice
nie cieszy mnie sława
oddam
za zrzuconą
postrzępioną spódnicę
pachnącą twym imieniem


* * *

naleśniki

Naleśniki mieliśmy zjeść razem.
Ale ty zabrałaś się i wyjechałaś.
Mignęły mi podkówki ust. I zapotniałe
źrenice. Tak bez słowa. Pytana milczałaś.

Lubię naleśniki. Zjeść je sam musiałem.
Już nie smakowały. Smak zabrałaś z sobą.
Gdzie wanilii zapach? Pachniały lizolem.
Gdzie truskawek rozkosz? Trąciły żałobą.

Przeżuwałem kęsy jak sieczkę. Jak piła
tartaczna gryzłem mechanicznie - lecz co sam już nie wiem.
Lubię naleśniki. Nakręcam jak pijak
obsesyjną frazę. Dlaczego naleśnik zagubił lubienie?


* * *

cmentarz pod Osterwą

góra imion
wśród których Klimek Bachleda
Mieczysław Karłowicz Jerzy Kukuczka
Maciej Rysula

zamiast dać oparcie dla woli
wzniosłe wstępowanie
skała
zamienia w upadek
upadek w lot

i wszystkie góry świata
teraz nie większe
niż kopczyk w piaskownicy
Boga

Ada Kopczyńska z Pawłowskich
Marta Mann Regina Duchniewicz
Karolina Kaiper ze wszystkimi
nosicielami metalowych tablic
doszły do pałacu Indry
stanęły na szmaragdzie Sakhrat
skąpały się złotem Meru

na plecionych z kosówki fotelach
oglądają okiem mandroli
niebo schodzące na ziemię
ziemię idącą w niebo
w pełnym majestacie

słysząc oddech kamieni
możesz być pewien
w zapasach żywiołów
idziesz przez śmierć i życie
jak przez pory roku

aby usiąść nad Szczyrbskim Stawem
trzeba poznać drogę w dół
gdzie na stromiznach
spotkasz zarówno tych
którzy kochają słońce
jak i tych którzy umarli
jeszcze o tym nie wiedząc


* * *

portret Ludwika XIV

w peruce
w zawojach ni to płaszcza
ni kurtyny Teatru Balszoj
podobny do pudla
który nie może wygrzebać się z pościeli swojego pana

ale już białe rajtuzy
na całkiem zgrabnych nogach
których stopy tkwią w czerwonych rzemykach
sandałków
to czysty fotomontaż

królewska twarz obnoszona na udach kochanek
zaiste - wielka rewolucja w sztuce
a ta jak każda rewolucja
zapowiada ruch na cmentarzach

co do królewskich nóg
król nakazywał cenić taniec na równi z fechtunkiem

odkąd w wieku lat pięciu odziedziczył tron
Francję urządzał na opero-balety
sam w roli herosów bogów i słońca
powtarzał historię Nerona
co prawda z lepszym zakończeniem dla siebie
ale fatalnym dla swego rodu
tragicznym dla Francji i Francuzów
do dziś nadrabiających miną
lecz prawem paradoksu
triumfalnym dla pierwszej szkoły baletowej
Królewskiej Akademii Tańca

patrząc na portret Ludwika XIV
rozumiem już
czym jest polityka

tańcem
czyli sztuką takich kroków
by zawsze utrzymać się w prowadzącej
pierwszej parze
za partnera mając kata
przebranego za Fortunę


* * *

miłość własna

jest tak skrupulatna
że powinna pracować w kontroli
księgowości albo uczyć matematyki
lubi liczyć minusy i plusy
i może dlatego ma ciągle załzawione oczy

egzaminuje rano w południe i wieczorem
nawet siebie
gdyż zawiodła się na innych
choć z prawdziwą rozkoszą innych sprawdza
ale to jedyna dostępna rozkosz

ma kłopoty zdrowotne
często trzyma się za serce
za głowę
i tak lubi się fotografować

za zegarek trzyma się w obawie
że gdy stanie
wszystko wstrzyma wraz z oddechem

miłość własna nie rezygnuje z siebie
nawet w samotności
to związek małżeński
którego nie rozwiąże żadne zdarzenie
gdyż to co go zaczyna
także kończy

wszechogarniające ja
mi mnie moje
w którym nic się już nie zmieści
nawet maciupeńkie ty


* * *

jak lubię

o miłości
to ja lubię tylko Brail'em
proszę pani

moje palce
jak promienie lipca
na tej plaży
która nosi twoje imię

gasną
gdy ubrana drzwi zamykasz
bo za drzwiami
cisza rośnie
jak pod śniegiem i pod lodem
biegun zimna


* * *

stawianie żagli

zawieszony
między winem a snem
rozmawiałem z tobą
dalszą niż sen
ale ty jak wino
we krwi postawiłaś
wszystkie żagle

ci co mówią o miłości
kłamią
jej sensem nie są słowa
lecz spojrzenie dotyk pocałunek
obraz twarzy
świętej bo w ekstazie

co mówiłem
nie wiem
mój głos miał być tylko dłonią
a przestrzeń stołem
bo po jego drugiej stronie
wszystko ma twój smak
sen ma dwa oddechy dwoje ust
ale jedną kołdrę


* * *

na wspomnienie pewnej Węgierki

gdybym umiał
napisałbym ten wiersz
w twoim języku

ale że tak nieziemski
musiałbym urodzić się gdzieś
w gwiazdozbiorze Perseusza
Pegaza czy Rzeźbiarza
albo choćby w Peczu

nie wiem
jak jest po węgiersku
słodycz

mam ją na podniebieniu
bezustannie
a język otulony wokół
ciebie
pragnie trwać na zawsze
w tym jednym jedynym
powtarzając w pragnieniu
słodycz
słodyczy

o śliweczko-węgierko


* * *

expiacje

szli na pustynię
aby się korzyć
umartwiać i hartować

jak wcześniej całowali namiętnie
teraz namiętnie błagali

[i]Ojcze
przepal żarem dnia rozdygotane myśli
ostudź serce
niech tryska z niego tylko chłodna woda
ze źródła Twojego
niech już nie spala warg
lecz żywi dobrem każdego
kto się ku niemu nachyli
pozwól się dźwignąć z klęczek
tu w piachu
nie obawiam się własnego odbicia
jakie zapamiętałem
z wczoraj
Ojcze[/i]

kiedy przestali wołać
odpowiedział Ciszą

[i]mówiąc
rozglądacie się
szukając na tymże piachu
śladów stóp kobiet
pozostawionych przy waszych dzieciach
zaiste
wasze udręczenie
jest na własną prośbę

macie już karę
gdy wasze dzieci
mówią do obcych mężczyzn
tatusiu[/i]

w ciszy pustyni
usłyszeli wyraźnie
na tyle
że przestali się mazgać
bo skamienieli

mówią o nich pustynne góry
i góry mówią




* * *

dobry uczeń

/załącznik do materiałów z pedagogiki stosowanej dla rodziców i nauczycieli/


uczył się z łatwością

uchwałą rady pedagogicznej
mianowany pierwszym uczniem
drugiej klasy gimnazjum

kiedy koledzy dukali łacinę
nic nie rozumiejąc
na własną rękę próbował
czytać Cycerona

Puszkin Lermontow Niekrasow Tołstoj Turgieniew
to jego prawdziwi szkolni kompani
pierwszy uczeń nie tylko się starał
był najzdolniejszym
najpilniejszym
najlepiej prowadzącym się chłopcem

odznaczony złotym medalem
wstąpił na uniwersytet
kurs nauki wydziału prawnego przerobił wprawdzie
jako samouk na zesłaniu
ale egzamin dyplomowy
zdał bez żadnej koniecznej wówczas protekcji
celująco

nie wiedzieć dlaczego
wynik egzaminów nie znalazł potwierdzenia
w sądzie
gdzie jako adwokat
bronił biednych wieśniaków i robotników
bo wszystkie sprawy przegrał

a było to wtedy
gdy zmienił kolegów

nad starożytnych Greków i Rzymian
poetów i artystów
przełożył Karola Marksa

II

ambitny mądry uczeń
stał się adwokatem diabła
wymyślił państwo pozbawione praw
moralności i kościoła
z nienawiści uczynił cnotę
i siłę
rozumne okrucieństwo ustanowił nową religią

fanatyczny terror
azjatycką schedę po Mongołach i Tatarach
ogłosił zbawieniem ludzkości
której cierpienia leczył
niezawodnym lekiem
o obiecującej nazwie
Czeka

poznając życiorys
dobrego ucznia
Lenina
pamiętaj
dobremu uczniowi może towarzyszyć
jego zimny cień
beznamiętny rozum zdążający
za wizją apokalipsy


* * *

tupanie



co robimy gdy nic nie możemy
tupiemy
tupiemy groźnie tupiemy strasznie
może coś trzaśnie

może się ziemia pod kimś rozstąpi
a może potop wszystkich potopi
gdy niebo ludzi przeklnie
bo zwątpi

i to robimy gdy nic nie możemy
groźnie tupiemy
robimy miny oj groźne miny
i wytykamy każdemu winy

bo tym tupaniem bardzo zajęci
chcemy być sami jak Bóg i święci
czyści niewinni i nietykalni
nieuleczalnie arbitralni


* * *

Nikifor

kiedy Apollo zamieszkał w Krynicy Zdroju
i przyjął posadę naczelnika stacji
na kolejowych podkładach
jak na cymbałkach
zagrało

wagony pełne złocistych browarów z Grybowa
pancerne pociągi niosące imię cesarza Franciszka Józefa
zwiewne anioły szukające nieba w kurorcie
zapewniały o jednym - cerkiew
jest tylko bramą
za którą świat przestaje być statyczną szarą
zawłaszczoną przez innych przestrzenią

wydziedziczony analfabeta
napisał pędzlem podanie do Boga
i choć to jemu jednemu z nielicznych
dostał się wspaniałomyślnie bilet do świata
ten okazał się Wieżą Babel
z tysiącem bram zamkniętych
na zamki na kłódki na głucho

jakie rosło zdziwienie
że to nie Paryż i nie Warszawa
ma złote schody do tronu

z Góry Parkowej
wystarczyło nałożyć ramę
na ruchliwe w dole południe
by stać się panem godziny
szarej lecz ocalonej
na przekór zgubionej metryce


* * *

media

zachęcają
by obejrzeć Muchę bez stanika
koza ba krowa
też chodzi bez stanika

może chodzi o reklamę stanika

pytanie
czym są media

mieszaniem w rozsądku
tubą mody
czy trampoliną Osoby

wszak publicyty w stu tysiącach odsłon
nawet z osła zrobi lwa

proszę was
rozróżniajcie między tym co głośne
a tym co ciche
przemilczane


* * *

rzeczy niewymowne

są rzeczy niewymowne
nawet dla poezji
nagła śmierć zapamiętana gdzieś w dzieciństwie
krzywda
zanurzona w milczenie odwrócona głowa
której ciężar nadal na ramieniu czujesz

są rzeczy niewymowne
jak promieniowanie nieustanne skóry
na dłonie łapczywe ale zawsze puste
gdy zostałeś sam z sobą sam do siebie mówisz
o rzeczach o których mówić chce się mówić
a dla których ust nie ma bo im słów brakuje


* * *

skała

setki metrów kuszącej przestrzeni
byś jak Napoleon kiedy uciekł z Elby
jak hrabia Monte Christo gdy wychodząc z lochów
zobaczył niebo w niebie
i jak ślepiec który tu odzyskał wzrok
poczuł się jak skała potężny i wolny
z przepaści biorący jej triumfalny pion
spadając

matczyne ziemi przytulenie
poczujesz w odzyskanej nagle świadomości

z piersią wypełnionym haustem Drogi Mlecznej
piszesz swoje imię wiatrem pod Ostervą


* * *

do mojej kochanki

/z okazji Dnia Świętego Walentego/


nie rycz
co ty jesteś - syrena portowa
mogłaś trafić gorzej
jestem poetą
a mogłem być królem
Henrykiem VIII

nie krzycz
lubię harmonię w dźwiękach
jestem miłośnikiem harfy
a mogłem być rzeźnikiem
Kubą Rozpruwaczem

i się nie złość
jestem smakoszem komedii
a mogłem być hipochondrykiem
jak Harpagon
albo zazdrośnikiem
jak Otello

z okazji dnia zakochanych
spieszę poinformować
zakochałem się

w podróżach

całuję
pa


* * *

o maj darling

żeś kameleon ni blondyna ni brunetka
przecież wolę gdy za ciebie mówi "trójka"
albo "zetka"

że nie rozbierasz się już dla mnie lecz do wanny
żeś pół robotem a pół panną i nie manną
i choć przyznaję ciągle tęskniąc do łaskotek
wolę dystans oceanu od idiotek

żeś mnie wyzwała chamem zbójem oszołomem
żeś za górami za lasami jednym słowem
powiem ci piękna całą piersią odetchnąłem
jakbym się znalazł sam choć goły gdzieś w przerębli
za podbiegunowym kołem

dzisiaj ostatnim ja stoikiem tu w Krakowie
choć pewnie cymbał może pajac gdzieś w połowie
żeś mnie rzuciła nie żegnając choćby słowem
ja cię love


* * *

apatia

koniec tygodnia
z kilku książek czekających na otwarcie
miał wybrać jedną
kilka płyt CD czekało
kilka osób spodziewało się gestu
słowa
a on nic
apatia

w sobotę leżał do południa
słuchał tykania zegarów
rosnące światło za oknami
pomniejszało wolę i ochotę
żeby na coś czekał
ale nie

zamyka oczy
tak oszukuje siebie
udaje że go nie ma
ale nie ma pewności
że jest że był

nie umiera się kiedy zanika puls


kiedy własne tętno przestaje wzywać
wyrokiem jest bierność
a karą brak echa w słowie [i]ja[/i]


* * *

pedagogika lepszej szansy

od kiedy szkoła podstawowa
stała się szkołą przetrwania
za najwyższą cenę
należy odesłać bajki na makulaturę

dzieci mają umieć celować z berety
tańczyć na minach
nosić kamizelkę ochronną
jak ministrant komżę

jutro
moja córka twój syn
wyśle swoją córkę syna
do pierwszej klasy
ważne zatem by wiedzieć
czy będzie to klasa kamikadze
klasa żywego pancerza hartowanego latami
czy klasa robotów którejś generacji
do przyciskania guzików od głośnych fajerwerków
na cześć kuratora ministra generała

a teraz instrukcja jako elementarz

dziecko -
masz cztery życia cztery lata
zabranie jednego oznacza koniec świata
promocję do następnego
pierwsze - Guernica
drugie - Warszawa
trzecie Nagasaki lub Hiroszima

szansą gdy wypadasz z gry
bez możliwości kontynuowania
jest czwarte życie i ostatnie

Biesłan


* * *

x x x

/pamięci Anny Kajtochowej/



kiedy umiera poetka
słońce stoi w zenicie pamięci

ulotne dotąd słowa kurz duszy
staje się czarnoziemem
rośnie na nim zboże i wszelaki owoc
dostępny każdemu

wschodzą wszystkie kwiaty
zasiane przez radości i smutki
i wszystkie języki tłumaczą się
przez wiersz
w którym poetka spotyka się
z drugim człowiekiem

kiedy umiera poetka
nie umiera dobroć
rozkrzewiona jak lilak w każdym
kto spotkał panią Anię

bo wiosna to nie pora roku
to chwila
w której człowiek wsłuchany w drugiego
mówi - jesteś mną
ja tobą


* * *

kolczyk prola*

strofa

dzieci całują ręce komisarza
co prawda przed chwilą zastrzelił im ojca
ale przecież zostawił mamusię przy życiu
gwiazdką szczęścia okazała się czerwona gwiazda
niechaj świeci ludziom i narodom
po wsze czasy bo czasy są wsze
i będą zawsze z komisarzem

antystrofa

dziś sponiewierany zaszczuty opluty
musisz ty przeprosić tego co opluwa
to on ciebie pozywa do sądu
bo plując karygodnie sam haniebnie opluł
swój własny cenny krawat
sąd wymierzy karę lizania sobie podłóg
byś zapomniał żeś człowiek ty nic ty robaczek

epod

dlatego do swojego módl się komisarza
by pozwolił za pracę powrócić do kąta
gdzie sen będzie jedyną dozwoloną książką
chociaż kafkowska czeka cię kolonia karna
sam komisarz napisze śmiertelny protokół
zmarł byle co poeta na milczenia zawał
ignorował nakazy udawał człowieka

przyjacielu broń się nie bądź bolszewikiem
to choroba epoki i gorsza niż dżuma


-------------------------------------------------------
* prol - zajrzyj do: "Rok 1984" George'a Orwell'a






* * *

głupio o mądrości

granica naszego ciała
kończy się tam
gdzie kończy się kosmos

jak twierdzili stoicy
wszystkie prawa kosmosu
swoje odbicie znajdują w mędrcu
(stoicy to istoty z kosmosu
gdyż na widok pustego dzbana
nie pisali zażaleń ani próśb do Najwyższego
nie tworzyli dramatów
rozchodzili się
by nazajutrz spotkać się ponownie)

podobno wystarczy wgapiać się
w rozgwieżdżone niebo
(no - kontemplować)
a już odczuwa się głębokie przekonanie
o porządku i racjonalności wszechrzeczy

jeśli tak
to pies i jego przodek wilk
są na pewno mędrcami
choć niekoniecznie uczonymi
bo uczony ma jednak problem z uzgadnianiem życia
z własną doktryną

ale przecież
życie poety dokładnie realizuje
i jest świadectwem jego prawdy
znajdując ją przy stole
przy szklanicy wina

kosmos jaki się wyłania
budzi jego psią naturę
czyli wierność samemu sobie
a wycie do księżyca
tak szlachetnie wybrzmiewa
że słuchający
nazywają to pobożnie
wierszem


* * *

przyprawa do skrzydełek Kentucky

ko-ko kogut wraz z ko-koszką
przygadują sobie gorzko
bo w niedzielę już w niedzielę
piór nie będzie na ich ciele

udka im w panierce zmoczą
z głów grzebienie w piach zeskoczą
na patelni jak na plaży
los finalnie zad usmaży

jak nie zakląć [i]kurza dupa![/i]
gdy szykuje się z nich zupa
z łapek zrobią galaretę
rosołową kończąc dietę

jeszcze zanim się urodzą
jajecznicę z nich przyrządzą
kurobójcom niech w zły czas
śni się odtąd kurza twarz



* * *

o królewnach

królewny
a w żelaznych butach
wędrowały za ukochanym

królewny
a z pokrzywy tkały
koszulę dla niego

nie szukały miłości
niosły ją w swoich oczach
i wszędzie gdzie tylko stanęły ich stopy
zima zmieniała się w lato
pustynia w ogród

ustępował zły czar
bajka zmieniała się w rzeczywistość

dzisiaj królewny
czekają na miłość
i ta czasami zjawia się
błyszcząca i zimna
jak limuzyna
najlepiej aby był to mercedes

owszem - koszulę mu kupią
a nawet wyprasują
ubrana parzy pokrzywą
bo uszyta ze słów
które brzmią jak modlitwa
za zmarłych

zły czar mnoży nieszczęścia
królewny zamieniają się w harpie
a każde ich ukąszenie
rodzi potwory

bajka płonie i rzeczywistość płonie
pytanie o istnienie świata budzi filozofów



* * *

rzeźba

jak rzeźba znaleziona
rzeczny kamień
na wpół zakopany w życiu
słucham i czekam
czekam i słucham

słyszę głosy i szumy
rzucają na mnie cień
wielkie ptaki wyobraźni
przesuwają się o moje boki
piaski byłych potęg
chodzi po mnie słońce
pokrywając białą kredą
to wszystko czego pamiętać
nie warto nie można nie trzeba

co mnie zatem bardziej rzeźbi
czy serce które niczym wiertło
nowe przestrzenie otwiera od wewnątrz
czy wiatr nawiewający gorzką woń wiązówki

a może dziecięca stopa
wsparta przez ułamek sekundy
na moim rozgrzanym kolanie
zostawi taki rezonans
że runą ostatnie filary
podtrzymujące świat wewnętrzny
kamienia

i stanie się czytelna wszelka bruzda
a ściana zewnętrzna
zamieni się w pięknie wyprasowaną
koszulę
tą odświętną
i zawsze śmiertelną


* * *

ulotne słowa

/poemat w 365 odsłonach/












właśnie uleciały


* * *

sutek





gdzieś w literaturze ukrył się
wstydliwie

pierś - owszem
króluje w poezji niczym kopuła świętej Sophi
i to podwojona
(o przepraszam
- mówi Iredyński*-
potrojona)

a on - wentyl życia
suto zastawiony głód
zapach więzi smak świata wielkie ukojenie

jakby się wstydził
jego się wstydzono

kto pił zagadkę istnienia
przez różową słomkę
rodzi się dwa razy
jako Bóg i jako człowiek
i dwa razy umiera



--------------------------------------------------------------------------------
*Ireneusz Iredyński (nawiasem mówiąc mąż Jadwigi Staniszkis, choć na krótko) jest autorem m.in. sztuki teatralnej pt. "Trzecia pierś"; swego czasu krakowskie radio (jeszcze na Szlaku) nadało tę sztukę jako słuchowisko co miałem przyjemność przed laty wysłuchać.


* * *

oda do Marylki

zakolczykowana
krówko moja dwunożna
wypasiona fastfudami

o Marylko-małpiątko
tak pilnie małpująca
inne małpy
z pępuszkiem na wierzchu
(że nie z cycuszkami żal)

jak cię zauważyć
pośród setek identycznych owieczek
ze słuchawkami w kędziorach
ze wzrokiem wlepionym sroczo
w błyskotkę Noki Sony Ericssona

świata nie widzisz
jakże ten świat ma ciebie zobaczyć
sklonowaną modą milion razy

uśmiechnij się chociaż
gdy jedziemy razem tramwajem
zapal słońca których jeszcze nie ma nad ziemią
bądź niepowtarzalna
byś mogła być wybrana
tą jedną jedyną


* * *

portret przeźroczysty



patrzymy na siebie i widzimy ścianę
stół na nim kubek książkę
i choć wiemy że jest tu ktoś jeszcze
ktoś jest
jak powietrze

i to podejrzenie i nagły niepokój
bo kto skoro osoby są dwie
a jest jak jest
pusto

uśmiechnąć się
po co
traci sens układanie twarzy
w tym pokoju jest pokój
już tylko sam dla siebie

wczorajszy dzień
wiesza tutaj portret przeźroczysty
pustą ramę drzwi
otwartych na milczącą
zasypaną śniegiem przestrzeń



* * *

CV

oddając się nieprawdopodobnym fantazjom
na temat Sophii Loren
zaciekle studiowałem winiarstwo
w jego krańcowej
to jest płynnej fazie istnienia
przyznając rację Heraklitowi
że wszystko jest płynne
zarówno cudowne programy polityków
jak i moja gotówka

w ramach szczególnej automotywacji i dyscypliny
postawiłem sobie za cel
pracować codziennie
przez co najmniej pięć minut
(włączając w to wtorki)

zgłębiając zagadnienie powszechnego dobrobytu
odwiecznego marzenia ludzkości
realizuję - oczywiście w teorii - pisząc na zamówienie społeczne
dziewięćdziesiąt sześć tomów
powierzając praktyczną stronę mojego geniuszu
specom od pijaru marketingu
i społecznych ubezpieczeń

mam nadzieję po tak pracowitym życiu
trafić do podręczników
jako wybitny alchemik i okultysta
albowiem pragnę poprowadzić całą ludzkość
do krainy poezji
pięknych słów
do dziś pozostających
bez pokrycia


* * *

manifa Henia

/czytaj ze współczuciem/


z głębokości swej butelki czniam was
nieortograficznie
jam jest bunt i katz wyniosły
pubów pacjent
śnięty wezyr

adorator każdej pipki
głoszę własne tu filipki
nie ma dam bo wszystkie dziwki

z głębokości swego ego ignoruję
konwenanse
jam jest git wstawiony Henio
piszę w czkawce
na odstawce

adorator każdej pipki
głoszę własne tu filipki
nie ma dam bo wszystkie dziwki

z głębokości swej nicości prorokuję
świt poezji
jam jest gdyż nikogo nie ma
Henia bunt i katz poeci
zachowajcie w swej pamięci

adorator każdej pipki
głoszę własne tu filipki
nie ma dam bo wszystkie dziwki


* * *

raz na zawsze

nasza ziemia już od roku Atlantydą
nasze ręce wygładzają wód ogromnych pusty obrus
srebrną łuską lśniąc języki w otchłań wiodą
ścieżki wczoraj wydeptane morszczyn porósł

czy lewiatan cię rozpaczy teraz więzi
czy udręki siny płetwal rozszarpuje
na bezbrzeżnych falach smutków piędzi ziemi
dla spokoju i nadziei nie znajdując

w oczach sól i sól się pali już na wargach
przeszłość żupą kamienieje bezpowietrznie
jeśli ziemią krzyk pragnienia nie zatarga
niech tę ziemię wielka fala z oczu zmiecie


* * *

trucizna

motto:"Gdzie kochać nie można, tam należy mijać!"
F. Nietzsche


ma twarz kobiety z pretensjami
sączy jad powoli zawsze przy śniadaniu
tak bardziej jest skuteczna

po jęczącej nocy poranek bywa wrzaskiem
poeta ostrzegał - czy śpiącego
można zbudzić grzecznie
retoryczny zwrot
świat z ptakami psami tramwajami
przekrzykuje się nawzajem
ale wszystkich zakrzyczy właśnie ona
z trucizn największa i najsłodsza

przy niej jerychońska trąba
to zaledwie trąbka ułana wrześniowego
na chwilę przed wiecznością

próbowałem się uodpornić
czytając miłosne sonety Schakespeare'a
wiersze Buonarottiego zwanego Michałem Aniołem
poznawałem 12 tez o miłości
Bogdana Zdanowicza
który zapewniał
że o filozofii nic nie wie
i powtarzałem za nim w amoku:
jeżeli dzisiaj nie ja
- niech cię kocha pies

daremnie
trucizna nie zabija
lecz uzależnia
jak poezja heroina wódka wino

jedynym sposobem
na zamianę trucizny na lekarstwo
jest seks
jest seks
seks





* * *

canzona

zeszli się goście panny młodej
młodość okrywa biały welon
pod nim rumieniec walczy z lodem
i zimna wódka już na stole

lecz kim jest młody pan nikt nie wie
w złotych sygnetach jego imię
przy stole sami obcy ludzie
matka jak kamień brat nie przyjdzie

podobno gdzieś jest raj pan młody
zawiezie ją tam mercedesem
dał jej pierścionek brylantowy
i zaraz schował go z przekąsem

mówiąc że zguba grób fortunie
szczęście najlepiej trzymać w sejfie
szczęki ma mocne mocne dłonie
bać się czy w nich się schronić lepiej

do Raichu wywiózł i w Hamburgu
sprzedał do domu publicznego
uroda młodość to przekleństwo
dla klientów czas miesiąca miodowego

jeśli jest Bóg co stworzył pszczoły
i słodycz im nakazał czynić
zsyłając śmierć - z domu niewoli
niech ją wywiedzie uszczęśliwi


* * *

na facebook'u


- a ku-ku
tak tu miłość strzela z łuku
nie mam łuku ni dwururki
zatem kukam do twej dziurki
na facebook'u

na facebook'u same kuku
każdy siedzi w swojej dziurce
z której kuka strzela z łuku
robi co dzień se seppuku
a nazajutrz na facebook'u
słychać jakby nic
- a ku-ku


* * *

świat w naszych rękach

podobno miłość
jest ślepa
dlatego potrzebuje rąk

pierwszy to zrozumiał Hindus
wizerunek wielorękich bogów
wiódł do Kamasutry

księga wtajemniczeń
palce uczyła widzieć
dłoniom kazała stwarzać

miały kołysać jak ocean
budzić pragnienie i je sycić

kochankowie mają być jak drzewo
w raju - karmiące wszystkimi owocami
bez zakazu
jak bór prowadzący
na polanę wytchnienia

gdzie miłość odzyskuje wzrok
i uczy się czytać świat
poprzez twarz kochanki
i kochanka


* * *

lingwistyczne zakupy w politycznej promocji

kupił szynkę chłopską
ciekawe z jakiego chłopa
mazurskiego małorolnego
czy górala

kupił cygański boczek
cygan był tłuściochem


kupił podwawelską
w ramach akcji kryzysowej
masarnia w smoczej jamie
produkuje kiełbasę

pytanie
skąd biorą dziewice na paszę
jest naruszeniem tajemnicy
państwowej

Roleski ma powód do zmartwień
na rynku pojawić ma się
konkurencja
darmowy keczup Rostowski

jego cudowną właściwością
będzie spożywanie solo
bez chleba bez kiełbasy
(większości na to nie stać)

zgodnie z duchem ustawy
obowiązkowo
keczup Rostowski
ma być regionalny

wyłącznie polski

jest jeszcze kiełbasa wyborcza
i gazeta wyborcza


* * *

Limeryk solidarny



Raz z Grunwaldzkiego mostu
skoczyła tak po prostu
pewna dama ofiarna.
Inna, że solidarna
skoczyła też. Do Polmosu.




* * *

noeza albo okruszki z weselnego stołu

Adam S
w wieku dwudziestu dwóch lat
na dwa tygodnie przed ślubem
spotkał śmierć

wdał się w romans
z miłością absolutną
ostateczną
i bez odwołania

czy zdążył zrozumieć
że śmierć to poważna dziewczyna
bez poczucia humoru

kiedy złapie za szyję
to do ostatniego tchu
kiedy całuje to bez żartów
każdy fragment kochanka
zamienia w pramaterię
bo jak twierdzi
tym paliwem żywi się
wirujący kosmos

no dobrze zapytacie
a co z duszą

okazuje się
że śmierć i dusza ignorują się wzajemnie
śmierć zajęta ciałem
duszę traktuje niczym gapowicza
nad katastrofą

toteż dusza jak gdyby nigdy nic
odchodzi
ale po dwóch tygodniach
zjawiła się na weselu Adama S
by porozmawiać z narzeczoną

kiedy wyszła
wszystkie kwiaty w doniczkach
zmieniły się w nieśmiertelniki
a cień narzeczonej
uwolnił się od osoby

odtąd widywano go
najczęściej na poczcie
wysyłał listy na adres
którego do dziś
szukają


* * *

dziewice i smoki



I

dlaczego krakowskie smoki
gustowały w dziewicach

czy dlatego
że one jeszcze nie nauczyły się zrzędzić
pewnie miały mniej kwasu
nie zalatywały octem

a może dlatego
że złożona za ojczyznę ofiara
miała wyjątkowy smak deseru
za którym przepadają skrzydlaci
i zionący płomieniem
(gród Kraka to było miasto-państwo
Wyspiański zobaczył tu Ateny)
w takim ogniu dobrze zarumieniona dziewica
to był zaiste rarytas

zabijane przez Mitrę
Zygfryda Herkulesa Jazona
Horusa i Apollo
Michała Archanioła
smoki
to istoty z palącym pragnieniem
wiecznie głodne

w pędzie do ślepej rozkoszy
mogły nasycić się tylko dziewictwem
bo natura
karmi się zawsze wyłącznie naturą
a potrawa podana raz pierwszy
zaspokaja oczekiwanie
choć prawda
na krótko

głos ludu powiada
że odkąd wyginęły dziewice
zniknęły też smoki

cóż
dwa tysiące lat dziewictwa
to sami przyznacie
przegięcie






II

dzisiejsze smoki z ogolona głową
niestety nie zioną już ogniem
ziewają już po sześciu piwach
i tylko barłożą
nie fruwają

a dziewice z kolczykiem w nosie
brwiach i pępku
zbyt ciężkie do strawienia


* * *

do poetów

strzeżcie się
wieczór autorski zbliżył dwoje ludzi

o tej funkcji poezji
jeszcze żaden krytyk nie wspomniał
a jednak
choć sam bywałem na niezliczonej ilości
autorskich spotkań z poezją
poezja jako agencja matrymonialna
wyłoniła się z mojej świadomości
jak wyspa z morza faktów
dopiero wówczas
gdy wskazał ją poeta z wierszami i filozof bez filozofii
(bo co to za filozofia z antytezą bez tezy)
Jarosław Olejniczak
mówiąc

fajnie jest przyglądać się z boku
jak innym zachodzą oczy bielmem

i dodał

to nie jest nowa funkcja poezji
przeciwnie - stara jak kultura


* * *

Samuraj polski



Z podniesioną głową, powoli,
idzie Gowin z tuskowej niewoli.

Warczy prasa gębą Niesiołowskich,
a nad nimi opar zajadłości polskiej.

Stanął Gowin z mikrofonem w dłoni
wyznając, że przy swoim będzie trwać - gdyż Oni

choć obywatelskim wymachują znakiem,
są platformą związku bajeczki z cwaniakiem.

Szczerość w polityce nie jest matką karier,
szczypiąc Tuska w uszy miał się coraz marniej.

Choć utracił tekę lecz honor ocalił
bo w Warszawie mit partii miłości obalił.

Jego biuro jest teraz przyczółkiem przyszłości,
tam bezdomnych rodaków przygarnąć chce i gościć.

Hej ty brzozo, hej, ty brzozo - płaczko,
smutno szumisz nad medialną kaczką;

opłakujesz rozbite koryto,
celebrytów i Rzeczpospolitą.

Stoi Gowin z podniesioną głową,
dawnych kumpli witką siekając brzozową,

bez teki ale z orłem w sercu i na czapce,
wkłada w drzwi sejmowe czyste jeszcze palce.


* * *

splot


w splocie naszych spojrzeń
w splocie naszych rąk
tydzień za tygodniem
i tak niejeden rok

w splocie zmiennej aury
w splocie min i słów
najbliżej zawsze razem
na wysokości ust

na wysokości oczu
i wyżej ponad sny
trzymajmy się trzymajmy
przez sny niepewne dni

w splocie różnych zdarzeń
niech nas utuli próg
tej samej chwili miejsca
w splocie twoich nóg


* * *

Joaśka

kumkanie się rozlega z warmińskiej topieli
przerwać pląsy strzygi któżby się ośmielił
to Joaśka kochanka Boruty bestyji
raz jest ćmą raz osą a raz sykiem żmii

Joaśka na świat patrzy lnem epitafijnym
komu wzrok nim zwiąże ten przepadł bezsilny
błądzi w młakach wądołach z paści wyjść nie może
za Joaśką idąc topisz się w jeziorze

gdy z ostatnim oddechem widzisz swoją zgubę
słyszysz śmiech Joaśki requiem śmiechów fugę
bo kiedy Joaśka kończy śmiać się Boruta
rozpoczyna rechot pośmiertny do jutra

którego już nie ma i którego nie będzie
woda jest złudzeniem złudzeniem łabędzie
i Joaśka co sama siebie wymyśliła
prawdziwy jest Boruta mgła strzyga i wiła


* * *

strzała Amora miecz Anioła



jeszcze wczoraj zrywałem piżamę
dzisiaj nawet przytulić nie mogę
piżamę miałaś w misie i bardzo bardzo mi się
podobałaś ale życie stało się nałogiem

dopiero bez niej kiedy mrok u twojej talii
czołgał się by pierzchnąć już na zawsze w niebyt
w gejzerach dotyków grzaliśmy się pluskali
i z ust pijąc żeśmy rajskie życie wiedli

Aniele coś z ognistym stanął u drzwi mieczem
rozcinając więzy naszego kochania
przyznaj żeś zazdrosny o ciał naszych dreszcze
wymyśliłeś piekło naszego rozstania

daremnie jasny panie bo choć dziś osobno
ona nosi moje ja niosę jej serce
palimy się szukając miłosną pochodnią
bez której anioł będzie szpargałem za piecem

przewidzeniem chorych którzy bez miłości
nie wiadomo na co wyczekują świtu
zgaś swój miecz aniele i wstąp do nas w gości
posłuchamy razem rocka i big beatu


* * *

dziewczyna z walizki

https://scontent-b-vie.xx.fbcdn.net/hphotos-prn2/v/1474691_665650690142196_469004625_n.jpg?oh=4167c319a7a85e3ecd442f65cb276934&oe=528DC909

________________________
światło twojego ciała
jak leśny ognik z bajki
o Jacusiu szukającym kwiatu paproci

Kraków Warszawa Gdańsk
Witów Bukowina Tatrzańska Zurich
wędrówka pod niebem Bieszczadów
Beskidem Wyspowym
przełęczą Waga

podróż do ciebie za tobą
jak podróż do gwiazd
stan nieważkości pod nogami błękit
żadnego punktu zaczepienia
poza własnym oddechem
i snem który boleśnie pączkuje

w nieuniknionych powrotach do siebie
do cichej pieśni pod palcami
błądzącymi po krajobrazie
ze światła i ognia
dotarłem do tajemnicy
moich podróży

niosłem ją w sercu
ono jest jak wielka walizka
którą spotkałem w obrazie
Marysi Kuczary


* * *

jego dupa

można się pomylić
słysząc
moja dupa

patrzysz
nie rozumiesz
zamiast jego pomiętych spodni
widzisz ciemnobrewą księżniczkę
o zielonych oczach
podziwiasz balet rzęs
kolibra ust
nad kielichem szyi

powoli odkrywasz
jego dupa niczym guma do żucia
wyrasta z ust
i zasłania z wolna całą twarz
nie masz wątpliwości
ten osobnik gdy siada
siada na swojej gębie
i to nie jest maniera
raczej deficyt

ale żal mi księżniczki
jakież to rozczarowanie
przeprowadzić się do szaletu
z pałacu marzeń


* * *

zamyśliłem się



zamyśliłem się zmyśliłem
Boże gdzie ja wtedy byłem
pewnie znowu się upiłem
literami słowem rymem
a Bóg kim jest - Wielkim Mimem


* * *

Bałtyk

czym jest morze

może w tę
a może w tamtą

albo w górę
jak się jest na fali

ale w dół nie można
stamtąd nie ma drogi

więc może tu
i morze niechaj się nie gniewa

nie może a na pewno
wolę tu

na plaży


* * *

Epitafium dla Wojciecha Jaruzelskiego

Z kostuchą był po brudziu
Więc szedł jak trąd wśród ludzi
Morowe siał powietrze
Że się do teraz wietrzy

Gdy zjadł partyjny rosół
Zastrzelił kilka osób
Tak lubił salwy dźwięk
Że aż w kolanach miękł

I klęczał przed Leninem
Co w trumnie ma melinę
Z towarzyszami w kupie
Odnalazł honor w dupie

Niewinność jego znana
I w prasie zaklepana
Sam Michnik za kaduka
Gotów oddać kciuka

Panie - doceń ten gest
I wynagrodź ich fest
Niech leżą w jednym grobie
Zbrodniarz i dobrodziej


* * *

skarbiec polski

rabarbarem mi jesteś rachatłukum rumem
rymem regularnym i serca arytmią
rewolwerem którego rozbroić nie umiem
alarmem w melancholii wieczorną miodosytnią

ty Polsko ty Poezjo i ty Długorzęsa
w karnawale nowego roku bez szampana
bez całuska bez grosza komnato wawelska
tego wiersza gdzie słowa tańczą wam kankana

wywijając kiecką z pór roku i gazet
pełnych biustów krawatów pysiów mord i twarzy
za wasz lans wypłacam poetycką frazą
to co wam się należy wypięty zadek gaży


* * *

Dytyramb literowy - karnawałowo



różanecznik różowił ranka ryży ryj
rozradowana radość rytmem rock_end_rolla
na rozdrożach rozumu rozparła się rozkoszą
rowerami rozwożąc rozpustny róż po drogach

rodacy - rozpromieni was ta dobra rada
rozmnażajcie się raczcie rozbeftem rizottem
chóralna niechaj orgia serca wam rozpala
rymów do Syraha Rioja i Rieslinga

rycerze pucharów trwajcie pośród wierszy
by na czary Burgunda rozmienić dobry humor
rozważcie - Vitis Vinifera jest ikrą Amora
czy warto się martwić z Erosem o umiar


* * *

Moskaliki Podwawelskie

Kto mi powie że u Jacka
nie zielono jest a łyso
tego zaraz w beczkę wsadzą
i z grzybami go ukiszą

Kto mi powie że u Jacka
głód i chłód i bida z nędzą
tego zaraz dyszlem zdzielę
i zakopię gdzieś pod miedzą

Kto mi powie że wam z Jackiem
nie wesoło jest a smutno
temu wszystko co odstaje
razem z głową zaraz utną

Kto zaprzeczy że u Jacka
tylko brak ptasiego mleka
niech się żegna bo na ruszcie
będzie wolno się przypiekać

Kto zaprzeczy że wam z Jackiem
było jako w siódmym niebie
tego wnet ziomali banda
sponiewiera aż zaj.bie

Kto wam powie że do Jacka
z krzesłem trzeba brać się w gości
temu żebra porachuję
galaretę zrobię z kości

Kto Sojana w Jest_Lirycznie
nazwie durniem grafomanem
temu w zęby dam cygaro
i ogłoszę Sulejmanem


* * *

soliloquia św. Muz

czas nie czekał czuwając czyhał i czasowił
bywało się było aż gdzieś się zagubiło
jestestwo się szukało pytało myślało
byt się budził do zbytku określał stanowił

rozmnożyło się ego rozjarzyły chucie
rozśpiewało libido Id się rozścieliło
amor kusił i zwodził zabijał i wskrzeszał
a rozkosz niespełnieniem naznaczała życie

traciło się nadzieje i syzyfowało
spleceni z Tanatosem w głodzie i czułości
mniemało się wierzyło licząc poznawało
otchłań naszej małości i naszej wielkości

w naszą mowę wewnętrzną wsłuchały się myśli
rozgłaszały je struny kolory języki
własne cienie do tańca biorąc przytupując
wpadliśmy w semantyczne wilcze doły wnyki

jak się z czasu wygrzebać jak Villon Horacy
jak stanąć na wysokość nosa Bergeraca
bywalcy pubów piekła i rajskich pałaców
wirują z don Kichotem na skrzydłach wiatraka


* * *

cimcirymci

z okazji Dnia Kobiet
----------------------------------------------
moja najdroższa cimcirymci
tworzy impresje na pazurkach
nad koafiurem jej fowiści
tańczą jak strofa na laurkach

moja najmilsza cimcirymci
skarbem jest w skarbcu swoich sreber
Ursus by w pas jej nie pochwycił
łatwiej mu objąć ziemię z niebem

malutkim noskiem swym wywącha
moje lamparcie wczoraj schadzki
jej pisk działanie ma jak piącha
obydwóch Kliczków dusza w kłaczki

a jednak tonę w jej spojrzeniu
jak smakosz wina w kadzi winnej
znajduję zawsze w jej imieniu
wyspę szczęśliwą nie chcę innej


* * *

Kwiecień-plecień

/Marysiom i wszystkim uśmiechniętym pysiom/

To fiołek, ten fikołek wiosny
namieszał w trawach, nawywijał;
pomarańczowe dzioby kosom
napełnił gwizdem. Mnie upijał

spienionym kwiatem śliw i głogów.
Świat przestał myśleć. W jednym chórze
Veni Creator kładł na progu
jutra, co kusi, jak podróże...

Ten fiołek, cały z atramentu
listów pisanych do przyszłości
pachniał poezją alimentów
płaconych słońcu i miłości.

Chwal swego fioła mój figlarzu
kryjący w trawach ciemne glosy.
Kto świat co rok ingenium darzy?
To fiołek, ten fikołek wiosny.


* * *

mądrość Jacka Sojana

www.bibliotekawszkole.pl/inne/gazetki/gazetki027_r1.jpg
Jacek Sojan
mądrość Jacka Sojana
----------------------------------
odkrycie
że chodak salowej uniwersyteckiego szpitala
dla niepoważnych poetów
ma więcej rozumu sensu i wartości
od myśli Jacka Sojana
mogłoby skutkować
jeśli nie depresją
to maniakalnym urojeniem
na punkcie nadania nicości
jego (Jacka Sojana) imieniem

dzięki wnikliwym obserwacjom kolegów
po mankietach krawatach
piórze i lirze
zakrętkach i korkach
Jacek Sojan stwierdził
że wcale nie odstaje
od średniej literackiej
a nawet
dolne rudymenty jaśniewyobrażeń o sobie
tupetu i megalomanii
dobrze służą ukryciu najistotniejszego
ziewającej głupoty

dlatego Jacek Sojan
uwielbia oksymorony
wtajemniczony w wyższość mądrości głupoty
nad głupotą mądrości
głupi Jacek Sojan
czuje się całkiem mądrym Jacusiem
i z tego tytułu
łaskawie
pozwala innym na przymiotnik o sobie
- cudowny


* * *

zielony kontrabas

/ Ilonie Zachurze, krakowskiemu słowikowi /
--------------------------------
głęboką nocą na Miodowej
z wierszem na ustach chodzą panny
chłopcy w diademach niosą głowy
lampy rozdają blask hosanny

zielono wdzięczy się kontrabas
organki w bezdech się zanoszą
kołyszą się w muzycznych frazach
w bramach ogniki papierosów

miłość krawatem wiąże chwile
a te migają kolczykami
w brzuchach fruwają tu motyle
szepty ćwierkają za uszami

miodową nocą na Miodowej
zaczyna się ta dziwna pora
gdy w oknie nieba nad Krakowem
poezji pali się menora


* * *

związki frazeologiczne


co może zrobić poeta gdy usłyszy dramatyczne wyznanie
- nikt mnie nie kocha a wszyscy ze mną śpią
co zrobić pogłaskać przytulić zrobić dziecko
napisać do prokuratora
apelować wierszem do sumień

niewdzięczność chodzi własnymi drogami
zawsze po obwodzie zamkniętym
wraca do niewdzięcznika nawet przez dziurkę od klucza
zdejmuje majtki i krzyczy
tu mnie pocałuj

skoro płeć jest niżej niż serce
uznajmy wyższość agape nad erosem

czy sztuka nie jest właśnie po to
aby tych oboje posadzić przy jednym stole
położyć w jednym łóżku


* * *

imperatyw

/Eli Wisełce/

one wszystkie
Ele Ewy Marysie
jeszcze w fazie prenatalnej
rodzą się w szpilkach

zanim zatrzepocą rzęsami
zanim uniosą się w męskim zachwycie
już tam
w świecie przypuszczeń oczekiwań projekcji
rozsiadają się na czerwonych fotelach
i fikając piętami
wciskają stopy w kolejne wyśnione buciki
na wysokich obcasach
przebierając uważnie w kolorach
i kształtach

inaczej
skąd by się wziął
ten powtarzalny zew
ledwie kończąc lata splecione w warkocze
wskakują bez wahania
w szpilki

i żeby się która ulękła
pochyliła upadła
skądże

idą wyprostowane przez nasze serca
wystukując ostrymi końcami
ekspresję swojego ja
nie przejmując się tym
że boli

ze szpilek schodzą tylko po to
by przyjrzeć się nam leżącym
czy jeszcze dyszymy


* * *

casus antypoety

przychodzi i mówi
nie ma dobra
w jego źródle umył swoje ręce morderca
ten z Oświęcimia Katynia
ten z Wybrzeża i Wujka

dodaje
piękno to iluzja
w jego mamiących obrazach
jest kłamstwo
i fałsz
mroczny cień pozorów
słowa to maska
za którą nikogo nie ma

za jego plecami
młoda kobieta pcha przed sobą inwalidzki wózek
zatrzymuje się co chwila
pochyla
poprawia poduszki
dobrze już mamo - pyta
chce ci się pić

nieco dalej
gdzie głos poety staje się hałasem miasta
mężczyzna zadzierając głowę
ponad uliczny tłum
patrzy na elewację starej kamienicy
jego wzrok wspina się po kamieniarce
zwiesza się na pilastrach i archiwoltach
obmacuje rzeźbę frontową
dwa pawie zwrócone do siebie dziobami

w swoim znieruchomieniu milczy
ale tak wymownie
że oglądana jego oczami architektura
sprawia wrażenie chóru
zastygłego w przenikliwym crescendo

na początku jest słowo poety
kto mu uwierzył
stanie na pustej drodze
bez ludzi domów
będzie wołał Nic
a Nic o twarzy poety
odbierze mu głos


* * *

odwołanie randki w ciemno

z cyberprzestrzeni
przychodzisz z twarzą jak ze snu
z imieniem jak z powieści science-fiction

prezentujesz świat swoich wyborów
lajkujesz albo ignorujesz
jesteśmy dla siebie zagadką
która krzyczy cicho
nie jestem avatarem

nie ma rady
aby się uwiarygodnić
trzeba się spotkać
w jakimś mieście
przy jakimś stole

trzeba się dotknąć
poczuć ciepło dłoni
odkryć chłód w oczach
albo słońce
które nie zachodzi
nawet po północy

spotkajmy się
aby potwierdzić realność naszej niedoskonałości
realność naszych wad

jeśli jednak jesteś
korpuskularnym widmem
a ja tylko cyfrowym zapisem
nieweryfikowanego zbioru
kupmy sobie internetowe serce

przez tysiąclecia będziemy promieniować
kosmiczną pustką domniemanych światów
wymyślonych pocałunków
emotek
a na czarnym atłasie Delete
cienie naszych rąk
rozpoczną daremne poszukiwania


* * *

sura Alego

sura Alego
--------------------------------------------
ja jestem Talib - Talib Ali
wymienię córkę na taboret
tak lubię z rozpylacza walić
babę zbatożyć ubrać w worek

a worek wrzucić gdzieś do studni
niech Allach nad nią się zmiłuje
gdy świat z niewiernych się wyludni
Allach mnie w czółko pocałuje

po śmierci miejsce da na górze
pozwoli wino pić hasz palić
z workiem daktyli w dziewic chórze
święty w seraju Talib Ali


* * *

w poszukiwaniu Atlantydy

pewnie w tym życiu się miniemy
obrączka mi zamyka usta
choć na emotki odpowiemy
przyszłość jest beznadziejnie pusta

zostaną sny marzenia zwidy
gorączka absurd w jakieś cuda
śni mi się ziemia Atlantydy
gdzie wspólny dom się stworzyć uda

powiemy sobie kocham kocham
internet niczym gwiazda świeci
ty w swoim związku ja w obłokach
lato się pszczeli miodzi kwieci

lecz serce moje jak szczękościsk
mówi mi zamilcz wyj lecz we śnie
zamknąć internet po kłopocie
na próżno krew twe imię niesie


* * *

nowy elementarz

rozdział I
---------------------------------------------------
Ala ma laptop
po dwóch miesiącach użytkowania
laptop ma Alę

jej mama szuka córki do dzisiaj

Janek ma pracę po roku szukania
po trzech miesiącach dowie się
że pracował za darmo

odkryje źródło bogactwa
nie własna
to praca innych czyni ciebie panem
=======================================================

nowy elementarz - rozdział II
-------------------------------------------------------
sprawiedliwość to ładny termin
z dziedziny filozofii zwanej etyką

produkowany jako perfumowana wazelina
w tubce
służy do namaszczania czół politykom i sędziom

światło jakie z tego powodu bije od nich
nie pozwala spojrzeć im w twarz

dlatego nikt się nie domyśla że twarzy nie mają
===========================================================

nowy elementarz - rozdział III
---------------------------------------------------------
Polska to historyczna nazwa krainy
która w całości była i jest poligonem wojskowym
granicznych sąsiadów

burzenie miast i wsi po obu stronach Wisły
strzelanie do cywilów na ulicach
służy rozwijaniu taktyki dominacji

w ramach transformacji ustrojowej
kraina ta miała zostać lotniskowcem
broniącym wschodnich flanków Europy

z powodów oszczędnościowych
(czytaj złodziejstwa elit)
stała się okrętem podwodnym

dzięki staraniom dowódców
nigdy nie wynurza się na powierzchnię
jego cechą strategiczną jest stałe cumowanie na dnie

tylko taki poziom gwarantuje bezpieczeństwo
i dobre samopoczucie rodaków
i świata


* * *

codex doskonałego kochanka


nie odwracać się od niej plecami
patrzeć w oczy jak u okulisty
jak ubierać to pocałunkami
a rozbierać sposobem pianisty

znaczy zagrać na wszystkich neuronach
raz staccato raz piano legato
nie zapomnieć powtarzać w milionach
no że kochasz że twój mistrz nie Platon

lecz artysta Orfeusz ten który
dla miłości do piekła się wybrał
wargami pisać miłosne sury
wokół bioder tańcząc sen kolibra

kiedy zadrży by umrzeć z rozkoszy
ty kochanku umieraj z nią razem
gdy ona w niebie otworzy oczy
ty szybko zasłoń się kałamarzem


* * *

na gadu-gadu

uwielbiam cię
i co mi zrobisz za to
ochrzanisz
lubię chrzan

piszesz
że nic mi nie zrobisz
zachęcasz - uwielbiaj
ale na własną odpowiedzialność

wiesz
śniłaś mi się
oboje nadzy na wysokiej połoninie
zasłuchani
w swoje oddechy
sny zawsze są niewinne

piszesz
sny są projekcją pragnień
śni się to o czym myślisz
tuż przed zaśnięciem
mam wątpliwości
czy sny są niewinne

zatem
zdradził mnie nawet sen
ukryć mi się już tylko
w ogniu twoich włosów


* * *

harpun

kiedy usta zsuwają się w dół
kręgosłupa
wargi odlatują trzepocąc
jak mewa

kotwicą rzuconą w głębinę
czekam na tsunami
w międzyczasie oswajam
rekiny i orki

sztorm który nadchodzi
oswaja mnie i ciebie
ze ślepym harpunem

nie wiem jeszcze dlaczego
poeci ten harpun
miłością nazwali


* * *

logopedia egzystencjalna


mgła mgłę mgli
pchła pchłę pchła
giez z gzą nigdy nie są w zgodzie
on jest zły i ona zła

w słowach mgła
pchła pcha w krew
gzy gzy zawsze będą płodzić
ssawka z ssawką jeden zew

mgła pchła giez
łzy ból krew
ssawek rój bez miłosierdzia

tobie mnie łabędzi śpiew


* * *

Czyżyk

jakże to tak
położyć się na asfalcie
rozrzucając wokół siebie
piórka złocone

jakże to tak
na drodze w drodze tak drogo
się zdrożyć

tak było pogodnie
tak bardzo stało się pusto
i straszno

piórka starannie zebrałem
na dobrą wróżbę
na jasne słowa
na czas szczęśliwy

co piękne było
jest nadal żywe
mój złoty czyżyku
fruwający wśród nas
wierszem
od teraz

na zawsze


* * *

las na reglu

las na reglu
/dedykuję Marysi Curuś/

był
odarte z z zielonych jedwabi kości jodeł i świerków
słowackie Herkulanum i Pompeje
wyniesione po horyzont na proscenium świata

theatrum natury
z Kończystą* jako Lady Makbet
Koprowym* w roli króla Leara
Szatanem* w masce Otella

i ja
jak Hamlet pytający koronę gór
jaki jest sens ich kamiennego milczenia
i czy obojętność oznacza pogodzenie rezygnację
czy wzgardę
nad tym co kalekie i kruche

pewnie wpadłbym w obłęd
jak mój niezdarny topos
skacząc z zimnego Krywania*
w zwiewną toń absurdu
poszukując prawdy
gdybym nie usłyszał złóbcoki*

wiatr stroił martwe struny gałązek
i nie był to lament
ani modlitwa
ale podobna do granej
przez Anię Chowaniec-Rybkę
kołysanka dla tegorocznych siewek
dla wierszy których pierwsze słowa
ssały kamienie Krywania

/ zagwiazdkowane wyrazy to geograficzne nazwy szczytów Tatr Wysokich na Słowacji;
złóbcoki to instrument, gęśle góralskie/



* * *

gender


/postępowcom w nadziei na refleksję/
------------------------------------------------

Zygmunt Gloger notuje
w wielu polskich okolicach lud mniema
że Antychryst narodzi się z jaja
które zniesie kogut

elementarz do poprawki
Ala być Ali
Ali być Ala

bóg w sukience Diora
to bogini
w kolejnym wybiegu
w majtkach w khaki
niesie na ramieniu
karabin maszynowy
hit sezonu

stało się płeć znikła
aby zjawić się w hasłach
New Age jako wyzwolenie

nonsens unieważnia znaczenie
stawia prawdę i fałsz rozum i nierozum
światło i ciemność na równej stopie

prawo (czytaj: lewo) wyznawania dowolnych przekonań
poprawia samopoczucie
dzięki głębokim modyfikacjom
nowy porządek nowy system
przeniesie ludzi z tymczasowego więzienia
obyczajów i przyzwyczajeń
w świat sukcesu

nie będzie to świat w pierwszej osobie
liczby pojedynczej
biologiczna kruchość tymczasowość
ma służyć wiecznemu systemowi
tysiącletniej Rzeszy komunistycznemu rajowi Związku Radzieckiego
demokracji europejskiej Unii

triumfująca samoułuda
utopi ja utopi płeć utopi naród
jak każda Utopia

może czas zastąpić irracjonalny entuzjazm
humanistycznym pesymizmem


* * *

uwaga na szatynki

fanka
pomyślałem
albo jakaś dawno zapomniana
ofiara szkolnej namiętności

a ona szła za mną
już od dłuższego czasu

miała swój urok
wysoka szatynka
rosnąca w gniewie

zatrzymywałem się
obserwując z niepokojem
jak zbliża się
coraz ciemniejsza
w irytacji

chłód jakim emanowała
zamieniał krew w krę

dopadła mnie w końcu
wybuchnęła
topiąc mnie w potopie
swojego szaleństwa

wtedy dopiero w pełni zrozumiałem
czym jest poezja

w jakim języku
należy rozmawiać
z pierwszą
wiosenną
burzową chmurą



* * *

lekcja z mitologii

Zeus założył firmę przeprowadzek
sam zagubił swój własny adres
wszystko co nieważne przewiezie
na życzenie we wskazane miejsce
autorytet i pryncypia schował pod chałatem
lubi swoja pracę
nadal trzyma rękę na pulsie
siłę sprawczą losu


Afrodyta handluje kosmetykami
na próżności można sporo zarobić
tajemnicą jej flakonów i pudełek
z czarodziejskimi esencjami jest kołyska
w której się urodziła
wieczna jak przypływ i odpływ
- piana
strzeże jej odwracając uwagę
wyzywającymi pozami
w rozkładówkach Playboya


najlepiej radzą sobie Bachus i Dionizos
chętnych do biesiady nigdy nie brakuje
w ich pubach zawsze tłoczno coraz ciaśniej
ale zawsze wesoło nawet gdy leje się krew
i mocz - zakryte synonimy wina i piwa


tylko Apollo odwraca wzrok od ziemskich widowisk
zamyka się w sobie słucha muzyki paląc hasz opium
kokainę i pisze owszem pisze wiersze których nie wydaje
dochodząc do słusznego wniosku że akademicka krytyka
interesuje się wyłącznie własnymi wychowankami
poczucie smaku mają zresztą identyczne zgodne
z powiedzeniem - jaki mistrz taki uczeń
amerykańska astronomia niespodziewanie odkryła
jego ślady na księżycu
podobno zameldował się tam już na stałe


coda

w zmowie z Dionizosem piję jego rubinową krew
patrząc na Afganistan Syrię Ukrainę
dzień i noc pilnuję aby mi krwi nie brakło
jakie to szczęście że mam tę samą grupę
i świadomość że zabawa lada chwila
może się skończyć



* * *

et ne nos inducas in tentationem, sed libera nos a malo

za ciszą potok świat powtarza
w wodach tak czystych jak modlitwa
świerkowa igła wiersz poprawia
w którym po bitwie nowa bitwa

sypią się prochy Oświęcimia
na głowy nowych już pokoleń
skrywa swój krzyk smoleńska ziemia
na Srebrenicę idzie kolej

muzułmanin czy chrześcijanin
zło życie zmienia w stosy kości
nie krzyż bogowie lecz karabin
niosą przez świat jak nimb boskości

żertwa Mosulu Sarajewa
żertwa Biesłanu i Donbasu
krew w krąg jak powódź się rozlewa
i nie ukryje mnie cień lasu

i żadna góra nie ocali
handlarze bronią chcą zarobić
dom kościół szkołę trzeba spalić
na grobach pychę swą otrąbić

za ciszą potok świat powtarza
w wodach tak czystych jak modlitwa
świerkowa igła wiersz poprawia
w którym po bitwie nowa bitwa


* * *

PKP

komunikat z poczekalni dworca

- kochanie
cieszę się z naszego rychłego spotkania

aż tu nagle
- pociąg relacji ja - ty
ma 60 minut spóźnienia

- kochanie
proszę o cierpliwość
zakochani czasu nie znają
esemes tłumaczy się przed tobą

pociąg relacji ja - ty
zwiększył czas opóźnienia
do 120 minut

wygląda na to
że z całym dworcem
cofnąłem się od ciebie
o jakieś 100 km
(Nowa Zelandia oddzieliła się
od Australii miliony lat temu
o jakieś 1600 km - trzeba się
uśmiechnąć)

jaka magia plącze nasze drogi
aby dotrzeć na spotkanie
muszę zwiedzić Wyspy Kurylskie
Tasmanię San Jose
i Katmandu
oczywiście drzemiąc
pomiędzy zapowiedziami odjazdów
i przyjazdów

ostatnia wiadomość
pociąg relacji ja - ty
ostatecznie został skreślony
z rozkładu jazdy

wyjaśniła się tajemnicza nazwa
PKP

Poczekalnia Kochanków Pogubionych
Płacz Kochanie Płacz


* * *

dlaczego nie

bo nie jest kretynem kto mieszka na Krecie
ani mądrym taki co powie ci głupi
idiotą was nazwą chcecie czy nie chcecie
dlaczego dlatego że się nie dasz kupić

za tanią popularność w medialnym grajdołku
na hasło tam trzeba klaskać ze wszystkimi
ci wszyscy się elytą sadzają na stołku
w przekonaniu że są wśród tych mądrych pierwszymi

jak najbliżej kamer mikrofonów kasy
opłacone słowa cedzą sącząc jady
zachowaj rozsądek popatrz na arrasy
zobacz gdzie jest człowiek a gdzie pełzną gady

bo nie jest kretynem kto mieszka na Krecie
ani mądrym taki co powie ci głupi
masz prawo się mylić błędów tyle w świecie
to zarozumialstwo chce się pychą upić

a potem pytanie skąd potop i wojna
dlaczego krew płynie łez słonych Niagara
uważnie słuchaj zbawców ich rada upojna
rozważ czym jest miłość a czym ślepa wiara


* * *

pomiędzy


między pocałunkiem a pocałunkiem
widzę płonącą kobietę
nie jej zwłoki się palą
lecz oddychająca skóra
żywa w krzyku

mój język szuka twojego języka
gra na białej klawiaturze oddechu
pieśni miłosne Hafiza
mocno zamykam oczy
aby wśród czarnych chorągwi
nie ujrzeć twojej twarzy

kocham cię
i wie o tym mój Bóg
czy bóg czarnych emblematów
to uszanuje
bo mój nie chce walczyć
z innymi bogami
zachęca do cierpienia

czy wypowiadając
bądź wola Twoja
pogrążam ciebie miła
czy siebie

co ocali ten ogień
który nas ogrzewa


* * *

o grabarzach


tylko dzieci i głupcy mówią prawdę
dorośli chowają ją do szuflad
mędrcy piszą książki o tym
jak jej nie znaleźć
po co im konkurencja

skazani na szczaw i mirabelki
uśmiechamy się politycznie
tyleż obłudnie co szyderczo

są powody do płaczu
dwunożny demon ubiera nasze płaszcze
nosi naszą twarz
a przecież
żywi się sercem i wątrobą bliźnich
a toasty wznosi ciepłą jeszcze krwią

dlatego uśmiechnijmy się
a w przypływie radości stańmy się kaskadą
wyzwalającego śmiechu
na widok krzywych luster
naszych bliźnich
zawsze gotowych nas ustawiać
rugać i pouczać

lepiej pozostać głupcem
niż umierać
jako grabarz śmiechu


* * *

lekcja druga



idziemy w pochodzie pokoleń
przez rodzinne miasto przez wieś
przez wojnę i pokój

idziemy razem osobno
mijamy się krzycząc albo głośno milcząc
trzymając się za ręce za serce
za gardło

idziemy przed siebie po niebo po ciebie
idziemy precz
czasami wracamy

idziemy

czy to jest ruch do przodu ruch pozorny
czy wsteczny
dowiadujemy się najczęściej wtedy
gdy mijamy zburzony dom spalone miasto
nagrobek
z własnym imieniem i nazwiskiem


* * *

długi język

Nioghalvfjerdsfiorden ma długi język
mówią że jest chory
na to wskazywałby gruby
biały nalot

Nioghalvfjerdsfiorden ma długi język
ale od lat milczy
nie wiem czy złożył śluby milczenia
aby nie kłamać
może lubi kontemplować ciszę
taki anachoreta filozof

Nioghalvfjerdsfiorden ma długi język
ale nie dzieli się z nikim wiedzą
może doszedł do wniosku
że do rozmowy ewentualny interlokutor musi dojrzeć
wykazać się mądrością
bo to że on sam milczy
wcale nie musi oznaczać że jest pusty
i głupi

Nioghalvfjerdsfiorden ma długi język
ale strategicznie milczy
mądrość każdego rozmówcy sprawdza w jeden
możliwy sposób
zdolnością do kontemplacji
do milczenia

ilość zbędnych słów które zaniechane
mają znak nieskończoności
uczą wsłuchiwania się w to
co mówi niebo ziemia morze
i to okazuje się tym
co Nioghalvfjerdsfiorden nazywa
mądrością

na wszystkich czystych białych kartkach
staram się zobaczyć jedno imię
Nioghalvfjerdsfiorden


* * *

hipnoza


gęsia skórka hipnoza wirujący pępuszek
kuliste pioruny staczają się z poduszek
wibrujące opuszki języków splot godowy
kosmiczna huśtawka egzosfera fotony


zamiast krwinek bo krwinki usłały się makami
pod łabędzim odlotem ud rąk pod biodrami
znacząc wzdłuż oddechów zdobywczy szlak Corteza
tam pot zamienia w złoto miłosna alchemia


w orogenezach czułych w ukropach gejzerów
jęk i spazm Lacrimosą do wspomnień się wdziera
bo jest czas snu i jawy czas marzeń i spełnień
a ja naszych spotkań zawsze kat i więzień


* * *

moje Nagrody Nobla


uciszę w końcu rechot technokratów
gdy ja - dbający o godną postawę humanisty
otrzymam Nagrody Nobla

najpierw
w dziedzinie fizyki chemii i medycyny
za odkrycie jeszcze jednego składnika
powietrza
a jest nim eureka
p o e z j a - poesis aerus sojanis
(od nazwiska odkrywcy)

unoszenie się dzięki temu składnikowi
rozwiązuje wszelkie problemy komunikacyjne
uśmiech i fantazja goszczą na twarzach pasażerów
skazanych na korki drogowe
a oddychanie tym składnikiem ( zwłaszcza w Krakowie)
uodparnia na choroby dróg oddechowych
a także na agresję i malkontenctwo
gwarantuje nieśmiertelność

następnie
z biologii i medycyny
za odkrycie pod stanikiem
neuroprzekaźnika - lemmas nystagmus sojanis
mającego wpływ nie tylko na demografię
także na rozwój wyobraźni (aestesis )
a pośrednio na wszystkie formy sztuki
i fenomenologię doświadczenia estetycznego

oraz z filozofii
za opisanie w ramach teorii poznania
przestrzeni tworzącej środowisko najgłębszej afirmacji
jaką jest - po pierwsze
kielich Syraha dzwoniący z drugim kielichem
po drugie - dzielenie z wybranką łóżka
jako symbolu żaglowca płynącego przez życie
pod nazwą
noematis pozytyvismus sojanis

osądzających laureata Nagrody Nobla
o hedonizm pragnę powstrzymać w krytycznych zapędach
gdyż hedonizm to doktryna głosząca
że moralność polega na dążeniu do przyjemności
która jest źródłem rozwoju człowieka

a teraz nie zwlekając na stojąco
tusz owacje
i gratulacje


* * *

co by tu



tak sobie siedze przed Wami
i se myśle

nieczęsto mi się to ostatnio zdarza

nie to że siedze
ale że myśle

siedze zatem sobie tak przed Wami
na tym fejsbuku
i se myśle
co takiego mądrego
i ciekawego mam do przekazania
wierszem

i to nagłe olśnienie
że przecież przed Wami
siedze
i moja myśl też siedzi

no
to byłoby na tyle


* * *

Zakład pogrzebowy Pod Wesołym Umarlakiem


kulka topiel czy siekiera
duży wybór by umierać
rak scyzoryk czy pętelka
iść do diabła chętka wielka

walc z bejsbolem aż do zdechu
można umrzeć też ze śmiechu
kiedy petru na sześć króli
z rubikoniem się utuli

można paść w pochodzie kod-u
gdy zaśpiewa mucha z głodu
gdy kijowski demokrację
weźmie w zastaw za kolację

mamy zdolnych umarlaków
nowoczesnych prosto z banków
jak wesoła to drużyna
poznasz po ich krzywych minach

po ulicach miast wędrują
na Polaków obcych szczują
idą fałszem plując w trąbę
trup oblecha wampir zombie

środy wściekłe i schetyny
znakiem ich grobowe miny
cień cmentarny bo umarli
kiedy kasą się przeżarli


* * *

magia i magicy

ma się dobrze
choć nie jest to recytowanie
czarnoksięskich zaklęć
ani ekstatyczny taniec
w oczekiwaniu na deszcz urodziny
nie jest uzdrawianiem

wiara że jest ktoś
posiadający szczególną moc
i poddanie się jego woli
daje ocalenie
nadal szerzy się
jak kiedyś faszyzm
czy komunizm

dzisiejsi magowie
uprawiają sztukę
wywoływania za pomocą gestów
i często powtarzanych słów
skutków przeciwnych prawom natury
zabijanie będzie błogosławieństwem
i wolnością
o demokracji uciskany lud usłyszy
tylko na ulicy zobaczy na plakacie
własną tożsamość naród nie wyniesie
z pielęgnowanej tradycji a wyłącznie
ze społecznej iniżynierii
wymieniania tego co swoje
na cudze

tak
magia w całości
funkcjonuje w cudzysłowie
i tylko jego zdjęcie
jak zdjęcie dekoracji i zrzucenie kulis
obnaża hipnotyczny teatr
pijanych własnym krasomówstwem
wyłysiałych aktorów

i garstkę ludzi na widowni
którym z szatni ukradziono płaszcze
a z płaszczami lata życia


* * *

Morskie Oko


otwarte oko ziemi
pod ciemną brewą Rysów

Wiosna Lato Jesień
siadają przed górskim zwierciadłem
czeszą zaplatają zielone
złote i rude warkocze
Zima przykrywa lustro
lnianym obrusem
jak to czyni się w domach
w których odszedł ktoś bliski

górale mówią
kiedy w jego toni ujrzysz
wizerunki czterech jeźdźców
na rumakach o maści białej
ognistoczerwonej czarnej i bułanej
przywitaj Chrystusa

żadna jama skała
tylko w tym imieniu znajdziesz
ocalenie
gdy tuż za Nim
kroczyć będą karzące anioły
wojny
głodu
śmierci


* * *

J.P Sartre

pięćdziesiąt tysięcy ludzi na pogrzebie
ojca francuskiej rewolucji kulturalnej 1968 roku

pięćdziesiąt tysięcy dzieci kwiatów
z których żaden nie wypił tyle alkoholu
nie wypalił takiej ilości tytoniu
nie zużył tylu narkotyków
w towarzystwie tylu kochanek

wielbiciel Stalina i komunizmu
bił rekordy nakładów swoich książek
w całym socjalistycznym obozie
a jednak ( przezornie ) nie zamieszkał w obozie
co z taką ochotą zrobił jego rodak Gerard Depardieu
który postanowił zostać Rosjaninem ( dla aktora
nie jest to takie trudne) aby po dwóch latach
uciec z Rosji gdyż tam w Rosji przekonał się
że jednak woli być Francuzem


Sartre podobno nie myślał o śmierci
interesowało go wyłącznie życie
co tam setki tysiące zamordowanych
w gułagach katowniach NKWD
nazywanych miejscem resocjalizacji
pisał o wolności jednostki i zaangażowaniu


może paradoks filozofii na tym właśnie polega
że idea wypiera rzeczywistość
aby rzeczywistość zastąpić na przykład
ontologią bytów-dla-siebie
dopóki nie brakuje alkoholu tytoniu
narkotyków kobiet i oklasków


niesmak obrzydzenie istnienia
byt jako nicość mdłości
oto cały fundament jego humanizmu


kiedy gangrena
dokończyła nad ciałem egzystencjalisty
dzieła zniszczenia
egzystencja ujawniła się wielką chmurą much
dramat filozofa wrócił do rzeczywistości
stał się faktem


* * *

pod bramą

Ewa dająca życie
i jej alter - ego śmierć
życie jako wielka niewiadoma
i śmierć - jedyny w życiu pewnik

wyobrażenie śmierci prześladującej żywych
w postaci kobiety po kuracji odchudzającej
był zemstą średniowiecznych artystów
na pragnieniu rozkoszy
obsesja pożądania domagała się kary

wkraczając do renesansu armia masochistów
nagle wyzdrowiała i patrząc oczami Boticellego
dziękowała za dar życia
odkryła piękno i jej ucieleśnienie - kobietę
pożądanie stało się naturalnym wołaniem
do nieba o prawo do szczęścia

kostucha zatrudniła się w kabaretach
stała się bohaterką ludowych dowcipów
jej synonimem stał się żart i kpina

dzisiaj śmierć ma postać enkawudzisty
gestapowca ubeka dżihadysty
nawet rak zdjął z kapelusza trupią czaszkę
i z uśmiechem nosi czerwony krzyż

bo czym jest śmierć jeśli nie bramą
przed którą wchodząc zostawiamy ciało
jak znoszone ubranie
i w podskokach jeszcze w cieniu
mrużymy oczy biegnąc w wielkie światło
w jasnowidzenie