Anastazja.P
w w w . j e s t - l i r y c z n i e . a r t . p l


spis treści

gestownie
indiosynkrazja "mocniej"
prośba
bukieciarka
laleczka hic et nunc
jednostajny kąt
podwieczorek
depozyt
sztorm
fastryga
cui prodest (scelus, is fecit)
(auto)maniak
tik tak...
czekolada
kasyno
szlak(g) trafił
wyliczanka (kk)
toast
usta
gramatyk
ckliwo
obłąkańcy
drwal
diabetyk
via
habitat spod prześcieradła
z kłębka po nitkę
podcięte skrzydła
fundament
tentacja
ósma piętnaście
nielot
artystka
obraz
rozwidlenie
wspinaczka (niekoniecznie górska)
wyryte hieroglifem
podarunek
kryształ
eskapada
coś nie coś..?
dzwon
teatr cieni
napiętnowana
idź w stronę słońca
proklamacja
kamieniarze
hołysz
kostka Rubika
bon ton
dociekam
zanim
dzi(e)wka
nie sposób na sposób
pogoda
niepomna
konfesja
haft
kaktus
niewiasta
bambosz
(kk) kwiat
sabat
onirycznie
anielica
widokówka
rzeka
okiem w oko
(s)pławienie
deja vu
a mówią, że to pech
więc chodź... pomaluj
randka w ciemno
stróż
triennale, ale, ale ...
czy to azja?
pisklę
pogoń


gestownie

przesmykiem
po włosiu czeluści
wpadłam
trzymana za nogi

głowa w rytm ping-pong
skwierczę topniejąc na skraju
cieknie kran

chwytam
pięścią w stół
skraplam się

jestem szybka
w dłoniach

za następną flaszkę
i stłuczone szkło
płacisz ty


* * *

indiosynkrazja "mocniej"

nadwrażliwość mam na proteiny
wymiotuję
za każdym razem gdy połykam białko
z tej niby mlecznej zupy
przekonać mnie chcesz że nabiał serwujesz z klasą

wysypkę po nim mam na udach
swędzisz obwisłym łgarstwem
pieką wykwity fantoma
dość - talkom venom

zatrułeś idios
drapiąc po synkrasis


* * *

prośba

układam w pościeli
utkany rozognionymi nićmi kokon
wyszywam siebie na nowo
proszę nie budź mnie

pozostaw
w woni rozsypanych wzruszeń
oddaj szeptów swoich wzór
rozpuść

nie mów mi, że nadchodzi dzień
z lustra oczu sączę tlen
na ustach pozostawmy posmak
dwóch cudownych słów

pozwól
wtopić się w twój cień
objąć wilgoć wczorajszych ruchów
pozwól w apetycie pozostać


* * *

bukieciarka

jeszcze wczoraj
mienił
mozaiką płatków

bukiet woni
łagodzący zmarszczki
przypominał jej
że jest kobietą

nie jedyną

wstawiła
przepraszam
łodygami w wazon
spoczęły w nim cierpko
jak w trumnie


* * *

laleczka hic et nunc

filigranowa
lat garść

spaceruje po gorącej linii
mruczy pod nosem
parzy ją w stopy

widać
uśmiech na fizysie guignol
twardy i żarzący
grymas nieczytelny

roześmiana w bólu
ciepła głowa
ciepłe ręce

spojrzała za siebie
tak szybko

otworzyła ażurowy pyszczek
ostudziła nawet swój cień

wilgocią spłoszyła woń


* * *

jednostajny kąt

głaskana pod trenczem cierpkość
półuśmiech tęczówki wlepia w klepki
zamknięte w słojach usta

siódmy raz w tygodniu przestawiasz meble
wygoda dla nóg i oka własnego kawałka
porysowany parkiet całego domu
sczytane treny

w dłoń maleństwa świecowa kredka
dla równości zmazy na ściennej farbie
wyschnięta chemia na półce w pawlaczu
kurz
ociepla bez pretensji


* * *

podwieczorek

na srebrnym widelczyku
zaśniedziałe chuchy
podwieczorku epizodzik
ta serwetka na kolanach
elegancja

modry obłok
nie śpieszy
puk stuk o blat
w depeszy
powtarzam że on

tuman feeria
stać mnie na dziękuję
nie rozmieniam
zaciągam
proszę

następny


* * *

depozyt

gdybyś tylko zwalniając sznurówkę
zrzucił ze mnie gorset uwarunkowań

bezdechem wstrzymuje codzienność
drętwieją mięśnie w rozpędzie godzin
przemykasz mknącym ku górze skurczem

paraliż
przewróć mnie ruchem palca
na plecy

weź w zastaw


* * *

sztorm

słone wydmy krzyków
rozbijają ulotność pytań
o mokry z wysiłku brzeg

ilości głosów liczone w ziarenkach
zlepiają wędrowne kroki po zastój
płynnie odbierając mowę

z głębi wylany szum
rzeźbi w piasku krąg dłoni
pocichu łapiąc złaknionych słuchaczy

bez dotyku


* * *

fastryga

biegiem szwu
chcieliby
połączyć części całości
z opak na wskroś

krótkie nitki nawlekam na igłę
szyję drugą stroną
bez naparstka
kłucie

wyjdę wam bokiem


* * *

cui prodest (scelus, is fecit)

cui prodest (scelus, is fecit)
"komu przynosi (zbrodnia) korzyść (ten ją popełnił)"
Seneka


wbity w gardło nóż na trzy minuty
trzęsące palce po wzgórzach twarzy
głowa ku przodowi
na me głodne piersi

ostrze próśb o opust
przez bezsens wiatru bez oddechu
nad ranem za drzwi wyszła
noc dotyków ciszy

wprost z oczu sczytane libretto
chce wejść w głąb ciebie
cząstka po cząstce
pokrój mnie w kostkę i zjedz


* * *

(auto)maniak

na wstecznym w przód
nie ważny był bieg
tylko umiejętność przerzucania
z miejsca w fragment

zaciągnięta hamulcem
siadam na masce
nie zetrę śladów
rozbitym tyłem

wolałam czołowo


* * *

tik tak...


to co
tak nie
miało być
może

nie pytaj
płoszysz odwagę

zdarzyło się

przeszliśmy
po bombie zegarowej

ocykani
tak tak


* * *

czekolada

włożyłam do buzi
w pełni niespodziewanie – zaistniałość
arachidalnie czochra receptory
zdrowa mawiają mleczność
jest
na podniebieniu

odbija się mrocznie w ścianach
ściągam językiem w siebie
na ile się zegnie
by pozwolić wchłonąć
kratka po kratce przeciągam palcem
do przełomu

nie prosił topnieć
słabość łaskoczę wdzięcznym mlaśnięciem
ssana twardość tabliczki rozpusty
przenika w gardło na uśmiech
rozpuszczona w kawałkach czekolady
zespalam się z łakomstem poczęstunku - więcej


* * *

kasyno

partyjka z winem
na szczęście trefl
czarny
na stole rzeczy
w zastaw

skacze w dłoni
kier z talii libido
pchła po skórze

nieproszony, szybki
przeskoczył
z rękawa do wachlarza

rozrzucił karty po podłodze
dama walczy z królem
król przykrywa
na waleta
niższe szeregi

parol zagięty
joker sztywny
przebił karo
impas
bił
na kolorowo

sekwens w dłoni
meldunek ostrzegawczy
wystrzelił atu
krzyknął
kanasta


* * *

szlak(g) trafił

wszystko albo nic
szlakiem skalistym gołymi stopami
pomrocznie
grań

w drewnianej chacie na stoku
pomiędzy drwami a drwiną
w niżu nie naszej jesieni
uciec

rozgraniczona na części droga
do wyjścia
ta marszruta strącona
spacerem powrotnym

orientacji przestrzennej
brak
za długie przebywanie wśród ludzi
bez wejścia nań

zszedłeś
szlak(g) trafił
kurna chata
jebut!


* * *

wyliczanka (kk)

raz, dwa, trzy – zaczyna się
muzyka, śpiew
trzonek, gryf
rączka w gumie
i skakanka

a ja w kącie
dokazuje
”deus deus kosmateus”
i morele
qui pro quo?

”elemele dudki” spłycone w krysztale
raz, dwa, trzy
palec w budce
babka – „ciuciu” (za)kręcona
w salaterce
„amse adamse a flore”
nagle
pięć i cztery – kto się nie schowa(ł)?


* * *

toast

siadłeś
choć mówiłeś że po laurach przejdziesz samodzielnie
butami w skórze uprzykrzenia

teraz krzycz

sterczę
patrząc jak giniesz w tłumie
krzyknij
głosy za pysk wytarmoszą cię
ryczącym zwierzem po linii w przód

nie mnie nie udało się
prosić
w kole różańca i niedzielnych obiadów
zamiatam miotłą na smyczy
pod siebie, ciebie, łóżko
szuram nogami za próg

robię się mokra od tej liryki
cukrowanych słów dla wyglądu
odbić zapłakanych luster

teraz ciebie poproszę
wypij za zręczność posługiwania się nożem
nad grobem w którym sama leżę


* * *

usta

te twoje usta
tak płochliwe jak ptak w odbiciu
po przesmykach gładkości piórkami warg
karmiąc bezwstydnie
sfruwają w soczystość unosząc nad
cały świat
mały
jak splątane dłonie

te twoje usta
zakwitły łaknieniem nagości
rozbierały mnie z fałd
nosze ich posmak jak tatuaż

te twoje usta
pastelowo złączone z moimi
ściskam

pomyliły się plując w twarz


* * *

gramatyk

wciągnął mnie cytacją
zalfabetyzował zmysły
związał czasownikiem usta

deklinuje mnie na tacy
krojąc grzeczne myśli
rozpuścił apriorycznie
mariwodaż z proszku

uczy mnie
figur peryfrazy
w okoliczniku
współrzędnie na trawniku

sylabizuje mnie dłonią
na trzonie zdania
czyta jak piszczę
bez stylistyki


* * *

ckliwo

wiele mówiło - stop
nie zapniesz

wiele krzyczało
boli
sen spokojny miałam

zasiane kąkole w polu

nie pytam po co

było
jest

ściskam stawy
rozpięta
w mżawce

nie roztopisz
cukrem

można mnie lizać


* * *

obłąkańcy

kapitulanci wabika sztuczki
w niesfornych droczeniach
rozmyta ostrość wzroku
o gałkach wygiętych w uśmiechach

nie liczą praw
do pierwszeństwa głosu
żądają bezskutecznie
śmierci pryncypiom ze stopą na hamulcu

pławią się szaleństwem
spacerem na dno
uparcie grzecznie pod żadnym pozorem
utonąć


* * *

drwal

gdzieś między wiórami
na wskroś rozsypanymi
a pniem
okolonym mchem rozważań

brzeszczot antytez
w zenitalnych zamachach
rąbanych alternatyw

tak nie nie tak nie nie...

kompas cieni
nie wydeptanych drożyn
promienny zwrot

przerąbane


* * *

diabetyk

tak jakby nigdy nic
jak przez próg użycza się
bo tak wypada gdy brak
szklanki z cukrem

nie pamiętam kiedy
wysypane słowa
zamiotłam pod siebie
by mieć więcej
pijąc ze smakiem

przecież nie słodzę


* * *

via

w pustej kopercie
złożonej w pół
bez litery
brzmienne przepraszam

na zgięciu dwie winy
granic połówek
jedna wielkość

po prawej (za)adresować
czy lewej
na(za)dać
komu

zaniesie wiatr


* * *

habitat spod prześcieradła

pod prześcieradłem
nie tak w miękkości jedwabnym
jak włosy perfumowane
krucze burczenia

wieje
pomiędzy oddechem a paznokciem
wysysane serum

organizm z zapożyczonym elementarzem
dogodnieje
w wieczornym bluesie
silentium

do rana utkanego promesą
(wy)tykanego palcami
za zapach i krój

nie upada
przed progiem własnego habito

śpieszy się kochać
szybciej


* * *

z kłębka po nitkę

wymiotowałam zaległą w żółci
szpulą sprutych włókien
z której kiedyś dla wielu
w akcencie kobiecej cierpliwości
wydziergałam na drutach funkcjonalność

poplątałam palce w gardle
łożyły się w krzyk
na zębach wiązanych w pęki
gryzę się łamiąc

kto w końcu ciągnie za sznurek


* * *

podcięte skrzydła


zawstydzona ze szczętem
szmaciana lala
z kąta w kąt
tępi nóż

szept krwi
z obrożą sznytu
szlocha ugodzony
kap kap

codzienności pstryk w nos
przemakalnymi nadgarstkami
po trotuarze

poważnej damy
rola
sztywno przeszła po niej
w kałużę

pięścią zakryte oczy
podcięty ogon tętnicy
narobiony smród

świeżym mięsem pod nogi
nasyci ludzkie gesty
łez


* * *

fundament

z odbiciem pod taflą którego
rozkładamy na części kręgosłupy
kręgami w krąg
wpadliśmy w dziurę głowami do góry

stopy na powierzchni pod nimi chrząstki
tych którzy nie znaleźli odpowiedzi
dlaczego warto w kółko
kopać pod siebie bez tłuczenia

niekoniecznie płytko


* * *

tentacja

spojrzał Eros
na rodzicielkę
jak na pierwszą

boski palec wskazujący
wiatr przywołał

kąpiel wzbroniona
spacer za cieniem węża

wije się następczyni drugiego żebra
nad wodą, z ciepła rosą na stopach
bosa
jeszcze nie teraz

biblia na kolanach
w trawie
wystraszona mesalina
kobieta echo


* * *

ósma piętnaście

pół tysiąca godzin
źrenice rozciągnięte
w stożku klepsydry

telepatia światłowodu
pod powiekami

bez uwagi na mgłę
kroczą nogi z dłonią przy kostce

spacer w niepoznaniu

naelektryzowane czułki
dalekość i bliskość
wchłaniają

piramidalna częstotliwość

ósma piętnaście
zwrócą cię tory


* * *

nielot


termicznie wymięte łoże piór
(s)kreśliłeś pod stopą
ślimaczymi szlakami

epilepsja doznań karmiona piersią
obgryza paznokcie
porażona

w kulisach gniazd
kończy się okres ptasich godów

lotu nie będzie
stanęły w gardle skrzydła


* * *

artystka

obrazują pomiędzy pięcioma liniami
wciąż niepokorne ciapki barw
nieskore do zastygania w sztywnych ramkach
setek pejzaży określanych akwarelą

gdy kapie z pędzla bywam rozrzutna
skrapiam wszystkie ściany
za mało płótna
choć mogłoby zdobić szatą

tyle sztuki przechodzi między palcami

suto tworzę i do cna darmo
patrzcie
marzę z zamkniętymi oczami


* * *

obraz

śledzimy
nasze organiczne konstrukcje
po drodze różnic
wyznaczono nam eskapadę
z wysoka

różnie umiejscowione wzgórki
z preferencji gatunku
dotykasz pejzażu kolorując plamki

nie miałeś nic do powiedzenia
narysowany

gwóźdź w ścianę
wbiją
huśtając w ramkach
za ciebie
bezbarwnie


* * *

rozwidlenie

gdy patrzyłeś mówiąc po godzinach
tylko minutach w setkach związanych
że należy stanąć przed drogą bez powrotu
widziałam cię iluzjonistą
z rozwiązanym sznurowadłem u buta

z każdym siewem
kiełkowałeś
podlewany śmiało zakopałeś ziarno

depczą po nim związane ręce
rośnie stłumionym ruchem
nie na bezpole - droga

duszno gdy rozbierasz z pozornych uśmiechów
gdy dmuchasz - lżej
wiatrem co w głuchość spęczkowaną tworzy tor
po łzach które parzą wściekłością
żal że słowom bezwiara
bez autorewersu


* * *

wspinaczka (niekoniecznie górska)

w pół wdechu

po twardej wzniosłości
bezszeptnie smakowany
świst podsyconego dygotu

przyciśnięte ściany
gną krawędzie
umizg
akrobacja
rysowanych szlaków

huśtany na wierzchołku błędnik
w poślizgu
spuszcza ze szczytu
balast
stopionego apogeum


* * *

wyryte hieroglifem

dukty zimna
po których wbijałam obcasy
biała poszwa
z wiatrem szczypiącym w fizys

prężność splecionych warkoczem garści
wyprostowanych kręgów
na ruin asymetrię
wznoszących odkrycie

odbicia w ślizgawicach
kształtne na pstryknięcie
trans paraboliczne
na skalistym rozstaju

kożuch na nagość nienasycenia
sfingowanym aktem odurzenia

oddychaj

w powiewie
wrócimy
wespół kreśląc


* * *

podarunek

rosłe w niej poruszenia łona
malućkimi ruchami na pogodę
zbudziły dreszcze układane na brzuchu
oddawane w tarczę głosy
ostoja jej oddechu - rozumiała

poczuła kwaśność słodyczą
łez strugi nie na stratę
w tunelach nawet przestała zamykać oczy
i chciała z wiatrem otulać uśmiech
rozedrgany w cieple pulsu

niewiele by życie dotknąć istnieniem
z wody bezpiecznej
bezsilnie zamarły serca
...
podaruj dzieciom słońce
jedną „zdrowaś Maryjo”


* * *

kryształ

nie szafuję
naciskasz w kryształy
stopniując guziki
raz turnia raz wyrwa
rozumiesz
klaps
dla wyrafinowanej

nabycie, maniery i owszem
człowiek zwierzak tresowany
oprócz optyki w ognisku pytań
aport
przepraszam wiem

wciskana między półkule losu
ścieżka nagrodzonych zachowań
nie jesteś porcelanowo drobiazgowy
jednym głosem tresera ryglowane drzwi

moc zależna od iloczynu gnozy
cierń w rozumie głaszcze pokorę
nie uczynię się świętą
stopień niżej
kruchej mnie szukaj


* * *

eskapada

wystarczyło zespolić ekler sakwojażu
schować się w bieliźnie oczekującej potu
obserwacja córek niewiele się zdaje
nie tą techniką ciągną za nogawkę

nie poukładana zawartość bagażu
pod poduszką gdzie mleczne zęby
zamieniały się w bilony
został owinięty czasem prowiant

tańczyłeś z liśćmi pląsającymi z wiatrem
pozwoliły się prowadzić
szukając szczytów gdzie na rękach
wniósłbyś intymność

zapłonęły szlaki
cyt ....iskierka...


* * *

coś nie coś..?


nauczono i tak się dzieje
że to co dla cię dobre
oczywiste bez dlaczego

tym nie mniej - więcej
a jednak mało

innej rzeczy mniejszość
stopa nie dobija spodu
niewielkie wyjście z progu
to także

ewentualnie
inność rzeczy innej
było nowe będzie

to wszystko o tyle
o ile względem
nie wiem


* * *

dzwon

rozbrzmiał
w bezgłosie słów
bezbarwnie podsłuchanych
muz
zza terytorium muru

meduza przez wgląd
drzwianej szpary
pociąga mackami sznur
w tembr kamiennego
ding dong

odlany za błędy
wczorajszych decybeli
zwołuje kondukt


* * *

teatr cieni

wzrastam jak łodyga opleciona na karku
zielenieje tym zbiorem kropel które z dwóch
oliwnych lamp wzajemny rzucają cień
teatrzyk lalek – prawie jak dzieci

za płomieniem dłonie układane na wszelakie kształty
czasem więcej rozumiemy czytając z gestów
ciepłolubne zwierzaczki – nie tylko woda i powietrze
także cień

jesteśmy wyraźniejsi usuwając się w siebie


* * *

napiętnowana

zaiskrzyłam dreszczami przed strachem
teraz już nie wiem kto jest szybszy
i odbiera łączność między ziemią
a tym czego nie dotykamy
bici w czucie

językiem który również słowem wydziera z dna
mrowienie w plecach przywartych o mur
skwapliwie dumna niewolnica twego dotyku
rzuca spojrzenia na klatkę łapiąc oddech

zamknij
zanim coś spłoszy


* * *

idź w stronę słońca

poddany sile prób rozpamiętywania
omdlewa na klindze

organiczny trotuar rozmazanych rys
czerpie z luk wyrosłych spomiędzy palców
otwartych na promienie bijące w przód

idź ciągle idź w stronę słońca...

kolejny nokaut żywego trupa


* * *

proklamacja

obserwowałem autonomię wzrostu kończyn
czas nie był odbiciem dziś wyraźnego
postumentu o określonej temperaturze

wiem, że wiele liter w pary złożyłem
a potem nawet woda potoki i ścieżki
przeszedłem tuż obok poznając

może to mnie chcieli się uczyć
pamiętam, że często zamykałem oczy
a moje dłonie zawsze chłodniejsze
od innych palców które potrafiły bez ksiąg wystukać
nie umiałem powtórzyć rytmu
ja c-z-ł-o-w-i-e-k

złóżcie mnie na pół


* * *

kamieniarze

znów
kamień w rykoszecie na zawołanie zamarł

często
wymach nader gwałtowny mądrzeje
gdy ciężar przechyla do tyłu

na tysiące win najwięcej rozlewacie wyroków
z rzadka bez upadku łupie wam w krzyżu

nie tylko pierwszy przytaczać potrafi
większość jeszcze lepiej rzuca


* * *

hołysz

niebo parawanem
otwarte dla wszystkich
nieme nocne kino
Discovery Chanel

kolie skradł w bezruchu
człowiek bez klosza
w pusty lombard złożył depozyt

kartonowa galaktyka Tantala
gratisowy mikrokosmos
na zagłówku betonowym
dominium persona


* * *

kostka Rubika

wrasta w ciebie pęcherz
puchniesz
moderna twardogłowo

nie trzeźwiejesz po głębszym łyku
utlenionej wody

na karku szum
poskładany szwami
szeleszczących argumentów

oddychasz cybernetycznie
złożona medialnie
w poziomie i pionie
wielobarwna

czytałam dziś w ogłoszeniach:
skup kostek Rubika


* * *

bon ton

chcę zamknąć nawyk spoglądania przez ramię
w drewnianej beczce która spłonąć może w proch
przy świadkach usypać w kopułę
nie większą niż długość ich stóp

kopnięcie krztusi zdeptany świat
miarowo przytykanym powietrzem

wdech
wydech

pod barkiem parzącej ziemi
kisnę
na wino dla odrębnych apetytów


* * *

dociekam

z symetrii ciągniesz krzywą
dziw mnie nie bierze kiedy od tyłu
rozlewa się esencja kształtu

dziewczynko
wpierw z ptysia połykałaś krem
gdy zbrzydło nadzienie
w dziurach lądował palec

kobieto
nienawistnie patrzysz na łyżeczki
i kelnera który nie podał serwetek

gatunkowo
z ręki w buzię
rozciągliwe argumentacje
jak jest lepiej przed czy po


* * *

zanim

łapię powietrze gdy wymieniamy kroki
twarzą w twarz
hipnotyczna aura przedziera niesforne prześcieradła
na których kładziemy zalotne liście mięty

boli cisza bez głosu nasączonego twoim oddechem
krzyk płynie prądem po ciele
szybkim spojrzeniem rozrzuca drżenia

szturchnij mnie zanim zasnę


* * *

dzi(e)wka

ubrana w niewypada
bez „bo” targa materiał na dobrą
podcierali jej pupę
a teraz weń mieści tych z krzyżykiem i rózgą

przyzwyczajona do wzdęć
puszcza bąki
jak dawien bezwiednie przykłada policzki do zimnej podłogi
w tej pozycji szybciej odczytuje kierunki

jak pewna część pań – nie rozróżnia stron


* * *

nie sposób na sposób

a może tak wsunął byś we mnie
to spojrzenie, którym częstujesz rzewnie
głębiej
zamknięte oczy najmocniej czują ciężar twego ciepła

a może tak nosem powodzisz po piersiach
tak by zapach żądzy osiadł na wysianej dreszczem skórze

a może tak usta swe oddasz dobroczynnie
bo mnie słowami nie sposób
stać się twym językiem


* * *

pogoda

nawet gdyby chcieć roztopić lód
co sztywną trzyma temperaturę
to czyim ukontentowaniem?

rozumiejącego że dla ciepła trzeba bliżej
czy tego co pretensję ma symetryczną
za niszczenie trwałości

twarz podcierana chusteczką
zniekształca klimat

nie zabraknie nam jesieni
i mokrych liści opadłych bez zastanowienia



* * *

niepomna

wybrała się nago na lody
taki kaprys, kobieta z niej
więc wytłumaczy
że miała powody
uśmiechać się do sera

po spokoju na szpilkach
przywiąże zaproszenie do kieszeni
zabawa bez klamek

ma swój pokój
najlepiej dla niej gdy sama w nim sprząta
zaglądam tam ukradkiem
podglądam czy trzyma się fotela

może kiedyś
z ziołowym wiankiem na głowie
wyjdę na spacer
za mną ktoś gorzej zrozumie dokąd

a dziś
przestałam objadać się lodami


* * *

konfesja

"złapałam boga za jaja"
on chciał
zabawy z jego łechtaczką

zgwałć mnie
chce być na górze
ze stałego skropli na czole
stygmat

może odpowiedź nie przewidzi
innego pytania

tyle technik
siedząc na dachu w bezruchu
to za co jeszcze nie wrzucam do koszyka
nad głową nie odmawiam


* * *

haft

kiedy widzę drugą w szkle
padam z nóg

w czwartym rogu chusteczki
więcej owych

mówię przecie
dałeś mnie świecie
następny łyk

nas już tyle
naciągniętych min
kreski w skórze
dumne statystki kółek kaprysów

tej nie lubię tej nie kocham tej nie pocałuje...


* * *

kaktus

zalaliśmy magią każdą kończynę
i wyrósł na dłoni
opiekunki najgładszych z ciał
w pierś zapadły jego kolce

wam cierpienie nie jest w cenie
między wargi włożył śmiech
w nakłutej jaźni buchaltera medyka
zakwitł karmiony muśnięciami

twardy na dnie donicy
krawat z szyi
uwiąd - niedoczekanie


* * *

niewiasta

niczym dym w zamkniętym szczelnie pomieszczeniu
zasnęła
z tym ulubionym naszyjnikiem z drobnych korali
a każdy z jego ogniw niósł prośbę o miłość
w powietrze słów
czyhając choćby na szparkę, w której mogłaby rozprostować kości

kochliwa jest – rzec można patrząc w jej oczy
skóra napięta na komplementy, złożone ręce
w odbiciu swym szuka - być może szlachetnych rys
jeden ją utuli...

ten za rogiem - kochanek
w jej czuciu
dawca największych orgazmów

zawsze na palca skinienie
choć nie tknął

bo taka jego wola
gotowa rozłożyć się niekoniecznie udami
by brał z ziemi bez własnego szczytowania

nie ma wierniejszej, temu, który pozwala kobiecej cnocie
być powtarzalną


* * *

bambosz

mam sporo par butów
najbardziej ciągnie mnie do tych ze sznurówkami
te które mają języki przykładam do ust
wymowniejsza indywidua
krok w krok więcej do supłania

boso wolę i piasek między palcami
czasami stopą w kałuży
przykrywać łzy nieba

wielu z nas którym z życzeniami
w darze - ciepłe kapcie - cichy chód

szpilka w głowie
a nas nosi stukot nóg


* * *

(kk) kwiat



studzienka bez dna
soczyście zalała iloczyn szczytów
rozlałeś we mnie te skryte kawałki siebie
zasiane w kwiat głogu i ciernie co szarpią dniem
gdy nie ma cię przy mnie

rozbierasz mnie z płatków najgładziej ze wszystkich dłoni
przybierasz wonią, ozdabiasz pyłem
weź choćby liść mój i ułóż w kieszeni
niech uschnę tam
gładzona po żyłkach twymi palcami


* * *

sabat

warkocze dymu spalonych za sobą wyjść
czarują nad ogniem
hokus
pokus taniec

swąd spalonych włosów
szczypta złuszczonej skóry
kilka kropel po-dziewiczych soków
skrzydła motyla

zmieciona z ciała woń na srebrzysty stos
wżarła w najpiękniejszą z blizn
pomiędzy potknięciami płomieni
pudełko zapałek
moja trumienka i domek żuczka

za szklaną kulą zawraca ruch planet
opieram o szybę oczy nie trzaskam drzwiami
zbieram szpilki
i martwe robaki


* * *

onirycznie

gdy wstaję
ten zapach co mdli członki
krzywi dni nad pierzem

ten sen młody
był on nie ten

w głębi spalam
obrazy

bez ramek oprawiam
pomiędzy
zawisły jedwabie


* * *

anielica

wybaczcie że widzę was
jak spijacie z mojej skóry
tłuszcz mnie grzeje
wasza sytość
bawi się mną

pod pachą ogrzane zdania
ciepły głos dla nich
od chcenia pot
łaskawi zło

osłaniam nawet fragmenty rzęs
przed z rąk wytrąconym kamieniem
tyle ich
mało nas

odważna tyłem pod prąd
przyległam do lustra plecami


* * *

widokówka


słów, pod palcami
w kracie
moc sztafet

śnię,
umieram by zbudzić
to co żyje wiecznie

choć nie jest tak
okłamuję bezpiecznie

kreślę się z obrazka
myśląc heblowaną ramką
zbyt ludzka
gwóźdź, głowa

tak jak ja....

winna


* * *

rzeka

mówią, że
dwa razy nie wchodzi się
do tej samej rzeki

przecedzam palcami piach
rzeźbiąc dół
nie w nim głowa
a czarny kamień
którym kreślę po fal(ochronie)

krzyżyk, kołko
masztowiec
topię

nie wyszłam z żadną ze stron nurtu
kocham wodę
stoję wciąż na brzegu

święcie wierząc że wszystko
zmienia się na dnie
w jedno życie


* * *

okiem w oko

zanim zranię się
nie ostrzegaj mnie
wspólnych policzków
nie rozgrzewa nam cios

nauczyłam się rzucać
pojedyńcze doby
dzień wcześniej
nawet gdy spłacę dług
nie rozgrzeszą mnie cienie

oczy są by widzieć
nie poznaje już
naga
pod ubraniem nie schowam siebie


* * *

(s)pławienie

nie wyciągniesz z wody wyrzutów
zazwyczaj brniemy z nurtem
po plecach przepływa prąd
gdy w tafli powraca odbicie bez tchnienia

zabrakło choć jednej pary skrzeli

wiele skoków w jedną głębinę
i wciąż wychodzisz cały

zdążyłeś na czas wlać w siebie cierpienie


* * *

deja vu

zostaje mi patrzeć jak gasnę
choć świecę jeszcze
jeszcze tlę
na oczach
kładziesz mnie w pościeli
w której uczyłeś się mnie
ruchów i słów
ślepo niemo

zabrałam sobie sama
ciepło

niedotrzymałam


* * *

a mówią, że to pech


na jakiś czas zawisły
wszelkie oznaki bycia
daty wryte w pamięć
jednako

któż wiedziałby że dzień
w którym większość ludzi
przegania czarnego kota
przypomni

że w podobnych porach
ziemia dodaje nam oczek
pobratymczą okolicznością
mam cię z powrotem


* * *

więc chodź... pomaluj

mówisz, że przede mną więcej
niż pamiętasz
nieposkładanych głów


przeciwnie
chcesz słuchać
złudzeń

nie da się namalować
świata
kolorową barwą

ołówkiem warty jest nawet szkic
jak fundament

nie będę przepraszać za to,
że zabrano mi kredki


* * *

randka w ciemno

przeszłość sama odnajduje ludzi
którzy kiedyś kształcili siebie
w różne figury dla oczu
i litery dla rozróżniania stanu

spotkałam znajomego
przypomniał mi, że kiedyś
rozważaliśmy, które zwierzątka łatwiej jest wychować
na posłuszeństwo i o wyższości gatunku

czasokres
następne piwo miało być z pianką
i z wkładką nowych argumentów

umówił się ze mną w południe
i z wieloma też - zaocznie

punktualny był i z klasą się żegnał
w nagrodę pójdę z kwiatami

zwłoki wystawią godzinę wcześniej


* * *

stróż

obrócił się do mnie na pięcie
wyciągnął dłoń
pomyślałam, że się spoci
to był deszcz cierpkich łez
|
potrzebuję cię
żywisz mnie zdartymi kolanami
powiedział

na niego też przyjdzie dzień

nic nie mogę powiedzieć
rzeka płacze
nikt już po niej nie przechodzi

wciąga mnie toń
ten uparcie za uszy
wykrzykuje moje imię

anioł
oskubany z piór

uczy mnie latać


* * *

triennale, ale, ale ...

przygniata nogą zimną niczym kruszeń
własnej siły mniej niż krotności odłamków
pachnie żywicą spływając w bezmiar win
przed nią cień mgła chodzi tyłem

wyciska uśmiech i biel spoza
co sieka wyrazy sporego dobra
pot w ciele twardo wyżera szlaki
ucieczka siarki przesmykiem

malują się czarnym po białym
kontury zamazanej postaci
papier szeleści węgiel piszczy
płoną sądy kolory obrazów

skrzywione plecy bez oddechów
na stojaku
przeszedł kolejny
udał, że się wzruszył


* * *

czy to azja?

zrzucona pościel w prążki
z tułowia
jak ryba w wodzie
tyle samo kąśliwych rozmów
od ściany do ściany

zjadłabym czyjś talerz
zdolny kusić widelec
wesoły od pisków ceramiki
podobno chińska
jak wszystko dziś

zalega w żółci


* * *

pisklę

zastanawiam się po co trzęsłam tym drzewem
krzyczałam na gałęzie, obwieszczając je zdrajcami
słoje wytrzeszczały oczodoły a kora łuszczyła się
na równi z płatkami kwiatów, tuż przed przeistoczeniem



mech także przeszkadzał, wdzierał się, bezczelny
między palce stopy, czuł się łaskawcą
król dywanów
bezguście, dlaczego nie wybrał niebieskiego koloru?



miękkie przejście

stopień wyżej



w niedbałym wzorze, który uwiły duże dzioby
pikując twardo, w obawie o wiatry i inne łzawe opady
czerstwy pisklak
szukam przerw w nieczytelnym ściegu gniazda




….gdyby tak skubać,
pióro po piórku...


* * *

pogoń

gdzieś w nocy nie ważne
na której części łóżka
nie ważne ile razy
zmięła się pościel i skroplił się dzień
niecierpliwy cherubin stroszy wachlarze

powracają wierne bumerangi
licha tarcza, nieplastyczny materiał
te tykanie pomiędzy jednym i drugim uchem
niewidzialne głosy
tak trudno złapać za rękę i poczuć

ilekroć dotyków
tylekroć śniadań we dwoje
i zegar
tylko
….trzydzieści minut do ósmej